Wspomnienia konduktora wagonów sypialnych

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Wstęp

Rozdział I O masturbacji na lekcjach geografii, czyli o Żydach, Polakach i patriotyzmie

Rozdział II O papierosach i zapałkach, futrach oraz komisjach wojskowych

Rozdział III O pisarzach, aferze mięsnej, socrealizmie i trzęsących się łydkach kobiet

Rozdział IV O chłopakach mojej siostry, konspiracyjnej organizacji i złej legendzie

Rozdział V O ciężarówce z rybami, powierzchownych pocałunkach i cudownej pomocy cioci Feli

Rozdział VI O dziewczynce w kapeluszu, psie, który sikał do kapusty, bójkach ulicznych i milicyjnych pałkach

Rozdział VII O zakładzie z Kiszczakiem, arii Jontka zza kulis i spirytusie skażonym naftą

Rozdział VIII O letnich hipisach, pisarzu Jorge Amado, mafii konduktorów i aktorze Maćku wyrzucającym bilon za okno

Rozdział IX O miłości w slipingu, trzęsieniu ziemi i wiejskim domu schadzek

Rozdział X O krokach na śniegu, niestałych Sardyńczykach, biznesie jajecznym i odchodzeniu przyjaciół

Epilog

Okładka


Copyright © Piotr Pytlakowski, Czerwone i Czarne

Projekt okładki

FRYCZ I WICHA

Korekta

Redaktornia.com

Skład

Tomasz Erbel

Wydawca

Czerwone i Czarne Sp. z o.o. S.K.A.

Rynek Starego Miasta 5/7 m. 5

00-272 Warszawa

Wyłączny dystrybutor

Firma Księgarska Olesiejuk Sp. z o.o. sp. j.

ul. Poznańska 91

05-850 Ożarów Mazowiecki

www.olesiejuk.pl


ISBN 978-83-7700-268-1

Warszawa 2017

Skład wersji elektronicznej

pan@drewnianyrower.com

Wstęp


Od dawna chciałem napisać powieść o dorastaniu w czasach PRL. O tym, jak zagubiony dzieciak zmienia się w zagubionego nastolatka, a zagubiony nastolatek wchodzi w wiek męski, trochę dorośleje, ale nadal jest zagubiony. Marek Hłasko napisał powieść Wszyscy byli odwróceni. Moja powinna nosić tytuł Wszyscy byli zagubieni, ale w końcu wybrałem inny. Ktoś powiedział, że brzmi hrabalowsko. No, no, hrabalowsko – czemu nie.

Wszyscy byliśmy zagubieni w dziwnym świecie, jaki nas otaczał. Nieprzystosowani do rzeczywistości wpadaliśmy w taki chłopięcy dekadentyzm, trochę dążenie do samounicestwienia, a trochę bunt, który nieustannie tlił się i parzył.

Szanowni czytelnicy, umówmy się, że historia grupy przyjaciół z winkla u zbiegu Dąbrowskiego i Niepodległości na warszawskim Mokotowie to powieść utrzymana w osobistym tonie, bo to był też mój winkiel. Staliśmy tam jako dzieciaki, jako nastolatkowie i jako młodzi mężczyźni. Niektórzy do dzisiaj tam stoją.

Piszę tę książkę w pierwszej osobie, ale to nie jest autobiografia. Jeżeli ktoś zapyta, czy ten młody człowiek w mundurze konduktora Warsu to jestem ja, odpowiem podobnie, jak odpowiedział bohater jednej z moich książek, Bogusław Bagsik, ten od Art-B, gdy w kawiarni Mozaika zagadnął go jakiś facet.

– Czy pan Bogusław Bagsik?

– Nie. To tylko przypadkowa zbieżność imienia, nazwiska i twarzy.

Jeżeli ktoś zapyta, czy w takim razie to książka beletrystyczna, odpowiem jak Ernest Hemingway w przedmowie do Ruchomego święta: „Jeżeli czytelnik woli, książkę tę można uważać za beletrystykę. Ale jest zawsze szansa, że taka książka beletrystyczna może rzucić pewne światło na coś, co zostało opisane jako fakt”.

Piotr Pytlakowski


Rozdział I


O masturbacji na lekcjach geografii, czyli o Żydach, Polakach i patriotyzmie

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Dziwne rzeczy pozostają człowiekowi w pamięci.

Mieliśmy z Jankiem po 17 lat i, muszę ze wstydem wyznać, nosiło nas trochę. Przyjaźniliśmy się jeszcze od podstawówki. Obaj bruneci, o ciemnej karnacji, czasem nas mylono.

Tata Janka, Zbigniew Zagórski, był kiedyś słynnym bokserem. Walczył w wadze średniej, w 1948 r. zdobył tytuł mistrza Polski. Położył na deski samego László Pappa, węgierskiego mistrza i, jak się wtedy mówiło, internacjonała. Legenda ojca przeszła trochę na syna, Janek też nieźle boksował. Korzystałem trochę z tego odbitego blasku, bo kojarzono mnie z Jankiem i na wszelki wypadek mokotowskie łobuzy nie wchodziły mi w drogę.

Wybraliśmy się z Jankiem na nocną eskapadę po Warszawie. Po co dwóch 17-latków zdobywa nocą miasto? Chodziło rzecz jasna o dziewczyny. Ale w nocy warszawskie dziewczyny były dla nas nie do zdobycia. Nie było nas stać na luksusowe laski z okolic hotelu Bristol, nie mogliśmy nawet zaproponować drinka koleżankom z Europejskiego. Bida z nędzą, jak to się mówi. Około piątej nad ranem wylądowaliśmy w pobliżu hotelu Polonia.

Okolice Polonii nie cieszyły się dobrą sławą, jeżeli chodzi o sprawy męsko-damskie. Hotel okupowały, bez urazy, dziwki najgorszego sortu, dla najmniej wymagających klientów. Doczłapaliśmy z Jasiem w rejon Polonii niejako z obowiązku, aby mieć poczucie, że zrobiliśmy wszystko, co można było uczynić, aby noc została spełniona. Przekonanie, że jesteśmy we właściwym miejscu o właściwym czasie, już bez wątpienia utraciliśmy. Trzymała nas na powierzchni jedynie siła rozpędu i nieuświadomiona determinacja nastolatków, którzy za wszelką cenę chcą przeżyć przygodę.

Przed hotelem przechadzały się dwie panie. Na twarzach miały wymalowane nieszczęście samotnej nocy bez żadnego zarobku. Trudno się dziwić, bo dziewczyny były mocno starszawe, z naszego punktu widzenia wręcz wiekowe, grubo po trzydziestce. Jedna kulała, druga straszyła szczerbatym uśmiechem. Słowem, towary wybrakowane nawet jak na piątą rano. Janek bardziej z obowiązku niż chęci zagadał do nich przyjaźnie. Obejrzały się, omiotły nas wzrokiem i spojrzały po sobie. Szczerbata splunęła fachowo i wycedziła:

– Z Arabami nie idziemy!

Tak dopełniła się ta noc, a my z Jankiem w poczuciu kompletnej klęski wróciliśmy do domów. Dopiero później zrozumiałem, że spotkaliśmy kurwy patriotki. Prawdziwe i szczere Polki, które nawet w obliczu plajty nie zmieniły swoich zasad. Z Arabami nie chodzą, i już!

* * *

W Wikipedii znalazłem ostatnio swoje nazwisko w zakładce „Polscy Żydzi”. Jestem już w tym wieku, że coraz mniej mnie dziwi, a coraz więcej oburza – teraz było odwrotnie. Zdziwiłem się, ale nie oburzyłem.

Piszę po polsku, myślę po polsku, nawet śnię – rzadko, bo rzadko, ale jednak – też po polsku. Nawet jeżeli chciałbym pisać i myśleć po żydowsku albo angielsku, nie da rady. Nie znam obcych języków, a przynajmniej nie znam ich na tyle, żeby posługiwać się nimi biegle. Hebrajskiego i jidysz nie znam w ogóle, chociaż żałuję, bo gdy byłem w Izraelu, nie mogłem czytać tamtejszych gazet i – jak pewien mój przyjaciel fotoreporter – wertowałem je, wyłącznie oglądając zamieszczone tam zdjęcia.

Może wyraziłem się za mało dobitnie. Nie jestem polskim Żydem. Jestem Polakiem. Moje przekonanie wynika z poczucia bycia Polakiem. Nie mogę być nikim innym, skoro od lat przeżywam typowo polskie cierpienie. Polak cierpi, wiem to z wieloletnich obserwacji, z powodu swojej polskości. Nie chce mi się tłumaczyć, na czym polskość i wynikające z niej cierpienie polegają – odsyłam do Słowackiego, Gombrowicza i Pastuszki. Nie wiecie, kim jest Pastuszka? Wiesław Pastuszka, pisarz. Jeszcze go poznacie.

* * *

Chciałem przed laty wyemigrować, zamieszkałem nawet w Wiedniu, ale po kilku miesiącach, podkuliwszy ogon, wróciłem do ojczyzny. A tu niebawem wprowadzono stan wojenny. Czołgi na ulicach, godzina milicyjna, a ja, wstyd powiedzieć, wciąż trwałem w stanie euforii z okazji powrotu. Warszawę kochałem jako ojczyste miasto, a w Wiedniu cierpiałem z tęsknoty.

 

Mieszkałem tam razem z kilkunastoma rodakami w lokalu składającym się z dość dużego pokoju, kuchni i łazienki. Wieczorami wraz ze współlokatorami popijaliśmy polską wódkę i wszystkich ogarniała nostalgia. Najpierw śpiewaliśmy pieśni legionowe, a wieczory nieodmiennie kończyliśmy Małą błękitną chusteczką. Ostatnia zwrotka brzmiała mniej więcej tak: „Czy tu, czy tam po świecie błądzisz gdzieś sam, a ja po tobie małą chusteczkę, jedną pamiątkę dziś mam”. I wtedy zaczynaliśmy łkać. Rzecz jasna intensywność łkania była nierozerwalnie związana z ilością spożytej wcześniej gorzałki.

Rodacy z wiedeńskiego mieszkania tęsknili za Polską, ale jeszcze bardziej tęsknili za wolnym światem. Był rok 1981, a oni szykowali się do skoku za ocean. Jedni do USA, inni do Kanady albo do Australii. Cyklicznie chodzili na interview do ambasad, gdzie odpytywali ich urzędnicy imigracyjni: „Po co? Dlaczego? Co zamierzasz robić w moim kraju? Z czego żyć?”. Sąsiedzi z wiedeńskiego mieszkania wiedzieli, jak odpowiadać, by nie stracić szansy na wyjazd. Namawiali mnie, żebym też spróbował szczęścia: „Wiedeń to tylko nic nieznaczący przystanek na trasie. Prawdziwe życie czeka daleko”.

Nie spróbowałem. Wiedziałem już, że muszę wrócić do kraju, gdzie były puste półki w sklepach, kilometrowe kolejki po wszystko, gdzie obowiązywała propaganda zamiast informacji i gdzie rządziła komuna szykująca się na ostateczne starcie z Solidarnością. Muszę wrócić, bo tylko tam jest moje miejsce w życiu, moi rodzice, siostra, przyjaciele i dziewczyny, które znałem, w tym – przyszła żona. Gwoli prawdy jeszcze wtedy nie wiedziałem, że wracam do dziewczyny, z którą za dwa lata się ożenię. Wiedziałem natomiast, że muszę wrócić do mojego mieszkania, na moją ulicę, do mojej dzielnicy i do mojego miasta. Czyli do wszystkiego, co tworzy ojczyznę.

Po kilku latach, a dokładnie w 1987 r., ponownie przyjechałem do Wiednia. Wpadłem zaledwie na miesiąc. Kolega załatwił mi robotę w firmie budowlanej, łaziłem z długą łatą i rozprowadzałem betonową lawę płynącą z wielkiej ciężarówki z obracającą się gruszką. Szef, wiecznie na lekkiej bani, bo od rana popijał szprycery, patrzył na moją robotę, wykrzywiając się pociesznie i komentując zawsze tym samym zdaniem, które brzmiało mniej więcej tak:

– Cwaj hundert jare sybirski!

Co oznaczało, że skazuje mnie na 200 lat Syberii. Nie wiem, czy znał historię polskich zesłańców, czy też Syberia kojarzyła mu się wyłącznie z łagrami dla niemieckich jeńców z II wojny światowej. Ogólnie był to miły człowiek i za miesiąc pracy zapłacił mi bez zwłoki umówioną stawkę, a to oznaczało, że zarobiłem dokładnie tyle, ile pożyczyłem od ojca i teścia na zakup fiata 126p.

Do powrotu do Polski zostały mi jeszcze trzy dni. Wybrałem się w okolice Arbeitsamtu przy Herbstrasse, licząc, że podłapię jakąś krótkoterminową fuchę. Gastarbeiterzy zza żelaznej kurtyny, Azjaci i Afrykanie stali tam każdego dnia od świtu, czekając na okazję. Ktoś dotknął mojego ramienia. Facet wyglądał elegancko w ciemnym garniturze pod zimowym płaszczem. W ręku trzymał aktówkę.

– Nie poznajesz mnie? – spytał.

Trudno było w tym biznesmenie poznać Pawła, współlokatora z sąsiedniej pryczy sprzed sześciu lat. Wybierał się wtedy do RPA, chodził na interview do ambasady i liczył tygodnie do wyjazdu. 13 grudnia zastał go jeszcze w Wiedniu. Natychmiast zaproponowano mu azyl polityczny, prawo stałego pobytu, mieszkanie socjalne, kurs językowy i szkolenie biznesowe oraz pieniądze na rozruch. Zrezygnował z RPA, wziął, co dali, a po pół roku otworzył firmę montującą podsufitki. Zaproponował mi pracę właśnie przy montażu płyt podsufitowych.

– To bez sensu – oponowałem. – Mam tylko trzy dni, potem wracam do domu. Przez ten czas nie zdążę się nawet przyuczyć do tej roboty.

– Nic nie rozumiesz – odrzekł Paweł. – Biorę cię na te trzy dni. Ja będę montował płyty, a ty będziesz mi opowiadał o Polsce.

I przez trzy pełne dniówki płatne po osiemdziesiąt szylingów za godzinę opowiadałem koledze o ojczyźnie. On tyrał, ja popijałem kawę i na okrągło gadałem. W pewnym momencie wydawało mi się, że ma łzy w oczach.

– To nic, zawsze tak mi się robi od tego cholernego pyłu – wyjaśnił.

Wiedziałem jednak, że to nie okruchy tynku zaprószyły mu oczy. Łzawił z tęsknoty, nic wstydliwego.

* * *

Zawsze gdy słucham krzykaczy od patriotyzmu i gamoni od krzewienia polskości, tych speców od badania czystości krwi, wracam pamięcią do dwóch starych dziwek spod Polonii i do emigranta Pawła z Wiednia. I myślę sobie, że te dwie kurwy, chłopak od podsufitek i podpici gastarbeiterzy łkający przy Małej błękitnej chusteczce to esencja polskiego cierpienia. I jeszcze poeta Sydor Rey.

Gdy byłem nastolatkiem, poszedłem z mamą w odwiedziny do jej siostry.

Ciotka, redaktorka wydawnictwa Czytelnik, podarowała mi wtedy tomik wierszy Sydora Reya. Nie miałem pojęcia, kim jest autor, ale prezent mi się spodobał, bo książeczka – chociaż cieniutka – była dość ekskluzywna. Przynajmniej tak zareklamowała ją ciocia Irena. Dziełko z własnoręczną dedykacją poety przywiozła z Nowego Jorku. Wydał zbiorek własnym sumptem, w nakładzie 500 egzemplarzy. Byłem naprawdę dumny, że stałem się właścicielem pięćsetnej części całego nakładu tego, jak mi się zdawało, wiekopomnego dzieła.

Ciotka powiedziała, że Sydor Rey jest polskim poetą, który przed wojną wyemigrował do Stanów. Cała jego rodzina, która pozostała w Polsce, wojny nie przeżyła. Rey mieszkał w Nowym Jorku, pracował, nieważne gdzie, a w wolnych chwilach pisał wiersze po polsku i tęsknił za ojczyzną. Niedawno szukałem informacji na jego temat w internecie. Znalazłem króciutki biogram w zakładce „poeci żydowscy”.

Z całego tomiku, który zresztą gdzieś mi zaginął, zapamiętałem fragment jednego wiersza:

„Ja nie chcę być historią dziesięciu tysięcy pokoleń,

Przyszedłem na świat, by zaorać maleńkie matczyne pole,

Za dużo ze mną się stało,

Za dużo za mnie się stało,

Mam jedno maleńkie życie,

Mam jedno maleńkie ciało”.

Te kilka linijek wryło mi się w pamięć, bo jako nastolatek utożsamiłem się ze słowami poety. Prawda, że to uniwersalne motto? Dzisiaj myślę, że Sydor Rey chciał powiedzieć znacznie więcej, niż wówczas był w stanie pojąć chłopak z Mokotowa, ale i tak wystarczająco dosłownie wyraził nieuświadomiony ból dręczący duszę pryszczatego buntownika bez powodu.

* * *

O tym, że jestem Żydem, dowiedziałem się pewnej niedzieli 1962 r. Tej samej niedzieli dowiedziałem się też, że jestem Polakiem.

Miałem wówczas niecałe 11 lat i byłem zapalonym futbolistą. Graliśmy z chłopakami w nogę na szkolnym boisku przy ulicy Wiktorskiej. Graliśmy zresztą nieustannie. W przerwach między lekcjami, po szkole i w każdy wolny od nauki dzień.

Tak się złożyło, że na moim podwórku jedyną prawdziwą piłkę, skórzaną i nowiutką, miałem akurat ja. Dostałem ją w prezencie od rodziców. Moja wartość w oczach kumpli natychmiast poszybowała pod niebiosa. Stałem się najbardziej pożądanym obiektem przeróżnych zabiegów. Kolesie podlizywali się, klepali mnie po plecach, nieustannie warowali pod moją klatką schodową.

Tej niedzieli jak zwykle ganialiśmy za piłką. Grało się do utraty tchu, dosłownie. Człowiek dawał z siebie wszystko, rozpierała go ambicja i nie kalkulował, jak zaoszczędzić siły na drugą połowę. Byliśmy pokoleniem, które straciło głowę dla piłki nożnej. Jeden z kolegów stracił nawet więcej niż głowę. Zabiegał się na śmierć. Biegł, biegł i nagle upadł nieprzytomny. Już się nie obudził. Potem dowiedzieliśmy się, że miał ukrytą wadę serca.

Tego dnia przypałętał się niejaki Pawelak, niezależne indywiduum i, jak po latach myślę, dość koszmarny typek. Był nad wiek rozwinięty i rozpierały go chucie, których jeszcze nie rozumieliśmy. Na lekcjach geografii okupował ostatnią ławkę, ręce trzymał pod blatem i obleśnie wpatrując się w plecy koleżanki siedzącej przed nim, poruszał miarowo prawym ramieniem. Ktoś podejrzał, że Pawelak bezczelnie się na lekcjach geografii onanizuje. Nie wiedziałem wtedy jeszcze, o co chodzi z tym onanizmem, ale domyślałem się, że to czynność zakazana. Pawelak łamał konwenanse bez krzty zażenowania. Dlaczego upodobał sobie lekcje geografii, nie mam pojęcia.

Tamtej niedzieli doszliśmy do kresu możliwości – mecz zakończony, a my leżeliśmy w okolicy bramki, ciężko oddychając, gdy nadszedł Pawelak. Wyczuł, że moment jest odpowiedni, i zaproponował swoją zabawę. Nie była skomplikowana i nawet nam się spodobała.

Otaczaliśmy kolegę, pierwszego z brzegu, i krzyczeliśmy, wskazując na niego palcami:

– Żydek! Żydek! Żydek!

Potem kolega dołączał do pozostałych, a na cel braliśmy następnego. Jeden jedyny Pawelak nie był Żydkiem, bo to on przecież wymyślił zabawę, należały mu się szczególne prawa.

W pewnym momencie na pustej, jak to w niedzielne popołudnie, ulicy Wiktorskiej dostrzegliśmy, a właściwie dostrzegł Pawelak, nieznaną nam starszą kobietę. Szła, lekko utykając, objuczona jakimiś pakunkami. Pawelak pierwszy, a my za nim, dziurą w parkanie okalającym boisko, wysypaliśmy się na ulicę i okrążyliśmy starszą panią. Przyglądała się nam niepewnie, podejrzewała jakiś podstęp, ale nie wiedziała, co zmalujemy, więc na wszelki wypadek uśmiechnęła się nieśmiało. Pawelak wyciągnął w jej kierunku palec wskazujący, zrobiliśmy to samo. Pawelak krzyknął: „Żydówa!”, krzyknęliśmy za nim. Staliśmy wokół nieszczęsnej staruszki i skandowaliśmy: „Żydówa, Żydówa!”.

Było wesoło i zarazem podniośle. Czuliśmy dumę, że tacy nieustraszeni i zjednoczeni doprowadziliśmy kobietę do płaczu z bezsilności.

Do domu wróciłem rozentuzjazmowany. Mama przygotowywała obiad w kuchni, a ja włączyłem telewizor. Puszczali Ostatni etap Wandy Jakubowskiej, film o obozie oświęcimskim.

– Mamo, zobacz, Żydków prowadzą! – krzyknąłem, gdy na ekranie pokazano kolumnę więźniów z gwiazdami Dawida na pasiakach.

I wtedy po raz pierwszy w życiu i zarazem ostatni dostałem od matki w twarz. Uderzenie było raczej symboliczne, takie plaśnięcie w policzek. Mama wybuchła płaczem, usiadła na krześle i ukryła twarz w dłoniach. Nic nie rozumiałem.

Później rozumiałem jeszcze mniej. Mama powiedziała, że jej rodzice byli Żydami. Mieszkała wraz z nimi w Łodzi, potem wyjechała na studia do Warszawy i tu poznała mojego tatę. Po wybuchu wojny rodzice mamy z łódzkiego getta trafili do warszawskiego. Potem zginęli. Mama nie wiedziała, kiedy i jak stracili życie. Nie wiedziała, jak umarli wszyscy jej krewni poza siostrą. Jak zginęły jej przyjaciółki z dzieciństwa i chłopcy, którzy się w niej kochali albo ona kochała się w nich. Nie wiedziała, gdzie rozpłynął się cały jej świat. Tak dowiedziałem się, że jestem Żydem i gdyby wojna trwała nadal, to maszerowałbym w obozie oświęcimskim z żółtą gwiazdą Dawida przypiętą do kieszeni pasiaka.

Łatwo wyobrazić sobie szok 11-latka, który jeszcze dwie godziny wcześniej był wojującym antysemitą, pastwiącym się wraz z kolegami nad starszą panią, a teraz dowiedział się, że sam jest Żydkiem. Ale potem mama powiedziała, że ona nie jest Żydówką, uważa siebie za Polkę i do tego patriotkę, więc ja też jestem Polakiem. W ten sposób po krótkotrwałej zmianie narodowości wróciłem na łono ojczyzny. Trudno powiedzieć, czy wywołało to moją euforię. W zasadzie było mi wtedy obojętne, czy być Żydem, czy Polakiem. Na pewno jednak przestałem być antysemitą. Pawelaka zaś szczerze znienawidziłem.

* * *

Z rodzicami i siostrą zajmowaliśmy trzypokojowe mieszkanie z widną kuchnią na Mokotowie, na osiedlu Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej. Pojęcie „widna kuchnia” oznaczało, że miała okno, co wówczas nie było wcale takie oczywiste. Siostra Krysia, dzisiaj świetna dziennikarka, autorka znakomitych wywiadów nie tylko z gwiazdami, była ode mnie nieco starsza, co siłą rzeczy dawało jej większy wpływ na domową rzeczywistość. Na marginesie: dzisiaj starsza siostra twierdzi, że jest już ode mnie młodsza, uśmiecha się filuternie, a ja przyznaję jej rację, bo wiek to rzecz względna.

Krysia z racji starszeństwa wywalczyła sobie prawo do samodzielnego pokoju. Ojciec miał swój gabinet, a ja z mamą mieszkaliśmy w trzecim, największym pokoju. Całość mierzyła bodaj 55 m kw., co dzisiaj musi budzić pusty śmiech, ale wtedy, w latach 50. i 60., to mieszkanie było prawie jak pałac.

Mama nocami płakała. Mówiła, że to tylko katar, początkowo nawet wierzyłem. Potem zrozumiałem, że jej nocny katar pełen łez był rodzajem modlitwy za wszystkich bliskich, których straciła podczas wojny. Musiała za nimi strasznie tęsknić, musiała ją dręczyć myśl, że nie wie, jak i gdzie skonali, czy bali się w chwili śmierci. Nigdy nie chciała opowiadać o wojnie, a my z siostrą nie dopytywaliśmy zanadto i to wcale nie z powodu drażliwości tematu, ale – jak dzisiaj oceniam – z próżnego przekonania, że liczy się tylko tu i teraz, wojna była i minęła, trzeba cieszyć się życiem. Odkładaliśmy na później wyciąganie od mamy wspomnień. Odkładaliśmy i odkładaliśmy i w końcu spóźniliśmy się. Pewnie tak to jest, że dzieci zawsze się spóźniają, nie zdążą odpytać w porę i potem tego żałują.

 

Zostały tylko okruchy, jakieś fragmenty niedokończonych rozmów, trudno z tego ułożyć sensowną całość. Ojciec mamy miał przed wojną w Łodzi fabrykę chustek. A może była to tylko fabryczka, nie wiem. Nie wiem też, jakiego rodzaju chustki produkował. Takie na głowę czy apaszki? Duże czy małe? Jedwabne czy bawełniane? Kolorowe, a może stonowane? Nie wiem, ilu ludzi zatrudniał. Nie znam adresu tej wytwórni, nie wiem też, przy jakiej ulicy mieszkali.

Żyło im się chyba nieźle, bo mama wspominała, że ona i jej siostra miały guwernantkę, chodziły do prywatnych szkół i odbierały staranne wykształcenie. Zapamiętałem ulubioną opowieść mamy: rzecz działa się w którymś łódzkim kinie. Mama do kina chodziła wtedy często, ten nawyk pozostał jej zresztą do końca życia. Wtedy poszła na jakąś komedię. W rzędzie przed nią siedział kompletnie łysy i niewysoki jegomość. Mamę tak rozbawił film, że zaczęła z uciechy uderzać się w gołe kolana, było to latem. Ale przez pomyłkę tłukła nie we własne nogi, tylko w łysinę pana z niższego rzędu. Był absolutnie oburzony i z przyganą powiedział coś o rozwydrzeniu współczesnej młodzieży. Ciekawe, jak by dzisiaj zareagował na zachowanie młodych kibiców podczas meczu derbowego? Ciekawe, jak oni zareagowaliby na niego. Czy z uciechy tłukliby go tylko po łysinie?

Podczas wojny mama była blondynką. Miała, jak to się wtedy mówiło, aryjskie papiery. Rzecz jasna fałszywe. Pomógł jej w zdobyciu tych dokumentów jej chłopak, późniejszy mąż, czyli mój tata. Mieszkali w Warszawie, a mama dodatkowo wynajęła mieszkanie gdzieś w pobliżu getta. Wiedziała, że za murem umieszczono jej rodziców. Miała z nimi kontakt, ale nie mam pojęcia, czy się widywali, czy też wszystko odbywało się przez pośredników.

W 1943 r. po Warszawie poszła wieść, że Żydzi mogą sobie kupić życie. Za pieniądze, złoto i biżuterię dostaną paszporty państw południowoamerykańskich i będą mogli legalnie wyjechać przez Szwajcarię do Argentyny. Miejscem zbiorki był Hotel Polski przy ulicy Długiej. Pierwsza grupa rzeczywiście wyjechała. Pozostali dowiedzieli się o tym z listów, jakie przyszły od szczęśliwców. Trauma mojej mamy polegała na tym, że to ona doradziła rodzicom, żeby wykupili się od Niemców i wyjechali w następnej kolejności. Pomogła im nawet zdobyć odpowiednie środki. Nie wiem, czy spotkała się z nimi, gdy szli do Hotelu Polskiego. Wyjechali i już więcej nie dali znaku życia. Prawdopodobnie trafili do któregoś z obozów koncentracyjnych. Do Auschwitz, Majdanka, może do Treblinki. Mama do końca życia łudziła się, że może jakimś cudem uniknęli śmierci. Kiedy już jako początkujący dziennikarz jechałem z Jurkiem Morawskim, moim przyjacielem i znakomitym reportażystą, do Kielc, aby napisać reportaż z okazji 40. rocznicy pogromu kieleckiego, mama poprosiła, abym sprawdził, czy jej rodzice przypadkiem się tam nie zaplątali. Powiedziała, żebym pytał o Różę i Szymona Bergerów. Ona sama nosiła wtedy przyjęte na czas wojny nazwisko Wiernik, takie miała w fałszywych dokumentach. Nie wiem, czy Berger to prawdziwe nazwisko dziadków, których nigdy nie poznałem, a nawet nie widziałem ich fotografii.

Pogrom odbył się w czerwcu 1946 r., ja pojechałem do Kielc 40 lat później. Przez tyle lat mama nie miała odwagi, aby samodzielnie sprawdzić, kto zginął w Kielcach, a kto się uratował z rzezi dokonanej – co tu kryć – przez prawdziwych kieleckich Polaków.

Chodziliśmy z Jurkiem po ulicy Planty, szukaliśmy świadków zdarzeń, a ja wypytywałem o Bergerów. Nikt ich nie pamiętał. W domu pod numerem 7, w którym w 1946 r. przebywali Żydzi, na których dokonano pogromu, teraz mieszkali Romowie. Nie słyszeli o wydarzeniach sprzed 40 lat, nic nie wiedzieli o zabijanych Żydach.

– My Cyganie, nas też zabijano jak Żydów – powiedziała mi stara kobieta w barwnej spódnicy i patrzyła wyczekująco, czy wzbudzi we mnie współczucie.

Nie wzbudziła, bo szukałem śladów moich dziadków, których zabito, a znalazłem grupę kolorowych Cyganów. Byli sympatyczni i weseli, polubiłem ich, ale współczucia w sobie nie znalazłem, bo ich pamięć o ofiarach była dla mnie abstrakcyjna w przeciwieństwie do całkiem realnych nocnych łez mojej matki.

Nasz reportaż o pogromie ukazał się w 1986 r. w „Przeglądzie Tygodniowym”. Nosił tytuł Mroczne stany i był pierwszą w oficjalnej prasie opowieścią o tamtej zbrodni, nie licząc historycznej pracy prof. Krystyny Kersten, która ukazała się bodajże w 1981 r. w tygodniku „Solidarność”. Po naszym artykule Daniel Passent w swoim felietonie w „Polityce” zapytał z nieukrywanym żalem, dlaczego taki tekst powstał w konkurencyjnym tygodniku, a nie w jego redakcji. Później, gdy już pracowałem jako dziennikarz w „Polityce”, jeszcze raz pojechałem do Kielc. Zbierałem materiał do reportażu o innych ofiarach tamtego pogromu, mieszkańcach Kielc skazanych na śmierć w błyskawicznym i pokazowym procesie, jaki w kilka dni po pogromie odbył się w tym mieście. Dziewięć osób rozstrzelano, chociaż części z nich nie udowodniono udziału w zabójstwach, a jedynie obecność w tłumie. Ten artykuł nie ukazał się jednak w „Polityce”, bo zaprotestowali niektórzy starsi wiekiem redaktorzy. Marian Turski, którego szczerze podziwiam, zarzucił mi wtedy brak empatii dla żydowskich ofiar kieleckiego dramatu. Powiedziałem mu, że ja tę empatię mam głęboko w sercu i już ją wyraziłem, gdy pisałem wraz z Morawskim reportaż w 1986 r.

– Gdzie była wtedy empatia „Polityki”, która milczała na ten temat? – zapytałem. Byłem naprawdę wściekły i tekst zablokowany w mojej redakcji opublikowałem w miesięczniku „Nowe Państwo”.

– Nie jesteś strachliwy – ocenił wtedy jeden z redaktorów „Polityki”. – Walczysz o swoje. I masz rację.

* * *

Myślę, że w porównaniu z moją matką jestem strachliwy. Nie znam nikogo, kto miałby w sobie więcej odwagi od niej. Podczas okupacji w wynajętym mieszkaniu obok getta ona, udająca złotowłosą Polkę, przechowywała uciekinierów z żydowskiej dzielnicy. Był to rodzaj szybkiej przechowalni. Siedzieli po kilka dni w skrytce w szafie, potem ktoś ich zabierał i wędrowali dalej. Przez mieszkanie mamy przeszło przynajmniej kilkadziesiąt takich osób. Kim byli i jak potoczyły się ich dalsze losy – nie wiem.

To nie film, to się zdarzyło naprawdę. Młoda kobieta, Żydówka udająca Polkę, ryzykując własnym życiem, ratowała ludzi z getta. I przecież Żydówka tylko dla Niemców, w gruncie rzeczy bohaterska Polka. Moja matka.

Mieszkanie zostało spalone, to znaczy zdekonspirowane przez innego szczerego Polaka. Był szmalcownikiem. Domyślił się albo podpatrzył, do czego to mieszkanie służy, i zażądał od mamy pieniędzy. Nie wiem, czy mu zapłaciła, ale na wszelki wypadek przestała ten lokal wynajmować. Ów Polak miał na nazwisko Goszczyński. Kiedyś mama opowiedziała mi o nim. Akurat miałem w klasie kolegę o nazwisku Goszczyński. Sympatyczny chłopak, ale w moich oczach już na zawsze był podejrzany. Paru Goszczyńskich przewinęło mi się przez życie i do każdego podchodziłem z dystansem. Naznaczeni przez nazwisko, Bogu ducha winni, ale dla mnie w jakiś tam sposób podejrzani. Nic osobistego, bez urazy, ale długo nie mogłem się z tego wyzwolić. Ktoś mógłby nawet powiedzieć, że Pytlakowski wyssał nienawiść do Goszczyńskich z mlekiem matki. Już mi minęło.

Kiedyś rozmawiałem o tym z nieznanym wam pisarzem Wiesławem Pastuszką. Powiedział, że on też dość długo nosił w sobie nieuświadomioną urazę do osób noszących pewne nazwiska. Długo się wahał, czy ujawnić mi jakie.

– Na przykład Lipsztain, Libchaber czy Wildstein – wyliczył wreszcie.

– Co zrobili? – spytałem.

– Człowieku, nic nie zrobili. Ja to wyssałem z mlekiem mojej matki – oznajmił. – Już się z tego wyzwoliłem.

* * *

Zastanawiam się nad niesamowitą intuicją Pastuszki. Wymienił nazwiska, które w różnym czasie pojawiały się w moim życiu. Państwo Lipsztainowie mieszkali z nami drzwi w drzwi w trzypiętrowym wuesemowskim budynku z oknami wychodzącymi na Wiktorską. Mieli trzech synów, a właściwie był też czwarty, ale nie mieszkał z nimi. To owoc poprzedniego związku pani Lipsztain. Marek, starszy ode mnie o dwa lata, potrafił wymienić wszystkie składy reprezentacji Brazylii w piłce nożnej. Sam w piłkę nie grał, trenował lekkoatletykę. Skończył matematykę i pracował naukowo. Potem wyjechał na stałe do USA. Józio był ode mnie nieco młodszy. Grał na obronie tak twardo, że przeciwnicy odbijali się od niego jak od ściany. Potem wyemigrował do Danii. Trzeci był Jojne. Nie pamiętam, jak miał na imię, wszyscy nazywali go Jojne. To był kłopotliwy dzieciak, opóźniony w rozwoju. Nie wiem, dokąd wyjechał.

Z Antkiem Libchaberem chodziłem do jednej klasy w liceum i nawet się z nim przyjaźniłem. Spory oryginał. Miał niesamowity zbiór płyt czarnych muzyków. Preferował soul i rhythm and blues. Prowadzał mnie na Jazz Jamboree. Potem studiował farmację. Wyjechał do Ostrołęki, prowadził tam aptekę.

A z Bronkiem Wildsteinem pracowałem w „Życiu Warszawy” i „Życiu”. Był wtedy, i chyba się nie zmienił, człowiekiem niesłychanie pryncypialnym. Lubiłem go i nadal lubię, chociaż myślę, że trochę w tej pryncypialności pobłądził. On zapewne uważa, że to ja pobłądziłem.