Wyspy odzyskaneTekst

Z serii: Sulina
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.


Projekt okładki Agnieszka Pasierska

Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce © by Krzysztof Wójcik / Forum

Copyright © by Piotr Oleksy, 2021

Opieka redakcyjna Przemysław Pełka

Redakcja Wojciech Adamski

Recenzja naukowa prof. Kazimierz Kozłowski (Uniwersytet Szczeciński)

Korekta Katarzyna Juszyńska, Iwona Łaskawiec

Skład Alicja Listwan / d2d.pl

Mapa d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8191-279-2

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

czarne.com.pl

Wydawnictwo Czarne

@wydawnictwoczarne

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

Wołowiec 2021 • Wydanie I

Spis treści

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Motto

Czterdzieści i sześć

Lekcje Chama

Lutnia i sieć

Archipelag urzeczonych

Bez rękawic, ale na fali

Wasz towarzysz, nasz szyper

Słowo za słowo

Wielkie polowanie

Historia pięknego miejsca

Wyspiarski genius loci

Nota o źródłach i metodzie

Podziękowania

Przypisy


To miejsce weszło we mnie i zabarwiło moje życie jak bejca.

Adam Nicolson, Sea Room. An Island Life, London 2001 [za:] Robert Macfarlane, Szlaki. Opowieści o wędrówkach, tłum. Jacek Konieczny, Poznań 2018, s. 129.

Jakiś zbójecki hyr tu władał, jakaś własna moralność. Co tu dużo gadać: mnie to brało. Wówczas odniosłem wrażenie (potem upewniłem się), że to nie jest jakiś wrodzony zmysł do łajdactwa, ale ciągłe upajanie się wolnością, akceptowanie prawa do urządzania się na swój sposób.

Czesław Schabowski, Archipelag urzeczonych, Poznań 1978, s. 7.

Czterdzieści i sześć

– Ale tu pięknie, jak tu pięknie, ależ macie widok – słyszałem od odwiedzających nas licznie gości. Myśl, że to, co widzę za oknem, to „piękny widok”, wryła mi się silnie w świadomość, choć sam stwierdziłem ten fakt wiele lat później, w czasie studenckich odwiedzin w domu rodzinnym. Tak, piękno zachwycało, nikt jednak nigdy nie pytał o przeszłość tego miejsca ani specjalnie o niej nie dyskutował.

Dorastałem więc w Lubinie na wyspie Wolin, żyjąc w podświadomym przekonaniu, że mieszkam w pięknym miejscu bez historii. Czasami wspomniano o zasiedlaniu i ukrytych przez Niemców skarbach. Najmocniej o historii przypominał dopiero rozkręcający się Festiwal Słowian i Wikingów w Wolinie. Przy różnych okazjach na szkolnej wycieczce można było usłyszeć legendę o Winecie. Niemniej zdawało mi się, że Historia, ta od wielkiej litery, która pasjonowała mnie od najmłodszych lat, jest gdzie indziej. Historia była w Krakowie, Gnieźnie, Warszawie, nawet pod Cedynią. Wszędzie, tylko nie tu. Tu były geografia, krajobraz i przyroda. Był Zalew Szczeciński, po którym żeglowaliśmy; był Woliński Park Narodowy, przez który chodziłem do szkoły; była plaża w Międzyzdrojach, o którą zabijali się turyści.

Przyroda przeważała nad historią do tego stopnia, że niemiecka przeszłość mojej wioski i całego regionu wydawała mi się raczej częścią historii naturalnej niż ludzkiej. Z okna w kuchni widziałem kościół, za którym znajdowały się dwa poniemieckie cmentarze. To było oczywiste i naturalne: nasz cmentarz jest pod lasem, tu są dwa poniemieckie. Odwiedzała nas czasami pani Herta, która była Niemką i mieszkała przy ulicy Wodnej, a przed wojną w naszym domu, i chętnie opowiadała, jak wszystko wtedy wyglądało. Było to dla mnie jako chłopca zwyczajne i tylko trochę ciekawe. Wszystko dookoła było poniemieckie i fakt ten wydawał się tak oczywisty, iż na pewnym etapie życia myślałem chyba, że wszystkie stare domy na świecie są poniemieckie.

My zaś żyliśmy tu, w tym pięknym miejscu, rytmem wyznaczanym przez sezon oraz czas poza sezonem i wydawało się, że tylko przyroda i krajobraz: Bałtyk, plaża, Zalew, wyróżniają nas w świecie. Lubiłem słuchać opowieści o różnych regionalnych tradycjach – z Podhala, Małopolski i Wielkopolski, którą znałem najlepiej. Wszystkie wydawały mi się interesujące, chyba głównie dlatego, że u nas nic takiego nie istniało. Pamiętam jednak, że drażniły mnie wszelkie gwary, nawet wielkopolska, z którą regularnie obcowałem. Nadużywane przez kuzynostwo słówko „tej” brzmiało dziwnie i męczyło. Zapytałem kiedyś mamę lub tatę, czy u nas też są jakieś słówka, których inni nie używają. Powiedzieli, że nie, bo tutaj po wojnie przyjeżdżali ludzie z całej Polski i musieli się jakoś dogadać, więc wyszło na to, że mówi się tu czystą polszczyzną. To mi się podobało, żałowałem jednak, że nie mamy swoich ciupag czy innych symboli odrębnej kultury. Wtedy oczywiście tak ich nie nazywałem, rozumiałem jednak, że muszle, które kupują u nas turyści, to coś innego niż ciupagi.

W społeczności, która zaczęła się kształtować siedemdziesiąt pięć lat temu, trudno oprzeć poczucie regionalnej tożsamości na historii. Nasze myślenie o przeszłości jest zdominowane przez perspektywę narodową, więc trudno pozbyć się przekonania, że to wszystko było „nie nasze”. Zwłaszcza że to, co najbardziej „swoje”, osadnicy zostawili za sobą. Twórcy PRL-owskiej propagandy próbowali pokazać, że było odwrotnie, że całe Nadodrze należało u zarania do nas, a obecnie je odzyskujemy. Trudno powiedzieć, jakie znaczenie miało to wtedy dla ludzi przytłoczonych problemami powojennej codzienności.

Z ponad czterdziestu wysp leżących u ujścia Odry do Morza Bałtyckiego znakomita większość jest przede wszystkim siedliskiem wielu gatunków ptaków, a niekiedy też dzików. Niewysokie, czasem zalewane, porośnięte głównie trzcinami, gdzieniegdzie bujniejszą roślinnością lub nawet pokaźnymi drzewami, mają swoje nazwy, z reguły dość barwne: Wielki Krzek i Mały Krzek, Wiszowa Kępa, Wydrza Kępa, Koński Smug. Na przeważającą część z nich się nie pływa, nie prowadzą przez nie codzienne lub nawet niecodzienne ścieżki wyspiarzy. Można by powiedzieć, że przede wszystkim urozmaicają widok ogromnej przestrzeni Zalewu i dla większości z nas jest to ich podstawowa funkcja. Wyjątek stanowi tych kilka wysp, leżących w pobliżu sołectw Przytór i Łunowo, na których mieszkają krowy. Wypas krów na wyspach praktykowali przez długie lata Niemcy. Po 1945 roku zaprzestano tej formy hodowli. Wraz z krowami zniknęły owady, a w konsekwencji także sporo gatunków ptaków. Odtworzenie tego bogactwa wymagało powrotu krów – i tak się też stało. Zwierzęta są wożone na wyspy wiosną i pozostają na nich do jesieni.

Zamieszkane są tylko wyspy Wolin, Uznam, Karsibór i Chrząszczewska. Na pierwszej z nich mieszka kilkanaście tysięcy osób. W sezonie letnim liczba ta wzrasta do ponad stu tysięcy. Do naszego kraju przynależy tylko mniejsza część Uznamu, ale za to z największym miastem na wyspie, którym jest Świnoujście, liczące około czterdziestu jeden tysięcy stałych mieszkańców. Karsibór jest w zasadzie sztuczną wyspą. Była to część Uznamu do 1874 roku, kiedy to rozpoczęto budowę Kaiserfahrt, czyli Kanału Cesarskiego (zwanego obecnie Piastowskim), który znacznie skrócił drogę wodną ze Szczecina do Bałtyku. Tak powstała wyspa Caseburg lub Kaseburg, obecnie Karsibór, z wioską o tej samej nazwie. Mieszka w niej około siedmiuset osób. Na ostatniej z wysp – Chrząszczewskiej – znajduje się kilka gospodarstw oraz zakład karny.

 

Zanim Odra wpadnie do Morza Bałtyckiego, musi pokonać Zalew Szczeciński, który jest największym akwenem słodkowodnym w Polsce – sześć razy większym od jeziora Śniardwy i trochę większym od węgierskiego Balatonu. Określenie „zalew” uznać trzeba za mylące, wprowadzono je po 1945 roku, wcześniej akwen ten nazywano Zatoką Szczecińską. Tak naprawdę jest to jednak laguna przybrzeżna, czyli część morza odcięta od niego przez barierę w postaci rafy lub piaszczystego wału. Z taką właśnie laguną połączyła się Odra. Dalszą drogę do Bałtyku rzeka znalazła przez trzy cieśniny: Dziwnę, której wody oblewają wyspę Wolin od wschodu, Świnę, rozdzielającą Wolin i Uznam, oraz Pianę, która odgranicza archipelag od zachodu. Woda w tych cieśninach płynie z południa na północ, bo przecież to Odra wpada do Bałtyku. Czasami bywa jednak odwrotnie – północny wiatr wpycha wodę morską do cieśnin, tworząc zjawisko cofki. W ten sposób około trzech tysięcy lat temu powstały wyspy w delcie Świny: wsteczny prąd spowodował tu akumulację piasku i mułu. Cofka sprawia również, że poziom wody wzrasta oraz zwiększa się stopień zasolenia Zalewu, w którym żyją gatunki ryb niespotykane w akwenach typowo słodkowodnych, takie jak śledź czy troć.

Gdy cofka jest bardzo silna, promy z wyspy Wolin na wyspę Uznam nie pływają. Centrum Świnoujścia nie ma wtedy bezpośredniego połączenia z resztą kraju. Zdarza się to raz–dwa razy w roku, najczęściej w lutym lub listopadzie. Dawniej z podobną sytuacją mieliśmy do czynienia również, gdy na Świnie spiętrzyła się kra. Obecnie jednak portowe lodołamacze oraz same promy są o wiele mocniejsze, a przede wszystkim zimy już nie są takie jak kiedyś. W przypadku cofki izolacja trwa nie dłużej niż dzień lub dwa. Jeśli akurat nie toczy się kolejny śmiertelny spór w polskiej polityce, to do Świnoujścia z tej okazji zaglądają telewizje informacyjne i przypominają Polkom i Polakom, że część ich kraju stanowi miasto leżące na wyspie, które nie ma stałego połączenia z lądem. Na razie, bo budowa tunelu właśnie ruszyła. Gdy zostanie ukończony, dokona się fundamentalna zmiana w naszej przestrzeni.

Połączenie promowe jest niezwykle uciążliwe. Tak zwany mały prom w samym centrum miasta pozostaje dostępny w ruchu samochodowym tylko dla mieszkańców Świnoujścia. Duży prom, kursujący w pobliżu Karsiboru, obsługuje wszystkich innych. Mały prom płynie siedem minut, a odbija co dwadzieścia. Duży na pokonanie trasy potrzebuje trochę ponad dziesięć minut, odbija zaś najczęściej co pół godziny. Świnoujście jest więc oddalone od kraju o wiele bardziej, niż wskazywałaby odległość. Szczególnie latem, gdy kolejka na duży prom, z którego korzystają turyści, rozciąga się na kilka kilometrów. Postoimy w niej nawet do trzech godzin. Dla mieszkańców wyspy Wolin Świnoujście pełni funkcję lokalnej metropolii. Tam udajemy się do szkoły, do pracy, do większych i ciekawszych sklepów lub restauracji. Oznacza to jednak, że swój samochód należy zostawić na prawobrzeżu, a Świnę przebyć małym promem jako pieszy lub rowerzysta. Konieczność pokonania tej trasy samochodem oznacza, że czas kilkunastokilometrowej podróży wydłuży się o mniej więcej godzinę. W sezonie turystycznym należy z tej opcji zrezygnować lub udać się w podróż we wczesnych godzinach rannych.

Przeprawa jest również męcząca dla mieszkańców Świnoujścia, mimo że obecnie mają swój mały prom, o nazwie Bielik, na wyłączność. W okresie wzmożonego ruchu, na przykład przy okazji świąt, oznacza to jednak kolejkę na kilkadziesiąt minut. A w dzień powszedni wydłuża podróż do Szczecina z półtorej godziny do ponad dwóch.

Prom wydaje się jednak kluczowy dla naszej wyspiarskości. Wyspę Wolin łączą z resztą kraju dwa mosty: w Wolinie i w Dziwnowie. Nie brakuje turystów, którzy będąc w Międzyzdrojach, nie zdają sobie potem sprawy, że znajdują się na wyspie (chyba że w Dziwnowie podniosą akurat most zwodzony). W przypadku Świnoujścia nie jest to możliwe. Wyspowość tego miasta odbija się również w mentalności jego mieszkańców. „Na drugą stronę” wybierają się tylko, gdy zajdzie poważna potrzeba. I zazwyczaj jadą od razu co najmniej do Szczecina. Jak już się przepłynęło, to nie ma sensu zatrzymywać się gdzieś bliżej, w małych miejscowościach. Świnoujście, ze względu na swój wyspiarski charakter, wytworzyło wszystko, co niezbędne jego mieszkańcom. W sprawach życiowych czy urzędowych nie muszą raczej udawać się „na drugą stronę”, a wielu z nich taki wyjazd postrzega jako niemałą eskapadę. Wyjątkiem są pracownicy stoczni i kilku mniejszych zakładów znajdujących się na Warszowie, czyli dzielnicy Świnoujścia położnej na wyspie Wolin.

Co ciekawe, określenia „na drugą stronę” używają mieszkańcy zarówno prawo-, jak i lewobrzeża Świny. Porozumienia jednak brak – drugą stroną jest zawsze ta druga. Mieszkaniec wyspy Uznam, a więc centralnej części miasta, znajdując się na wyspie Wolin, powie, że jest „na drugiej stronie”. I nawet jeśli miałby tam spędzić cały dzień albo i dwa, nadal będzie to dla niego „druga strona”. Wracając, powie zaś po prostu, że płynie do Świnoujścia.

Pamiętam, że na początku liceum koledzy ze Świnoujścia patrzyli na nas dojeżdżających, a w zasadzie dopływających, trochę jak na przybyszów z innej krainy. Miało to jednak swoje plusy – zdarzało się, że prom nie pływał, więc byliśmy zwolnieni ze szkolnego obowiązku. Przez jakiś czas w liceum panowała zasada, że dojeżdżającym nie można wstawić nieobecności na pierwszej lekcji. Wtedy oczywiście promy rzadko kiedy pływały zgodnie z rozkładem. Kilka lat temu realizowałem projekt edukacyjny w liceum, którego jestem absolwentem. Po skończonych lekcjach nauczycielka zapytała nas, czy to koniec pracy na dziś. Odparliśmy, że teraz jedziemy do szkoły w Międzyzdrojach.

– Ojej, na drugą stronę – powiedziała z prawdziwym żalem w głosie.

Prom tworzy również cały szereg codziennych praktyk i swoistych obyczajów, w pełni znanych tylko mieszkańcom wysp. Wybierając się rano do liceum, jechałem trzydzieści minut PKS-em, następnie wsiadałem na prom (pływałem więc przynajmniej dwa razy dziennie). Przed przeprawą gromadziliśmy się całą grupą znajomych – w ten sposób zawiązywały się trwałe i wieloletnie przyjaźnie. Wiele razy wracałem do domu kilka godzin później, niż planowałem, właśnie dlatego, że uciekł mi prom, a PKS odjechał. Przeprawa wymusza co prawda punktualność, ale nie pomoże ona w sytuacji, gdy na prom wjedzie karetka na sygnale. Wtedy odbija on natychmiast. Specyficzną lokalną grupą zawodową są promiarze, czyli załoga obsługująca przeprawę. Zwala się na nich wiele własnych niepowodzeń: odbił minutę za wcześnie, źle ustawił samochody, przez co ja się nie zmieściłem, wpuścił kogoś innego zamiast mnie… Żaden świnoujski kierowca nie odmówi sobie wyklinania na promiarza w sytuacji, gdy przyjdzie mu parkować na promie na skrajnej pozycji, przy samej barierce.

– Ten to zawsze ustawia mnie z boku! – rozlega się w samochodzie.

Promiarze są więc bacznie obserwowani. Na początku pierwszej dekady XXI wieku, gdy bezrobocie w Polsce było bardzo wysokie, postrzegano ich jako grupę dobrze zarabiającą. Nie omieszkano im wypomnieć, że „biorą dwa tysiące za machanie łapą”.

Józef Pluciński, świnoujski historyk i wieloletni dyrektor Muzeum Rybołówstwa Morskiego, pisze o przeprawie promowej między wyspami Wolin a Uznam:

Pierwszą udokumentowaną informację o jej istnieniu w tym rejonie, stanowił dokument z 1230 roku, wystawiony przez opata Gottschalkaz klasztoru Stolpe koło Anklam, w związku z przekazaniem prawa do przeprawy przez księżnę Mirosławę. W dokumencie wymienione zostało pierwszy raz nawet imię przewoźnika – Teodoryk. Jest to więc jedna z najstarszych, o ile w ogóle nie najstarsza, udokumentowana przeprawa promowa w Europie, której nie zastąpił most lub tunel. Przypuszczać można, że równie stare jak przeprawa, były narzekania na jej funkcjonowanie i obsługujących ją przewoźników. W dokumencie z 1530 roku ganiono ich lenistwo, grubiaństwo oraz chciwość1.

W powojennej historii Świnoujścia ogromne znaczenie miał statek Piast, który regularnie kursował między tym miastem a Szczecinem od grudnia 1945 roku, wożąc ludzi oraz zaopatrzenie. W pierwszych latach po wojnie dwa brzegi Świny spinał holownik Władysław IV. Początkowo woził tylko pasażerów, lecz po drobnych przeróbkach mógł zmieścić nawet dwie furmanki. W następnych latach pojawiły się większe jednostki, a przeprawa stawała się coraz bardziej regularna i gwarantowała lepszą przepustowość. W pamięci mieszkańców regionu oraz turystów zapisały się szczególnie dwa urokliwe, małe promy przewożące wyłącznie pasażerów pieszych: Fafik i Filutek. Prawie każdy znał też Bolka, psa, który pływał promami. Ten kundelek uchodził za pupila załogi dużych promów – regularnie kursował między brzegami, wysiadał i po krótkim spacerze wracał, zawsze reagując na dzwonek zapowiadający odbicie od brzegu. Był to chyba jedyny mieszkaniec wysp, dla którego nie istniało pojęcie „drugiej strony”.

Wyspą w pełnym tego słowa znaczeniu jest też Karsibór – nie przeszkadza w tym ani jego sztuczność, ani połączenie mostowe z wyspą Wolin. Znajdująca się na Karsiborze wioska to formalnie dzielnica Świnoujścia. Gdy więc jej mieszkańcy chcą załatwić sprawy urzędowe i wiele innych życiowych kwestii, muszą przejechać mostem, a następnie udać się na prom. Co ciekawe, wyspa ta nie miała stałego połączenia z lądem aż do 1966, gdy zbudowano liczący trzysta osiemdziesiąt metrów most Piastowski. Na wyspę Wolin można było się dostać wyłącznie własną łódką. Z wyspą Uznam łączył zaś Karsibór obsługiwany siłą ludzkich mięśni niewielki prom linowy, który przecinał Kanał Piastowski. Do lokalnej legendy przeszedł Goliat, człowiek obsługujący tę przeprawę.

– To było wielkie chłopisko, a wypić umiał tyle, że nawet Rosjanom imponował – wspominał Józef Pluciński.

Wyprawa z Karsiboru w podróż samochodową w głąb kraju oznaczała więc konieczność skorzystania z jego usług, następnie dotarcia do przeprawy w Świnoujściu i przepłynięcia na wyspę Wolin. W dni targowe na Karsibór, który był rolniczym zapleczem miasta, pływał prom umożliwiający bezpośredni transport do centrum.

Stary obrotowy most w Wolinie, który zbudowano w miejscu, gdzie Dziwna jest najwęższa, liczy sto trzydzieści pięć metrów długości. Przejedziemy nim na wysepkę zwaną Wolińską Kępą, po czym wjedziemy na krótki, kilkudziesięciometrowy mostek. Zaledwie taka odległość oddziela wyspę Wolin od stałego lądu. Wyspa liczy dwieście sześćdziesiąt pięć kilometrów kwadratowych powierzchni. To więcej niż Malta.

Krajobrazowo jest bardzo różnorodna. Gdybyśmy zdecydowali się objechać (lub obejść) ją dookoła, to po wyruszeniu w Wolinie na północ, zgodnie z nurtem Dziwny, pojedziemy piękną starą aleją, wzdłuż łęgów i pól. Po kilku kilometrach, gdy aleja się skończy, otoczy nas typowy nizinny krajobraz rolniczy. Z Sierosławia widzimy już Wyspę Chrząszczewską, a przy Zastaniu Dziwna rozlewa się, tworząc Zalew Kamieński. W Dziwnowie cieśnina łączy się z Bałtykiem, więc musimy tu odbić na południowy zachód. Jedziemy wzdłuż morskiego wybrzeża, po lewej ręce zaś mijamy małą krainę malowniczych i czystych jezior (między innymi Kołczewo, Żółwińskie, Czajcze). Na środku wyspy krajobraz jest na przemian lesisty i polny. Położone tam Warnowo czy Żółwino to urokliwe wioski, zdające się leżeć z dala od cywilizacji.

Już od Kołczewa teren robi się pagórkowaty, wyspę porasta też coraz gęstszy las. Od Wisełki jedzie się serpentyną, raz do góry, raz w dół wzdłuż klifowego wybrzeża. Droga prowadzi przez las bukowy. Najwyższy z klifów liczy ponad dziewięćdziesiąt metrów wysokości. Pozwalają podziwiać panoramę Zatoki Pomorskiej, bo tak nazywa się ta część Bałtyku. Warto więc się zatrzymać i powędrować na wzgórze Gosań, na którym znajduje się punkt widokowy.

Za Międzyzdrojami możemy się skierować dalej na zachód, nizinnym, zalesionym cyplem, wciśniętym między Bałtyk a Zalew Szczeciński. Tą drogą dotrzemy do Świnoujścia i Świny. Możemy też skręcić na południe, gdzie za chwilę po prawej będziemy mieli jeziora Wicko Małe i Wicko Wielkie (są de facto częścią Zalewu), a po lewej wysokie wzgórza pokryte lasem bukowym. Jeśli odbijemy w lewo do Wicka i wjedziemy ulicą Widokową na samą górę, to przez chwilę możemy się poczuć jak w Bieszczadach urozmaiconych widokiem wysp wstecznej delty Świny.

Trzymając się wybrzeża, wyruszymy na wzniesienie, na którym znajduje się wioska Lubin, położona pięćdziesiąt–sześćdziesiąt metrów nad poziomem morza. Stąd roztacza się widok na wyspy, Świnoujście, Karsibór i ogromną przestrzeń Zalewu aż po Nowe Warpno oraz Trzebież, czyli miejsce, gdzie Odra wpada do tego akwenu. Dalsza podróż jest możliwa tylko pieszo, rowerem lub łodzią, bo tu droga kończy się przy granicy Wolińskiego Parku Narodowego. Kierując się od Lubina na wschód, w stronę Wolina, będziemy podróżować wzdłuż wysokich, stromych, piaszczystych klifów. Wyspa Wolin ma kształt zbliżony do trójkąta, którego aż dwa boki mają charakter wybrzeża klifowego.

 

Jeszcze innych wrażeń dostarczy nam Karsibór. Wioska, a właściwie dzielnica Świnoujścia o tej samej nazwie co wyspa, leży nad samą wodą, wśród szuwarów, w bezpośredniej bliskości ma wysepki i kanały między nimi. Na Karsiborze nie brakuje również rozległych pól, trzcinowisk oraz lasu. Polska część wyspy Uznam to przede wszystkim Świnoujście – miasto, którego centrum jest rozpięte między Świną a najszerszą w tej części Europy piaszczystą plażą. Granica powodowała, że przez lata na tym kończył się nasz wyspiarski świat, jednak wejście do strefy Schengen spowodowało, że wszystkie drogi i szlaki wyspy Uznam stanęły przed nami otworem. Zaczęło być widoczne, że nasze wyspy są częścią szerszego krajobrazu i świata przyrody, na które składają się plaże Uznamu, tutejsze jeziora, leśne pagórki i obszary nizinne, a także liczne cyple i cypelki nad Pianą. W pewnym momencie cieśnina rozlewa się, tworząc Achterwasser, czyli Zatokę Uznamską. Tam, między Damerow a Zempin, wyspa jest szeroka na zaledwie kilkaset metrów. Najdalej wysunięty na północ cypel, na którym znajduje się park krajobrazowy, zdaje się czasami być na równym poziomie z taflą morza. A stąd przecież już tylko rzut beretem na Rugię.

Świat wyspiarskiej przyrody wyróżnia się wszędobylskością dzików, żyjących już w pewnej harmonii z ludźmi, zwłaszcza turystami, którzy chętnie je dokarmiają i fotografują, a także obecnością jelenia europejskiego, sporadycznymi odwiedzinami foki szarej, widocznymi efektami pracy bobrów oraz obecnością żubrów w zagrodzie Wolińskiego Parku Narodowego. Przede wszystkim jest to jednak świat różnorodnego ptactwa, od mew i rybitw, przez czaple siwą i białą oraz mniejsze gatunki, aż po dominującego tu kormorana. Te rzadkie i znajdujące się pod ochroną ptaki żyją nad Zalewem Szczecińskim cały rok w liczbie kilkudziesięciu tysięcy sztuk. Jest to bez wątpienia ewenement, który spędza sen z powiek miejscowym rybakom. Kormoran to bowiem ich największy konkurent. Symbolem Wolińskiego Parku Narodowego jest zaś bielik. Dostrzeżenie go z lubińskich klifów rzeczywiście nie stanowi wielkiego problemu.

Określenie „kraina czterdziestu czterech wysp” utrwaliło się już w lokalnej świadomości, lecz niestety przyjdzie je zmienić. Teraz będzie wysp czterdzieści sześć. Dwie nowe powstają dlatego, że na Zalewie Szczecińskim pogłębiany jest tor wodny ze Świnoujścia do Szczecina. Będzie głębszy o całe dwa i pół metra. Tor ma ponad sześćdziesiąt siedem kilometrów długości i dwieście pięćdziesiąt metrów szerokości. Z tą ogromną ilością wydobytej ziemi coś trzeba zrobić; a więc – wyspy. Skorzystają z nich na pewno kormorany i czaple. Na jednej z nich planowana jest nawet przystań.

Jean Genet pisał w Dzienniku złodzieja: „Rozprawia się nieraz o wpływie pejzażu na uczucia, nigdy jednak o tym, jak działa na postawę moralną”2. W 2016 roku wspólnie z Mateuszem Sikorą zaczęliśmy poznawać losy osadników, którzy przybyli na wyspy w pierwszych latach po II wojnie światowej. Rozmawialiśmy z ostatnimi z nich, odkrywając trudne, a zarazem niezwykle barwne historie. W ten sposób o wiele bardziej zrozumiały stał się dla mnie również punkt widzenia Niemców, którzy wtedy opuścili ten region. Od tego czasu zacząłem inaczej patrzeć na dobrze znaną mi przestrzeń. Z jednej strony uderzyło mnie, w jak dużym stopniu nadal żyjemy na gruzach cywilizacji, która odeszła przed siedemdziesięciu laty. Z drugiej zaś, poznając perspektywę ludzi, którzy w ogromnie trudnych warunkach tworzyli tu swój świat na nowo, zacząłem rozumieć, dlaczego takim, a nie innym przeobrażeniom uległy wyspiarskie przestrzeń i infrastruktura. Patrząc na domy, te obecne i te, po których pozostały tylko fundamenty, a także na drogi, ścieżki i dukty, wyobrażałem sobie, jak musieli je postrzegać ludzie przybywający tu z różnych stron świata, po latach wojennej traumy. Ponadto uderzało mnie, jak bardzo ich sposoby życia zdefiniowała wyspiarskość: wszechobecność wielkiej wody, oddalenie od centrum kraju, problemy komunikacyjne. Owa przestrzeń działała na osadników, oni zaś stopniowo ją kształtowali. Z wielką mocą zadziałały tryby Historii. Właśnie tej pisanej wielką literą, determinowanej postanowieniami wielkiej trójki z Poczdamu, polityką ZSRR wobec Polski i Niemiec oraz przemianami politycznymi w powojennej Polsce. Historia i geografia przestały być w moich oczach przeciwieństwami. Stały się siłami wspólnie kształtującymi losy moich dawnych i obecnych sąsiadów, tworzącymi specyficzną i dynamiczną społeczność wyspiarzy, wpływającymi na ich uczucia oraz postawy i wybory życiowe.

Inne książki tego autora