Każdy został człowiekiemTekst

Z serii: Reportaż
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

W serii ukazały się ostatnio:

Liao Yiwu Pociski i opium. Historie życia i śmierci z czasów masakry na placu Tiananmen

Marcin Wójcik W rodzinie ojca mego

Frances Harrison Do dziś liczymy zabitych. Nieznana wojna w Sri Lance

Zbigniew Parafianowicz, Michał Potocki Wilki żyją poza prawem.

Jak Janukowycz przegrał Ukrainę

Peter Hessler Dziwne kamienie. Opowieści ze Wschodu i z Zachodu

Jenny Nordberg Chłopczyce z Kabulu. Za kulisami buntu obyczajowego w Afganistanie

Magdalena Kicińska Pani Stefa

Andrzej Muszyński Cyklon

Swietłana Aleksijewicz Czasy secondhand. Koniec czerwonego człowieka (wyd. 2)

Filip Springer Miedzianka. Historia znikania (wyd. 3 rozszerzone)

Aleksandra Łojek Belfast. 99 ścian pokoju

Paweł Smoleński Izrael już nie frunie (wyd. 4)

Peter Pomerantsev Jądro dziwności. Nowa Rosja

Swietłana Aleksijewicz Cynkowi chłopcy (wyd. 2)

Katarzyna Surmiak-Domańska Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość

Jean Hatzfeld Englebert z rwandyjskich wzgórz

Marcin Kącki Białystok. Biała siła, czarna pamięć

Bartek Sabela Wszystkie ziarna piasku

Anna Bikont My z Jedwabnego (wyd. 3)

Martin Schibbye, Johan Persson 438 dni. Nafta z Ogadenu i wojna przeciw dziennikarzom

Swietłana Aleksijewicz Wojna nie ma w sobie nic z kobiety (wyd. 2)

Dariusz Rosiak Ziarno i krew. Podróż śladami bliskowschodnich chrześcijan

Piotr Lipiński Bicia nie trzeba było ich uczyć. Proces Humera i oficerów śledczych Urzędu Bezpieczeństwa (wyd. 2 popr. i rozszerz.)

Paweł Smoleński Zielone migdały, czyli po co światu Kurdowie

Wolfgang Bauer Przez morze. Z Syryjczykami do Europy

Cezary Łazarewicz Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka

Elizabeth Pisani Indonezja itd. Studium nieprawdopodobnego narodu

Beata Szady Ulica mnie woła. Życiorysy z Limy

Rana Dasgupta Delhi. Stolica ze złota i snu

Ed Vulliamy Wojna umarła, niech żyje wojna. Bośniackie rozrachunki (wyd. 2)

Andrzej Brzeziecki, Małgorzata Nocuń Armenia. Karawany śmierci

Katarzyna Kwiatkowska-Moskalewicz Zabić smoka. Ukraińskie rewolucje

Anna Sulińska Wniebowzięte. O stewardesach w PRL-u

Anjan Sundaran Złe wieści. Ostatni niezależni dziennikarze w Rwandzie

Ilona Wiśniewska Hen. Na północy Norwegii

Mur. 12 kawałków o Berlinie pod red. Agnieszki Wójcińskiej (wyd. 2 zmienione)

Iza Klementowska Szkielet białego słonia

Lidia Pańków Bloki w słońcu. Mała historia Ursynowa Północnego

W serii ukażą się m.in.:

Dariusz Rosiak Żar. Oddech Afryki (wyd. 2 zmienione)

Anna Mateja Serce pasowało. Opowieść o polskiej transplantologii

Piotr Nesterowicz

Każdy został człowiekiem


Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Projekt układu typograficznego Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce © by Marian Kornicki

Copyright © by Piotr Nesterowicz, 2016

Redakcja Magdalena Budzińska

Korekty Sandra Trela / d2d.pl, Ewa Polańska / d2d.pl

Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Skład Ewa Czernatowicz / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-313-1

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

czarne.com.pl

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

redakcja@czarne.com.pl

Wołowiec 2016

Wydanie I

Spis treści

Seria

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

1951–1952. Dziś wykujemy nowego człowieka

1953–1955. Świat u naszych stóp

1956–1958. A więc tak wygląda życie?

1959–1960. Trzeba zachować marzenia

2015. Epilog

Posłowie

Kalendarium

Bibliografia

1951–1952. Dziś wykujemy nowego człowieka

To prawda,

kiedy miedziaki nudziarstwa

zagłuszają wielki cel wychowawczy,

kiedy sępy abstrakcji wyjadają nam mózgi,

kiedy zamyka się uczniów w podręcznikach bez okien,

kiedy redukuje się język do trzydziestu zaklęć,

kiedy gaśnie lampa wyobraźni,

kiedy dobrzy ludzie z księżyca

odmawiają nam prawa do gustu,

to prawda,

wtedy nam grozi tępota.

[…]

Marzyciel Fourier uroczo zapowiadał,

że w morzach będzie płynąć lemoniada.

A czyż nie płynie?

Piją wodę morską,

wołają –

lemoniada!

Wracają do domu cichaczem

rzygać,

rzygać.

Adam Ważyk, Poemat dla dorosłych (1955)

Regina wchodzi, siada i zostaje

Od trzech dni nie je, nie śpi, nie pracuje. Chodzi jak otumaniona. Albo siedzi i czeka. Wreszcie zrywa się o świcie i biegnie. Przepycha do tablicy z wynikami. Usta zaciska tak, że sinieją. Widzi jak przez mgłę. Nie dostrzega nazwiska. Lista jest długa, więc czyta ponownie. Nie ma jej. Spis, tablica i hol wirują przed oczami. Nie słyszy radosnych krzyków koleżanek.

W domu wzruszają ramionami.

– Idź do roboty, to ci pomoże – mówi matka.

Nigdy nie rozumiała, że dla Reginy poza nauką nie ma życia.

Do pierwszej klasy Regina poszła, gdy w kwietniu 1945 roku do Boisk wrócił nauczyciel. Początki były trudne, powoli uczyła się liter, nie miała elementarza. Dlatego pod koniec czerwca, po dwóch miesiącach funkcjonowania szkoły, nie przeszła do drugiej klasy. To jej nie zraziło, chociaż rodzice do nauki nie zachęcali. Mieli inne problemy. Dom spłonął w czasie wojny i mieszkali w ziemiance, którą na podwórku wykopali Niemcy. Gospodarstwo było małe, po podziale między ojca Reginy a stryja zostało im tylko kilka mórg. Mama sprzedała swój kawałek ziemi i za te pieniądze postawili dom. Skromny, z rozbiórkowego drewna, na nowe nie było ich stać.

Pomimo nieudanego początku Regina okazała się pilną uczennicą. Pierwszą – tę powtarzaną – i drugą klasę ukończyła w rok. Pomogło to, że roczniki były łączone. Uczniowie pierwszej i drugiej klasy przychodzili na jedenastą, po tych z trzeciej i czwartej. Na więcej oddziałów miejsca w wiejskiej podstawówce nie starczyło.

Szkoła stoi między dwiema częściami Boisk, tych pod Lasem i tych nad Wisłą. Boiska pod Lasem ciągną się z zachodu na wschód prostą linią długą na kilometr, by tuż za szkołą opaść ciasnymi zakrętami po skarpie prowadzącej ku rzece. Do brzegu wiejska droga nie dociera, skręca wcześniej na południe i znowu biegnie prosto przez półtora kilometra. Tam są Boiska nad Wisłą.

Parterowy drewniany budynek mieści dwa pokoiki dla nauczyciela i dużą salę lekcyjną. W niej tłoczą się ławki: dwuosobowe siedziska połączone zielonym drewnianym blatem z otworem na kałamarz. Cztery pary okien wpuszczają do środka światło, które odbija się od białych kafli wielkiego pieca. On najbardziej cieszy zimą, gdy rozgrzewa całą chatę – bo tak należałoby mówić o szkolnym budynku, z zewnątrz przypominającym chłopską ­chałupę. Chociaż nie, jest różnica. Do drewnianych, pomalowanych na brązowo drzwi prowadzą betonowe stopnie. W najwyższym zatopiono dwie żelazne ostrogi. Do czyszczenia butów z błota i gnoju. We wsi dziwią się, po co ten zbytek, skoro dzieci i tak chodzą boso.

W trzeciej i czwartej klasie jedynie religia sprawiała Reginie problemy. Wszystko przez rodziców, którzy chociaż wierzący na msze chodzili w kratkę. Z biedy, wstyd im było iść do kościoła w codziennych łachach. Ona nie tylko nie miała odświętnego ubrania, ale również butów. Koleżanki przynajmniej dzieliły jedną parę z siostrami. Pierwsza szła na poranną mszę i zakładała buty przed samym wejściem, a po nabożeństwie zostawiała je dla drugiej pod stodołą. Średnia przychodziła na późniejszą mszę, a najmłodsza na ostatnią. Ale Regina była najstarsza, młodsza Stasia urodziła się w czasie wojny, więc nawet wspólnych butów nie miały. Zresztą i tak nie byłoby ich za co kupić. Na dodatek z Boisk do kościoła parafialnego w Solcu jest sześć kilometrów i kiedy padało, ich wóz z kołami na żelaznych obręczach ledwie brnął grząską od błota drogą. Ale ksiądz na takie szczegóły nie zważał, odpytywał Reginę z treści kazań, a gdy bąkała, że nie była w kościele, wyzywał ją od bezbożnic, ciągnął za uszy i stawiał dwóje. Na szczęście wiejski nauczyciel bardzo ją chwalił.

 

By skończyć pełną podstawówkę, od piątej klasy chodziła do szkoły w Solcu nad Wisłą. Wstawała o szóstej, a zimą jeszcze wcześniej, chociaż było lodowato i strasznie, bo spuszczone z łańcuchów wiejskie psy przerażały. Marzyła o rowerze, ale nigdy nie odważyła się o nim wspomnieć rodzicom. Czasami ojciec z długim kijem w dłoni odprowadzał ją do skraju lasu. Potem leśnymi ścieżkami przecinała łuk drogi, która nie wiadomo czemu wiła się niepotrzebnie. Szła na wpół śpiąca, na wpół zamyślona, bo zawsze po cichu powtarzała lekcje.

Sarna wypadła gdzieś z zarośli. Co ją wypłoszyło, trudno zgadnąć. Samego zwierzęcia Regina właściwie nie zauważyła. Poczuła uderzenie w bok i ból, rozmazana plama przemknęła przed oczyma. Nie pamięta, jak długo leżała na śniegu pośrodku leśnej drogi. Był już późny ranek, kiedy wreszcie się podniosła i obolała powlekła do szkoły. Bardzo się spóźniła, to zapamiętała najlepiej. Od tego czasu zaczęła nadkładać drogi, ponad godzinę szła skrajem wsi, wzdłuż wału nad rzeką, aż do miasta.

W klasie dziwili się, że rodzice Reginy nie przychodzą na zebrania. Bała się przyznać, że to ze wstydu, bo ich stroje nie nadają się do miasta, a już na pewno nie na wywiadówki. Nie umiała sobie wyobrazić, że wchodzą na prostokątny plac obok rynku, idą przez park i zatrzymują się przed szkołą. Podstawówka w Solcu mieściła się w starym modrzewiowym budynku krytym gontem. Wejście ocieniał ganek wsparty na czterech białych kolumnach. Reginie przypominał antyczną świątynię, jedną z tych, o których uczyła się na lekcjach. Rodzice nie pasowali do jego stopni.

Cieszyła się więc, że nie przychodzili. I że uczniowie nosili fartuszki. „Oklejbidy”, tak na nie mówiono, bo rzeczywiście przede wszystkim ukrywały różnice w zamożności, a raczej ubóstwie wiejskich dzieci. W Boiskach byli biedni, biedniejsi i bardzo ubodzy. Oni razem z dwiema innymi rodzinami należeli do tych ostatnich. Mundurek był z granatowego płótna, z białym doczepianym kołnierzykiem, który trzeba było często prać, a potem prasować na gorącym kloszu lampy naftowej.

Zresztą nawet gdyby rodzice Reginy mieli się w co ubrać, na wywiadówki i tak by nie przychodzili. Nie chcieli, żeby się uczyła. Ojciec nieustannie powtarzał, że jemu, analfabecie, żyje się całkiem dobrze. Zupełnie nie rozumiał ambicji córki.

A ona była najlepsza. Może średnio zdolna, ale pracowita. Niektórzy nawet jej zazdrościli, szczególnie kiedy w nagrodę za wyniki w nauce dostała od komitetu rodzicielskiego materiał na sukienkę. Nosiła ją przez dwa lata.

Następnego dnia po ogłoszeniu listy przyjętych do liceum Regina budzi się o poranku. Bez śniadania biegnie do Solca. Do samego dyrektora Kołodziejskiego, który mieszka w budynku szkoły. Wpada do jego pokoju. Dyrektor je śniadanie i aż krztusi się z oburzenia.

– Nigdy więcej nie wchodź do mojego domu! – krzyczy i zrywa się od stołu.

To jej nie deprymuje. O liceum pedagogicznym marzyła przez dwa lata, od kiedy rusycystka wysłała ją do państwa Marciniaków. Dawała korepetycje Władkowi, chrześniakowi nauczycielki. Władzio chodził z Reginą do klasy, ale z lekcjami sobie nie radził. U Marciniaków miała dobrze. Za pomoc w nauce dostawała jedzenie, łóżko i dach nad głową. Nie musiała zrywać się przed szóstą i brnąć w śniegu przez las ani wieczorami wracać po ciemku przez bagniska, ciągnąc za sobą sosnowe gałęzie, żeby podkładać je pod nogi. Inaczej błoto wciągało po kolana.

Była przejęta nową rolą. Najpierw wspólnie odrabiali pracę domową, a potem powtarzali materiał. Gdy na lekcji on odpowiadał, ona drżała. Denerwowała się bardziej, niż kiedy przychodziła jej kolej. Gdy dostał dwóję, bała się wracać do Marciniaków, mimo że mama Władzia była dobrą i wyrozumiałą kobietą. Darowane jedzenie więzło Reginie w gardle. Ale udało się. Władzio zdał do siódmej klasy, a potem skończył szkołę.

Regina marzy o zawodzie nauczycielki tak mocno, że nie zraża się niefortunnym wtargnięciem do mieszkania dyrektora liceum. Nie onieśmiela jej dumny piętrowy gmach z neoklasycystyczną fasadą, wysokością niemal dorównujący stojącemu obok kościołowi dawnego klasztoru. Tynk jest wprawdzie szary i odrapany, ale gdy w końcu przeprowadzą remont, o który zabiega dyrektor Kołodziejski, biel ścian świecić będzie na pół Solca. Szkołę postawili Rosjanie, niektórzy mówią, że w ­zadośćuczynieniu za odebranie praw miejskich, ale po prawdzie raczej, by wspierać wysiłki rusyfikacyjne. O tym aspekcie historii na porannych apelach w liceum jednak nikt nie wspomina.

Gdy następnego dnia Regina przychodzi do gabinetu dyrektora, ten wprawdzie nie wyrzuca jej od razu, ale na łzy nie zważa.

– Nie ma miejsc – przerywa nieskładny wywód Reginy o tym, jak bardzo pragnie zostać nauczycielką.

W kolejnych dniach Kołodziejski przyjmie dziesięcioro uczniów, którzy nie zdali egzaminów, ale mają zamożnych rodziców. O tym Regina dowie się później. Teraz zapłakana wychodzi ze szkoły. Wraca wysokim brzegiem Wisły. Kilka razy przystaje, aż w końcu znajduje odpowiednie miejsce. Żal umierać, ale i żyć nie ma po co. Zakrywa twarz rękami i skacze. Głośny plusk niepokoi ukrytego pośród wikliny wędkarza. Wyciąga ją z wody i półprzytomną niesie do domu. Oddaje rodzicom, sugerując, by sprawili jej porządne lanie.

Matka i ojciec nie pytają, czemu próbowała się zabić. Są zadowoleni, że na czas wakacji zatrudni się u zamożnego rolnika. Będzie dostawać nawet dwadzieścia złotych dziennie.

1 września 1951 roku Regina idzie skrajem soleckiego rynku. „Rynek” brzmi dumnie, dopiero za kilka lat Regina zrozumie, że Solec już dawno zrzucił resztki miejskości, którą szczycił się przez ponad pięćset lat. Po mieście pozostał obrys rynku, teraz długiego brukowanego placu, na krańcach mocno zapiaszczonego. Zamiast kamienic otaczają go parterowe domy, w większości drewniane. Najbardziej miejski jest ratusz, jak mówią na piętrowy murowany budynek na rogu, w którym mieszczą się prezydium gminnej rady narodowej, sklep spożywczy i tekstylny.

Regina przechodzi między furami, którymi chłopi przyjechali na targ. Mija wysokie skrzydła drzwi cukierni na rogu, skąd dobiega ciepły zapach. Nigdy tam nie była, na słodkie bułki i ciastka jej nie stać. Na Zwoleńskiej przystaje. Już widzi mur klasztoru i jasną fasadę liceum. Śladem grupki uczniów podchodzi do wejścia, zagląda na korytarz, idzie pod drzwi klasy. Następnego dnia wchodzi do środka. Siada na skraju ławki, w sali jest ich tylu, że cisną się po troje. Nic nie myśli, wstrzymuje oddech. Nikt jej nie wyrzuca! Więcej, gdy polonistka zadaje pytania, pozwala Reginie odpowiadać. Pod koniec lekcji okazuje się, że pani Kuśmierczyk będzie ich wychowawczynią. Sporządza stałą listę uczniów, kolejne osoby podchodzą do biurka i podają nazwiska. Jako trzydziesta ósma przed nauczycielką staje Regina.

Spełnia się jej marzenie. Jest uczennicą pierwszej klasy liceum pedagogicznego.

Mariana przerabiają na czerwonego

Nic tego nie zapowiadało, chociaż już po wojnie Marian zaczął powtarzać, że ludzie w Orzechowcach dzielą się na dwie kategorie: bogaczy, w swoim mniemaniu uczciwych, pracowitych i bogobojnych, i dziadów, czyli – wedle tych pierwszych – leniów, obiboków i krętaczy. A Marian był z dziadów. Nic więc dziwnego, że gdy na murach pojawiły się afisze „Polska demokratyczna – ojczyzna robotników i chłopów”, powtarzał za rodzicami: wkrótce bogacze stracą rezon. Ale kułacy wciąż zajmowali stanowiska sołtysów i wójtów.

– Mianowali się pierwszymi przedstawicielami wolnej Polski i przyjmują dożynkowe wieńce od dawnych wyrobników! – mówił ze złością na przerwach.

Ale chociaż przynosił do szkoły komunistyczne ulotki, to był też ministrantem i dobrze się uczył. Na świadectwie ukończenia podstawówki od góry do dołu piątki. Nawet z religii, mimo że narażał się księdzu.

– Jak to jest – pytał na przykład – że pochodzimy wszyscy od jednych rodziców, a niektórzy ludzie są biali, inni żółci, czerwoni lub czarni? Czyżby Adam i Ewa mieli skórę w kolorową kratkę?

Jeżeli ksiądz liczył na to, że okazując wyrozumiałość, wpłynie na poglądy Mariana, to się pomylił.

Marian idzie do liceum.

– Jestem pierwszym z dziadów, który się na to zdobył, i dlatego skazali mnie we wsi na niepowodzenie.

Rzeczywiście, sąsiedzi ostrzegają jego ojca, że z chłopaka i tak nic nie będzie – już wtedy opinię psują mu wieczorne wyprawy na cudze jabłka. Szkoły tylko bardziej go wykoleją. Marian na to nie zważa. „Pedagogiczniak” i „ogólniak” brzmią ekscytująco. W Przemyślu są jeszcze technika handlowe, mechaniczne, gastronomiczne i rolnicze, ale o nich nawet nie myśli. Już widzi, jak za kilka lat, po maturze zawiąże krawat i obficie nasmaruje włosy brylantyną.

Los ma inne plany.

W pierwszych tygodniach nauki w liceum Marian odkrywa Związek Młodzieży Polskiej. ZMP to potęga. Wzorowany na radzieckim Komsomole liczy już dwa miliony członków. I krzewi najważniejsze hasła Polski Ludowej.

– Rytuał przyjęcia jest opracowany w najdrobniejszych szczegółach. – Marian dobrze pamięta, jak przyjmowano go do organizacji. – Na kandydatów czeka w świetlicy stół nakryty czerwonym suknem. Wokół paprotki w doniczkach. Za stołem zarząd koła szkolnego. Na krzesłach ustawionych w półkolu zaproszeni nauczyciele. Kandydaci wchodzą do sali pojedynczo. Stają na środku. Najpierw relacjonują życiorys, potem odpowiadają na pytania. Najwięcej o pochodzenie, źródła ­utrzymania i stosunek do rzeczywistości. Jeżeli kandydat ma rodziców, którzy posiadają więcej niż osiem, dziesięć hektarów, to słyszy: „Niestety, kolego, musicie jeszcze poczekać, zapracować sobie na zaszczyt”. Niektóre dziewczęta wybuchają wtedy płaczem.

Marian jest dumny z bezkompromisowej postawy aktywu ZMP. I z tego, że sam takiego zarzutu nie usłyszał.

– Sekretarz notuje uwagi o każdym kandydacie. Jakie? Na przykład, że ma skrystalizowany światopogląd materialistyczny. To o tych, którzy zostają przyjęci. Albo że w poglądach ideologiczno­-politycznych jest chwiejny, pozostaje pod wpływem kułackiej rodziny. Takich nie przyjmują.

Marian nie ma wątpliwości, że selekcja jest niezbędna.

– ZMP ma być organizacją masową, ale nie można dopuszczać do niej elementów niepożądanych – powtarza za przywódcami szkolnej organizacji. – W końcu wykuwamy tu nowego, socjalistycznego człowieka.

Po miesiącu zostaje przewodniczącym koła klasowego. Uwielbia zebrania. Mało na nich mówią o nauce, więcej o zadaniach uspółdzielczania wsi. O walce z prywatnymi wyzyskiwaczami. I o sprawach zasadniczych, jak historia Wszechzwiązkowej Partii Komunistycznej (bolszewików), poprzedniczki Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego, lub o zagadnieniach podstaw leninizmu.

Nadzwyczaj łatwo przyswaja sobie język partyjnych liderów, który młodzieżowa przybudówka PZPR­-u chętnie kopiuje. Kiedy rozmawia z kolegami, mają wrażenie, jakby słuchali relacji z pola bitwy albo fabryki. „Planowaną produkcją dobrych uczniów”, „współzawodnictwem w wynikach”, „dyktaturą proletariatu” i „frontem walki ze spekulantami” rzuca równie często, jak słowami „aktyw” i „kolektyw”. Nowy język atakuje zewsząd, z gazet, radiowęzła i z przemówień na szkolnych apelach.

Marian ma piętnaście lat i mało wolnego czasu. Rzadko odwiedza rodzinę i znajomych w Orzechowcach. Co innego go absorbuje. Regularnie chodzi na zebrania rady pedagogicznej, które bardziej przypominają narady produkcyjne niż spotkania grona nauczycielskiego. Obok nauczycieli uczestniczą w nich przedstawiciele patronackich zakładów pracy, komitetu rodzicielskiego i oczywiście ZMP. Marian odważnie siada obok profesorów i ignoruje ich ukradkowe spojrzenia. Jednym z najważniejszych tematów jest zachowanie socjalistycznej dyscypliny szkolnej.

Jej podstawowe zasady zna na pamięć. Po pierwsze: zaangażowanie uświadomionego aktywu w działanie szkoły, począwszy od kontrolowania postępów w nauce i zachowania uczniów poza szkołą, po właściwe działanie nauczycieli. Po drugie: przewaga zespołu nad jednostką, nieraz już widział, jak kolektyw skutecznie nawracał zagubionych. Po trzecie: socjalistyczne współzawodnictwo w nauce. Po czwarte: zaangażowanie uczniów w prace społeczne. Po piąte, ale wcale nie ostatnie: krytyka i samokrytyka.

 

Marian notuje, którzy z członków ZMP chodzą do kościoła. Potem piętnuje ich na zebraniach. Kiedy w klasie na początku lekcji, utartym i wciąż jeszcze niezmienionym zwyczajem, uczniowie odmawiają modlitwę, on razem z kilkoma innymi aktywistami śpiewa Międzynarodówkę. Uczestniczy w akcjach brygad lekkiej kawalerii – tak nazywają patrole ZMP­-owców, które między innymi walczą z podpowiadaniem i niesolidnością. Podczas lekcji i na przerwach zaglądają niespodziewanie do klas. Jeżeli nakryją kogoś na ściąganiu albo przepisywaniu pracy domowej, łapią i prowadzą do pokoju nauczycielskiego.

Równie bezwzględni są wobec tych, którzy wystawiają na szwank dobre imię związku. Niedawno w szkole było głośno o Jerzym. Razem z innymi uczniami brał udział w akcji kolektywizacyjnej. Chodzili od domu do domu i zachęcali chłopów, by przystępowali do spółdzielni. Jerzemu dostała się trudna wieś. Nie dość, że pełna opornych rolników, to jeszcze wielu znał osobiście. To go deprymowało. Nie umiał powtarzać haseł, których nauczył się podczas szkoleń. Zamiast tego siadał do stołu, jadł, pił i łatwo ulegał argumentom gospodarzy. Pod koniec już wspólnie narzekali na złe czasy. Wszystko wyszło na jaw, gdy Jerzy zachorował, a jego wieś odwiedzili inni, bardziej zaangażowani agitatorzy. Sprawa została podniesiona na zebraniu.

– Taka postawa cechuje wroga klasowego! – wydał wyrok przewodniczący koła.

Zaliczenie w poczet wrogów klasowych było równoznaczne z usunięciem ze szkoły. Przed relegacją uratowało go to, że był w domu dziecka. Zamiast wilczego biletu dostał naganę i jako jednostka politycznie niepewna stracił tytuł agitatora.

Marian i jego koledzy tropią wrogów klasowych także w trakcie codziennego apelu. Masówka zaczyna się kwadrans przed ósmą. Nie ma nic gorszego, niż wejść za późno na salę gimnastyczną, w której za przykrytymi suknem stołami siedzą prezydium, dyrektor i przywódcy ZMP, a uczniowie karnie stoją w kolumnach. Z daleka słychać, jak śpiewają hymn Światowej Federacji Młodzieży Demokratycznej, który otwiera apel, albo wznoszą okrzyki: „Stalin i Bierut!”, „W odpowiedzi na atomy budujemy nowe domy!”. Jeszcze gorzej, gdy na korytarzu panuje cisza. To oznacza, że już przeszli do komunikatów albo dyscyplinowania. Wejść na salę, gdy potępiają albo gdy ktoś składa samokrytykę – lepiej już nie pojawić się wcale. Piosenki ze szkolnego śpiewnika, Pieśń pracy, Zbudujemy nową Polskę albo Marsz I Korpusu sygnalizują, że masówka się kończy.

Trójki ZMP­-owskie tropią także nieprawomyślne lektury. Posiłkują się Wykazem książek podlegających niezwłocznemu wycofaniu, opublikowanym w październiku 1951 roku, w którym umieszczono w sumie dwa tysiące czterysta osiemdziesiąt dwie pozycje. To kontynuacja zeszłorocznej akcji, która objęła ponad dziewięćdziesiąt procent bibliotek i zaowocowała usunięciem sześćdziesięciu tysięcy tomów. Aktyw zagląda pod łóżka, sienniki i poduszki w internacie, otwiera szafki i szuka pod ławkami w klasach. W szkolnej bibliotece selekcja przebiega gwałtownie, przez otwarte okno tomy lecą na podwórze.

Marian obserwuje stos, który rośnie na pace ciężarówki. Nie dziwi go jakiś żywot świętego, nie żałuje Zofii Kossak­-Szczuckiej, Ewy Szelburg­-Zarembiny ani Ferdynanda Ossendowskiego, ale na widok Dywizjonu 303 z trudem powstrzymuje sprzeciw. Boli go sterta powieści o Indianach, wśród okładek widzi Karola Maya. „Trzeba walczyć z amerykańskimi imperialistami!”, krzyczy jeden z ZMP­-owców. Marian przygryza usta i nie wyjaśnia, że Karol May był Niemcem. Na kopcu lądują Helena Mniszkówna (głosi wątpliwą moralność), Władysław Pobóg­-Malinowski (wielbi Piłsudskiego), Władysław Gomułka (znane są jego odchylenia prawicowo­-nacjonalistyczne) i Uprawa marchwi pastewnej (nie potępia kułactwa). Z boku sterty Bajki i Baśnie braci Grimm (chociaż nie każde wydanie) oraz W państwie króla Ćwieczka Haliny Huszczyńskiej. Przewodniczący ZMP daje znak, kierowca odpala silnik. Na samym szczycie leży Bohaterski miś, czyli przygody pluszowego niedźwiadka na wojnie. Miś wyrusza w swoją ostatnią podróż, tym razem do składu makulatury.

Chociaż Marian mieszka w internacie w Przemyślu, o jego wyczynach wiedzą całe Orzechowce. Rodzice zdają się tym nie przejmować, ale wieś huczy. Gdy przyjeżdża na święta do domu, koledzy powtarzają, co mówią starsi: heretyk i komunista. Mariana tylko to zachęca.

Proboszcz niemal potyka się z wrażenia, kiedy idąc w procesji Bożego Ciała, widzi Mariana w ZMP­-owskim uniformie: zielonej koszuli i czerwonym krawacie. Wszyscy wiedzą, że w czasie rezurekcji młody ZMP­-owiec demonstracyjnie siedział z wędką nad rzeką.

We wsi mówią, że Mariana już całkiem na czerwonego przerobili.

Inne książki tego autora