TranssyberyjskaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Transsyberyjska
Transsyberyjska
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 71,40  57,12 
Transsyberyjska
Audio
Transsyberyjska
Audiobook
Czyta Marcin Popczyński
39,90  29,53 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

W drogę! Z Petersburga, przez Moskwę, Jekaterynburg, Nowosybirsk, Irkuck do Władywostoku. A potem dalej.


Wesołe towarzystwo w wagonie klasy III to wspólne posiłki oraz okazja, by wysłuchać opowieści.


Cisza i przestrzeń wagonów klasy II o poranku i w południe, gdy pasażerowie ucinają sobie drzemkę.


Świt w wagonie klasy III (tak zwanej plackarcie) z pięćdziesięcioma czterema miejscami do spania.


Petersburg. Zbudowane na osuszonych bagnach miasto dwóch rewolucji zachwyca i inspiruje do dziś.


Petersburg


Petersburg


W Moskwie sacrum styka się z profanum.



Na stołecznym Kremlu bije serce Rosji i to tutaj nieraz decydowały się losy całych narodów.


Stolica świętuje Dzień Zwycięstwa.


Sześćset pięćdziesiąty kilometr

1

W niedzielny poranek plac przed Dworcem Leningradzkim w Moskwie pachniał mieszanką mokrego kurzu i słodkiego kwiecia. Zagonione wiatrem w rogi ulic białe płatki ścieliły się w czarnych kałużach niczym świeży śnieg. Przed stacją kręciło się kilku rezerwistów i podróżnych z tobołkami. Okolica wyglądała na opustoszałą. Nie było nawet kogo spytać o drogę.

Zatrzymałem się w hostelu na dziesiątym piętrze wieżowca z wielkiej płyty, stojącego pośrodku rozległego osiedla. Pomysłowy właściciel wykupił cały poziom i przerobił go na noclegownię. Z windy wychodziło się wprost na korytarz obwieszony mapami, karteczkami z adresami atrakcji turystycznych, biur, urzędów i regulaminem przybytku. Od wczesnych godzin rannych snuli się nim – jak duchy – zaspani goście. W dawnych mieszkaniach mieściły się pokoje gościnne, a także wspólna kuchnia, jadalnia i recepcja. Zdarzało się, że mieszkaniec bloku lub jego goście, myląc przycisk w windzie, wysiadali na dziesiątym piętrze i na widok upstrzonych barwnymi ogłoszeniami ścian oraz półnagich, owiniętych ręcznikami postaci, czym prędzej się wycofywali.

Tego ranka niewiele się tu działo. Większość gości wyjechała już na zwiedzanie stolicy, a pozostali wciąż odsypiali trudy sobotniej nocy. Recepcjonistka – blondynka z błyskiem w oku – spisała moje dane, po czym wręczyła mi klucz do pokoju.

– Tu w okolicy nie ma nic ciekawego. Same bloki. Typowa miejska sypialnia – odpowiedziała, gdy zapytałem o miejs­ca warte obejrzenia w pobliżu. – Trzeba metrem jechać do miasta.

– A, dobrze, że mi się przypomniało – rzuciła, gdy zbierałem się do wyjścia. – Prawie całe centrum jest dziś zamknięte, bo trwają przygotowania do obchodów Dnia Zwycięstwa. W sumie lepiej pojechać na zakupy.

2

Wychodząc z metra w Izmajłowie, usłyszałem histeryczny pisk. Dwie młode dziewczyny objęły się i przeraźliwie krzycząc, zastygły z rękoma wyciągniętymi w kierunku pobazgranej graffitti ściany. Spojrzałem w tamtą stronę. Wzdłuż odpływu truchtał tłusty szczur. Nie przejmował się grupą gapiów, która zgromadziła się w bezpiecznej odległości wokół niego. Gdy jego sunący po ziemi ogon zniknął w kanale, gromada obserwatorów się rozeszła.

W stronę targu prowadził szeroki asfaltowy deptak. Jego pobocze wypełniały budki z pieczywem i napojami oraz łóżka polowe z płytami z muzyką i filmami. Sprzedawcy głośno zachwalali towar. Kupujących jednak nie było zbyt wielu. Tuż obok ubrany w szerokie spodnie w biało-czerwone pasy i brunatne kozaki brodacz wygrywał skoczne melodie na malutkim akordeonie. Jegomość w karminowym surducie nieopodal zapowiadał pokaz tresury niedźwiedzi. U jego stóp mężczyzny, zwinięte w kłębek leżały nieruchomo dwa brunatne misie w skórzanych kagańcach na pyskach i zobojętniałymi ślepiami spoglądały w nieokreś­lonym kierunku.

– Są nafaszerowane narkotykami – szepnął mi do ucha przechodzień.

Zrezygnowałem z pokazu i ruszyłem przed siebie. Nieco dalej swe podwoje otwierał targ Wernisaż. Część dostępną bez biletów otaczał wysoki płot z metalowych żerdzi. Na wąskie alejki wylewały się skórzane kurtki, stroje kąpielowe, bielizna damska i męska oraz buty. Sprzedawcy rozmawiali między sobą w świszczących językach Kaukazu. Do klientów zaś zwracali się po rosyjsku:

– Przymierzajcie, próbujcie, kupujcie! Tanio! Wszystkie rozmiary, wszystkie kroje! Dla każdego coś się znajdzie!

Stłoczeni kupujący sunęli powoli do przodu, od czasu do czasu przepychając się do wypatrzonego straganu. Spod tekstylnych parawanów świeciły ich łydki i stopy. Przymierzali wygrzebane ze stert ubrania, dobijali targu, a potem rozpływali sie w tłumie z torbami pełnymi majtek i parasoli.

Wstęp na drugi, ogrodzony drewnianym płotem targ kosztował dziesięć rubli. Z rozwieszonych na słupach głośników płynęły popularne melodie rosyjskie. W zbudowanych w stylu ludowym straganach było wszystko, co turyście kojarzyć się mogło z Imperium:

Babuszki i wańki-wstańki.

Inkrustowane jaja i puzderka.

Drewniane chochle.

Szale z szynszyli i futrzane czapki.

Wyprawione skóry niedźwiedzie.

Modele statków w skali mikro zamknięte w szklanych butelkach.

Drewniane jeże, niedźwiadki i muchomory.

Maszyny do pisania.

Święte ikony.

Lornetki.

Zegarki.

Bałałajki.

Samowary.

Srebrne uchwyty do szklanek.

Tabakierki i piersiówki.

Kryształowe puchary.

Biżuteria z bursztynu.

Misternie rzeźbione drewniane szachy.

Warcaby.

Czarno-białe zdjęcia przodków.

Odznaczenia państwowe i medale.

Kaski lotników i kosmonautów.

Filcowe czapki z czerwonymi gwiazdami.

Kaski czołgistów i generałów.

Legitymacje Armii Czerwonej i KGB.

Wojskowe plecaki.

Pokrowce na broń.

Podręczniki komunizmu.

Dyplomy z portretem Lenina.

Socjalistyczne plakaty propagandowe…

Rzeczy było tu dużo więcej niż ludzi. Odwiedzających zniechęcała pora obiadowa i zimna mżawka. Na schodach zbitych z drewnianych listew dwie babuszki ubrane w przypominające aureole czepce i bogato haftowane suknie do samej ziemi z przytupem wyśpiewywały Międzynarodówkę i Kalinkę przy akompaniamencie skrzeczącego magnetofonu. Gdy taśma dobiegała końca, jedna ze śpiewaczek przewijała ją do początku, a druga kręciła się wśród kupujących, potrząsając plastikowym wiaderkiem. Brzęczały wrzucane monety. Potem znowu alejki wypełniał ten sam repertuar. Senną atmosferę zakłócała grupa krzykliwych kibiców klubu Maccabi Tel Awiw, którzy przyjechali na mecz z lokalną drużyną i przed południem zabijali czas, snując się między kramami.

– Souvenieren, souvenirs, suweniry – w trzech językach niemrawo zachęcali sprzedawcy.

– Twenty, thirty, forty – staruszki wydawały resztę turys­tom, przeliczając banknoty po angielsku z rosyjskim zaśpiewem.

– Blad’, blad’, blad’ – po trzykroć zaklął sprzedawca, powstając od stolika na drugim krańcu placu, po czym żaląc się najbliższej straganiarce, że właśnie przegrał w kości trzysta rubli, zaczął głaskać ją po odsłoniętym nad pępkiem brzuchu. Masywna niewiasta o fryzurze przypominającej lwią grzywę muskała pechowca po głowie. Nic więcej się tu nie działo.

3

Po południu rozpadało się na dobre. Nawet parasol nie chronił przed deszczem. Z nieba koloru stali spadała z hukiem ściana wody. Chyba miało to związek z obietnicą kremlowskich władz, że podczas uroczystości następnego dnia nad trybuną honorową rozpościerać się będzie błękit bezchmurnego nieba. Dlatego miejscowe media trąbiły o prowadzonych z powietrza opryskach. Tajemnicza substancja rozpuszczać musiała właśnie chmury. Jeszcze przez jakiś czas brnąłem przez miasto. Zrezygnowałem, gdy woda zaczęła sięgać ponad kostki. Podziemna kolejka zabrała mnie w pobliże cyrku.

Szary, betonowy spodek Wielkiego Moskiewskiego Cyrku Państwowego przy alei Wiernadskiego szybko wypełnił się widzami. Zgasły światła. Ucichł gwar. W ciemnościach rozbrzmiała drapieżna muzyka elektroniczna. Na scenę wjechali artyści na łyżworolkach. Pędzili po ringu, tworząc zmieniające się w okamgnieniu figury i pozostawiając za sobą fluorescencyjną łunę. Ledwie zniknęli za parawanem, rozpoczął się pokaz żonglerki obręczami hula-hoop. Potem wystąpili umięśnieni akrobaci, a artystka o ustach wyszminkowanych krwistą czerwienią dała popis na poręczy.

 

Po niej na scenę wyszedł klown. Na początek dostał gromkie brawa, lecz bardzo szybko zderzył się z ciszą. Sztuczki przebierańca nie przypadły do gustu wymagającej publiczności. Tu i ówdzie rozległy się szepty. Niezrażony rozbawiacz daremnie próbował swych trików i po chwili sprytnie wycofał się za kotarę. Jego miejsce zajęły tresowane koty, które przechadzały się na przednich łapach, żonglowały piłkami, skakały z dużej wysokości na ziemię i w te pędy rzuciły się za kulisy na komendę tresera. Widownia nagrodziła ich występ rzęsistymi brawami.

Wtedy zza kotary wyłonił się szczupły linoskoczek. Pokłonił się nisko i wyniesiony pod sklepienie nieśpiesznie sunął po ledwie widocznej linie. Przystanął w połowie drogi i usiadł z rękoma schowanymi za plecy. Gdy zniknął, przypięta sznurem do sufitu para akrobatów wykonała romantyczny taniec. W przytłumionym świetle wyglądali, jakby unosili się nieważko w powietrzu, wirując niczym puszczane przez dzieci bączki i tworząc świetliste smugi.

Na scenę wtoczyły się niedźwiedzie na deskorolkach. Przejechały rundę honorową i poturlały się na środek areny, gdzie wykonały kilka fikołków i przewrotów. Na pożegnanie pokłoniły się i pomachały publiczności. Odprowadzały je głośne oklaski.

Zamrugały światła i skończył się pierwszy akt, ale przez dłuższą chwilę nikt nie ruszał się z miejsca. W końcu gdzieś zaskrzypiało siedzenie i w jednej chwili widzowie ruszyli do holu po watę cukrową i lemoniadę. Cyrkowa scena utonęła w podziemiach, a technicy za pomocą grubych lin rozpięli nad nią wielką siatkę.

Drugą część rozpoczął pokaz akrobatów na trapezie, zwieńczony lotem cyrkowca spod sklepienia w dół, „na główkę”. Wieszcząc samobójczą śmierć oszalałego artysty, matki zasłaniały dzieciom oczy, ojcowie wstrzymywali oddech, a babki żegnały się nerwowo. Gdy wydawało się, że nic już nie może go uratować, gimnastyk wygiął się i plecami opadł na rozciągniętą nad ziemią siatkę. Zatrzeszczały liny i wyrzuciły śmiałka kilkanaście metrów nad ziemię. Po kolejnych trzech odbiciach udało mu się wreszcie stanąć na nogach. Publiczność jęknęła z przerażenia, a potem z setek gardeł wydobył się głośny oddech ulgi. Wybuchły brawa i radosne okrzyki.

Artyści wspinali się na wyżyny cyrkowej sztuki, łącząc rzemieślniczą powtarzalność i gimnastyczną sprawność ze spontanicznością i improwizacją, żelazną dyscyplinę treningu ze słowiańską przekorą i nieprzykładaniem wagi do szczegółów. Efekt był przepyszny. Wszystko działo się w szaleńczym tempie, jeden numer następował po drugim, każdy z nich trudniejszy i bardziej niebezpieczny od poprzedniego. Przeplatały je artystyczne przerywniki, czerpiące z tradycji teatru, opery i baletu.

Na scenę wyszli iluzjoniści. Wyciągali króliki z koszyków, połykali monety, by wydalić je uszami, sztyletami dźgali zamkniętą w skrzyni niewiastę. Zaraz po nich trupa ubranych w czerwone stroje kozaków przetoczyła się pod brzuchami rumaków. Wierzchowce galopowały po scenie ściśnięte tak, że chrapami muskały zady sąsiadów. Jeźdźcy okręcali się wokół ich szyi, zamieniali miejscami, zbierali porozrzucane na scenie chusty, prężyli na baczność na siodłach, salutowali, siadali tyłem, stawali na głowach, kładli w poprzek, zeskakiwali i odbiwszy od podłogi, powracali miękko na siodła. Potem najzwyczajniej w świecie, w pełnym galopie rozpłynęli się za uchyloną zasłoną. Nad głowami pobielało od setek gołębi. Przefrunęły dwa okrążenia, tworząc trzepoczącą aureolę, i zniknęły za kotarą. W feerii kolorowych świateł i głośnej muzyki wybiegli wszyscy artyści. Widzowie powstali z siedzeń i zgotowali im długą owację. Spektakl dobiegł końca.

Korytarze przed szatniami błyskawicznie wypełnił gwar, lecz nie zdążyłem nawet wręczyć szatniarce żetonu i odebrać płaszcza, gdy nagle zrobiło się pusto i cicho.

Cyrk po przedstawieniu przypominał opuszczony kościół. Na scenie kręciło się kilku mężczyzn zwijających siatkę i rolujących czerwony dywan. W opustoszałym holu starsza pani podliczała utarg. Z dziury w dachu kapały wielkie krople, rozbijając się z pluskiem na posadzce i tworząc coraz większą kałużę na samym środku korytarza. Usiadłem na kamiennym parapecie i wyjrzałem przez okno. Wciąż lało. W tężejącej szarzyźnie wieczoru lśniła tylko pozłacana iglica Państwowego Uniwersytetu Moskiewskiego.

4

Moskiewskie władze dotrzymały słowa: od rana z błękitnego nieba lał się słoneczny żar. Po wczorajszej ulewie nie było śladu. Na stacji Kitaj-Gorod wyszedłem z metra wprost na cerkiew Wszystkich Świętych na Kuliszkach. Na tle otaczających ją szarych gmachów niewielki budynek o rdzawej barwie przypominał pałacyk ekscentrycznego kupca. Prawdziwe przeznaczenie zdradzała dopiero ośmioboczna wieża dzwonnicy i dwie złote kopuły. Teren przed świątynią wznosił się nieco i ginął w zieleni placu Ilińskiego. Alejami spacerowały rodziny. Przy pomniku Cyryla i Metodego dobiegła końca parada weteranów wojennych. Ukazały się barierki blokujące dostęp do placu Czerwonego i Kremla. Rozstawieni wzdłuż nich ponurzy na co dzień milicjanci zrezygnowali z legitymowania przechodniów, a nawet uśmiechali się pod nosem. Funkcjonariusze OMON-u, ubrani w niebiesko-granatowe moro i czarne berety, przyglądali się wszystkim w skupieniu.

– Bliżej centrum nie podejdziesz – wyjaśnił mi młody człowiek w odblaskowej kamizelce z napisem „Organizator”. – Wielkie uroczystości dla wielkich ludzi. Za to na Bulwarach bawi się cały naród.

Poszedłem w tamtą stronę. Młodzieniec miał rację. Kombatanci porozsiadali się na ławkach przy stosach pokrojonych w grube plastry kiełbas, suszonych kalmarów, pajd chleba, butelek wina, piwa, szampana i wódki. Raczyli się trunkami z plastikowych kubeczków i zakąszając, wspominali dawne dzieje. Ubrana odświętnie dziewczynka podbiegła do obwieszonego medalami emeryta i wręczyła mu czerwoną różę. Starzec drżącymi dłońmi przyjął kwiat, wyprężył się i zasalutował. Spod przyciemnionych okularów popłynęła łza. Uśmiech odsłonił bezzębną szczękę.

Poborowi grali na gitarach. Siedzące im na kolanach dziewczęta majtały nogami i raz po raz wybuchały śmiechem. Jednak gdy pojawił się starszy stopniem oficer, powstały i pośpiesznie wygładzały dłońmi spódnice. Młodzieńcy nerwowo zapinali koszule.

Na skraju zieleńca minąłem pomnik-kaplicę Bohaterskich Grenadierów spod Plewnej – nieduży stożek o ścianach wyłożonych płaskorzeźbami – i pustawą uliczką poszedłem na północ.

Na Czystych Prudach podstarzała diwa śpiewała przeboje sprzed kilkudziesięciu lat przy aplauzie siedzących na ławkach staruszków. Gdy skończyła, z głośników popłynęły archiwalne pieśni wojenne. Zielonym bulwarem spacerowali moskwianie i przyjezdni. Bez problemu można było ich rozpoznać. Pierwsi poruszali się z dumą i na luzie, drudzy ostrożnie i nieśmiało. Weterani z prowincji w najlepszych, paradnych mundurach oddawali cześć stolicy, może po raz ostatni w życiu. W wojskowych kuchniach polowych pamiętających czasy wojny światowej serwowano żołnierski poczęstunek. Stanąłem w kolejce. Pszenny chleb smakował wybornie, a mdły smak rozgotowanej kaszy gryczanej z kawałkami mięsa rekompensowała przesłodzona herbata. Jak na warunki polowe posiłek był niczego sobie.

Odgrzewano wojskową strawę i narodową martyrologię. Co krok wspominano dwadzieścia siedem milionów ofiar wojennej pożogi, co w przewrotny sposób potęgować miało wielkość zwycięstwa. Oddając cześć poległym i zachowując o nich pamięć, racjonalizowano i usprawiedliwiano poświęcenie narodu, a dodatkowo pomagano odnaleźć sens życia tym, którzy przetrwali. Rozgrzebując historię, dążono do większej integracji narodu i sprawnie spychano na margines problemy dnia codziennego. Dziś wszystkich nazywano bohaterami. W anonimowym zbiegowisku nikt nie głosił rozpowszechnionych w tej części świata haseł wiktorii moralnej. Celebrowano prawdziwe zwycięstwo. Pomyślałem, że celem władz nie było przywracanie przeszłości, tylko zagwarantowanie sobie mocnej pozycji na przyszłość. Olbrzymie ofiary potwierdzać miały potęgę kraju. Miejscowi notable stawali w szeregu z zagranicznymi gośćmi, starając się, na ile to tylko możliwe, nie ujawnić swego lekceważenia dla ich wątłego wojennego zaangażowania. O niewspółmierności strat szeptała ulica i perorowali dziennikarze pospołu z ekspertami w mediach.

Nasycony strawą ruszyłem dalej. W ogrodzie przed teatrem Ermitaż zebrani w koliste grupki żydzi recytowali na głos Torę, kołysząc się do przodu i do tyłu. Na trawnikach tuż obok młodzież piła wódkę wprost z butelek. Przy wjeździe na ulicę Bolszaja Dimitrowka zespół muzyczny grał rocko­we standardy. Zabawa coraz bardziej upodabniała się do jarmarku. Alkohol podnosił temperaturę rozmów, czerwienił lica i spojówki. Rosły namiętności i ekspresja rozmówców. Poza patrolującym teren milicjantem w towarzystwie wielkiego owczarka, tajniakami czujnym wzrokiem taksującymi przechodniów i setkami wyprężających piersi wojskowych w paradnych uniformach niewiele już przypominało o podniosłych obchodach. Może jeszcze tylko jednostajny marsz dudniący z głośników nad głowami.

Cienie kładły się coraz dłuższe, gdy dotarłem pod pomnik Puszkina. Spiżowa postać w długim płaszczu przyglądała się rozradowanym świętującym w zamyśleniu. Wykuty w podstawie napis pochodził z wiersza Dźwignąłem pomnik swój (Exegi monumentum). Podpity weteran, dostrzegłszy, jak przyglądam się dziełu, na głos odczytał jego fragment:

Dźwignąłem pomnik swój, nie trudem rąk ciosany,

Wydepcą ścieżki doń miliony ludzkich stóp,

Łeb buntowniczy wzniósł i wyżej w chwale stanął

Niż Aleksandra pyszny słup.

Słuch o mnie pójdzie w dal przez całą Ruś w języki

I nazwie imię me jej każdy lud: i Fin,

I dumny Słowian wnuk, i Tunguz jeszcze dziki,

I Kałmuk, wolny stepów syn.

Zaraz potem bełkotliwym głosem dodał:

– Dziś nie te czasy, drogi panie. Ale one jeszcze nadejdą.

*

Pod tablicą pamiątkową w przejściu podziemnym nieopodal rosła góra kwiatów. Co rusz ktoś dorzucał świeżą wiązankę, rozłożysty wieniec albo pojedynczą łodyżkę z plastiku. Przeciąg gasił płomienie na zniczach i ktoś wciąż zapalał je na nowo. Pamięci poległych i poszkodowanych w ataku terrorystycznym 8 sierpnia 2000 roku, zaintrygowani przechodnie szeptem odczytywali inskrypcję przypominającą o wybuchu bombowym, który spowodował śmierć trzynastu osób, a potem bieg­li prosto do wyjścia, bo otwarto ulicę Twerską i w stronę Kremla ruszył potok świętujących. Każdy chciał być jak najbliżej czoła, a nuż uda się jeszcze ujrzeć sylwetki przybyłych z całego świata gości lub znanych z telewizyjnych ekranów wielkich tego kraju. Weterani ściskali goździki i czerwone flagi Związku Radzieckiego, rodzice swoje pociechy, a te kolorowe baloniki i torebki z jedzeniem.

Pochłonął mnie świąteczny nastrój. Niespodziewanie odkryłem, że wyrównałem krok, prężę się, wymieniam pozdrowienia z nieznajomymi i maszeruję w takt bębniących werbli.

Zatrzymałem się dopiero u wejścia na Ochotnyj Riad. Lśniące limuzyny sunęły główną aleją. Zza przyciemnionych szyb nie było widać pasażerów. Stojący przede mną mundurowy spojrzał na najnowszy model bmw odjeżdżający sprzed Kremla. Gdy odwrócił się w moją stronę, zauważyłem w jego oczach podniecenie, a jednocześnie smutek rezygnacji, bolesnej świadomości, że zapewne nigdy nie będzie mu dane zakosztować rozkoszy prowadzenia tego cudu techniki, nie mówiąc już o jego posiadaniu. Mur oddzielał władzę od ludu, tych, którzy mają wpływy i majątek, od tych, którzy mogli o nich tylko pomarzyć. Metalowy mur na czas festiwalu i niewidzialny mur, który tworzyły system i mentalność. Ten pierwszy szybko rozebrano, gdy przejechał ostatni samochód. Ten drugi zmieść mogłaby tylko kolejna rewolucja.

Zebrana w półokrąg grupka weteranów śpiewała pieśń Moja droga stolica, moja złota Moskwa. Prym wiodła ubrana w mundur łączniczki wiekowa niewiasta. Stała krok przed chórkiem i goździkami energicznie dyrygowała publicznością. Zgromadzeni wokół dołączali przy znanych sobie partiach.

– Śpiewaj z nami, młodzieńcze! – zakrzyknęła do mnie.

– Nie znam słów ani melodii – odpowiedziałem.

– Nie szkodzi. Śpiewaj! Nie dałem się skusić. Z kiepskim akcentem i nieznajomością wiersza mogłem tylko popsuć im zabawę.

– W zeszłym roku to było prawdziwe święto – żaliła się stojąca przy mnie pełna werwy kobieta. – Śpiewaliśmy wtedy wszędzie. Na placu Czerwonym, przed Teatrem Wielkim, na rogu każdej ulicy. W tym roku to nie jest święto dla ludzi, tylko dla wybranych. Zamknęli centrum miasta, obchody kazali oglądać w telewizji. A milicji i porządkowych to chyba więcej tu niż nas – westchnęła.

 

Wreszcie przycichły melodie wojskowego marsza. Skończyła się huczna parada z okazji sześćdziesiątej rocznicy zakończenia Wielkiej Wojny Ojczyźnianej i zwycięstwa Armii Czerwonej. Odsunięto ostatnie barierki i gawiedź ruszyła przez plac Rewolucji, wzdłuż olbrzymiego czerwonego transparentu z napisem „Dzień Zwycięstwa”. W powietrzu furkotały chorągiewki i flagi. Pokrzykiwania upojonych młodzieńców mieszały się z komunikatami spikerów i zawodzeniem pędzącej na sygnale karetki.

Zgodnie z programem uroczystości o dziesiątej wieczorem w pięćdziesięciu punktach miasta zadrżała ziemia i pojaśniało nocne niebo. Barwne pióropusze rozświetlały ceglane mury i baszty Kremla. Pozłacane kopuły chramów roz­błys­kiwały niczym wielkie słońca. Stałem ściśnięty wśród tłumu ludzi tuż przy pomniku Marksa, nie mogąc się ruszyć, obrócić ani odejść. Pozostało mi wraz z resztą podziwiać fajerwerki. Za każdym razem, gdy wybuchała feeria świateł, rozentuzjazmowana publiczność wykrzykiwała „Urra! Urra! Pobieda!”.

– Powietrza – zapiszczał damski głos kilka metrów za mną. Młoda kobieta zemdlała. Zrobiło się zamieszanie. Pielęgniarze nie byli w stanie wydostać jej z tłumu. Uniesiono więc nieprzytomną i podając ją sobie z rąk do rąk ponad głowami, wyniesiono w luźniejsze miejsce.

Gdy pokaz dobiegł końca, z tysięcy gardeł wydobył się końcowy ryk „Zwycięs­two!”. Placem wstrząsnęła burza oklasków.

Usiadłem na murku przed Teatrem Wielkim, rozkoszując się widokiem uradowanych ludzi. Ściskali się, gratulowali sobie, padali w ramiona, pozdrawiali, klepali po plecach i częs­towali nawzajem wódką. Cieszyli się jak dzieci – szczerze i bez skrępowania. Jakby zwycięstwo ogłoszono dopiero w tej chwili, a nie przed sześćdziesięciu laty.

Wkrótce miejsce świętujących zajęli zbieracze puszek i butelek oraz bezdomni wyszukujący resztek jedzenia. Pijani biesiadnicy drzemali w zaułkach i na skwerach. Ulice wyludniły się, za to w metrze rozpoczęły się kontrole osobiste. Na moich oczach milicjanci wyłuskali trzech ciemnolicych pasażerów. Bez słowa przejrzeli ich dokumenty i wyprowadzili na powierzchnię. Na stacji Twerskiej, gdzie się przesiadałem, dwóch ogolonych na łyso młodzieńców kopało leżącego na ziemi mężczyznę. Mundurowi pojawili się, gdy posadzkę zdobiła kałuża świeżej krwi, a ofiara przestała się ruszać. Oprawców już nie było.

Zaczepił mnie mężczyzna w średnim wieku ubrany w czarny, długi płaszcz.

– Leo Leowicz. Syn Leo Leowicza – przedstawił się. – Pół Fin, a w połowie Rosjanin, choć mój dziadek był Żydem z Łodzi – zaczął opowiadać bez żadnych pytań.

Stanąłem jak wryty, nie wiedząc, czy jak najszybciej się oddalić, bo trafiłem na miejscowego wariata, czy też zostać i posłuchać, co ma do powiedzenia.

– Przyglądałem ci się. Wyglądasz na przyjezdnego – ciągnął. – Stąd pewnie ostatnia scena musiała cię zaskoczyć. Pozwól, że ci coś wyjaśnię. Podziemne przejścia i stacje w Mosk­wie są najpiękniejsze na świecie. Nigdzie nie znajdziesz ładniejszych. Nigdzie. Niestety teraz rządzą tu nacjonaliści przy cichej zgodzie służb. Milicjantów w mundurach i w cywilu jest prawie tylu, ilu pasażerów, a mimo to ciągle ktoś kogoś bije i sprawców nigdy nie udaje się złapać. Władza dociera zawsze wtedy, gdy jest już po wszystkim. Wszyscy wiedzą, kto bił, tylko nie oni. Dowodów brak.

Podjechał pociąg. Skłoniłem się interlokutorowi i wsiadłem do wagonu. Leo odwrócił się na pięcie i zniknął.

5

Ze Wzgórz Wróblowych w pobliżu Uniwersytetu Moskiewskiego, dokąd trafiłem dzień później, ścieliła się panorama stolicy. Na pierwszym planie wyrastał okrągły spodek stadionu sportowego, za nim stare miasto, z którego tu i ówdzie wystrzeliwały betonowe wieże. Całość zamykały socjalistyczne osiedla. Popołudniowe słońce sprawiało, iż nawet one wydawały się fotogeniczne. Zakochane pary obejmowały się czule, amatorzy malarstwa, korzystając z pięknej pogody, zapełniali płótna, a sprzedawcy zachwalali kiczowate landszafty, na których na rozległej równinie nad starą zabudową górowało „Siedem Sióstr”. Te socrealistyczne wieżowce, powstałe w latach pięćdziesiątych z polecenia Stalina, wyglądały obco, niczym rakiety pozostawione przez pozaziemską cywilizację. Ale po chwili zaświtała mi myśl, że skądś je jednak znam. No tak, przecież ich brat – Pałac Kultury i Nauki – stoi tuż obok dworca w Warszawie, z którego wyruszyłem w tę podróż!

Poszedłem w ich kierunku, aż dotarłem do Arbatu. Deptak był prawie pusty, nie licząc niedużych drewnianych straganów z turystyczną tandetą, tą samą co w Izmajłowie, tyle że w dwukrotnie wyższej cenie. Kręcił się tu sprzedawca w niebieskim fartuchu z napisem „Arbat”. Poprawną angielszczyzną próbował parze Brytyjczyków opchnąć matrioszki o twarzach rosyjskich prezydentów: Gorbaczowa z charakterystycznym znamieniem na głowie, jowialnego Jelcyna o czerwonych policzkach i Putina o surowym spojrzeniu.

– Nigdzie państwo takich nie kupią – blefował z uśmiechem na ustach. – Może są podobne, ale nie ta jakość. Takie można dostać tylko u mnie!

Turyści nie dali się przekonać i odeszli, serdecznie dziękując. Kramarz wzruszył ramionami, usiadł na stołeczku i zabrał się do rozwiązywania krzyżówki.

Wbrew temu, czego można by się spodziewać po legendarnej, opiewanej przez Okudżawę uliczce, artystów spotkałem na niej niewielu. Raptem trzech malarzy i kilku marnej klasy grajków. Znacznie bardziej w oczy rzucały się witryny butików na parterach reprezentacyjnych kamienic. Sprzedawcy markowych gadżetów prześcigali się w ilości złotych zdobień i natężeniu muzyki płynącej z ich wnętrz. W paru miejscach zmieniali się właściciele. Wynoszono meble, myto witryny, mocowano nowe tablice. W połowie długości uliczka wyglądała, jakby szykowała się do kapitalnego remontu: okna starych budynków zabito dyktą, napisy zamalowano białą farbą, dziury pozatykano gazetami.

Tymczasem zaczęło się ściemniać. Zapaliły się uliczne latarnie. Sprzedawcy zbierali manatki, przygotowując się do powrotu do domów. Skręciłem w Nowy Arbat. Ze starszym imiennikiem łączyła go jedynie nazwa. Szeroką arterią mknęły rozpędzone samochody. Nerwowo trąbiąc, mijały przerobioną na taksówkę wysłużoną ładę, którą jechałem. Po zmroku aleję rozświetlały agresywne neony kasyn i restauracji dla gości z zasobnym portfelem: świetliste kule, korony i olbrzymie gwiazdy. Światła podejrzanych przybytków zapalały się i gasły bez synchronizacji, ani na chwilę nie dopuszczając ciemności. Dopiero gdy znalazłem się na moście nad Moskwą, migotanie ustało. Przede mną wyros­ła dwustumetrowa bryła hotelu Ukraina – jedna z „Sióstr” Stalina.

Wszedłem do środka. W holu panował duży ruch. Zmęczone recepcjonistki nawet nie próbowały się uśmiechać. Obsługiwały gości bez atencji, najszybciej, jak się dało. Marmury ciągnęły chłodem. Ciepła przestronnym pomieszczeniom dodawały tylko wielkie żyrandole i kotary w kolorze krwi.

Miałem się tu spotkać ze znajomym korespondentem jednej z japońskich gazet, który mieszkał nieopodal i zaprosił mnie na kolację. Nagle z roześmianej grupki artystów, wciąż jeszcze taszczących zapakowane w futerały instrumenty, odłączyło się dwóch mężczyzn. Podeszli do mnie.

– Stanisław i Dmitrij. Waltorniści z orkiestry petersburskiego Teatru Maryjskiego – przedstawili się. – Dla przyjaciół Stas i Dima.

Mężczyźni okazali się znajomymi Japończyka, który poprosił ich o odnalezienie mnie w tłumie gości. Tym samym artystyczny duch Petersburga dopadł mnie również w Moskwie.

– Pięknie zagraliście – Japończyk pochwalił muzyków.

– Nie było źle, choć kilka razy zafałszowaliśmy – roześmiał się Stas. – I tak prawie nikt nie zauważył. Moskwa jest snobistyczna. W stolicy koncertujemy dla pieniędzy. Tutaj się zarabia, niekoniecznie gra z przyjemnością – rozgadał się. – Dam przykład. Gramy koncert. Ostatni numer. Chwila braw i publiczność wstaje. Zupełnie jakby załatwiała sprawę w banku czy kończyła posiłek w restauracji. W Petersburgu mają większe wyczucie. Tam sztukę czuć w powietrzu.

Wkrótce rozmowa zeszła na politykę, a japońska sake i rosyjska wódka rozwiązały języki.

– Sztuka sztuką, ale trzeba z czegoś żyć – powiedział Dima.

– Wam się chyba źle nie powodzi? – zapytał gospodarz.

– Wcześniej to różnie bywało. Zarabiało się tylko na zagranicznych tournée. W kraju graliśmy dla ludu. Od kiedy szefem został Gergijew, nie narzekamy.

Spojrzałem na ich brzuchy wylewające się zza pasków spodni – bynajmniej nie wyglądali na wygłodzonych muzyków.

– Walerij Gergijew to geniusz, a przy tym ma dobre kontakty z władzami. Złośliwi plotkują, że jest ulubieńcem Putina, który też pochodzi z Petersburga. Pewnie coś w tym jest. Pieniędzy na teatr od kilku lat nie brakuje.

Rzeczywiście, przypomniałem sobie skupioną twarz dyrygenta z rozwichrzoną fryzurą i batutą w dłoni, która spog­lądała na mnie z setek plakatów w całym mieście. Gergijew był wszędzie. Prowadził wielkie koncerty w salach koncertowych i malutkie oratoria w lokalnych cerkwiach, obejmował mecenatem narodowe przedsięwzięcia muzyczne, patronował niewielkim imprezom. Więcej go było widać niż prezydenta i premiera razem wziętych.

– U nas artystów na pęczki – tłumaczył Dima. – Rozpoznać zaś wśród nich tych prawdziwych to trudna sprawa. Kiedyś było łatwiej, bo najlepsi prędzej czy później podpadali władzy i emigrowali. Niektórym to nawet służyło, zapewniając inspirację i poważanie.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?