TranssyberyjskaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Transsyberyjska
Transsyberyjska
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 71,40  57,12 
Transsyberyjska
Audio
Transsyberyjska
Audiobook
Czyta Marcin Popczyński
39,90  29,53 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Mapa

28 godzin 11 minut. Prolog

Zerowy kilometr

7 godzin 37 minut

· Fotografie

Sześćset pięćdziesiąty kilometr

30 godzin 14 minut

Dwa tysiące czterysta sześćdziesiąty ósmy kilometr

21 godzin 11 minut

· Fotografie

Trzy tysiące dziewięćset dziewięćdziesiąty trzeci kilometr

31 godzin 24 minuty

Pięć tysięcy osiemset czterdziesty trzeci kilometr

· Fotografie

73 godziny 55 minut

Dziewięć tysięcy dziewięćset czterdziesty dziewiąty kilometr

36 godzin na morzu. Epilog

Bibliografia

Kalendarium magistrali transsyberyjskiej


Wydawca

Magdalena Hildebrand

Redaktor prowadzący

Beata Kołodziejska

Opieka redakcyjna

Julita Cisowska

Bogna Rosińska

Korekta

Ewa Grabowska

Copyright © by Piotr Milewski, 2020

Copyright © for this edition by Dressler Dublin Sp. z o.o., 2020

Wydawnictwo Świat Książki

02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Warszawa 2020

Księgarnia internetowa: swiatksiazki.pl

Skład i łamanie

Plus 2 Witold Kuśmierczyk

Dystrybucja

Dressler Dublin Sp. z o.o.

05-850 Ożarów Mazowiecki

ul. Poznańska 91

e-mail: dystrybucja@dressler.com.pl tel. + 48 22 733 50 31/32 www.dressler.com.pl

ISBN 978-83-813-9764-3

Skład wersji elektronicznej

pan@drewnianyrower.com

Harukiemu

Może kiedyś też wyruszy w drogę?

Stukotem kół mierzony czas

Niczym tykanie zegara

Lecz nie w godzinach, porach dnia

Biegnący w kilometrach

A gdzie kukułka

Kukułki brak

Syreny ryk i gwizdka gwizd

i cień pociągu zamiast

Wybaczcie, pocztowozy i dyliżanse! Stalowe szyny wkrótce połączą Paryż z Wersalem, Wiedeń z Triestem, Berlin z Poczdamem. Z Petersburga do Carskiego Sioła parowóz popędzi w pół godziny.

Pociągniemy kolej żelazną od Newy do Moskwy, Niżnego, Warszawy, Taganrogu. Połączymy Bałtyk z Morzem Kaspijskim. Śmiejmy się z żartownisiów, którzy nie wierzą, że dwie równoległe szyny mogą przekształcić równiny, doliny i góry…

Pokryjemy wszystkie kraje żelaznymi torami. Ural, Wołgę i Wisłę powiążemy z obiema stolicami.

Z Sankt Petersburga magiczną siłą pary dotrzecie w trzy dni do Paryża. Szyny przetną pustynne piaski Azji i Afryki. Niezwyciężone lokomotywy przebędą prerie i sawanny obu Ameryk. Pokonamy czas i przestrzeń.

Franz Anton Ritter von Gerstner


(…) W któryś piątkowy ranek przyszła więc kolej na mnie

Było to w grudniu

I wyruszyłem asystując wojażerowi od biżuterii który jechał do Charbinu

Mieliśmy dwa przedziały w ekspresie i 34 skrzynki świecidełek

I wieczny ruch pociągu

Co rano nastawiają zegary

Pociąg przyśpiesza i słońce się opóźnia

Pociąg dudni na zwrotnicach

Na moich wspomnieniach

Pociąg się toczy (…)

Blaise Cendrars

(tłum. Adam Ważyk)

Nie da się lepiej zrozumieć Rosji, niż jadąc z Moskwy do Włady­wostoku.

Artur Czylingarow

polarnik, wiceprezes Rosyjskiego Towarzystwa Geograficznego


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

28 godzin 11 minut.
Prolog

1

– Pościel! – z zamyślenia wyrwała mnie ubrana w mundur prowodnica, kierowniczka wagonu. Rzuciła na łóżko pakunek w przezroczystej folii: prześcieradło i ręcznik, i poczłapała dalej.

Pociąg wytoczył się z podziemi i głośno dudniąc, przejechał nad podeszczową Wisłą. Nie zdążyliśmy się jeszcze rozpędzić. Czas, zamiast przyśpieszyć, zwolnił.

Byłem w przedziale sam. Może to poranna szarość, a może przeskok z otwartej przestrzeni w zamknięty kosmos wąskich korytarzy spowodowały, że poczułem się nieswojo. Samotny, zagubiony, mały. Czy taka będzie ta podróż?

Za oknem wyłaniały się miasteczka i nim zdążyłem się im przyjrzeć, rozpływały się w gęstej, mlecznobiałej mgle.

Mińsk Mazowiecki, Mrozy, Siedlce.

Łuków, Międzyrzec Podlaski, Biała Podlaska.

Terespol.

Białoruski pogranicznik wziął ode mnie paszport i kazał spojrzeć sobie w oczy. Przyglądał mi się przez dłuższą chwilę, marszcząc brwi, i porównywał mnie żywego z fotografią. W końcu podziękował i wyszedł z wagonu. Po kilku minutach wrócił i bez słowa oddał dokument. Zdawało mi się, że nawet się uśmiechnął.

Pociąg ruszył i wjechaliśmy do Białorusi. Niewielkie grupki ludzi maszerowały wzdłuż torów. Mężczyźni w średnim wieku chowali dłonie w kieszeniach dżinsowych kurtek. Szli powoli, tak jakby spacerowali dla zabicia czasu, nie patrząc w naszą stronę. A my, nie mieszając się w tutejsze sprawy, nie pozostawialiśmy po sobie śladu.

Na przygranicznych terenach świat kończy się dla jednych, a dla innych dopiero zaczyna. To ziemia niczyja, w czasach pokoju pozostawiona sobie samej, zaniedbana i zapomniana. Ożywa tylko w czasie wyborów, rocznic i wojen. A jednak jest ważna dla obu stron. Dlaczego? Bo na niej zaczyna się inny świat. Świat wspomnień przodków. Niby znany, a jednak obcy.

Brześć.

Brama między Wschodem a Zachodem. Budynek dworca zdobiły plansze zapowiadające wzrost dobrobytu i szczęścia obywateli. Zdziwiłem się, że na peronach nikogo nie ma, jakbyśmy stanęli tu przez pomyłkę lub z powodu awarii. Nagle do wagonu wpadła tęga kobieta.

– Kureczka, piwko, piwko, kureczka – wykrzykiwała gard­łowym głosem, zaglądając do każdego przedziału.

Ktoś zażyczył sobie piwa.

– Dziesięć rubli – zasyczała.

– Drogo – wyszeptał klient.

– Jakie tam drogo. W sklepie jest po sześć, więc powinnam brać dwanaście, a i tak liczę taniej. Bierz pan resztę, inni czekają – fuknęła i potruchtała dalej.

Dopiero gdy wysiadła, pojawili się kolejni sprzedawcy. Nie wpuszczono ich jednak do środka. Biegali wzdłuż wagonów, stukając w szyby i unosząc do okien torebki z warzywami, owocami i drożdżówkami. Czasem ktoś coś kupił, ale chętnych nie było wielu.

Nagle pociąg zaskrzypiał i potoczył się kilkaset metrów do tyłu na boczny tor. Odczepiono elektrowóz. Metalowe ramiona unosiły wagony. Wytaczano podwozia. Brygadzista o oszpeconej ospą twarzy sterował dźwigiem i pokrzykiwał na załogę. Dwóch mechaników ustawiało nowe koła. Trzech pozostałych przyglądało się skomplikowanej operacji, klnąc na pogodę i plując na ziemię. Wyglądało na to, że robota jeszcze trochę potrwa, ale kwadrans później wjechaliśmy znowu na peron. Po chwili przyłączono dodatkowe wagony.

Na wschód ruszyliśmy w nowym takcie, zmieniła się partytura, stężało dwumiarowe metrum, ucichły skoczne ćwierćnuty, jechaliśmy w rytmie półnut.

*

Późnym popołudniem szary pejzaż rozświetlały żółte nitki piaszczystych dróg. Wiły się przez łąki, na których pasły się stada krów, owiec i kóz. Spinały pofałdowaną krainę niczym pajęcza sieć, po czym znikały w sosnowo-brzozowych borach. Przecinaliśmy białoruskie równiny w pełnym pędzie. Słupki wskazujące odległość do stolicy kraju rozmazywały się biało-czerwoną łuną. Wytężałem wzrok i mrużyłem oczy, by odczytać z nich liczby. Na próżno. Czarne znaki rozpływały się w podskakujące chochliki. Był początek maja. Na polach ledwie co zazieleniła się ozimina, a wokół sterczały wciąż bezlistne drzewa. Mijaliśmy wioski z domami o spadzistych dachach krytych eternitem lub blachą. Zatrzymywaliśmy się w miasteczkach zbudowanych wzdłuż ulic o pobielonych krawężnikach. Gromadki dzieci opatulonych w ciepłe płaszcze pozdrawiały nas, machając rękami.

 

Było w tym białoruskim krajobrazie coś niezwykłego: spokój i bezruch. Nadstawiałem ucha, by wśród stukotu kół wyłowić jakiekolwiek dźwięki. Bezskutecznie. Na zewnątrz panowała cisza. Jakby zatrzymało się tu życie. Zdawało mi się, że sunę wzdłuż dekoracji filmowych, wśród których gdzieniegdzie kręcą się jeszcze statyści.

Do snu usypiał mnie turkot kół pociągu, który cichł i gasł niczym muzyczne diminuendo.

2

Pierwsza noc minęła spokojnie. Nikt nie pukał do drzwi, nie zakłócał spokoju. Za oknem powoli się rozjaśniało. Znak przy torach wskazywał dwudziesty ósmy kilometr do Petersburga. W smolistoczarnych ścieżkach wydeptanych wzdłuż torów połyskiwały kałuże. Stosy śmieci kłębiły się na stłamszonej zimą i padającą mżawką trawie. Budynki kolejowe i hale fabryczne straszyły brzydotą i bałaganem. Podwórza przed domami były zagracone, tak jakby ich właściciele gromadzili wszystko na czarną godzinę, a potem o tym zapominali. Spośród wraków pralek, dziurawych miednic, misek i garnków wyrastały chwasty. Na kopcu przed osiedlem rdzewiały dwa działa przeciwlotnicze o lufach skierowanych na zachód. Jak wszystko, co najpierw budzi ciekawość i zachwyt, a potem się nudzi, opatrzyły się już miejscowym, którzy mijali je obojętnie. Nawet umorusane błotem dzieciaki nie zwracały na nie uwagi i bawiły się u stóp pagórka. Na peronie stacji Dietskoje Sieło dwaj rośli młodzieńcy w marynarskich mundurach cierpliwie czekali na osobowy do dawnej stolicy.

Prowodnica cicho zapukała do przedziału.

– Zbliżamy się do Pitera – wyszeptała tak delikatnie, że aż obejrzałem się, czy to wciąż ta sama osoba, po czym zwróciła mi bilet i zabrała pościel. Cieszyła się, że zbliża się do końca podróży i wróci do domu.

Jeszcze przez jakiś czas jechaliśmy wzdłuż ciągnących się kilometrami monochromatycznych osiedli na przedmieściach. Na zewnątrz było mokro i szaro, w przedziale ciepło i bezpiecznie.

Zerowy kilometr

1

Już jako mały chłopiec kochałem podróże koleją. Coroczne eskapady nocnymi pociągami sprawiły, że w wieku siedmiu lat zaliczałem się do grona doświadczonych pasażerów. W wagonie sypialnym rozciągałem się w sztywnej pościeli pachnącej osiedlowym maglem i miło drapiącej skórę. Rozlegał się gwizd, pociąg ruszał. W chwili gdy wokół słychać było już tylko regularne oddechy śpiących, czułem, że jestem bezpieczny i niewidzialny. Nos przystawiałem do zimnej szyby, a tory przed oczyma rozmazywały się i niknęły w ciemnościach, by powrócić na krótko na kolejnych przystankach. Lokomotywy sunące w przeciwnym kierunku mijały nas niczym zjawy. W oddali, jak ślepia potworów, czerwieniły się światła semaforów. Na postojach z megafonów rozbrzmiewały obco brzmiące nazwy, a echo niosło je w nieznane. W świetle dworcowych latarni podróżni przypominali przybyszy z obcych planet. Zdawało mi się, że odbywam podróż w kosmos. Pociąg trząsł się, podskakiwał, a turkot działał lepiej niż kołysanki. Próbowałem powstrzymywać zamykające się powieki, lecz zwykle wkrótce zasypiałem. Gdy budziłem się o świcie, krajobraz za oknem tracił tajemniczość i odzyskiwał realność, a mnie rozpierała radość, że jestem już blisko celu.

Sama kolej wtedy mnie nie interesowała. Była po prostu środkiem transportu. Jednym z wielu. W świat dróg żelaznych wprowadził mnie kolega dopiero kilka lat później. Miał na imię Grzegorz i był największym pasjonatem kolei, jakiego spotkałem. W głowie miał całą siatkę połączeń, wszystkie linie, ślepe odnogi i bocznice, które wraz z kolejnymi wycieczkami zakreślał w myślach jako zaliczone. Na mapie własnych przejazdów brakowało mu kilkunastu odcinków i wciąż powtarzał, że musi się śpieszyć, bo nieuczęszczane linie likwidowane są jedna po drugiej. Rozkład jazdy znał na pamięć. Jak modlitwę recytował godziny odjazdów i przyjazdów pociągów, miejsca przesiadek, symbole lokomotyw i numery składów. Prawie nigdy się nie mylił. Był jak czarnoksiężnik recytujący zadrukowaną drobnym maczkiem tajemną księgę. Po cichu podziwiałem go, choć był ode mnie młodszy.

To właśnie w domu Grześka wypatrzyłem album o drogach żelaznych. Było to kolorowe wydawnictwo w twardych, laminowanych okładkach. Pociągi na fotografiach sunęły wśród stepów, górskich wąwozów, po mostach nad przepaściami. Z kominów parowozów buchały białe obłoki, spalinowozy puszczały ciemne smugi dymu. Duże zdjęcie w jednym z rozdziałów przedstawiało ciemnozieloną lokomotywę jadącą nasypem. U podnóża ścieliła się trawiasta równina, w tle zachodziło słońce. Pociąg rzucał długi cień. Tory nie miały końca, po prostu rozmazywały się na horyzoncie, zupełnie jakby maszyna miała unieść się tam w powietrze i polecieć do nieba. Tytuł rozdziału brzmiał: Kolej transsyberyjska. Tak po raz pierwszy się z nią zetknąłem. Rosja, Syberia, Władywostok. Słowa te brzmiały wówczas niczym zaklęcia.

Odtąd rosyjskie drogi żelazne nie pozwalały mi o sobie zapomnieć. Co rusz przypominały się na lekcjach historii i literatury. Dostojewski rozpoczynał Idiotę opisem wjazdu pociągu do Petersburga. W Doktorze Żywago Pasternaka syn i ojciec jechali pociągiem po magistrali transsyberyjskiej. Kapuściński poświęcił Transsibowi rozdział w Imperium, a Cendrars jeden ze swoich najpiękniejszych poematów.

Pewnego dnia natrafiłem na niecodzienny tekst w czaso­piśmie o intrygującej nazwie „Żurnał Obszczepoleznych Swiedienij” (Gazeta Wieści Pożytecznych). Pochodził z kwietnia 1835 roku[1] i nosił zabawny tytuł: Myśli ruskiego chłopa-woźnicy o żeliwnych drogach i poruszanych parą pojazdach między Sankt Petersburgiem a Moskwą. Jego treść okazała się równie ciekawa jak tytuł. Ruski chłop-woźnica pisał:

Doszły nas słuchy, że niektórzy nasi bogaci panowie, znęceni zamorskimi pomysłami, chcą położyć żeliwne szyny między Petersburgiem, Moskwą i Niżnym, po których będą chodziły pojazdy, poruszane niewidzialną siłą, za pomocą pary. Choćżem człek ciemny, niewykształcony, ale żyję już pół wieku i Bóg dał mi przemierzyć rodzoną krainę, być nieraz w cudzoziemskiej dzielnicy, na jarmarku w Lipowcu i do woli naoglądać się obcego i nasłuchać zagranicznych plotek. Serce ściska, że wszczyna się na Rusi niesłychaną sprawę: chcę przemówić na chłopski rozum, może inteligentni ludzie posłuchają mojego chłopskiego gadania!

(…)

W samej Anglii, jak niosą słuchy, nie wszystkie pomysły są zgodne z wolą ludu. Mówi się, że odkąd zalęgło się tam w fabrykach zbyt wiele maszyn, robotnicy stracili środki na codzienne utrzymanie i tak rozrosła się bieda, że parafie są zmuszone zbierać pieniądze, by nakarmić biednych. Nie daj Bóg nam tego dożyć! Dopóki Pan nas strzeże, a car miłuje, i mamy ręce i konie, nie pójdziemy nucić żałobnych pieśni pod oknami.

Ale rosyjskie zamieci nie oszczędzą cudzoziemskich pomysłów, zasypią kolej śniegiem, a dla żartu, zapewne, zamrożą i parę. No i skąd wziąć taką ilość opału, by nigdy nie zgasł ogień pod „turkotającymi samowarami”.

Aliści wydawać jeszcze pieniądze na zakup węgla za granicą po to, żeby zabrać powszedni chleb prawosławnym? Wstyd i grzech![2]

Zafrapowały mnie lamenty elokwentnego chłopa, jego proroctwa pełne pesymizmu i buty, powstałe zanim w wyobraźni decydentów zaświtał pomysł połączenia drogą żelazną Rosji europejskiej z Pacyfikiem. Wiedziałem, że jego apel okazał się nieskuteczny, jednak to dzięki niemu zdałem sobie sprawę, jak długa i kręta prowadziła droga, zanim z Petersburga wyruszyły pierwsze pociągi ku dalekiej Azji, i jak wiele musiało się wydarzyć, nim diabelski wynalazek – maszyny buchające parą, gwiżdżące i ryczące niczym Jeźdźcy Apokalipsy – utorował sobie drogę na rosyjskie równiny.

Anonimowy myśliciel, za którym krył się zapewne przedstawiciel interesu zagrożonego wprowadzeniem kolei, miast zniechęcić mnie do podróży, jeszcze bardziej zaostrzył mój apetyt. Tego dnia zdecydowałem, że muszę odwiedzić miejsca, o których wspominał chłop-woźnica, i naocznie przekonać się, jak potoczyły się dalsze losy dróg żelaznych.

*

…i teraz dojeżdżałem do Piotrowego grodu. W końcu tam wszystko miało swój początek.

Tak zaczęła się ta podróż. Podróż w przestrzeni i w czasie.

2

Pociąg wtoczył się w długą paszczę dworca i powoli zatrzymał na peronie. Pokonując trzy metalowe schodki, z wąskiego przedziału przeskoczyłem do przestronnej hali o wysokim suficie i szerokich schodach. Przez olbrzymie okna wpadało blade światło. Jego smugi odbijały się od białych posadzek i ścian. Lampy zwisające pod sufitem dodatkowo ocieplały przestrzeń.

Dworzec Witebski, zwany niegdyś Carskosielskim, był pierwszą stacją kolejową wybudowaną w całym Imperium. Stąd wyruszał pociąg najstarszej rosyjskiej linii ze stolicy do rezydencji władców w Carskim Siole. Spacerując wewnątrz odrestaurowanego gmachu, z trudem mogłem sobie wyobrazić, że pierwotny budynek sklecony został latem 1837 roku z drewna, a mimo to szybko stał się symbolem technicznego postępu i jedną z głównych atrakcji miasta. Wielokrotnie przebudowywany stał się wizytówką miasta, a jego wnętrza w stylu art noveau zachwycają przyjezdnych do dziś.

Wczesnym przedpołudniem dworzec był prawie pusty. Parę osób, które wysiadły wraz ze mną, przemknęło przez halę i zniknęło w strugach deszczu. Minęli mnie senny bagażowy, zgarbiony zawiadowca i podśpiewująca kierowniczka wagonu. Poszedłem w końcu i ja, bo choć wewnątrz gmachu było przytulniej niż na ulicy, musiałem znaleźć miejsce na nocleg.

Na zewnątrz pachniało spalinami. Przejeżdżające samochody rozbryzgiwały kałuże, oblewając przechodniów deszczówką. Od murowanych elewacji kamienic bił chłód. Zatrzymałem się przy jednej z nich. Kamienne schodki pod szyldem z napisem „Kantor” prowadziły do niewielkiego pomieszczenia w suterenie. Stawiając ostatni krok, poślizgnąłem się na mokrym linoleum przed rzędem czterech kas schowanych za okratowanymi oknami. Jedynie dzięki rozpaczliwym wymachiwaniom rąk udało mi się zachować równowagę. Stojący w rozkroku strażnik błys­kawicznie skierował karabin w moją stronę. Zza zasłaniającej twarz kominiarki wpatrywała się we mnie para błękitnych oczu. Zamarłem ze strachu.

– Jaka waluta?

– Euro.

– Numer trzy. – Upewniwszy się, że nie zamierzam napaść na kasę, miękkim ruchem dłoni wskazał właściwe okienko.

Schowałem ruble za pazuchę i czym prędzej wyszedłem na zewnątrz. Skierowałem się do pobliskiej stacji metra, skąd próbowałem dodzwonić się do hoteli i zarezerwować pokój. Wykręcając kolejne numery, obserwowałem, jak para milicjantów wyłapuje podejrzanych osobników spośród pasażerów wychodzących na powierzchnię. Mundurowi odciągali pechowców na bok i przeglądali ich dokumenty. W pierwszej chwili ten widok skojarzył mi się z fabryką konserw rybnych, w której kontrolerzy jakości selekcjonują sardynki sunące na taśmie produkcyjnej, nie dopuszczając do zapuszkowania tych, które nie spełniają norm. Tyle że, pomijając już samą złowrogość broni przewieszonej przez ramiona żandarmów, selekcja dotyczyła żywych ludzi i – o czym przekonywałem się z każdą minutą – następowała według pewnego klucza. Wychwytywano osoby o ciemniejszej karnacji, kruczoczarnych włosach, ubrane kolorowo bądź też po prostu biedniej niż reszta. Te, które można podejrzewać, że nie pochodzą stąd.

Młodzi mundurowi działali systematycznie, choć bez nadgorliwości. Nie wyglądali na zachwyconych swymi obowiązkami. Ich twarze nie wyrażały emocji, raczej chłodną obojętność. Nie rysowała się na nich nienawiść. Nie byli brutalni, po prostu wykonywali swoją pracę. Zazwyczaj puszczali kontrolowanych wolno. Niespodziewanie wzięli jakiegoś szczupłego mężczyznę z obu stron pod ręce i wyprowadzili go do radiowozu. Wszystko stało się tak spokojnie, bez szamotaniny i krzyków, że pogrążony w rozmowie z kolejnym hotelarzem, prawie tę scenę przeoczyłem. Milicjanci nie wrócili już na swoje miejsce. Może skończyli zmianę, a może wypełnili dzienną normę.

Przez okna w pomieszczeniu wpadało coraz mniej światła. Automat telefoniczny pożerał monety, a ja wciąż pozostawałem bez dachu nad głową. W końcu udało mi się skontaktować z hostelem na ulicy Sowieckiej. Bez zastanowienia zarezerwowałem ostatnie wolne łóżko. Na miejscu natychmiast zapadłem w kamienny sen. Śnił mi się pędzący prosto przed siebie pociąg. W uszach dudnił mi stukot jego kół.

3

 

O poranku przywitało mnie szare niebo. Spoglądając na sunące nad głową chmury, trudno było odgadnąć, czy lada moment lunie ulewny deszcz, czy wprost przeciwnie – roz­pogodzi się.

– Może będzie padać, a może nie – odpowiedziała recepcjonistka na pytanie o prognozę pogody.

Wyszedłem na ulicę i spacerem ruszyłem do centrum miasta. Petersburg atakował wilgocią. W pałacach i ogrodach, których utrzymanie w północnym klimacie kosztowało wiele wysiłku, a których pięknem w pełnym rozkwicie nacieszyć się można było tylko w czasie krótkiego lata, na szerokich alejach i wyspach gorzki zapach morza mieszał się ze zbutwiałą wonią kanałów.

Newskim Prospektem przeprawiłem się na drugi brzeg Newy. Przede mną stał niewielki ceglany budynek. Ze względu na rozmiary i kształt bardziej przypominał domek letniskowy niż rezydencję potężnego władcy. Łatwo go było przeoczyć, bo zwarta, reprezentacyjna zabudowa na przeciwległym nabrzeżu znacznie silniej przykuwała uwagę.

Piotr I rozpoczął budowę nowej stolicy w maju 1703 roku od postawienia twierdzy, a na własne potrzeby wybudował w zaledwie trzy dni niedużą chatkę. Był to pierwszy budynek mieszkalny w nowo powstającym grodzie. Car polecił zbudować swoją siedzibę z sosnowych belek i pomalować tak, by z zewnątrz wyglądała na ceglaną. Z wielkimi oknami i dachem krytym drewnianym gontem przypominać miała na zewnątrz hanzeatyckie domki, we wnętrzu zaś tradycyjną rosyjską chatę. Jak na potrzeby wielkiego władcy wystrój był nadzwyczaj skromny. Na sześćdziesięciu metrach kwadratowych mieściły się: pokój do pracy, jadalnia i sypialnia. Ściany przykryto białym płótnem. Piotr, choć oczyma wyobraźni sięgał bardzo daleko, preferował nieduże pomieszczenia. Sufit wisiał więc ledwie dwa i pół metra nad podłogą. Nie zainstalowano ogrzewania i car zatrzymywał się tutaj podczas letnich wizyt w mieście. Po dwudziestu latach kapryśny klimat zaczął podgryzać zręby konstrukcji i imperator nakazał przykryć domek dodatkowym dachem. Potem w całości obudowano go murowanym pawilonem. Dzięki temu przetrwał do dziś jako jedyna drewniana budowla z pionierskich czasów. Marzeniem cara było jednak, by wszystkie domy w mieście były murowane. Dokładnie tak jak w ukochanej przez niego Holandii. Miasto nazwał również z holenderska – Sankt Pieter Burkh, na cześć świętego Piotra.

Jak pewnie każdy człowiek opanowany idée fixe, w imię rea­lizacji swoich marzeń Piotr Wielki potrafił ograniczyć swe potrzeby do minimum. Co innego budowa stolicy. Car nie szczędził sił ani środków. Eksploatował poddanych, nakładając na nich nowe podatki, aż dopiął swego. Zbudowane na osuszonych bagnach zatoki miasto dwóch wielkich rewolucji w krótkim czasie odcisnęło piętno na historii Rosji i całego kontynentu, a nawet świata.

O sile władcy i potędze miasta świadczy do dziś sześciokątna twierdza Pietropawłowska z kamiennymi bastionami, do której dotarłem około południa. Wyglądała majestatycznie i złowrogo. Z pewnością obroniłaby gród, gdyby okazało się to konieczne.

Po długim marszu murami fortecy usiadłem na ławce przed soborem Świętych Piotra i Pawła. Alejką kuśtykali weterani wojenni, wspierając się na laskach i ramionach uczynnych wnuczków. Niecodziennej procesji towarzyszył metaliczny brzęk, który rósł w miarę, jak grupa staruszków zbliżała się do świątyni. Medale na odprasowanych mundurach brzęczały przy każdym kroku, zagłuszając stukot obcasów i układając się w melodię o kilku tempach i rytmach, zależnych od sprawności odznaczonego i liczby jego zasług. Władza miała świadomość, że są to zdyscyplinowani wyborcy, więc dopóki dawali radę maszerować w pochodach, rozwijano przed nimi czerwone dywany, a oni przechadzali się po nich, by potem na bankietach dosztukowywać kolejne ordery i opowiadać wciąż te same historie. Kult bohaterstwa, który uosabiali, był wciąż żywy, jak to zwykle bywa w krajach okrutnie doświadczonych wojenną pożogą. Na co dzień jednak miasto żyło innymi sprawami, mart­wiło się o zaciągnięte kredyty i pogodę w weekend. Patrząc na weteranów rozpływających się teraz w mroku świątyni, nie mog­łem opędzić się od myśli o dinozaurach człapiących powoli ku nieuchronnej zagładzie.

Do uroczystego nastroju nie pasował widok beznogiego żołnierza na wózku inwalidzkim żebrzącego o jałmużnę przy wejściu do cerkwi Świętej Katarzyny na Wyspie Wasiljewskiej, dokąd trafiłem trochę później. Jego piersi nie zdobiły żadne odznaczenia. Przepasany wojskowym płaszczem, odkrywał bladożółte protezy przytwierdzone do kikutów nóg. Miał twarz przetrawioną zwątpieniem i smutkiem. I nawet grymas, który rozjaśnił ją, gdy zaczął się do niego łasić bezpański kundel, tylko przypominał uśmiech. Zniknął zresztą błyskawicznie przed grupką przechodniów nadchodzących deptakiem. Pieszcząca psa przybłędę dłoń wyprostowała się w proszalnym geście.

4

Tego samego dnia, uciekając przed deszczem, trafiłem do soboru Świętego Izaaka. We wnętrzu panował chłód i pustka. Brakowało wiernych, kadzideł, chóru. Kręcili się za to turyści, błyskały flesze, a echo zwielokrotniało słowa obcojęzycznych przewodników. Krętą klatką schodową wdrapałem się na kolumnadę wokół głównej kopuły świątyni. Rozpościerał się stąd widok na całe miasto: port, place, ulice, skwery, parki, morze dachów, tablic pamiątkowych i monumentów. W zatopionym w szarości, przemokniętym labiryncie złociły się dachy cerkwi. Przy słonecznej pogodzie swym blaskiem rozpływały się w jasności dnia. Dopiero w deszczu widać było ich piękno. Nie skrzyły się, a mimo to swą intensywną barwą rozjaśniały miasto niczym latarnie. Mogły służyć też za znaki wskazujące drogę zagubionym. Tego popołudnia miałem wrażenie, że się uśmiechają.

W wąskiej uliczce spostrzegłem malutką restaurację uzbec­ką. Po dłuższej chwili, gdy wzrok przyzwyczaił się do panującego w jej wnętrzu półmroku, wypatrzyłem dwóch sprzedawców za ladą. Niższy – flegmatyk o skośnych oczach i ciemnej cerze – przyjmował zamówienia, podczas gdy wyższy – nerwus o kaukaskich rysach i kruczoczarnych włosach – inkasował zapłatę i wydawał resztę. Zamówiłem baraninę z warzywami i rozejrzałem się za wolnym miejscem. Salka była mała. Mieściły się w niej trzy stoliki. Przy pierwszym siedziało dwóch mężczyzn ubranych w czarne skórzane płaszcze, spodnie i buty. Jedli smażone mięso z ryżem, sączyli piwo i palili papierosy. Nie rozmawiali ze sobą. Zerkali w ekrany telefonów komórkowych i uważnie śledzili każdy mój ruch. Drugi stolik zajmowała trzyosobowa rodzina. Wyglądali na zmęczonych i przytłoczonych ogromem miasta. Ojciec siedział nieruchomo, niedbale rozparty na plastikowym krzesełku, z aparatem „Zenit” przewieszonym przez szyję. Palił śmierdzącego papierosa, drugiego kruszył w dłoniach, wydłubując tytoń na blat stolika. Nic go nie interesowało, nie odzywał się ani słowem, na nic nie patrzył. Siedząca obok żona w długim do kostek palcie bez ustanku ponaglała wiercącą się na trzecim krzesełku dziewczynkę. Ta niespodziewanie wstała i przyskoczyła do mnie.

– Która godzina? – zapytała wysokim głosem.

– Trzecia – odpowiedziałem zaskoczony. Jej lewa tęczówka wyglądała jak szary, matowy dysk. Za to prawa miała piękny błękitny kolor. Kątem oka spojrzałem w stronę ojca. Przegub dłoni spinał mu pokaźnej wielkości zegarek. A jednak mała nie zapytała ojca, tylko podeszła do nieznajomego.

– Lena! Natychmiast wracaj! – przywołała ją matka, a gdy dziewczynka podeszła do niej, skrzyczała ją za zawracanie głowy obcym. W międzyczasie ojciec skończył palić i cała trójka, jak na rozkaz, powstała i opuściła lokal.

Usiadłem przy wolnym stoliku w rogu sali. Dwaj mężczyźni nie przestawali się we mnie wpatrywać. Z głośników leciała sentymentalna melodia. Trudno powiedzieć, czy doskonale pasowała do panującej w barze sennej atmosfery, czy też sama ją tworzyła. Przygotowanie kawy trwało dziesięć minut. Zepsuł się ekspres, a gdy jeden z barmanów, naprawiając go, skaleczył się w palec, z zaplecza za kotarą wysunęła się młoda dziewczyna ubrana w obcisłe dżinsy i wełniany sweter. Siadła na krześle przy ladzie i zerknęła w moją stronę. Dopiero wtedy zorientowałem się, że byłem jedynym klientem nieubranym w czerń i skórę. Po chwili dziewczyna wyprostowała się, wypięła do przodu piersi i przemaszerowała kilka razy przed moim stolikiem, zbierając brudne naczynia i serwetki, a przy tym na wyrost kręcąc pośladkami. Gdy jednak zorientowała się, że ją ignoruję, zgarbiła się ponownie i zabrała do zmywania naczyń.

Założyłem plecak i wyszedłem na mokrą ulicę. Pod pomnikiem Piotra I Wielkiego pary młode robiły sobie zdjęcia, wesoło pokrzykując. Nie przeszkadzał im deszcz, którego krople, jak na portowe miasto przystało, wdzierały się we wszystkie szpary. Miedziany jeździec na granitowej skale spoglądał na drugi brzeg, gdzie rewolucja październikowa wyniosła niegdyś na postument innego bohatera – Włodzimierza Iljicza Lenina. Powiała zimna bryza. Choć jeszcze nie zaczęły się białe noce, ciemniało dopiero koło północy. Tymczasem, wracając skąpanym w szarej poświacie Newskim Prospektem i obserwując towarzyszący mi cień, zastanawiałem się, czy tworzy go światło ulicznych latarni, czy też jasność przednocy polarnej.

5

Wczesnym przedpołudniem nazajutrz na dziedzińcu ław­ry Aleksandra Newskiego, założonej przez Piotra I rok po przenosinach z Moskwy, młodzi klerycy o rzadkim owłosieniu spacerowali pogrążeni w rozmowach ze starszymi braćmi gładzącymi swe gęste, siwe brody. Wokół wyrastały mogiły zasłużonych imperium rosyjsko-radzieckiego. W świątyni trwało nabożeństwo. Pop w czerwonozłotych szatach wygłaszał kazanie i udzielał komunii. Zgromadzone przed ołtarzem kobiety śpiewały pobożne pieśni, przeciągając głoski. Echo niosło ich głosy po całej świątyni. Promienie słońca ślizgały się po słupach dymu i rozlewały w kolorowe plamy na posadzce. Światełka świec migotały wokół obrazów świętych męczenników i pozłacanych ikon. Pachniał stopiony wosk i stare ubrania. W bocznej nawie duchowny spowiadał grzeszników. Stali przed nim ze spuszczonymi głowami i szeptem wyznawali swoje winy. Pop słuchał ich, mrucząc coś pod nosem, i od czasu do czasu unosił dłoń. Ganił za niecne postępki, wymierzał karę, radził, co czynić, pocieszał. Przy wyjściu staruszkowie sprzedawali święte ikony. Brzęczały wydawane drobniaki. Interes kręcił się doskonale. Gwar mieszał się ze śpiewem, szept z zawodzeniem, ciepło z chłodem, modlitwa z handlem, sacrum z profanum.