Planeta K. Pięć lat w japońskiej korporacjiTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Planeta K. Pięć lat w japońskiej korporacji
Planeta K. Pięć lat w japońskiej korporacji
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 68,40  54,72 
Planeta K. Pięć lat w japońskiej korporacji
Planeta K. Pięć lat w japońskiej korporacji
Audiobook
Czyta Bartosz Głogowski
36,90  27,31 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Rozdział 37

Rozdział 38

Rozdział 39

Rozdział 40

Rozdział 41

Rozdział 42

Rozdział 43

Rozdział 44

Rozdział 45

Rozdział 46

Rozdział 47

Rozdział 48

Rozdział 49

Rozdział 50

Rozdział 51

Rozdział 52

Rozdział 53

Rozdział 54

Rozdział 55

Rozdział 56

Rozdział 57

Rozdział 58

Rozdział 59

Rozdział 60

Rozdział 61

Rozdział 62

Rozdział 63

Rozdział 64

Rozdział 65

Rozdział 66

Rozdział 67

Rozdział 68

Rozdział 69

Rozdział 70

Rozdział 71

Rozdział 72

Rozdział 73

Rozdział 74

Rozdział 75

Rozdział 76

Rozdział 77

Rozdział 78


Wydawca

Magdalena Hildebrand

Redaktor prowadzący

Beata Kołodziejska

Redakcja

Piotr Królak

Korekta

Ewa Grabowska

Copyright © by Piotr Milewski, 2020

Copyright © for this edition by Dressler Dublin Sp. z o.o., 2020

Wydawnictwo Świat Książki

02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Warszawa 2020

Księgarnia internetowa: swiatksiazki.pl

Skład i łamanie

Akces, Warszawa

Dystrybucja

Dressler Dublin Sp. z o.o.

05-850 Ożarów Mazowiecki

ul. Poznańska 91

e-mail: dystrybucja@dressler.com.pl tel. + 48 22 733 50 31/32 www.dressler.com.pl

ISBN 978-83-813-9562-5

Skład wersji elektronicznej

pan@drewnianyrower.com

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

1

W sobotni wieczór w połowie lutego stałem przy wyjściu ze stacji kolejowej w centrum Tokio i obserwowałem przelewający się tłum. Byłem tu umówiony z właścicielem agencji pośrednictwa pracy, który zadzwonił dwa dni wcześniej z informacją, że ma dla mnie ofertę. Miał do nas dołączyć przedstawiciel firmy K., który chciał mnie poznać i przeprowadzić ze mną rozmowę kwalifikacyjną.

Rosły, ogolony na głowie do samej skóry mężczyzna, na oko pięćdziesięciopięciolatek, pojawił się punktualnie co do minuty, a mimo to zaczął rozmowę od przeprosin za spóźnienie. Na jego twarzy rysował się naturalny uśmiech. Gdyby nie garnitur i neseser, można by go wziąć za buddyjskiego mnicha.

Udaliśmy się do malutkiej restauracji serwującej mięso z grilla. Mieściła się ona w niskim, jednopiętrowym budynku przy wąskiej alejce. Na wprost biegła betonowa estakada miejskiej autostrady.

Gdy tylko weszliśmy do środka, mężczyzna stanął naprzeciwko mnie, wykonał ukłon i wręczył mi trzymaną w obu dłoniach i obróconą w moją stronę wizytówkę.

– Nazywam się I. z firmy K. – powiedział. – Bardzo mi miło.

– Hajimemashite! Mirefusuki Piotoru to mōshimasu. Yoroshiku onegai shimasu! (Widzimy się po raz pierwszy! Nazywam się Piotr Milewski. Miło mi pana poznać!) – wyrecytowałem na jednym oddechu formułę powitania i wykonując nieco głębszy ukłon niż on, wręczyłem mu swoją kartę wizytową, własnoręcznie wykonaną i skromniejszą niż jego.

 

– Pan I. jest dyrektorem działu sprzedaży w firmie K. – odezwał się pośrednik, przekazując informację, którą odczytałem już z otrzymanej wizytówki. – Firma K. to bardzo duże i poważne przedsiębiorstwo, jedno z największych na świecie w swojej branży.

Po wymianie grzeczności usiedliśmy przy stoliku. Odtąd pan I. był gospodarzem wieczoru, ja gościem, a pośrednik kimś, kto miał zapewnić dobrą atmosferę podczas spotkania i w razie jakichkolwiek nieporozumień znaleźć wyjście z sytuacji. W praktyce zaś jego zadanie polegało na zachwalaniu moich przymiotów, choć właściwie zupełnie mnie nie znał. Tydzień wcześniej wysłałem mu swój życiorys i spotkaliśmy się raptem przed dwoma dniami na krótką pogawędkę o pogodzie i jedzeniu.

– Piotoru-san ma niezwykłe doświadczenie. Jest solidny, wiarygodny, pilny i pracowity. Zjeździł prawie cały świat. Zna biegle tyle języków obcych, że sam już nie potrafię wymienić wszystkich. Od dwóch i pół roku mieszka w Japonii i w tak krótkim czasie zdołał opanować nasz trudny język. – Pośrednik przedstawił mnie tak, że prawie nie rozpoznałem się w jego słowach.

Przyniesiono kufle z piwem i wznieśliśmy toast.

– Za spotkanie! – zawołał pośrednik.

– Za spotkanie! – zawtórował mu tubalnym głosem pan I.

– Za spotkanie – dołączyłem do nich i stuknęliśmy się kuflami.

Zapadła cisza.

– Jesteś żonaty? – zapytał mnie niespodziewanie pan I.

– Tak – odpowiedziałem zbity z tropu.

– Masz dzieci? Ile? Syn? Córka? W jakim wieku? Gdzie się urodziły? – Pan I. zasypał mnie gradem pytań, które zdawały się nie mieć nic wspólnego ze stanowiskiem, o które się ubiegałem: specjalisty zagranicznego w dziale sprzedaży.

– Żona jest w ciąży i została u rodziców na Hokkaido – odpowiedziałem.

– Żona jest z Hokkaido? – upewnił się.

– Tak.

Pan I. dolał mi alkoholu, wyraźnie zadowolony z tego, co usłyszał, po czym zadał kolejną serię pytań:

– Podoba ci się w Japonii? Pijesz japoński alkohol? A jedzenie? Co smakuje ci najbardziej?

Wydawało mi się, że zupełnie nie zwraca uwagi na to, co mówię, zajęty uzupełnianiem płynów w szklankach i grillowaniem mięsa, ale słuchał mnie jednak uważnie, bo gdy między słowami rzuciłem, że lubię japoński ryż, od razu położył mi na talerzu najsmaczniejszy plasterek mięsa i zapytał:

– Czy myślisz, że mógłbyś jeść ryż do końca życia?

– Chyba tak – odpowiedziałem po chwili, domyślając się, że nie o ryż tu chodzi, lecz o coś więcej.

Pan I. uśmiechnął się szeroko.

– Centrala naszej firmy mieści się w prefekturze, gdzie uprawiany jest najlepszy ryż w całej Japonii. Mamy tam również najznakomitsze sake – powiedział wyraźnie uradowany i napełnił moją czarkę specjalnie zamówionym trunkiem.

Odtąd atmosfera wyraźnie się rozluźniła. Na stole lądowały kolejne półmiski z kiszonkami i surowym mięsem, które pan I. opiekał na grillu i rozdzielał po równo na trzech talerzach. Wznosiliśmy kolejne toasty za pomyślność naszych krajów, zdrowie bliskich i pokój na świecie, a ja bezskutecznie próbowałem bronić się przed kolejnymi porcjami alkoholu. W końcu pan I. zaproponował herbatę, a gdy sączyliśmy ciepły napój, dyskretnie poprosił o rachunek i zapytał, czy nie zgodziłbym się złożyć wizyty w firmie K.

– Oczywiście pokryjemy koszty podróży – dodał, właściwie nie czekając na odpowiedź, po czym na swojej wizytówce podkreślił adres tokijskiego biura. – Widzimy się zatem w najbliższy poniedziałek o godzinie dziesiątej – powiedział i pożegnał się ze mną oraz z pośrednikiem.

2

Dwa dni później, kwadrans po dziewiątej rano, wyszedłem z tokijskiego dworca i szeroką aleją, obsadzoną po obu stronach miłorzębami, ruszyłem pod wskazany adres. Biuro mieściło się na parterze dziewięciopiętrowego budynku. Wchodziło się do niego prosto z ulicy przez szerokie przeszklone drzwi.

O dziewiątej pięćdziesiąt pięć stanąłem przed wejściem. Przez szybę ujrzałem niezbyt duże pomieszczenie, w którym przy biurkach siedziało kilku mężczyzn ubranych w ciemne garnitury i białe koszule, w kapciach na nogach. Wpatrywali się w ekrany laptopów lub rozmawiali przez telefon.

Poprawiłem krawat i nacisnąłem klamkę.

– Ohayō gozaimasu! O-jama shimasu! (Dzień dobry! Przepraszam, że przeszkadzam!) – zawołałem, przeciągając głoski.

– Ohayō gozaimasu! – Przywitała mnie elegancko ubrana pięćdziesięciokilkuletnia kobieta z trwałą ondulacją i mocnym makijażem, jak się domyśliłem, pełniąca funkcję sekretarki. Ruchem dłoni przywołała mnie do środka i poprosiła, bym chwilę poczekał.

Niebawem z wnętrza biura wyłonił się pan I.

– Ohayō! (Witaj!) – Powitał mnie szerokim uśmiechem i klepnięciem po plecach, jakbyśmy znali się już od dawna, a potem zaprowadził do drugiego pomieszczenia, w którym stały kanapa, dwa fotele i niski stolik. Na ścianie wisiała biała tablica magnetyczna oraz kalendarz ze zdjęciem fabryki i logo firmy K.

Usiadłem na kanapie, a pan I. przystąpił do omówienia szczegółów kontraktu. W pierwszej kolejności uzgodniliśmy wysokość pensji. Właściwie to potwierdziliśmy kwotę, którą pośrednik ustalił ze mną kilka dni wcześniej, a sobotniego popołudnia w restauracji – delikatnie zasugerował panu I. Suma ta miała być podzielona na dwanaście równych części wypłacanych co miesiąc oraz dwie wyższe wypłacane w połowie oraz na koniec roku – jako premia letnia i zimowa. Umówiliśmy się też, że pracę zacznę w pierwszy poniedziałek kwietnia, który jest w Japonii nie tylko pierwszym miesiącem roku fiskalnego, ale także tym, w którym japońskie przedsiębiorstwa przyjmują w swoje szeregi nowych pracowników. Dobrze się składało – w połowie marca miał przyjść na świat mój syn. Będę miał czas, by towarzyszyć żonie przy porodzie, a następnie spędzić z dzieckiem pierwsze tygodnie jego życia. Zdążę nacieszyć się śnieżną zimą na Hokkaido, bo kto wie, kiedy będzie następna okazja. I wreszcie bez pośpiechu przygotuję wszystko, co potrzebne do pracy – nowy garnitur, białe koszule, krawaty, buty i aktówkę. Ustaliliśmy także, że pierwsze sześć miesięcy w pracy spędzę na szkoleniu w centrali firmy, na północ od Tokio, a od października przeniosę się do biura w stolicy.

Wszystkie te informacje pan I. zapisywał w punktach czarnym markerem na tablicy. Na koniec dopisał jeszcze mój obecny adres i numer telefonu, a także adres centrali firmy oraz numer telefonu do pracownika, który miał się mną zająć na miejscu. Wreszcie nacisnął przycisk i podłączona do tablicy drukarka wypluła wydruk zapisanej treści.

Pan I. wyglądał na bardzo zadowolonego. Uśmiechał się szeroko i chwalił moją znajomość japońskiego. Uścisnęliśmy sobie dłonie.

– Tylko ubierz się ciepło na wyjazd – powiedział z troską w głosie. – O-ki wo tsukete, ne! (Uważaj na siebie!) – pożegnał się ze mną.

Zanim wyszedłem, odprowadzany wzrokiem przez pracowników, sekretarka, nisko się kłaniając, wręczyła mi elegancką kopertę, w której znajdowały się dwa bilety na pociąg.

– Itterasshai! (Szerokiej drogi!) – powiedziała, delikatnie się uśmiechając.

– Ittekimasu! (Do zobaczenia po powrocie!) – odpowiedziałem.

3

Następnego dnia, krótko po jedenastej, siedziałem w wygodnym przedziale ekspresu, który za chwilę miał wyjechać z tokijskiego dworca. Centrala firmy mieściła się trzysta kilometrów od stolicy. Podróż minęła mi szybko i dwie godziny później wysiadłem na dużej stacji. Razem ze mną pociąg opuściło kilkanaście osób, głównie mężczyzn ubranych w długie płaszcze i garnitury, z czarnymi neseserami w dłoniach. Ruchome schody zwiozły ich na dół i po chwili zostałem sam w rozległej hali dworca. Było pusto i cicho. Daleko od stołecznego zgiełku i tłumu, daleko od centrum japońskiego świata. Wyszedłem na zewnątrz i poczułem na twarzy lodowaty podmuch. Prószył śnieg. Na ulicach nie wypatrzyłem zbyt wielu osób, a te, które dostrzegłem, przemykały skryte pod grubą warstwą ubrań. Wciąż w najlepsze trwała tutaj zima.

Zgodnie z przekazanymi mi instrukcjami wsiadłem do taksówki i wymieniłem nazwę firmy. Kierowca bez słowa zawiózł mnie pod piętrowy budynek, na którym wielkimi niebieskimi literami namalowany był angielski wariant nazwy przedsiębiorstwa K. W środku przywitała mnie młoda dziewczyna ubrana w białą koszulę i szary dwuczęściowy kostium, na który składała się spódnica oraz kamizelka. Na jej twarzy walczyły ze sobą nieśmiałość i ciekawość. Cichym głosem poprosiła, bym chwilę poczekał, a następnie, punktualnie o czternastej, wprowadziła mnie do niedużej sali w parterowym domku naprzeciwko. Znajdowały się tu skórzana sofa, kilka foteli, stolik, duży telewizor oraz piecyk, który ogrzewał pomieszczenie. Pachniało naftą. Dziewczyna postawiła przede mną czarkę gorącej herbaty, a następnie złożyła dłonie na brzuchu, ukłoniła się nisko i wyszła z pokoju.

Wkrótce pojawił się pan I. wraz z niższym o głowę mężczyzną. Obaj ubrani byli w identyczne stroje – spodnie w kolorze morskim, seledynowe koszule z długimi rękawami oraz ciemniejsze szarozielone kurtki z wyhaftowaną nazwą przedsiębiorstwa K. i metką, informującą, że zostały one wykonane z butelek PET. Na głowach nosili zielone czapki z daszkiem z logo firmy K. Wymieniliśmy ukłony i grzeczności.

– Witamy w K. – zagadał niepewnie drugi mężczyzna, który, jak odczytałem z wręczonej mi wizytówki, był Kierownikiem działu administracji. – Mam nadzieję, że podróż przebiegła spokojnie?

– Tak, pociąg jechał bardzo szybko i dotarł punktualnie – odpowiedziałem. – Krajobraz bardzo się zmienia po przekroczeniu gór. „Z długiego tunelu przecinającego granicę dwu okręgów wjechało się w krainę śniegu” – zacytowałem pierwsze zdanie słynnej powieści japońskiego noblisty Yasunariego Kawabaty, Kraina śniegu.

Nie zrobiło to na nim dużego wrażenia.

– No cóż, tutejsza zima nie przypomina tej w Tokio – odparł sucho i uśmiechnął się szeroko. – Bardziej tę w twoim kraju.

– Śnieg – wtrącił się pan I. – Mamy go tutaj bardzo dużo. Jest wilgotny i ciężki, niekiedy zapadają się pod nim dachy. Potrafi zasypać wioski w górach i do odśnieżania wzywani są żołnierze, choć w tej okolicy raczej nie ma z nim aż takich problemów.

W ciągu kolejnego kwadransa Kierownik działu administracji na przemian z panem I. zadawali mi pytania o rodzinę, hobby, wrażenia z Japonii i preferencje kulinarne. Rozmowa przypominała luźną pogawędkę. Mimo to odpowiadałem z powagą i wyczerpująco, czekając na moment, gdy przejdziemy do tematów związanych z przyczyną mojego przyjazdu. Te jednak się nie pojawiły. Gdy opróżniliśmy czarki z herbatą, Kierownik działu administracji stwierdził, iż nadszedł czas na kolejny punkt mojej wizyty – oprowadzenie po fabrykach firmy K.

Moim przewodnikiem był dwudziestokilkuletni chłopak, który przedstawił się jako Pracownik działu administracji. Wsiedliśmy do samochodu i po chwili zatrzymaliśmy się przed jednym z zakładów. Weszliśmy do środka. Przed moimi oczami ukazała się rozległa hala szczelnie wypełniona maszynami do obróbki metalu. Wnętrze spowijał zapach oleju oraz ciętej, skrawanej i polerowanej stali. Powietrze wibrowało, a dudnienie, szum i huk zlewały się w melodię o kilku tempach. Pod sufitem przesuwały się ogromne suwnice. Wszystko było tu zielone, poczynając od podłogi i ścian, poprzez metalowe konstrukcje i obudowy maszyn, kończąc zaś na ubraniach pracowników. Na ścianach, podporach i urządzeniach czarną farbą wymalowano napisy: „Bezpieczeństwo jest najważniejsze!”, „Naszym celem – zero wypadków!”, „Z bezpieczeństwem w XXI wiek!”, „Zachowaj czystość i porządek!”, „Jakość zależy od Ciebie!”, „Propozycja ulepszeń – dziś, jutro, pojutrze!”. Rzucał się w oczy panujący wszędzie ścisk, który jednak zdawał się nikomu nie wadzić. Wystarczyło krótkie spojrzenie, by przekonać się, że utrzymywano tu idealny porządek i wzorową organizację.

Następnie pojechaliśmy do największej z fabryk. Miała rozmiary boiska do piłki nożnej. Na pierwszy rzut oka jej wnętrze nie różniło się od mniejszego zakładu ani wyglądem, ani kolorystyką – maszyny ustawione były tutaj tak samo gęsto i dominowały takie same odcienie zieleni. Obeszliśmy fragment fabryki, gdy mój przewodnik wskazał ręką na pomieszczenie wybudowane pomiędzy halą produkcyjną a dachem. Wspięliśmy się tam wąskimi metalowymi schodami. Chłopak przekręcił kluczyk w drzwiach i zapalił światła. Przed moimi oczami ukazała się zajmująca niemal sto metrów kolekcja różnej maści przedmiotów. Stanąłem jak wryty.

 

– To firmowe muzeum – wyjaśnił przewodnik, widząc moje zaskoczenie. – Nasz Prezes interesuje się historią.

Na dwóch kondygnacjach zebrane zostały eksponaty ukazujące postęp, jaki przez ostatnie stulecie osiągnęła Japonia. Wystawę otwierały słomiane sandały, płaszcze przeciwdeszczowe i stożkowe kapelusze, drewniane cepy, pługi oraz balie i tarki do prania. Dalej wystawione zostały kimona, garnitury, binokle, zabawki, pierwsze pralki, lodówki, maszyny do pisania, aparaty fotograficzne, kalkulatory i komputery. Na końcu lśniły wypolerowane motocykle i samochody.

– Mamy tutaj jedno z pierwszych aut wyprodukowanych w Japonii: amerykański model z kierownicą po prawej stronie. – Oprowadzający mnie młodzieniec wskazał na zabytkowy pojazd. – To oczko w głowie naszego Prezesa.

Oniemiałem. Wystawa robiła imponujące wrażenie.

– Niesamowite! – zakrzyknąłem z zachwytu.

– Wiele z wystawionych eksponatów jest, w całości lub w części, dziełem naszej firmy – wytłumaczył z dumą w głosie pracownik.

Z muzeum chłopak zawiózł mnie do najstarszej fabryki, a potem do połączonego z nią biurowca, w którym mieściła się centrala firmy. Był to pięciopiętrowy budynek. Kolejne kondygnacje zajmowały biura poszczególnych działów. Młodzieniec zmienił buty na plastikowe kapcie i powstrzymał mnie, gdy chciałem pójść w jego ślady.

– Jesteś gościem – wytłumaczył – a goście i Prezes nie muszą zmieniać obuwia.

Wjechaliśmy windą na czwarte piętro. Chłopak wprowadził mnie do przestronnego pokoju i wskazał na jeden ze skórzanych foteli. Potem pożegnał mnie krótko i wyszedł. Zostałem sam. Rozejrzałem się dookoła. Na wewnętrznej ścianie wisiała piękna kaligrafia i pamiątkowy dyplom, a zewnętrzne wypełniały duże okna zasłonięte szczelnymi żaluzjami.

Zastanawiałem się, jaki widok kryje się za nimi, gdy otworzyły się drzwi i do środka wszedł niewysoki, szczupły mężczyzna ubrany w ciemne spodnie i jasnożółtą koszulę. Trudno było określić jego wiek. Mógł mieć sześćdziesiąt kilka lat, ale równie dobrze o wiele więcej. Skóra na jego twarzy zachowała gładkość i połysk, włosy – poza srebrnymi końcówkami – głęboką czerń, a oczy – wesoły blask. Mocno ścisnął moją dłoń na przywitanie. To był on. Shachō. Założyciel firmy K. Prezes. Szef. Ojciec. Stwórca.

Usiadł w fotelu naprzeciwko mnie, podwinął rękawy, po czym postawił przede mną na stoliku ciemnobrązową fiolkę ze złotą zakrętką. Na etykiecie, obok japońskiej nazwy, zapisane było także kilka symboli chemicznych oraz liter alfabetu greckiego. W środku znajdował się ekstrakt z ziół i roślin leczniczych wraz z zestawem witamin i minerałów.

– Piotoru-san, witaj w firmie K. – Prezes przywitał mnie spokojnym głosem. – Przyjechałeś do nas z Polski. Bardzo podziwiam Polaków. Kopernik, Szopen, Maria Skłodowska-Curie, Wałęsa – wymieniał na jednym oddechu kolejne nazwiska, a potem dodał: – Twój kraj ma ciekawą, ale trudną historię.

Odkręcił zakrętkę buteleczki i zachęcił mnie do pójścia w jego ślady.

– Doskonałe na koncentrację. Prawdziwy zastrzyk energii – powiedział i opróżnił zawartość fiolki.

Uczyniłem to samo. Napój miał słodko-gorzki, nieco chemiczny smak przypominający syrop na kaszel, który na długo pozostawał w ustach.

Odłożył pustą butelkę i zaczął mówić o historii Europy i Azji, o inwazji Mongołów na Japonię w trzynastym wieku i o etymologii słowa kamikaze. Usłyszałem też krótkie sprawozdanie z wycieczki zakładowej do Austrii i na Węgry, połączone z autorską wersją historii rozkwitu i upadku Habsburgów.

Słuchałem jego monologu uważnie, by nie przegapić chwili, gdy padnie jakieś pytanie o moje kompetencje, doświadczenie zawodowe, oczekiwania, plany albo cele. Prezes nie zadał jednak żadnego. Raczył mnie za to kolejnymi datami i tematami, aż poczułem, że zaczyna mi się kręcić w głowie. Niewiele pomogła krótka przerwa, podczas której sekretarka przyniosła dwie czarki z herbatą. Z ulgą przyjąłem stwierdzenie Prezesa, że cieszy się z mojej wizyty, i pytanie, czy chciałbym dodatkową porcję napoju, które odebrałem za znak, iż spotkanie dobiega końca.

Chwilę potem Prezes uścisnął moją dłoń i wyszedł z pokoju. Niemal natychmiast pojawił się młody Pracownik działu administracji, który odprowadził mnie do windy, a potem odwiózł na dworzec kolejowy.

– Dziękujemy, że zechciałeś wybrać się na „japoński koniec świata” – pożegnał mnie w poczekalni, upewniając się najpierw, że pociąg nie ma opóźnienia, a ja wiem, z którego peronu ma odjechać.

Wracałem do Tokio, delektując się piwem z puszki i przekąskami z kałamarnic, tak jak kilku innych ubranych w garnitury mężczyzn w wagonie. Perspektywa zatrudnienia i stałych zarobków sprawiła, że poczułem się pewnie i bezpiecznie. Żona również bardzo się ucieszyła, gdy jeszcze przed odjazdem pociągu zadzwoniłem do niej i opowiedziałem o dzisiejszej wizycie. W tym ważnym dla rodziny okresie nie będziemy musieli martwić się o byt, a kilka miesięcy rozłąki na pewno minie bardzo szybko. Ja w tym czasie przyuczę się do pracy, syn okrzepnie i będzie gotowy na pierwszą w życiu podróż.

Mogłem zarezerwować lot powrotny na Hokkaido i wrócić do domu z podniesioną głową.