Romantika

Tekst
Z serii: Poza serią
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

9

W sali z kominkiem ustawiam atari, telewizor, podłączam joysticki, SIO2SD od Lotharka i puszczam naszą najnowszą grę Deszczownik. Przy stole siedzi Róża, gra na iPadzie. Wokół niej kręci się kilka małych kotów. W pewnym momencie przerywa i podchodzi do mnie razem z kotami. Jest wyraźnie zainteresowana tym, że można grać na tak starym komputerze.

– Może chcesz sobie pograć? Zbiera się literki lecące z góry jak deszcz – mówię do niej.

Łapie joystick. Kiedy gra, opowiadam jej o Atari:

– Ten komputer jest inny niż ten, na którym zwykle grasz. iPad wszędzie na świecie jest taki sam. A tego komputera już nie można nigdzie w sklepach kupić. A my go ciągle używamy. Jak go przestano sprzedawać, to trafił do Polski. I stał się naszym lokalnym komputerem. Myśmy go sobie zmienili na swoją modłę. Przejęliśmy go. I prawie już nie ma dziś dwóch takich samych egzemplarzy.

Ola, która kręci się obok, dodaje:

– Taka bioróżnorodność. Polacy i demoscenerzy udowodnili, że technologii można używać dla dobra wspólnego, a nie dla akumulacji kapitału.

Róża nie słucha, jest zajęta graniem. Po chwili jednak odkłada joystick od atari i wraca do swojego iPada. Koty idą za nią.

10

Góra namawia, żeby jechać na Słowację po alkohol. Wsiadają ze Shutym do opla jako pasażerowie, ja prowadzę. Kiedy tylko ruszamy, Shuty wyjmuje wielki zwój zioła w worku foliowym i lufkę. Nabija i zaczyna palić.

– Mieliście nie pić i nie palić. Jak ostatnio byłem, to zapowiadaliście, że bez cukru, bez alkoholu żyjecie, bez substancji – wypominam mu. – Ostatnio nawet ciasta rabarbarowego od nas nie wzięliście, bo cukier.

– Widzisz, Piotrek, nie wyszło – stwierdza Shuty.

Konrad znowu opowiada o słowackich i czeskich poetach oraz że koniecznie chce posiedzieć w jakiejś knajpie słowackiej, posłuchać piosenek słowackich na żywo ze słowackich głośników, liznąć tamtejszej popkultury.

Podpytuję Shutego, jak tam warsztaty z kiszenia ogórków w Jasielówce, te za sześćset zło.

– Zgłosiły się dwie osoby i dziewczynie by się nie opłaciło. Ale jeszcze w ostatni dzień zgłosiły się kolejne dwie. No, ale tamte wcześniejsze dwie były już odwołane – odpowiada.

– No problem, problem, żeby te dwieście kilometrów do was dojechać. Nam też sporo osób odmówiło, że za daleko od Krakowa. Jakieś argumenty, że medytacja, depresja, tabletki na depresję, lękowcy, którzy boją się wyjść z domu.

Shuty raczej jara, niż rozmawia. Zaciąga się długo, a potem bierze kolejny buch. Przed samą granicą jednak się odzywa:

– Tutaj akuratnie sprawdzają dowody, trzeba zjechać do budki – wskazuje.

Zwalniam i włączam kierunkowskaz. Konrad z tyłu sięga po dowód. Przejeżdżamy granicę i śmiejemy się. Ja mniej, ujarany Shuty przez kilka minut.

11

Jedziemy do najbliższej wioski i zatrzymujemy się przy pierwszej hospodzie. Konrad przerzuca się na słowacki i zamawia po jednym piwie dla siebie i Shutego, a dla mnie kofolę.

Pije piwo, wsłuchuje się w słowackie piosenki i oznajmia:

– Na co dzień to tego słucham na YouTubie, a tutaj mam na żywo.

Jest bardzo zadowolony. Zagaduje panią za barem: o alkohol, o kartę, o jedzenie, o miejscowość.

Shuty opowiada o ciemnych stronach prowadzenia agroturystyki, że przyjeżdżają do niego turyści i chcą z nim pić:

– Raz przyjechali goście, nigdy ich wcześniej nie widziałem, a oni mnie ściskają, flaszkę wyciągają. Ja mówię, że mam pracę, że agroturystyka tak jest pomyślana, żeby turyści sobie, a my sobie. A oni do mnie, że w Bieszczadach byli i że tam gospodarz z nimi pił. Ja, że tutaj jest inaczej. Książkę piszę z pastami i skitami, wieczorami poprawiam. Nie zrozumieli i straciłem na tym. Na następny dzień wyjechali. Jeszcze dogryzali, że tylko córka jest gościnna, bo tylko ona nawiązuje kontakt z turystami.

Kończymy piwa i kofolę. Płacimy rachunek i jedziemy na zakupy do sklepu przy granicy.

Konrad pyta, ile butelek.

– To ty decydujesz. My i tak robimy wyjątek, bo chcieliśmy całą imprezę zorganizować bez zakupów w sklepie i wspierania kapitalizmu. No ale skoro tak lubisz Słowację…

Ostatecznie wypełniamy auto mniejszymi i większymi butelkami z piwami Topvar, Smädný mních, Šariš, Kelt. Wracamy do Polski.

Zatrzymujemy się po drodze w Daliowej.

– Tu od gospodyni bierzemy sery – instruuje Shuty.

Siedzi w aucie spalony, nie chce, żeby we wsi widzieli go w takim stanie. Wchodzę więc do domu sam. Gospodyni wyjmuje sery z lodówki, kładzie na stół, a następnie pakuje do plastikowych reklamówek. W tym samym momencie za oknem kuchennym pojawia się postać. Konrad. Gospodyni odkłada sery i patrzy, co on robi, a ten podchodzi pod to okno i zaczyna sikać. Biorę sery, płacę. Wychodzę. Kładę sery na słowackie piwa. Odpalam auto i mówię:

– Gospodyni miała minę, jakby czegoś podobnego w życiu nie widziała.

– Nie róbcie mi siary na wsi, bo ludzie będą później opowiadać, że jakieś narkomany, pijaki, artyści przyjechali – prosi Shuty.

Jedziemy. Parę domów dalej, w Posadzie Jaśliskiej, Shuty każe się zatrzymać.

– Tutaj jajka, sery wędzone, mleko. Piotrek, ty mów z panią, bo ja jestem spalony.

Idziemy chodnikiem przez podwórko, odganiając gęsi. Gospodyni wychodzi i oznajmia, że wszystko jest, można dzisiaj trochę, jutro trochę.

– Problem tylko z serami wędzonymi, miał gospodarz robić, tak było umówione, ale zaczął robić co innego. – Pokazuje palcami na szyję. – I nie uwędził. Więc ja powędziłam trochę, ale nie umiem tak jak on. On lepiej to robi.

Ja i Konrad odganiamy gęsi, które nas atakują, a gospodyni chodzi od wędzarni do komórki i nosi. Jajka – sto sześćdziesiąt, sery – cztery kilo czterdzieści, sery wędzone – ponad trzy kilo.

Wskazuje na Shutego:

– Pan z miasta, pan będzie liczył – mówi.

– Nawet ekonom, studia skończył w tym zakresie – dodaję.

Shuty wbija kwoty i wagę na kalkulator w komórce, lecz nic mu nie wychodzi. Spisuje to na kartce papieru, ale nic się nie sumuje.

Gospodyni po jakimś czasie przynosi swój kalkulator i sprawnie, szybko liczy. Wychodzi do zapłaty dwieście dziewięćdziesiąt złotych.

Płacę, zostawiam resztę i umawiam się na odbiór mleka na jutro.

Nosimy jajka i sery do auta, kładziemy je na słowackich piwach. Chodzimy kilka razy od gospodarstwa do auta, żeby wszystko bezpiecznie przenieść. Wreszcie jedziemy autem pełnym piw, jaj i sera do Jasielówki.

– To jest jakiś skandal, żeby za tyle jedzenia, takiego dobrego, bez chemii, zapłacić tylko trzysta złotych. Ci rolnicy nigdy sobie nie poradzą! Będą pić! To jest tyle pracy. A tylko trzysta złotych. Skandal! – wrzeszczy spalony Shuty, wymachując rękami.

Z Tarnopola przyjechali już Jurij z żoną Hałynką.

Witam się z nimi. Jurij – wielki, z łańcuchami, Hałynka – drobna, krótkie włosy i niewiele mówi. Obok nich dwójka dzieci.

Jurij opowiada, że drugiej córce, której jeszcze nie znam, bo ma dopiero rok, podobnie jak pierwszej – France – dał polskie imię: Beata.

– W ogóle nikt tego imieeeeenia nie znaaaaa w Ukrainie – dodaje, jąkając się.

Pytam, czy słyszał polskie piosenki o Beacie, takie popularne. Nie słyszał. Puszczam mu Beatę z Albatrosa.

Na werandzie w Jasielówce stoi miska pełna borówek. Biorę jedną, zaznaczam, że przed chwilą myłem ręce, i daję Beacie. Oddaje mi, więc wkładam sobie do buzi i połykam.

– Ne hoduj joho – mówi Hałynka, żona Jurija.

Jurij tłumaczy, że karmienie to po ukraińsku hodowanie.

Wszyscy w kuchni pomagają Górze gotować zupę grzybową z grzybów z Radoszyc. Ola dodaje do niej soczewicę. Ja w tym czasie jadę do Jaślisk na rynek, żeby w piekarni kupić dziewięć bochenków chleba i jaśliskie rogale.

Wieczorem siedzimy przy ognisku. Shuty opowiada, że ma zamiar organizować dla lokalnej społeczności ogniska. Palić je dla bóstw opiekujących się ogniem, żeby się nie gniewały:

– Tak żeby wszyscy przychodzili. Dla mnie ogień to szamanizm, połączenie z naturą. Słowiańskie zespolenie się z prajaźnią, macierzą. Więc kiedy patrzę w ognisko, a często sam sobie siadam i zapalam, to łączę się z prasłowiańskimi początkami, bóstwami. Czerpię z nich energię.

Pijemy bananowicę Góry. Konrad opowiada dowcip, który – jak twierdzi – otwiera mu wszystkie drzwi w czeskich squatach. To dowcip o kobiecie, która idzie do kościoła się modlić. Jezus prosi ją, żeby wyrwała gwoździe. Ta odrywa gwoździe z rąk, więc Jezus spada z krzyża, krzycząc: „Nie te!”. Konrad naśladuje człowieka, który ma unieruchomione nogi i leci. Wymachuje rękami. Nikt się nie śmieje.

Ola do mnie:

– Kto w ogóle w dwudziestym pierwszym wieku opowiada kawały?

Wypytuję Jurija, który jest wydawcą i przyjechał na nasze wesele w delegację, załatwiać prawa, jakie książki są teraz popularne na Ukrainie. Odpowiada, że takie, w których pisze się, jak z gówna zrobić kulę, czyli coś z niczego.

– Ale co rozumieją pod tą kulą, to nie wiadomo. Z ukraińskiego kula to albo figura geometryczna, albo pocisk – mówi.

Zastanawiamy się: może by też taką napisać po polsku. I wydać.

– Puszczę jakieś progresywne disco polo – proponuję.

I wpisuję w wyszukiwarkę YouTube’a utwory Magdy Dureckiej. Słuchamy w kółko słów piosenki „Serce to jest tancerz, rozum to jest fałszerz”, a Konrad zmienia to na „serce to jest tancerz, co nakurwia w pancerz”.

Pytam Jurija o nowego prezydenta i czy Ukraińcy trzymają się mocno, ale nie chce rozmawiać w ogóle na te tematy.

– Nie warto – dodaje.

– Nie warto – podejmuje Góra.

 

Konrada pytamy z kolei, na kogo będzie głosował. Twierdzi, że na nikogo, nigdy nie był na wyborach i nigdy nie pójdzie. Dziwi się, że w ogóle jest jakaś kampania wyborcza w Polsce.

– Czemu nigdy nie byłeś na wyborach? – dociekam.

– Bo musiałbym dać komuś w ryj – odpowiada.

– Za co?

– Za to, że ktoś by mi za to głosowanie podziękował, za to, że bym oddał głos na te świnie z billboardów.

– Ale nikt nikomu za nic nie dziękuje – stwierdza Basia, profesorka z Wrocławia.

Wspólnie uznajemy, że chyba rzeczywiście Konrad nigdy nie był na głosowaniu.

Góra rozlewa bananowicę. W pewnym momencie nalewa sobie kieliszek i mówi:

– Połowa za nas, połowa za Pułkę – i wlewa do ognia, przez co ognisko robi się trzy razy większe.

– I ja to piłem? – pyta Jurij.

Upijamy się dość szybko destylatami. Razem z Jurijem odprowadzamy pijanego i spalonego Shutego do spania.

12

Budzi nas pierdzenie po zupie Góry. Przewracam się z jednego boku na drugi. Nad naszymi głowami wyrzeźbiony w suficie łemkowski krzyż.

– Mam zgagę po tej bananowicy. Wszystko mnie piecze. To nie dla mnie, nie dla ostatniego człowieka – mówię do Oli.

Ola, podobnie jak wczoraj, też już nie śpi.

– Nie wiem, może leki wziąć? – zastanawia się.

– Widzisz ten krzyż na powale? – wskazuję.

– No widzę. W estetyce new weird, podobnie jak te figurki zwierząt tutaj.

– Więc Shuty go sobie zostawił po Marianie. Marian tutaj spał, księdza po kolędzie przyjmował. Modlił się i odpędzał duchy – wyjaśniam.

– Albo dobra, nie biorę leków. Lepiej chodź, idziemy pooglądać wschód słońca. Co myślisz? – proponuje.

Wstajemy, ubieramy się, nakładamy buty górskie i idziemy na spacer. Wychodzimy na sam szczyt Jasiela, w trawie kładziemy kurtkę i siadamy na niej. Kiedy przestajemy się ruszać i hałasować, na łąkę zaczynają wybiegać zwierzęta. Patrzymy na nie. Obgadujemy wszystkich z wczoraj. Czekamy na słońce, jednak są chmury i słońce się nie pojawia.

13

Wracamy do Jasielówki, robimy sobie herbatę. Wstał już Jurij, więc idziemy do niego na taras. Siedzi i pije wódkę. Pytam, czy wszystko OK w Tarnopolu i co u drugiego Jurija, poety.

– A, znalazł sobie pracę, jest zastępcą burmistrza miasta. U mnie spokój, bo nie muszę mu płacić pensji. Bo czasem nie miałem z czego. Raz to tak nie miałem pieniędzy, że dałem mu glany nowe, dobre, tylko o numer za małe.

Oli oczywiście podoba się taka wymiana, że anarchia, pieprzenie kapitalizmu.

Ciekawi mnie, czy nie chciał honorarium w książkach.

– No właśnie skurwysyn nie chciał – śmieje się Jurij.

Powtarza, że jest w pracy, na delegacji, że oficjalnie na tę imprezę przyjechał, żeby rozmawiać z nami na tematy wydawnicze. I że chce wydawać książki. Proponuje wódkę przed śniadaniem, ja odmawiam. Odpowiadam, że jeszcze będę dzisiaj jeździł, ale że pamiętam, jak całą butelkę wypiliśmy do śniadania z jego ojcem w Tarnopolu.

– To był ten jedyny raz, kiedy piłem wódkę na śniadanie – dodaję.

Obgadujemy Górę, że jak na surwiwalowca coś późno wstaje.

Jurij przenosi butelkę wódki z tarasu na stół zastawiony do śniadania.

Wstaje Konrad i mówi:

– Coraz bardziej go rozumiem.

Jurij:

– Wódka przed śniadaniem, najlepsze. Czujesz, że jesteś człowiekiem. Wstaję rano, kieliszek przed śniadaniem i idę do pracy na wydawnictwie załatwiać prawa do książek zagranicznych.

14

Jemy śniadanie. Robię zdjęcie i wrzucam na Instagrama z podpisem: „Kurki z lasu, jajka, masło od gospodyni z Daliowej, sery od gospodyni z Posady Jaśliskiej, miód od pana Stefana, chleb z piekarni w Jaśliskach, wódka od Jurija z Tarnopola, czyli śniadanie w Jasielówce. #jasielowka #beskidniski”. Pojawiają się komentarze, że jak można przy dzieciach pić wódkę na śniadanie.

Jemy śniadanie i prosimy Jurija, żeby opowiedział nam, jak wyglądają śniadania pisarzy na Ukrainie. Czy są jakieś różnice. Opowiada więc o festiwalu literackim:

– Tak dużo na śniadanie kasy nigdy nie dostawałem. Wstaję rano, umył zęby. I dłuuuuugo tam wybieram pieniądze. Okazało się, że wystarczyło z tej kasy na piwfabrykat, półprodukt, żeby ugotować zuuuuupę z grochu, kiełbasę, chleb, majonez i dwie butelki wódki. Wpół do dziewiątej już przyszedłem ze sklepu. Ja ugotował tę zupę, a wszyscy śpią jak kurwa mać. Nasmarował te kanapki. Dwie butelki stoją. Jeden z poetów rezygnuje, budzę jego żonę, żeby napiła się wódki. Ona mówi: trochę później. Idę do innego poety, naszego Jurija. Budzę go: wstawaj, chuju. A jemu źle. Jemu zawsze źle, on zawsze choruje po wódce. Inny to Białorusin. Wstawaj, będziemy wódkę pić. Pięć minut, mówi. Przez pięć minut wstaje. Jak Tutanchamon. I w półtorej godziny my tę wódkę i kanapki. Wszyscy wstają, a my szczęśliwi. To jest najlepsze śniadanie w moim życiu.

– Czemu tu nie ma gospodarza? – pytam.

Róża wyjaśnia, że tata ciągle śpi na gąbce.

– Kaca chyba ma – mówię.

Po chwili pisze Ilona Witkowska: „Czy tam jest z Wami Jurek Zawadski? jeśli tak, to ja poproszę o JAKIEKOLWIEK informacje nt mojego wyjazdu do Lwowa, bo jak nie będę nic wiedzieć, to nie pojadę. Buziaki”. Przekazuję Jurijowi, co pisze Ilona.

Jurij:

– Odpisz jej, że jeszcze raz jej napiszę, bo przecież raz już pisałem.

Po chwili przychodzi i mówi, że jeszcze raz napisał. Wszystko będzie, hotel dla niej.

Ola:

– A może ona chce wiedzieć, jaki hotel i gdzie?

Jurij uspokaja:

– A, to tego jeszcze nie wiemy, do festiwalu przecież jeszcze tydzień. Ale jak powiedzieliśmy, że hotel będzie, to będzie.

15

Po śniadaniu idziemy w sześć osób do lasu – na grzyby, szukać huby chicken of the woods i tej, z której da się zrobić napój miłosny. Góra wkłada do koszyków butelki słowackiego piwa Smädný mních. Z pół godziny zajmuje nam przejście przez kamyki w potoku tak, żeby nie zamoczyć butów.

Po przejściu potoku siadamy i pijemy piwo. To samo w lesie. Co chwilę odpoczynek i wszyscy piją po parę łyków. Ja nie, bo jeszcze dzisiaj odbieram gości z Rymanowa.

Góra prowadzi nas w kolejne partie lasu. Snujemy się między drzewami i krzakami, przyspieszamy, jeśli ktoś zobaczy przewrócone drzewo.

– Tu muszą być huby – stwierdza Góra.

Reszta idzie za nim, jednak hub nie ma.

Basia, profesorka z Wrocławia, co chwilę woła Konrada do różnych drzew. Ten podchodzi, ale kręci głową.

– To jest dziwne, nie ma hub – mówi. Po paru godzinach szukania jest już dość pijany. – W moim lesie, tam, gdzie mieszkam, idę jak do sklepu. Wchodzę i od razu wiem, gdzie co jest. A tutaj? Przeszliśmy tyle kilometrów i ani jednej huby. Sklepy wszędzie takie same, tak samo poukładane, a lasy – inaczej. To jest dziwne.

Drapie się cały czas po odsłoniętym brzuchu, popijając smädnego mnícha.

Decydujemy się na powrót. Na drodze leży kolejne drzewo.

– Ostatnia szansa, jeśli nie będzie, to się poddajemy – decyduje Konrad.

Obchodzimy drzewo ze wszystkich stron, lecz poza korzeniami niczego nie ma.

– Stańcie na tle tego korzenia – proszę. – Zrobię wam fotki. W sensie, że ścianka i moda grzybiarzy.

Wracamy do Jasielówki z dwoma maślakami, które znalazła Ola.

– Gdybym wiedziała, że będzie taki fakap, zamówiłabym boczniaki z koopu. Są takie super, hodowane na odpadach z fusów, co jeden gość zbiera po stacjach benzynowych.

Basia, profesorka z Wrocławia, podsumowuje:

– Fajna wyprawa. Miałam wrażenie pomieszania Tristana i Izoldy z imperatywem eksperymentu.

– To pojechałaś. Ci literaci wszystko porównują do literatury. Kiedyś Ryba zaginął. Znalazł sobie dziewczynę. Potem opowiadał o tym związku: „Dante i Beatrycze to nic, my to mieliśmy na wejściu” – mówię.

16

W Jasielówce wszyscy odpoczywają.

Jurij i Hałynka leżą na leżakach z dziećmi. Przy ognisku dyskusja botaniczna Góry z Basią, profesorką z Wrocławia, czy mówi się arcydzięgiel czy dzięgiel. Nie dochodzą do żadnych konkluzji, więc zaczynają inny wątek: jak zrobić leczniczą nalewkę z kurzego ziela.

Góra znowu namawia na Słowację. Podchodzi do kierowców i obiecuje, że będzie super wypad. Wybijamy mu to z głowy.

– Hej, no jednak masz być tym szefem kuchni, tak się umawialiśmy, to trzeba potrawę przyprawić. Poza tym nie ma dania głównego, huby nie ma. Trzeba coś innego wymyślić. Ruszt rozstawić. Zaraz się ludzie zjadą.

Do Jasielówki przyjeżdża pan Stefan z prowiantem i winami z Trzcinicy, Nawsi Kołaczyckich, Błażkowej i Zarzecza. Zachwala swój miód, zainteresowanym daje spróbować i tłumaczy ze szczegółami, jak powstał. Po nim przyjeżdżają poeci: Ryba, Kusiak, MLB, Dawid Mateusz i poetka Nina Manel. Witamy się. Poeci zauważają piłkę. Idą grać przed domem. Na werandzie zostaje tylko Kusiak, ubrany cały na czarno. Na szyi ma wielki łańcuch.

Pan Stefan stoi na werandzie i rozmawia z nim. Wskazuje na grających poetów.

– A ten pan kim jest? – pyta.

– Poeta z Krakowa – odpowiada Kusiak.

– A ten pan kim jest?

– Poeta z Krakowa.

– A ten pan kim jest?

– Poeta z Krakowa.

– Ale to wszyscy są bracia? – dziwi się pan Stefan.

Odwraca się do mnie i pyta, dlaczego tutaj wszędzie są poeci. Mówię, że to wszystko wina Oli.

– Ona lubi tych poetów.

Gadamy na tarasie, poeci nadal grają w piłkę. Wyjaśniamy, że to rozgrzewka przed piciem.

Pan Stefan zwraca się do Góry:

– Pan też jest poetą?

– Też.

– O czym są pana wiersze?

– Śmierć, wolność, pijaństwo, cierpienie zwierząt – odpowiada Góra.

17

Jadę po Kasię Janotę i Janka Bińczyckiego do Rymanowa. Wsiadają do auta. Rozmawiamy.

– Celowo wyjechaliśmy wcześniej, żeby trochę po Krośnie pochodzić, pozwiedzać.

Przejeżdżamy przez Królika Polskiego, kiedy Janek mówi:

– Po reportażach w „Wyborczej” i historiach Janczury z Lubaczowa to Podkarpacie sobie gorzej wyobrażałem, jako ruinę, a ono wygląda normalnie: domy stoją, bramy są przed domami.

18

Góra angażuje pisarzy i pisarki, poetów i poetki do robienia faszerowanej dyni na grilla. Przy wielkim stole kuchennym pisarze i pisarki, poeci i poetki kroją, siekają, obierają. Podpytują Konrada o wskazówki. Ten tłumaczy, jak kroić które warzywa, w jakich ilościach, i cały czas drapie się po brzuchu. Przerywa też Oli, która opowiada o dziadersach.

– Sory, że tak ramblonuję cały czas – przeprasza Ola.

Przyjeżdżają Domel i Renia z dziećmi. Od Domela dostaję stare komputery PC jako prezent.

– Leżały na strychu, nikt tego nie używał od lat dziewięćdziesiątych. Oryginalny komputer, oryginalny monitor i jeszcze głośniki. – Wyjmuje je z bagażnika, przekazuje mi sprzęt.

– Super, uwielbiam sztukę na DOS-ie. Tylko nie mówcie Oli, że mamy to zabrać do Krakowa – proszę ich.

Prowadzę nowych gości w kierunku werandy.

– To mój kolega z podstawówki. Stąd. Z Trzcinicy, z Podkarpacia, z żoną Renią i dziećmi. Graliśmy razem w gry w podstawówce. On miał amigę, ja atari – przedstawiam go. – A to są moi znajomi poeci, poetki, środowiska literackie, słowiańscy szamani, niemolestujący dziadersi, krakowscy kaszkietowcy, nie mylić z warszawskimi kaszkietowcami – przedstawiam i wskazuję na grupę ludzi siedzących na tarasie.

Machają do siebie na powitanie.

Dzieci Domela dowiadują się, że tutaj tylko wege.

– Przecież pisaliśmy o tym w zaproszeniu, że bez mięsa. Alkohol nie ze sklepu, wódkę kanapką z liścia zapijamy – mówię.

Chodzą wkurzone, że są w Polsce, a chciałyby być w Chicago. Poza tym nie mają laptopów i tabletów do grania, a córki Jurija i Shutego mają. Słucham ich argumentów. Myślały, że jak grill, impreza, to będzie mięso, albo przynajmniej kiełbasa.

– No ale tutaj tylko warzywa, dynie, cukinie, huby, grzyby miały być. Na pewno wam się spodoba – namawiam.

Nie są przekonane.

– Dobra, złamię zasadę. Kupię wam kiełbasę. Jadę jeszcze do Rymanowa na przystanek autobusowy po atarowców, więc tam mogę zrobić zakupy. Coś jeszcze byście chcieli oprócz tej kiełbasy?

– Keczup – rzucają.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?