Oni migają tymi kolorami w sposób profesjonalny. Narodziny gamedevu z ducha demosceny w Polsce

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Ciekawe jest też to, jak sami właściciele różnych platform potwierdzają, że różnice nie kończą się na komputerach, ale rzutują na ich użytkowników. Ta teza brzmi nieprawdopodobnie, ale istnieje wśród użytkowników tych komputerów przekonanie, że różne platformy ukształtowały odmienne charaktery tych, którzy posiadali je w dzieciństwie.

To jest niezaprzeczalny fakt! Przykładem niech będzie podejście do wydawania i udostępniania gier na Atari. Gry obecnie wydawane na Atari można, oczywiście, kupić, ale zasadą jest, że twórcy udostępniają je równocześnie za darmo. W środowisku commodorowców natomiast, jeżeli ktoś sprzedaje grę, to równolegle jej za darmo nie oddaje. Dla atarowców to jest oczywiste: kupię albo ściągnę, mam wybór, commodorowcy takiego wyboru nie dają (i nie rozumieją atarowców, że postępują inaczej). Innym przykładem są znaczne różnice w organizacji i przebiegu party, a że byłem i na party spectrumowców, i commodorowców, mogę je porównać z tym, jak to przebiega u atarowców. U nas, na spotkaniach atarowców, zawsze jest masa sprzętu, więc jak dużej przestrzeni byś nie wynajął, ona zawsze zostanie przez uczestników zapełniona sprzętem. W 95% będzie to Atari i dodatkowo pojawią się inne komputery, które ludzie uznali za fajne, warte zabrania i pokazania, czyli na przykład Amiga, Amstrad lub jakaś konsola. My po prostu wypełniamy te przestrzenie sprzętem, co jest związane ze źródłami imprez demoscenicznych z lat 90., czyli tzw. copy party, na które każdy jeździł z komputerem pod pachą. My dziś jeździmy nawet z kilkoma komputerami, bo mamy duże samochody. Na party atarowców jest więc oczywiste, że się przyjeżdża ze sprzętem, i nikt nikomu nie musi tego tłumaczyć. Na party commodorowców za to, uruchomiona zostaje przysłowiowa jedna Amiga, a commodorowcy bawią się w swoim gronie przy butelce trunku. U spectrumowców jest jeszcze inaczej, ale o to, jak, to trzeba by zapytać Yerzmyeya.

Mówi się także, że na party różne grupy przyjeżdżają z różnymi alkoholami. I tak: spectrumowcy – z najtańszym piwem, atarowcy – z lepszym piwem, a commodorowcy i amigowcy z whisky.

No tak – demoscena słynie z tego, że za kołnierz się nie wylewa i ludzie prezentują dość, że tak to ujmę, zróżnicowaną kulturę picia. Niektórzy do tego stopnia inną, że potrafią narobić syfu i wkurzyć organizatorów.


Silly Venture 2014 – przykład sprzętów, jakie przywożą uczestnicy (zdjęcie: Tdc)


Party Silly Venture 2014 (zdjęcie: Tdc)

Pod tym względem najczarniejszy PR mają commodorowcy...

Ja tam nic przeciwko nim nie mam, ale może to byłby dobry pomysł, żeby na takich party wprowadzić prohibicję. Nooo, może nie prohibicję, żartuję, ale jakieś zasady dotyczące spożywania alkoholu, żeby nie było takich sytuacji, że trzeba zajmować się skutkami tego pijaństwa (na przykład, uszkodzony sprzęt komputerowy), zamiast innymi, dużo ważniejszymi rzeczami, które są do ogarnięcia. Muszę przyznać, że na parties atarowców pije się dużo, ale kultura picia i ogólnie kultura osobista jest na bardzo wysokim poziomie. Byłem na wielu imprezach i nie pamiętam kłótni, latających komputerów, a na przykład na Riverwash widziałem rozbijaną w drzazgi Amigę! U atarowców jest bardzo bezpiecznie. Znamienity atarowiec Paweł „Sikor” Sikorski, który prowadzi firmę wydawniczą na Atari od 1994 roku, powiedział mi około 2006 roku coś takiego: możesz zostawić gruby portfel na środku sali, wyjechać do miasta obok, i jak wrócisz, portfel będzie leżał nietknięty.

A może to zróżnicowanie, o którym mówimy, ma najzwyczajniej w świecie podłoże klasowe: ci, którzy mieli więcej pieniędzy, mieli dużo lepsze komputery. I to przełożyło się w wielu przypadkach na ich charaktery, ale też, być może, na obecną sytuację materialną.

To jest chyba jedyne sensowne wyjaśnienie tych różnic między fanami platform... Ale dodam też, że nie chciałbym szukać tych powodów jedynie na gruncie materialnym. Nie chciałbym, na przykład, dzielić ludzi tak, że ci biedniejsi są, powiedzmy, bardziej kreatywni. No bo, na przykład, na każdym z tych komputerów były inne przestrzenie dla oprogramowania. Dobrym pytaniem byłoby więc, czy dostępność danego oprogramowania – choćby profesjonalnego, języków programowania, gier – również wpływała na rozwój posiadacza danej platformy.

Za tymi różnicami idą też stereotypy...

No tak – przede wszystkim nabijano się zawsze z tych konkretnych, wyróżniających daną platformę cech. Z Commodore’a śmiano się, mówiąc, że to mydelniczka albo złomodor, a z Atari – że nie działa magnetofon.

A nie działał?

Działał, ale bardzo wolno, programy wczytywały się „godzinami”. I dlatego commodorowcy się naśmiewali, że nie działa, bo u nich to szło błyskiem. Była też taka jakby moda wśród commodorowców, że wszyscy oni w tych swoich komputerach kręcili głowicą. Dla mnie – atarowca – to było dziwne, że oni ciągle tym śrubokrętem tam kręcą. Ja nie kręciłem i mi wszystko działało, może ze dwa razy wyregulowałem głowicę. A commodorowcy mieli chyba jakąś obsesję, żeby kręcić... Dla nich to było, jest, ważne. Spectrum za to był używany wyłącznie z kasetami magnetofonowymi i to zwykle z tymi najprostszymi magnetofonami Kasprzak, a więc było jasne, że Spectrum równa się Kasprzak.

A co to znaczy, że Atari jest komputerem dla rolników i zasila je węgiel?

To jest oczywiście żart, który bardzo mocno przeniknął do naszej społeczności i swoistej kultury, każdy go zna i chętnie ten żart powtarza. Ten żart nie wynika jednak z niczego konkretnego związanego z parametrami sprzętu. Chodzi o to, że demoscena bardzo lubi sobie żartować, są nawet takie kategorie „wild” i „crazy” – dwie różne, choć czasem traktowane zamiennie – i właśnie kiedyś w takiej kategorii powstał utwór muzyczny, tzw. moduł muzyczny, w którym padały takie teksty: że „Atari jest z drewna i ze stali” i że szybko trzeba dorzucać do niego węgiel, żeby działało. Ktoś zrobił to tak mistrzowsko, że piosenka zapisała się w historii. Co ciekawe, nie wiemy, kto zrobił ten utwór. Chodzą słuchy, że autor też jest atarowcem, czyli puścił diss na samego siebie! Nikt jednak się do tego oficjalnie nigdy nie przyznał, ale gdyby to zrobił, byłby powszechnie uwielbiany, bo ludzie pokochali ten kawałek. Teksty z niego stały się do tego stopnia kultowe, że jakiś czas temu wręczono mi nawet publicznie na imprezie węgiel.


Panel z Tomaszem „Alt” Marcinkowskim z MHKI o komputerach Atari ST i Amiga 500 na Pixel Heaven 2016; na siedzeniu widać pakunek węgla (zdjęcie: Pixel Heaven)

Serio dostałeś węgiel?! Ile go było?

Wagon! Nie no – żartuję. To było ze trzy lata temu na Pixel Heaven. Zrobiliśmy wtedy taką jakby drugą cześć debaty... Pierwsza – to była moja dyskusja z Sosem: ośmiobitowe Commodore kontra ośmiobitowe Atari, a ta druga – moja rozmowa z Tomaszem „Altem” Marcinkowskim: Atari ST kontra Amiga, czyli o komputerach szesnasto- i trzydziestodwubitowych. Chcieliśmy z Altem tak merytorycznie sobie pogadać, mniejszy show może zrobić niż był z Sosem, ale więcej informacji przekazać, bez takiego ciągłego nabijania się jeden z drugiego, jak to miało miejsce z Sosem. Okazało się jednak, że chłopaki, którzy się zajmują retro we Wrocławiu, dali Altowi węgiel, a on przed spotkaniem mi go wręczył. To był taki przeźroczysty pakunek, ładny, jak prezent. A na sali oczywiście śmiech, wszyscy rozbawieni, że atarowiec dostał węgiel... Oni zresztą napisali też do tego węgla instrukcję obsługi, coś w stylu: „to jest węgiel uniwersalny, kompatybilny ze wszystkimi modelami Atari”. Te chłopaki z Wrocławia są bardziej ze strony commodorowej, dużo filmików na YouTube wrzucają, w których widać, że ich spojrzenie jest mocno z commodorowej perspektywy – no i stąd ten węgiel. To zresztą nie była jedyna taka sytuacja. Kiedyś commodorowcy na Wapniaku, czyli na imprezie typowo atarowej, ufundowali dla zdobywcy pierwszej nagrody statuetkę z węglem. To była statuetka z grawerunkiem i w centralnym miejscu miała umieszczony spory węgiel. Całość bardzo ładna i profesjonalnie wykonana, myślę, że na to poszła konkretna kasa. Wygrał wtedy mój kolega – bardzo fajny koder, Koala. On lubi takie poczucie humoru, więc był bardzo zadowolony, chociaż nie wiem, czy on się w ogóle kiedykolwiek dowiedział, że to commodorowcy ufundowali tę nagrodę. On jednak nie ma problemu z tym, żeby sobie trochę żartować z Atari, i te jego gry też są takie... szalone. W 2016 roku zrobił na przykład grę Cyctriks, gdzie polem gry jest kobieca pierś...

A rolnicy skąd się wzięli? Z tego, że to Atari było takie prymitywne jak maszyny rolnicze?

Myślę, że stereotyp rolnika w PRL łączył się z tym, że to najgorsze, co może być – jakiś PGR, brud, zacofanie... I ten humor miał zadziałać na zasadzie kontrastu, tu nowoczesne komputery, a tam jakiś rolnik na traktorze. Sam tekst o rolnikach też zresztą pochodzi z bardzo znanego modułu muzycznego.

Z kolei o Spectrumie mówiło się „gorąca trumna”. Yerzmyey wspominał mi nawet, że można było mieszkania w zimie nie ogrzewać, jak się miało Spectruma, bo on wystarczał.

A nawet mówiono „Spectrumna”. Ten komputer był po prostu źle skonstruowany i jeszcze do tego malutki. I dlatego jeszcze bardziej się grzał. To był efekt minimalizowania kosztów posuniętego najdalej, jak to możliwe. Clive Sinclair, który wymyślił komputer ZX-81 i potem ZX Spectrum – bardzo w Polsce popularne – to był wielki człowiek, wynalazca i przez kilkanaście lat przewodniczący brytyjskiej Mensy. I on rzucił hasło, by komputer trafił do każdego angielskiego domu, ale żeby zrobić tak tani komputer, trzeba było zrobić go w maksymalnie uproszczony sposób... Tak więc nawet rozmiarowo on był malutki. I klawiaturę miał zupełnie do niczego, bo niewygodną – gumową. Ja teraz nie chcę obrażać Spectruma, ale po prostu stwierdzam fakt: to był komputer-kompromis, kompromis między technologią a kosztami, jakie ona pochłania. Właściwie wizja Sinclaira się spełniła, w tym również w Polsce, bo w połowie lat 80. był to tutaj komputer-marzenie. Do dziś wiele osób mówi o nim z sentymentem i wcale się im nie dziwię, bo dla mnie również jest to komputer – symbol tamtych czasów i tamtych najfajniejszych gier. Doceniła to również królowa brytyjska, bo właśnie za ZX Spectrum w 1983 roku Clive Sinclair otrzymał honorowy tytuł szlachecki.

 

2.

NASZE SPÓŹNIENIE OKAZAŁO SIĘ ZBAWIENIEM

bieda jak w Indiach / czasopisma o komputerach – „Top Secret”, „Secret Service”, „IKS”, „Bajtek” / Krzyś Kubeczko / Atari podłączone do telewizora / system turbo / Internetu jeszcze nie było / kółko komputerowe bez komputerów / w co wtedy grałeś? / opisy gier nie przystawały do stanu faktycznego / garbowanie pamięci i stołokulotoczne urządzenie wskazujące / granie subwersywne / modyfikacja gry to była rozrywka / chciałem zmieść moją szkołę z powierzchni ziemi / hakowanie rzeczywistości / nudne „państwowe” gry komputerowe / nie chcę się śmiać z biedakomputerów / polskie konsole / Sinclair skomputeryzował socjalistyczną Polskę / Jack Tramiel przypomina sobie o polskich korzeniach / wydarzyło się jakieś szaleństwo

READY


W którym roku dostałeś wreszcie własne Atari?

Strzelam, że to było jakoś około roku 1988, w każdym razie na pewno nie wcześniej. Wtedy też dogadałem się z tym sąsiadem, który od dawna miał Atari, ale o tym nie mówił, i dowiedziałem się, że ma gry na kartridżach. W USA to było normalne, że się miało Pac-Mana na kartridżu, ale w Polsce nikt o tym nie słyszał, ten nośnik tu w ogóle nie istniał, bo się wszystkie gry kopiowało na giełdzie. Więc to był kosmos, jak się nagle dowiedziałem, że ktoś z mojego bloku ma gry na kartridżach! I w dodatku ten chłopak był tak sympatyczny, że mi je pożyczył.

A wiesz, skąd on to wszystko miał?

Pochodzi z dość sławnej rodziny i sam też jest dzisiaj dość popularny. Miał ojca w Ameryce i on mu po prostu to przysyłał – to dość typowy wtedy scenariusz. Tylko dlatego miał taki sprzęt, bo te rzeczy w Polsce były w takich cenach, że nawet na giełdach nikt ich nie próbował sprzedawać, bo by po prostu nie poszły. I ten chłopak mi to wszystko pożyczał, nawet bez wymiany.

A jakie czasopisma, książki o komputerach, wtedy czytałeś?

„Bajtka” kupowałem już wcześniej, zanim miałem Atari. Bardzo go zgłębiałem. Ja się w ogóle jako dzieciak nie nadawałem do czytania, ale w przypadku komputerów ta pasja mnie tak wciągnęła, że czytałem wszystko. I to był sukces, bo literatura piękna mnie raczej nie wciągała, ale literatura o megahercach, gdzie nie było żadnych bohaterów, wyłącznie komputery, pochłaniała mnie bez reszty. Kupowałem też „Komputer”, który był bardziej poważny, co było fajne, bo robili to naprawdę profesjonalnie. Do dziś mam te numery i choć wtedy nie za dużo rozumiałem z tego, co tam było, to jednak czytałem, zwłaszcza artykuły o Atari.

A coś takiego jak „IKS – Informatyka, Komputery, Systemy”, pamiętasz?

Tam publikował programy mój późniejszy wykładowca z WAT-u, dr inż. Stefan Rozmus. Nawet z nim przeprowadziliśmy wywiad w ramach Atarionline.pl. Ten „IKS” to był dodatek do pisma „Żołnierz Wolności”, typowo wojskowego i socjalistycznego magazynu, ale „IKS” dotyczył wyłącznie komputerów i był na dość wysokim poziomie merytorycznym. Jego problemem było jednak to, że drukowano go fatalnej jakości drukiem na kiepskim papierze i czasami po prostu nie dało się z niego odczytać połowy listingów programów. W prasie polskiej w ogóle się jednak wtedy nie pojawiał temat gamedevu, żadne zagadnienia o robieniu gier na poważnie, za to publikowane były później, na początku lat 90., zaawansowane tematy związane z demosceną, na przykład w „Commodore & Amiga” lub „Atari Magazynie”. Robienie gier to była czarna magia. I najczęściej było to spowodowane tym, że pisali o tym naukowcy, którzy mieli mało praktyczne – bo matematyczne głównie – podejście do tematu. To wynikało z teoretycznej wiedzy, jaką wynosili ze studiów. Przecież na Politechnice Warszawskiej, gdzie pracowali moi rodzice, usłyszałem od jednego z wykładowców, że pecet jest szybszy od Atari i ma większe możliwości techniczne. On powiedział tę bzdurę, bo nigdy się w praktyce nie spotykał z rzeczywistymi problemami, jakich nastręczały różnorodne poziomy zaawansowania technologicznego i wydajności tego sprzętu.

W 1990 roku zaczął wychodzić magazyn „Top Secret”.

Ja w tym nie uczestniczyłem. „Top Secret” już był, jak ja zaczynałem pracować w „Bajtku”. Natomiast – oczywiście – samo pojawienie się „Top Secretu” zauważyłem. Kupowałem to i czytałem. Właśnie dzięki tej gazecie poznawałem gry na platformy, których nie miałem: Amigę, peceta, Spectrum i Commodore, choć jednak bardziej wgłębiałem się w informacje o Atari. Bo Atari było cały czas dla mnie wtedy nieodkryte. Wcześniej chodziłem jeszcze do osiedlowego domu kultury na zajęcia, gdzie było z pięć Spectrumów i jeden Amstrad – i po troje dzieciaków siadało przed jednym komputerem, co też pokazuje jak straszna bieda była w Polsce. Dziś tak się robi w Indiach – że z jednego peceta korzysta dwóch studentów. Mają pulpit podzielony na dwie części, każdy ma swoją myszkę i pracuje osobno. No więc wtedy było mniej więcej coś takiego w Polsce.

Czyli normą były słabsze komputery, a w „Top Secrecie” pisano już o grach na wyższe platformy?

Tak – tam starano się reagować na to, co się dzieje na rynku, choć wiem, że autorzy „TS” mieli duże ambicje i chcieli promować również te większe platformy, których w Polsce jeszcze nie było, czyli pecety i Amigę. Z tego co pamiętam, Maciej Miąsik – twórca Electro Body – napisał tam buńczuczny artykuł, że polski gamedev jest ważny, że się rozwija i jest dobry. Z dzisiejszej perspektywy miał rację i historycznie był to pierwszy artykuł, który oznajmiał: „jesteśmy i jesteśmy w tym dobrzy, mamy też plany na przyszłość”.

Czytając czasopisma komputerowe z tamtych czasów: „Top Secret”, „Secret Service” i inne, zauważyłem, że wielu redaktorów przeprowadzało w tekstach jakieś niezrozumiałe zabiegi, na przykład, celowo pisali z błędami ortograficznymi. Mieli takie... futurystyczne podejście do języka polskiego. Zastanawia mnie, czy to dlatego, że chcieli łatwiej dotrzeć do bardzo młodych czytelników, nastolatków, bo to był przecież ich target.

Rzeczywiście w „Top Secret” redakcja starała się być awangardowa, ale że robili błędy ortograficzne celowo, to...

Oni też puszczali listy z błędami ortograficznymi – i je ganili na łamach pisma. A wiesz może, czemu pisali recenzje pod pseudonimami? Większość autorów tam się w ten sposób podpisywała.

Nie wiem, skąd się ten pomysł mógł wziąć. Było jednak tak, że ich redakcja działała w wielkim bałaganie – za mało osób, za dużo pracy. Raz było nawet tak, że Borek sam zrobił cały numer i powymyślał ksywy, żeby zróżnicować teksty, które sam napisał. W „Bajtku” się ludzie zawsze podpisywali nazwiskami, natomiast w „Top Secret” nie było do końca wiadomo, kto pisał recenzje i opisy gier. Tam bywali jacyś wirtualni, orbitujący dookoła redakcji współpracownicy i czasem się okazywało, że jakiś autor po prostu nigdy nie istniał w rzeczywistości. To było takie ukrywanie chaosu, który tam panował. Oni sami zresztą o sobie mówili „zepsuł” zamiast zespół redakcyjny. Poza tym, starali się dobrać ludzi z poczuciem humoru i to też im nie ułatwiało kompletowania redakcji. Przy tym wszystkim jednak trzeba przyznać, że chłopakom udawało się robić dobre pismo.

Z tego, co wiem, często pracowali na wariackich papierach, na przykład dostawali grę dwa dni przed oddaniem do druku, więc grali po nocach i jednocześnie pisali recenzję. Fascynują mnie też nakłady – 80–90 tysięcy egzemplarzy... A przecież było tych pism wtedy na rynku kilka, i nie wszystkie miały redakcje w Warszawie, bo na przykład „Świat Gier Komputerowych” był wydawany w Bydgoszczy. W filmie Thank you for playing jeden z ówczesnych redaktorów mówił, że wtedy te czasopisma pełniły rolę taką, jak dziś media społecznościowe. Trudno jest mi to sobie wyobrazić...

Z tego, co pamiętam, w „Top Secrecie” była taka rubryka, do której gracze mogli przysyłać wyniki swoich gier i tworzono na bieżąco rankingi. To nazwałbym bardzo społecznościowym elementem. Były też „supery”, czyli powyciągane przez redakcję z listów od czytelników fragmenty, najczęściej śmieszne. Moi koledzy się tym zaczytywali pod ławkami w szkole, a to niekoniecznie były wątki stuprocentowo o tematyce komputerowej czy growej. Jasno jednak to chyba wskazuje na to, że czytelnicy traktowali redakcję „TS” jak kogoś, kogo znają i lubią, i chcą do niego pisać.

Te rankingi gier w czasopismach musiały pełnić bardzo dużą rolę. W „Top Secrecie” pojawił się też ranking sprzętu – „na czym gramy”. To, z dzisiejszej perspektywy, jest bardzo ważnym źródłem informacji, dzięki któremu wiemy, co się działo – przynajmniej mniej więcej – na rynku sprzętu. Pamiętam, że redakcja była wtedy mocno zaskoczona wynikami. Cytuję z „Top Secret”: „Atari – tragedia, która zalała nasz rynek, która zalała nasz kraj. Przelała się z magazynów, w których nie wiadomo było, co z nią zrobić”.

Tak... w redakcji „Bajtka” na ulicy Wspólnej też była duża niechęć do Atari. Szkoda, że oni nigdy nie poznali lepiej tego komputera. Trochę taki paradoks – to był wtedy najpopularniejszy w Polsce komputer, a redakcje najbardziej poczytnych pism go nie uznawały, trudno właściwie powiedzieć dlaczego.

Było też coś takiego jak „Raport z oblężonego miasta” w „Top Secret”. To był jeden ze słynniejszych raportów, w których autor – tu jest podpisany Waldemar Nowak – wskazuje, jakie komputery są używane. Pisze tak: „Pragnę jeszcze zauważyć, że jako społeczeństwo ubogie przyzwyczailiśmy się do dwóch spraw: gry są tanie, więc się je kupuje na setki, sprzęt jest drogi, więc się kupuje to, co najtańsze, lub nie kupuje się wcale”. Albo mam tu pytanie z samego początku lat 90. „Jaki komputer jest lepszy: Atari, Spectrum czy Commodore?”. A redakcja odpowiada: pecet.

Oni mieli jakieś irracjonalne skrzywienie. Namawianie do pecetów było przecież zbrodnią przeciwko czytelnikom. Jeszcze sporo lat później autor słynnego Boulder Dasha mówił, że pecet się kompletnie nie nadaje do gier, więc – powiedzmy sobie szczerze – to były marzenia redakcji o tym, żeby pecet się w końcu nadawał do grania.

Dużą karierę robił w „TS” Krzyś Kubeczko ze świata atarowego. Tu mam list od niego. „Jesteście niedorobioną gazetką. (...) W ogóle spadliście na psy i żygać mi się chce na ten wasz TS. Przestaję was czytać! (...) Jesteście DOWNAMI i na niczym się nie znacie. Waszymi bezpodstawnymi tekstami nie zatrójecie życia Atarowcom, commodorowskie dupki!!!–” I oni odpowiadają: „Nasz stały czytelnik Krzyś Kubeczko po raz ósmy od półtora roku przysłał list, że przestaje nas czytać. Tym razem miał zły dzień i aż pięć zdań z całego jednostronicowego listu nadaje się do publikacji. Dziękujemy ci, Krzysiu, pisz do nas dalej, jakoś smutno by bez ciebie było. Oj Krzysiu, Krzysiu, gdyby to ode mnie zależało, to zrobiłbym cały numer Top Secretu o Atari, a ile wierszówki by się z tego zebrało? Opisujemy to, co przyślą nam wydawcy lub to, co nam się uda zdobyć innymi legalnymi źródłami”.

Tere fere – legalnymi. Już to widzę. Choć oczywiście około 90. roku redakcja starała się pracować wyłącznie w oparciu o legalne źródła, których – nawet w Polsce – przybywało, jednak, no – bądźmy realistami...

Opowiedz, kim był Krzyś Kubeczko?

On jest świetnym przykładem na to, jak rozwinięte było to community.

Ale może to był po prostu troll?

Moim zdaniem on nie był trollem, on to pisał całkiem poważnie. Był zbulwersowany i czuł, że jako czytelnik ma prawo głosu. On naprawdę przeżywał te wszystkie rzeczy – zresztą nie tylko on. Pewnie było wielu takich, którzy się z nim utożsamiali. I „TS” to drukował wiedząc, że Kubeczko jest zaangażowany w to, co pisze, i nie robi tego wyłącznie po to, żeby prowokować. Zresztą, uważam, że bardzo dobrze, że był ktoś, kto mówił im, że robią coś źle, że powinni poprawić jakość tekstów, czy poszerzyć tematykę. Oni – będąc miłośnikami peceta, czy raczej niezdrowymi fanbojami peceta – no, jak oni mieli zrozumieć właścicieli innych platform? Posiadacz innej platformy faktycznie mógł czuć się nieusatysfakcjonowany treścią ich magazynu. Mógł też znaleźć jakiś błąd i po prostu powiedzieć: słuchajcie, jesteście nieprofesjonalni. Redakcja „TS” nie znała się przecież na wszystkim, a szczególnie na Atari. Oni się jednak tym nie przejmowali, głównie ze względu na to podejście zabarwione abstrakcyjnym poczuciem humoru. A Krzyś Kubeczko może po prostu był za młody, czy miał inny charakter, i jemu ten luz się nie podobał, albo nie trafiał do niego? Może chciał czytać bardziej wysublimowane i bardziej na poważnie robione pismo o grach? Takie choćby jak dzisiaj „Pixel”, który stara się być pismem propagującym kulturę gier, patrzy na gry poważnie i analizuje je dogłębnie, używając do tego języka polskiego poprawnie, a nie niszcząc go. Zresztą... to samo było w „Bajtku”, który też był w wielu miejscach nieprofesjonalny.

 

Jakieś przykłady?

Przede wszystkim masa błędów. W „Bajtku” pojawiało się wiele dziwnych teorii. Można tam znaleźć artykuły o tym, że ZX Spectrum jest najlepszym na świecie komputerem, a Atari się do niego nie umywa pod względem osiągów technicznych, co jest kompletną bzdurą.

Budowanie community widoczne jest też na przykładzie publikowanych przez te czasopisma ramek, które czytelnicy mieli uzupełniać. I tu na przykład pole do popisu: „atarowca wal z gumowca”, i „oto jak się testuje gry w redakcji Top Secret” – i gość wali siekierą w ekran.

Rzeczywiście – takich rysunków było sporo i one były zabawne. Razem z kolegami ze szkoły też robiliśmy sobie komiksy o tym.

W tym samym czasie w Polsce pojawiły się także VHS-y i magnetowidy. Czy ta technologia, te filmy również tak bardzo ciebie i Twoich kolegów fascynowały?

Nie miałem w domu wideo, ale moi sąsiedzi mieli. Zwłaszcza jeden, Marcin – tak się wkręcił, że wkrótce uzbierał ogromną wideotekę, więc dla mnie to nie było problemem zobaczyć film, który akurat był hitem. Co więcej, na moim osiedlu, czyli na dalekim Żoliborzu, miałem taki dom kultury, a przy mnie była jeszcze świetlica, gdzie puszczali różne filmy. Tam oglądałem pierwszą, rysunkową wersję Władcy pierścieni, ale tam też widziałem teledysk „komputerowy” Dire Straits, czyli Money For Nothing. Bardzo mnie wtedy zainteresowało, jak oni ten teledysk zrobili, bo wszyscy mówili wtedy o tym, że jest to pierwszy teledysk zrobiony na komputerze.

Prasa pisała wtedy o tzw. bit ludziach – słyszałeś to określenie? To było nawiązanie do git ludzi, z więzienia. O bit ludziach mówiono, że to tacy, którzy z powodu komputerów przestali kontaktować z rzeczywistością, zamykali się na świat dookoła i na przykład... przestali dostawać dobre oceny.

Ja może nie straciłem kontaktu z rzeczywistością, ale prawdą jest, że szkoła – która sama w sobie była po prostu fatalnie skonstruowaną instytucją – stała się dla mnie wtedy jeszcze bardziej nudna. To było dla mnie coś strasznego, że muszę tam chodzić i słuchać jakichś bezmyślnych nauczycielek. Szkoła w porównaniu z komputerem nie miała u mnie żadnych szans: gry były atrakcyjne, wciągające, a w szkole totalna nuda, zero kreatywności. U nas tylko nieliczni nauczyciele próbowali zainteresować swoim przedmiotem – na przykład robić wspólnie z nami eksperymenty na chemii. O to, że stracę – ale nie kontakt z rzeczywistością, tylko wzrok – martwili się moi rodzice i właśnie z tego powodu ograniczali mi godziny korzystania z komputera.

Do czego miałeś podłączone Atari?

Początkowo do telewizora. Ale zanim dostałem swoje Atari, przyjechał do mnie na ferie kolega Maciek Bukowski z innego miasta, i on przyjechał właśnie z własnym Atari. W ten sposób miałem przez chwilę cudze Atari i mogłem się trochę z nim zapoznać. Na początku jednak była przez chwilę lekka konsternacja, no bo jak to podłączyć do telewizora lampowego, który nijak nie chciał współpracować z amerykańskim komputerem? Na całe szczęście, wujek dał nam wtedy jakiś wielki telewizor, taką kolubrynę lampową, więc rozwaliłem jej wtyczkę i tam wstawiłem kabel od Atari. To był połowiczny sukces: pojawił się obraz, ale nie było dźwięku, bo ten telewizor był w systemie SECAM (francuski system nadawania koloru w sygnale kolorowej telewizji analogowej – przyp. red.). Wtedy jednak z tyłu Atari wypatrzyliśmy jeszcze inną wtyczkę i metodą prób i błędów doszliśmy do tego, żeby wyprowadzić dźwięk do mojego radia JOWITA, które było na tyle sprytnym radiem, że miało gniazdka zasuwane klapką. Poszły więc dwa druty do Jowity i to nam dawało dźwięk. Myślę teraz, że Polacy to w socjalizmie byli chyba w czołówce narodów grzebiących w urządzeniach. Telewizor od wujka, całe szczęście, nie był w naszym domu używany, więc nie było takiej sytuacji, że rodzice nam kazali odłączać od niego Atari, bo chcieli coś obejrzeć – a tak było w większości domów. Dopiero później rodzice kupili mi monitor. Nie miałem wtedy jeszcze komputera, więc dla takiego dzieciaka to było dość smutne, że sam monitor stoi i nic nie można z nim zrobić. Choć jednak była to obiecująca zapowiedź pojawienia się w przyszłości i komputera.

Magnetofon i stacja dysków to były chyba zasadnicze elementy niezbędne do działania komputera – zarówno Commodore’a, jak i Atari i Spectrum.

Można powiedzieć, że o ile na Commodorze była słaba stacja dysków i świetny magnetofon, to na Atari było dokładnie odwrotnie. Commodore jest też po prostu komputerem o wiele lat młodszym, ale Atari – z końca lat 70. – jest jednak lepiej zaprojektowane, przykładowo, oni już wtedy podjęli decyzję, że głównym urządzeniem w Atari ma być stacja dysków, i zrobili ją po prostu bardzo dobrze. I mieli rację, bo okazało się, że to jest ważniejsze. Dopiero realia rynkowe – czyli to, że magnetofony trzymały się mocno – spowodowały, że Atari wprowadziło jednak ten magnetofon, ale zrobili to na szybko – dopisali jakiś soft, żeby to w ogóle szło, i tyle. A Commodore, wprowadzony później, jeszcze lepiej znał rynkowe realia i oni widzieli, że magnetofony trzymają się na rynku tak mocno, że trzeba traktować kwestię stacji dysków i magnetofonu na równi. Ale to też było tak, że stację dysków do Commodore i Atari kupowało się osobno i ona kosztowała często więcej niż sam komputer. Więc często bywało tak, że ludzie początkowo – z braku funduszy – nie kupowali jej, nic innego zresztą też nie mogli kupić, i jedyne, co im w takiej sytuacji pozostawało, to wziąć „Bajtka”, przepisać z niego jakiś program i uruchomić. I koniec. W Spectrumie za to w ogóle nie istniała stacja dysków i to był taki dziwny wybryk. Natomiast bez magnetofonu to... No to też nic przecież nie dało się zrobić. Według mnie jednak to dołączenie magnetofonu do Atari zrobiło, zwłaszcza polskim użytkownikom, ogromną krzywdę, bo przecież my się strasznie męczyliśmy z tymi magnetofonami, które po prostu kiepsko chodziły. Całe szczęście, na ratunek przyszła polska myśl techniczna – powstały te nasze systemy turbo do magnetofonów. I było tak, że w każdym mieście królował inny system turbo do magnetofonów. W Warszawie mieliśmy AST, a w Krakowie było Turbo 2000.

A jak wtedy wyglądała sprawa z modemami?

Internetu jeszcze nie było, ale żeby skorzystać z ówczesnego odpowiednika Internetu, czyli BBS-u, trzeba było mieć modem, bardzo trudno w Polsce wtedy, pod koniec lat 80., dostępny. To znaczy – modemy były, ale nikt tego nie kupował. Pamiętam, że wtedy widziałem taki w sklepie w centrum Warszawy, to był modem do Atari – Atari XM301. I on wyciągał niecałe 300 bodów, czyli 300 bitów na sekundę. Zawrotna prędkość!

A jak już miałeś Atari, to zacząłeś szukać innych atarowców?

U mnie na osiedlu, o dziwo, w ogóle nie było Commodore’a, był jeden u kolegi, który mieszkał bardzo daleko, i to było na tyle daleko, że tego komputera wtedy w ogóle nie poznałem. Blisko na osiedlu miałem – u takich najbogatszych kolegów – dwie Amigi, były Spectrumy, był też Timex u mojego kolegi z klasy Jacka Kocerki, albo nawet dwa Timexy... Było też tajne stanowisko, sporo dalej, na poddaszu, gdzie masowo piracono na giełdę, ale ja nie znałem tych ludzi za bardzo. Dużo ludzi, którzy mieli komputery, poznałem dzięki temu, że założyłem w szkole kółko komputerowe.