Oni migają tymi kolorami w sposób profesjonalny. Narodziny gamedevu z ducha demosceny w PolsceTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

1. MIELIŚMY GŁÓD KOMPUTERÓW początki gamedevu w Polsce / byliśmy totalnie do tyłu! / mieliśmy głód komputerów / Atari w Pewexie, Commodore 64 z Niemiec / stan wojenny i pierwszy automat arcade’owy / ogromna rola ZX Spectrum / różnice między komputerami rzutują na charaktery ich użytkowników / złomodor, spectrumna i Atari z węgla i ze stali

2. NASZE SPÓŹNIENIE OKAZAŁO SIĘ ZBAWIENIEM bieda jak w Indiach / czasopisma o komputerach – „Top Secret”, „Secret Service”, „IKS”, „Bajtek” / Krzyś Kubeczko / Atari podłączone do telewizora / system turbo / Internetu jeszcze nie było / kółko komputerowe bez komputerów / w co wtedy grałeś? / opisy gier nie przystawały do stanu faktycznego / garbowanie pamięci i stołokulotoczne urządzenie wskazujące / granie subwersywne / modyfikacja gry to była rozrywka / chciałem zmieść moją szkołę z powierzchni ziemi / hakowanie rzeczywistości / nudne „państwowe” gry komputerowe / nie chcę się śmiać z biedakomputerów / polskie konsole / Sinclair skomputeryzował socjalistyczną Polskę / Jack Tramiel przypomina sobie o polskich korzeniach / wydarzyło się jakieś szaleństwo

3. RYNKOWA SCHIZOFRENIA giełdy i piraci / walka z piractwem polskich gier / tak do końca nikt nie był wtedy w Polsce w tej branży w zgodzie z prawem / rynkowa schizofrenia i gigantyczny biznes / te dzieciaki nie miały pojęcia, że istnieje coś takiego jak prawa autorskie / giełda na Grzybowskiej / zalewanie klejem / crackerzy i hakerzy / cracktra jako reklamy piratów / ustawa z 4 lutego 1994 roku / zalety piractwa / otwarte komputery

4. DEMOSCENA – KOPIOWANIE SUROWO WSKAZANE giełdy a początki gamedevu / prescena czyli nerdzi i geekowie i ich twórczość / polska demoscena i „kopiowanie surowo wskazane” / sztuka, gdzie istotne są forma i sprzęt / nicki na demoscenie / komputer zaczął mówić po polsku / od demosceny do gamedevu / pierwsza polska gra

5. GATUNKI I KLASYKI Mózgprocesor i Robbo / czy najsłynniejsza polska gra jest plagiatem? / taka postawa, jaką prezentuje Pelc, normalna po prostu nie jest / demosceniczne ambicje w grach / to historycznie najważniejszy moment i jednocześnie też katastrofa – Arkanoid II Pink Softhardu / Five to Five – demko jako reklama / początki Mirage’u / gamo – gatunek, który umarł śmiercią naturalną / sukces komnatówki A.D. 2044 / LK Avalon numerem jeden ówczesnego polskiego gamedevu / uczcie się Action! / Mazur i Łukszo – jak Jobs i Wozniak / organizacja pracy w Mirage / pokaz dem w szkole podstawowej / o dziwo – to mnie dziewczyny podrywały na Atari

6. LK AVALON, MIRAGE, ASF, SPEKTRA, TIMSOFT – POPKULTURA I AMBICJA cały świat nie pamiętał już o Atari ośmiobitowym, a w Polsce... / co to znaczyło wydać bestseller? / popkulturowy Mirage, ambitny LK Avalon / Zawsze byliśmy przyjmowani z szacunkiem – kawa, herbata, pepsi... / wcisnęli redakcję „Atari Magazynu” do pokoju commodorowców / próby demake’ów / Rosyjska Ruletka / mistrzostwo Jakuba Husaka / „grzebanie w kodzie” – bugi i debugowanie / Misja i Fred – koszmarny błąd marketingowy / współpraca i konkurencja czyli rynek był piracki, więc ludzie patrzyli na siebie jak na wrogów / „Tajemnice Atari”, „Świat Atari”, „C&A”, czyli jak wy to reklamowaliście? / w czołówce Kultu był nawet morphing – gry od Atari Star Force / Inside od Spektry – to jest rzecz genialna / inne dzieła Magnusa / TIMSOFT wydaje gry na Commodore 64 / pecet i Amiga – kolejny etap i doganianie Zachodu / rynek gier na ZX Spectrum – to po prostu u nas nie zadziałało / to byłby błąd, pomijać technologię w badaniach nad historią gamedevu / 3D i 16-bit

7. POLSKO-AMERYKAŃSKA WSPÓŁPRACA NA ŻOLIBORZU amerykański gamedev na Żoliborzu / California Dreams – no przecież każdy chciałby w takim miejscu pracować! / jeżeliby zapomnieć, że byliśmy traktowani jak tania siła robocza, to jest to jakaś duma dla Polski / Tetris 3D czyli Blockout / przemiany po roku 1989 zniszczyły fenomen Karenu

8. ŚWIRY, MANIACY, JASKINIOWCY I ROLNICY, CZYLI DEMOSCENA DZIŚ dziś powstaje około stu gier na Atari ośmiobitowe rocznie... / scena atarowa – kulturowy, socjologiczny i psychologiczny fenomen / nisze i jaskinie atarowców / retro – bardzo nielubiane słowo / dla nas ten sprzęt się nie skończył / Drygol – restaurator sprzętu ze złomowiska / podgrzewanie Atari suszarką / wyższy poziom geekostwa / współpraca z Kazem na Atarionline.pl / wielogodzinne wykłady popularyzujące wiedzę o Atari / świry i maniacy / kolekcjonerzy sprzętu: to jest najgorsze – sprzedawać swój ukochany komputer / idealny dzień atarowca / byliśmy jak jaskiniowcy na współczesnym torze wyścigowym / popularyzatorskie wykłady o początkach polskiego gamedevu / Tdc jako rolnik

Piotr Marecki, Tomasz „Tdc” Cieślewicz

Oni migają tymi kolorami w sposób profesjonalny. Narodziny gamedevu z ducha demosceny w Polsce

Kraków 2020

Transkrypcja i redakcja | Marta Syrwid

Copyright © Piotr Marecki, 2020

Copyright © Tomasz „Tdc” Cieślewicz, 2020

Copyright © for this edition by Korporacja Ha!art, 2020

Korekta | Miłosz Biedrzycki

Title doctoring | Miłosz Biedrzycki

Projekt okładki, projekt typograficzny, skład | Michalina Mosurek

Pixel art na okładce | Krzysztof „Kaz” Ziembik

Konsultacje | Krzysztof „Kaz” Ziembik

Na okładce: kolaż ośmiobitowych symboli. Centralnie umieszczono przepikselowane zdjęcie przedstawiające nastoletniego Tdca, który – jak wielu innych retromaniaków – ma klapki na oczach. Widok przysłania mu logo Atari. Tdca otaczają: 5,25-calowa dyskietka i kaseta magnetofonowa (podstawowe nośniki danych dla ośmiobitowych maszyn), a także autorska wizja postaci karła Altaira i robocika Robbo, którzy gościli na ekranach komputerów większości polskich graczy tamtej epoki. Widoczna jest także nazwa popularnego modelu joysticka – CX40, oraz sześciany symbolizujące wieczne żywą na demoscenie idée fixe – uzyskanie szybkich, trójwymiarowych światów.

Wydanie I

ISBN 978-83-65739-87-2

Korporacja Ha!art

ul. Konarskiego 35/8, 30-049 Kraków

tel. 795 124 207

korporacja@ha.art.pl www.ha.art.pl

Konwersja: eLitera s.c.


1.

MIELIŚMY GŁÓD KOMPUTERÓW

początki gamedevu w Polsce / byliśmy totalnie do tyłu! / mieliśmy głód komputerów / Atari w Pewexie, Commodore 64 z Niemiec / stan wojenny i pierwszy automat arcade’owy / ogromna rola ZX Spectrum / różnice między komputerami rzutują na charaktery ich użytkowników / złomodor, spectrumna i Atari z węgla i ze stali

READY


Piotr Marecki: Dziś gamedev to cała gałąź gospodarki zatrudniająca profesjonalną ekipę ludzi przeszkolonych i wykształconych, by robić gry. W Polsce jest to gałąź gospodarki bardziej nawet rozbudowana i generująca większe zyski niż na przykład kinematografia. Taka definicja nie pasuje jednak do początków polskiego gamedevu. Jak one wyglądały?

Tomasz „Tdc” Cieślewicz: Początki gamedevu kojarzą mi się z kolegami, z którymi się siadało i robiło grę, bo jak kilkoro ludzi tworzy razem grę, to dla mnie to już jest jakiś gamedev. Teraz wszystko jest jednak korporacyjne i zhierarchizowane, bo gamedev wiąże się przecież przede wszystkim z rynkiem. Poza rynkiem mógłby być może funkcjonować jakiś gamedev, tyle że grę nie jest wcale tak łatwo zrobić, żeby to było możliwe bez pieniędzy.

Czyli polski gamedev ma korzenie bardzo jednak niekorporacyjne i nieprofesjonalne?

Wtedy przede wszystkim nie było osób w tym kierunku wykształconych – no bo skąd mieliby się tacy ludzie brać? Nawet na Zachodzie nie było kierunków growych na uczelniach, nie było ekspertów od zarządzania projektem, od komunikacji, która w tym środowisku bywa niełatwa. Bo przecież wielu komputerowców jest zamkniętych w sobie, burczących coś pod nosem... I trzeba takich ludzi jakoś w teamie zgrać, żeby zaczęli współpracować. Wtedy, na początku, nie tylko nie było więc wiedzy o tym, jak projektować gry, ale brakowało również mechanizmów pomagających twórcom porozumiewać się ze sobą. To jest niesłychanie ważne, żeby dział marketingu potrafił dogadać się z programistami, szef z programistami, programiści między sobą. Wśród programistów są przecież różne dziwne postacie, każdy jest jakoś oryginalny, a muszą znaleźć wspólny język. No i – właśnie – samego tworzenia gier też się trzeba uczyć. Ja, początkujący wtedy programista, totalnie nie miałem źródeł, z których mógłbym czerpać taką wiedzę. Dziś na YouTube wpisujesz hasło i możesz wysłuchać krótkiego kursu programowania w danym języku, a wtedy nie istniało nawet coś takiego jak literatura związana z tworzeniem gier. To, co drukowano wówczas w miesięczniku komputerowym „Bajtek”, to nie było przecież na profesjonalnym poziomie... Na szczęście, w firmie, w której pracowałem – w Mirage – Tomasz Mazur załatwiał dla swoich pracowników tłumaczenia jakichś publikacji o programowaniu, choć nie gier, ale nie mam pojęcia, skąd on to brał.

 

Jeżeli chodzi o tworzenie gier, ale też w ogóle dostępność komputerów, Polska była opóźniona w stosunku do Zachodu.

Opóźniona – to mało powiedziane. Byliśmy totalnie w tyle! Gamedev, choć może nie taki wolny, zaczął się w USA i Japonii już w latach 70. Z drugiej strony, przyjmuje się, że niezależny gamedev zaczął się na Zachodzie w okolicy roku 1983, co jest połączone z tym, że już były wówczas na rynku komputery ZX Spectrum i Commodore 64, czyli bardzo ważne dla gier komputerowych platformy. A żeby mógł zacząć się gamedev, rynek musi być najpierw nasycony komputerami. Niektórzy już wtedy zaczęli tam zarabiać spore pieniądze na tworzeniu gier na te komputery.

A potrafiłbyś powiedzieć, ile – już na starcie – Polska była do tyłu?

My, w Polsce, zaczęliśmy stawiać pierwsze kroki w tej branży dopiero w roku 1989, więc mamy ponad dekadę opóźnienia. To, co wtedy odkrywaliśmy – modele Atari i konsole – to się wtedy już w USA kończyło. Poza tym Polska była przecież w fatalnym stanie ekonomicznym i jeżeli jakieś pojedyncze modele komputerów tu trafiały przed – około – 1985 rokiem, to tylko dlatego, że były z przemytu. Ustrój też był taki, że nie wiedziałeś nawet, czy możesz powiedzieć komukolwiek, że masz komputer. A jak nie można tego ujawnić, to automatycznie właściciel nie ma szansy od kogoś innego będącego w temacie odkupić ani stacji dysków, ani joysticka... Co ja mówię – nawet zwykłego kabla. W całym kraju nie było papieru toaletowego, więc taki kabel do komputera to była rzecz kosmicznie nieosiągalna. To z kolei skutkowało tym, że ten, kto miał komputer, nie mógł na niego wgrać żadnych gier. Musiałby znaleźć kogoś, kto ma taki sam komputer, ma gry i potrafi je skopiować. Gdzie i jak takiego człowieka szukać? To się zaczęło przełamywać – ten strach przed szukaniem ludzi z komputerami – po stanie wojennym. Dopiero kiedy w 1984 roku CoCom (Coordinating Committee for Multilateral Export Control – funkcjonujący od 1949 do 1995 r. Komitet Koordynacyjny Wielostronnej Kontroli Eksportu, którego działanie miało zapobiec przenikaniu nowoczesnej technologii do „wroga” zza żelaznej kurtyny) zdjął embargo na komputery, ale wyłącznie te ośmiobitowe, w krajach socjalistycznych zaczęły powstawać giełdy komputerowe. Wtedy też, we wrześniu 1985 roku, powstał „Bajtek” („Bajtek – z komputerem na ty” – przyp. red.) – pierwsze pismo o tematyce komputerowej dla dzieciaków.


Tdc i Jasiek Bieńkowski na atarowym party QuaST 1998 – ta edycja była multiplatformowa. Obok siedzi i rozmawia z Tdc przy swoim Atari Falcon 030 Mariusz „Sqward” Buras (zdjęcie: archiwum Tdc)


Gra Życie Maklera, wydawca: „IKS” („Informatyka Komputery Systemy”), 1986 rok; gra dla komputera Commodore 64 (źródło: csdb.dk)

Ale jeżeli wszystko przyszło do Polski spóźnione o ponad dziesięć lat, a pochodzi z obszaru kultury, rozrywki opartych na technologii i wynalazkach, innowacji – i wolnej popkulturze – to po co się tym zajmować? Wiedzieliście przecież, że wszystko, do czego dojdziecie, wszystko, co zrobicie będzie odtwórcze.

Ale dla nas to było nowe! Ze względu na to, że byliśmy odcięci, nie wiedzieliśmy, że jesteśmy zacofani. To znaczy, domyślaliśmy się oczywiście, że jeżeli coś trafia do nas, to znaczy, że pewnie jest to odpad z Zachodu, że nikt tego już tam nie chce, ale faktów nie znaliśmy. Za to była w nas ogromna chęć, szczególnie w nastolatkach, poznania tej technologii. Ona była dla nas tym namacalnym kawałkiem lepszego świata. Założyciel giełdy komputerowej w Warszawie, Jan Popończyk, mówił kiedyś, że dopiero na tej giełdzie, widząc sprzęt, ludzie uświadamiali sobie, jak bardzo jesteśmy w Polsce zacofani. Widzieli te fantastyczne urządzenia z Zachodu i porównywali je z tym, co było dostępne w Polsce, co się u nas produkowało, i to jeszcze z wielkim wysiłkiem, drogo i wciąż w niewystarczającej ilości. Kontrast bił po oczach na każdym kroku, zwłaszcza kiedy w tej polskiej rzeczywistości odpalało się kolorowe gry z Zachodu. Podobny fenomen był zresztą z VHS-ami: oglądając te filmy, ludzie byli zachwyceni nie tylko technologią, ale też treścią tych filmów i tym, jak są nakręcone. Największą fascynację budziły oczywiście Gwiezdne wojny, przy których my – bardzo młodzi wtedy ludzie – siedzieliśmy z rozwartymi ustami. Widząc taki film, bardzo boleśnie odczuwaliśmy to, gdzie my sami żyjemy, skoro w Polsce wtedy najlepszym filmem science fiction był Pan Kleks w kosmosie... Ten szok: „gdzie ja żyję?” pamiętam, że przeżyłem jeszcze wcześniej, w 1986 czy 1987 roku, kiedy wracałem z zajęć modelarskich w PKiN. Zapisałem się na nie, bo na komputerowych już nie starczyło dla mnie miejsca. To była zima, ciemno już, tylko jakieś stare neony ledwo się świeciły w samym centrum stolicy. Nie byłem w stanie dojrzeć, kiedy będzie mój tramwaj. Obok mnie na przystanku stał facet i też sprawdzał rozkład, więc zapytałem go, kiedy taki a taki tramwaj przyjedzie, na co on się do mnie odwrócił i zobaczyłem, że on nic nie zrozumiał, że to ktoś z zagranicy. I wtedy przeżyłem szok, bo on wyciągnął z kieszeni dolary lub inną walutę i próbował mi je wręczyć. Nie przyjąłem ich, ale zrozumiałem wtedy po raz pierwszy, i to mnie strasznie zabolało, że jesteśmy jakimś kompletnym odludziem, światem bez nadziei i zacofanym tak, że jak człowiek z zagranicy słyszy, że zagaduje do niego dziecko, to myśli od razu, że ono na pewno żebrze. To był moment, w którym zrozumiałem, gdzie ja żyję i jak jesteśmy traktowani przez ludzi z zagranicy. Nic więc dziwnego, że my, dzieciaki, mieliśmy głód komputerów. U mnie na podwórku każde dziecko chciało mieć komputer, albo w ogóle móc go dotknąć, a przy tym oczywiście nikt nie potrafił tych komputerów obsługiwać. Nie przypominam sobie, żeby jakieś dziecko powiedziało, że nie potrzebuje komputera. Już prędzej byśmy to mogli spotkać dzisiaj.

No tak – dziś to jest bardzo modne – odejście od smartfona, od facebooka. Mówi się nawet „being offline is the new luxury”. A wiesz, czemu nie wpuszczono tego sprzętu na polski rynek wcześniej?

Jeżeli te zachodnie komputery weszłyby oficjalnie – przez Pewexy – wcześniej, to by się najzwyczajniej w świecie nie sprzedały. Dowodem na to jest przypadek poznańskiej firmy Ameprod, która na początku lat 80. wprowadziła do Polski ZX Spectrum – cena tego komputera była tak wysoka, że nikt go nie kupił. Mogły sobie na niego pozwolić wyłącznie instytucje państwowe, ale ten komputer miał tak małą pamięć, że nie był w stanie zapamiętać nawet trzydziestoosobowej listy płac, więc taki zakup i tak byłby dla nich kompletnie bezsensowny.

Sprawa technologii traktowana była też w kategoriach militarnych.

No tak, Zachód nie chciał, żeby ich osiągnięcia przedostały się za żelazną kurtynę. Mogli się bać, że ktoś tej ich technologii się tu nauczy poprzez tzw. inżynierię wsteczną i użyje przeciwko nim. Być może więc to, że po 1984 roku zdecydowali się komputery ośmiobitowe wypuścić do Polski, wynikało z tego, że uznali je za zbyt przestarzałe, by mogły im zagrozić.

I jakie to były komputery? Co się wtedy pojawiło w Pewexach?

Pierwszym komputerem dostępnym w Pewexach, mniej więcej od roku 1985, było Atari, które powstało w USA pod koniec lat 70. I to już była sprzedaż profesjonalna, ponieważ oferowano od razu autoryzowany serwis – pierwszy na polskim rynku! On zresztą na samym początku działał na pełnych obrotach, ale nie dlatego, że reperował, tylko dlatego, że ludzie w tym serwisie zatrudnieni musieli tłumaczyć klientom, jak ten komputer działa. Nie było przecież skąd czerpać tego rodzaju praktycznej wiedzy. To było więc superwygodne dla takiego serwisu, bo oni właściwie tylko udzielali informacji. To, że Atari oferowało serwis, stanowiło jednak ważny argument przemawiający za zakupem tego sprzętu.

Ale ludzie korzystali wówczas także z ZX Spectrum i Commodore’a – skąd je mieli?

Commodore najczęściej od rodziny z Niemiec. Ten komputer zawsze był dwa razy droższy od pozostałych, a od Spectruma to już w ogóle... I mówię tu o naprawdę dużych pieniądzach. Tylko ci naprawdę najbogatsi płacili za Commodore’a z własnej kieszeni. Wiele osób, zwłaszcza młodych, wyczekiwało, oszczędzając na te komputery, po parę lat.


Sinclair ZX Spectrum 48K (zdjęcie: Iwona Grabska)


C-64 (zdjęcie: Iwona Grabska)


Atari 65 XE (zdjęcie: Iwona Grabska)

Ty ile czekałeś?

Ja najpierw czekałem nawet nie na Atari, tylko na ZX Spectrum. I nie mogąc się doczekać, zacząłem kupować gry na tego Spectruma i programowałem w zeszytach – mam mnóstwo zapisanych kodem zeszytów. Z dzisiejszego punktu widzenia, to nie było programowanie, bo było na papierze, ale mówię o tym, bo to jest jednak jakiś symbol tego wyczekiwania, że tak bardzo nie mogłem doczekać się komputera, że wpisywałem kody w zeszyt. Zresztą, rodzice nie robili mi żadnych złudzeń, że ten komputer dostanę. Wiedziałem, że mogę mamę godzinami błagać, żeby mi go kupiła, a i tak to nic nie da, bo ten sprzęt był po prostu za drogi. Po paru latach sytuacja jednak nieco się zmieniła i rodzice zmienili trochę front. Zaczęli powtarzać: „grzecznie się ucz, to pomyślimy o komputerze”. Mój starszy brat wtedy gdzieś już zarabiał i we trójkę się dogadali, że złożą się na ten komputer dla mnie. Jednak – znowu – od tej decyzji do momentu, w którym faktycznie kupili mi sprzęt, minęło sporo czasu... Choć przynajmniej był cel i on był realny. Podejrzewam, że gdyby nie mój brat, ten komputer mógłby pozostać tylko w sferze niespełnionych marzeń.

Pielgrzymowałeś do sklepów i na giełdy, żeby oglądać te komputery?

Tak, ale wtedy też dwóch moich kolegów kupiło sobie Atari. Najpierw Jasiek Bieńkowski i jego brat Witek, którzy bardzo blisko mieszkali i się dobrze znaliśmy. Ja, jako najbliższy kolega Jaśka, wpadałem więc do niego i z tego komputera korzystałem. Chwilę później Atari miał już drugi kolega, z ławki w podstawówce – Marcin Bednarski. Pamiętam, że zanim on je dostał – bo to był prezent na urodziny – zorganizowano wielką imprezę urodzinową, na którą zabrałem te swoje kasety z grami na Spectruma. I przeżyłem wielki zawód, bo nie mogliśmy w nie zagrać... Ludzie jednak często wybierali wtedy właśnie Atari – nie konsultując tego z obdarowywanym – właśnie ze względu na wspomniany już autoryzowany serwis. Choć Jasiek, ten który mieszkał blisko mnie, twierdził, że Atari to była jego decyzja, a nie rodziców. To możliwe, bo był od nas starszy, więcej wiedział o komputerach, szybko zaczął hulać w BASIC-u... Żeby zhakować grę Hammurabi, to dla niego było pięć minut...


Gra Hammurabi – ekonomia feudalna, autor: Bruce Ramsey, wydawca: brak, 1986 rok; gra pochodząca z komputera PDP-8, napisana w języku BASIC; wersje tej gry były dostępne dla komputerów Atari i ZX Spectrum (źródło: Atarimania.com)

Ale jak dostałeś Atari zamiast Spectruma, to byłeś zawiedziony?

No nie! Było zupełnie inaczej. Na początku poznałem Spectruma, bo miałem go w domu na kilka dni. On był zresztą tak prosty, że te kilka dni wystarczyło, żeby go poznać. I w najfajniejsze gry grałem najpierw na Spectrumie, ale kiedy ci koledzy dostali Atari i zacząłem z nimi grać – akurat pierwszą grą, w którą grałem na Atari, było Zorro – poczułem różnicę. Przede wszystkim na Atari w czasie gry leciała muzyka i wtedy do mnie dotarło, że w moim wymarzonym ZX Spectrumie gry są nieme. To spowodowało, że zmieniłem zdanie, że jednak wolę dostać od rodziców Atari. Przy tym nadal nie byłem oczywiście świadomy reszty różnic między platformami, nadal nie znałem się na programowaniu i informatyce i nie rozumiałem parametrów komputerów...

 

Pierwszy raz, kiedy korzystałeś z komputera, to było właśnie wtedy, kiedy miałeś w domu na chwilę Spectruma?

Fascynacja się zaczęła dużo, dużo wcześniej – od automatów. Pierwszy automat arcade’owy widziałem gdzieś w okolicach roku 1981, po wybuchu stanu wojennego. Wtedy w Polsce pojawiły się właśnie pierwsze automaty arcade’owe z Zachodu, a właściwy boom nastąpił dopiero w połowie dekady, kiedy powstały strzelnice przemienione w „salony gier” wypełnione tymi grami, na przykład w Warszawie na Dworcu Centralnym około roku 1986. W podziemiach stało wtedy ze sto, może sto pięćdziesiąt automatów. Na początku lat 80. to były tylko pojedyncze sztuki. Na jedną z nich trafiłem wtedy na lotnisku. Miałem wtedy jakieś sześć lat. Koleżanka ze szkoły mojej mamy gdzieś leciała i myśmy czekali tam chyba ze trzy godziny na samolot. Dorośli – zadowoleni – rozmawiali, a ja się nudziłem straszliwie, a w poczekalni był właśnie automat do gier. Grało się na nim we dwóch, jeden przeciwko drugiemu, i jeździło się czołgami po labiryncie. Ta gra nazywała się Tanks. W poczekalni siedział taki drugi chłopak jak ja, i on też się tym zainteresował. Wzięliśmy więc drobne od rodziców i zaczęliśmy grać. Wtedy pierwszy raz grałem i czułem się przecudownie. Kiedy kasa się skończyła, wyczailiśmy, że można zarobić, oddając butelki, które ludzie zostawiali przy stolikach w stołówce na Okęciu. No i... łapałem te butelki i nosiłem do zwrotu, dostawałem pieniądze i od razu szedłem je wydać na automat. W pewnym momencie kobiety z baru się zorientowały, zrobiły burę i się skończyło. W ogóle fajnie by było, gdyby na Atarionline.pl zgłosił się kiedyś ten chłopak, dziś dorosły człowiek, z którym robiłem ten biznes butelkowy i grałem potem na automacie... Pamiętam też kolejną fascynację: Spectrumem w PKiN w, zdaje się, roku 1984. Tam się można było natknąć na jakiegoś ich pracownika, który siedział i dłubał coś przy ZX Spectrumie. Dłubał, sprawdzał – a wokół niego sterczeli gapie. Nikt nie miał pojęcia, co on robi, ale i tak wszyscy patrzyli zafascynowani. I ja wtedy tez dużo czasu stałem w tym tłumie i patrzyłem na ten ZX Spectrum jak zaczarowany. W PKiN organizowali wtedy kółko komputerowe, na które bardzo chciałem się dostać, ale się nie dostałem, bo dzikie tłumy się na nie zjeżdżały z całego – chyba – województwa... Wtedy, w pierwszej połowie lat 80., prawie nikt nie miał jeszcze komputera w domu, a nawet jak miał, to nic nie mówił. Ja sam dowiedziałem się, dużo później, że moi sąsiedzi mieli wtedy już komputery, ale to ukrywali, najprawdopodobniej dlatego, że one po prostu mogły być wielką zachętą dla złodzieja. Jeden taki komputer był wtedy droższy niż reszta wyposażenia mieszkania. Ja mam przed sobą statystykę, która mówi, że w 1986 roku, czyli wtedy, kiedy Atari pojawiło się w Pewexach, przeciętne miesięczne wynagrodzenie wynosiło 24 tysiące złotych, a cena Atari 600 XL – 80 tysięcy. Commodore 64 to był natomiast wydatek 130 tysięcy złotych. Te ceny i ich stosunek do pensji się, oczywiście, wahały, ale tak to, niestety, wyglądało, że komputery kosztowały kilka czy nawet kilkanaście pensji. Pomyślmy, że dziś, jeżeli chcemy kupić kiepski komputer, to wydajemy 2–3 tysiące złotych, a nawet mniej, i to jest w najgorszym wypadku czyjaś jedna pensja. A jeżeli chcemy kupić komputer naprawdę dobrej klasy, to kupujemy komputer droższy, ale on jest droższy o 2–3 tysiące, czyli tak naprawdę dwa, a nie cztery czy dziesięć razy droższy! A rekordowe były już ceny za Amigę... W pierwszym momencie, kiedy tylko pojawiła się w sprzedaży, kosztowała w Polsce ponad czterdzieści średnich pensji.

Pośród tych ośmiobitowych komputerów były też dostępne Amstrady.

Amstrad przez długi czas był bardzo słabo znanym komputerem – na całym świecie, nie tylko w Polsce. On był przede wszystkim bardzo drogi, a w dodatku podejście biznesowe tej firmy zakrawało na żart. Zajmował się tym bardzo znany i radykalny biznesmen, Alan Sugar, obecnie zresztą członek parlamentu brytyjskiego, który forsował swoje pomysły, będąc przekonanym, że jego wizja jest jedyną słuszną... Może to i miałoby jakiś sens, gdyby przy tym znał się w ogóle na komputerach, a on nawet publicznie przyznawał się, że w ogóle nie rozumie informatyki. W jednym z wywiadów, widziałem to w jednym z filmów dokumentalnych z jego udziałem, powiedział nawet, że przyszedł do niego kiedyś Bill Gates i chciał mu sprzedać swój system operacyjny. I ten człowiek go wtedy wyśmiał. Powiedział Gatesowi, że ma wielką halę, która produkuje komputery, ma masę ludzi, którzy mu skręcają ten sprzęt, malują, składają, a ten mu tutaj przychodzi z małą dyskietką z jakimś plikiem. No i wyrzucił Billa Gatesa z biura. Dopiero po jakimś czasie zrozumiał, że oprogramowanie jest ważniejsze od samego sprzętu. No więc... jeżeli ktoś taki wprowadza na rynek komputer – nawet bardzo ciekawy, taki jak Amstrad – to mogą być, delikatnie mówiąc, zgrzyty.

Ale znamy też przypadki, kiedy to Atari stało nad przepaścią.

Takie „stanie nad przepaścią” zaliczyła chyba każda z tych firm. Nawet Commodore, o którym się mówi, że obronną ręką wyszedł z kłopotów, które przeżywała branża growa, też niejednokrotnie miał problemy finansowe. Mało znanym przypadkiem jest sprawa Amigi... Kiedy Commodore wprowadzał ją na rynek, plajtował, i uratowało ich tylko to, że sprzedawał się cały czas bardzo dobrze Commodore 64 i ludzie na Zachodzie kupowali ten model, bo miał bardzo fajną bibliotekę gier. O jego wartości – mimo że był już długo na rynku – wciąż stanowiło właśnie oprogramowanie. I dlatego ludzie nie kupowali Amigi o dużo lepszych parametrach, tylko wciąż wysłużonego Commodore’a 64. Ale to też utrzymało firmę przy życiu, dzięki czemu mogła wprowadzić na rynek ten lepszy, prawie trzydziestodwubitowy sprzęt, jakim była Amiga, i dzięki zastrzykowi finansowemu z zysków za Commodore’a 64 tę Amigę wypromować. I dopiero wtedy Amiga zaczęła się sprzedawać na takim poziomie, żeby utrzymywać firmę.


Tomasz Mazur na stoisku firmy Mirage w Londynie (zdjęcie: archiwum T. Mazura)

Mówiłeś o tym, że sam na początku chciałeś mieć Spectruma, bo nie znałeś różnic między tymi komputerami. Powiedz coś więcej o znajomości tych platform wtedy w Polsce.

Na początku w ogóle Polacy nie mieli żadnej wiedzy, także o tym, że Spectrum jest najprostszy i traktowali go czasem nawet na równi z Amigą. Chodziło wtedy tylko o to, żeby mieć komputer, i nie za bardzo już się wnikało, co on ma w środku, czyli jakie parametry. Ten brak wiedzy i brak pieniędzy powodowały więc, że czasem ludzie kupowali absolutnie najtańsze komputery, które miały na przykład 16 kB pamięci RAM, a to nie wystarczało nawet, żeby uruchomić jakikolwiek ciekawszy program. Zarówno Spectrum był w wersji z tak małą pamięcią RAM – a ten wcześniejszy ZX-81 to już w ogóle prawie jakby RAM-u nie miał, bo było tego tylko 1 kB – jak i Commodore oraz Atari. One też miały wersje z małą ilością pamięci operacyjnej. Dopiero z „Bajtka” mógł się człowiek co nieco o tych parametrach dowiedzieć, ale przecież nie było tego w każdym numerze, trzeba by było czytać „Bajtka” regularnie, żeby się dowiedzieć. Ale! Przy tym wszystkim wcale nie było tak, że jak ktoś kupił Spectruma, to był z niego niezadowolony. To był, owszem, słaby komputer, o małych możliwościach i tandetnie wykonany – po kosztach, bo miał być tani – ale ludzie kupowali go głównie po to, żeby na nim grać. A Spectrum miał ogromne ilości bardzo fajnych gier, w związku z czym wszyscy posiadacze byli szczęśliwi. Ludzie zaczęli też dzięki temu powoli rozumieć, że oprogramowanie ma ogromny wpływ na satysfakcję z użytkowania sprzętu. Nie czuło się tak bardzo, że Spectrum jest słaby technicznie, bo były tam wszystkie najnowsze i najfajniejsze gry. On odegrał więc ogromną rolę, mimo że był słabiutki.

Myślę też, że kolory, które wyświetlał Spectrum, działały... Powodowały, że ludzie byli tym sprzętem oczarowani. Te gry na Spectruma były, oceniając z perspektywy osoby spoza branży, dużo bardziej kolorowe niż to, co wyświetlało się na Commodore albo Atari.

To jednak muszę sprostować. Atari zawsze miało bardzo dużą paletę kolorów, co nie do końca było jednak wykorzystywane w grach, bo Atari w Ameryce umierało, po tym, jak nastąpił tam krach rynku gier. Nikt więc nie miał środków i sił przerobowych, żeby na Atari robić jakieś imponujące rzeczy. Spectrum za to, który miał piętnaście kolorów, mógł pod tym względem ilościowo równać się z Commodore 64, który miał tych kolorów szesnaście. Czyli bardzo źle, ale lepiej być wtedy nie mogło. Z tym że Commodore był jednak lepiej opracowanym komputerem, bo w Commodore w tak przemyślany sposób dobrano paletę, że gry wyglądają fantastycznie. W Spectrumie za to jest tak, jakby ze sztancy przydzielili te kolory. One, moim zdaniem, gryzą, tak samo zresztą jak na pececie. Na Spectrumie to się co prawda czasem dało fajnie wykorzystać, ale na Commodorze to dopiero była finezja! Aż trudno uwierzyć, że to tylko szesnaście kolorów. Niektórzy mówią, że one są pastelowe, inni – że psychodeliczne... Ja sądzę, że dobrano je po prostu bez mocnego kontrastu, więc tam nie da się narysować grafiki, która ma wyraźny kontrast. Jak na tamte czasy, to było bardzo profesjonalne podejście. W porównaniu z tymi czerwonymi twarzami na Spectrumie, różnica jest wielka. Z drugiej strony w palecie Commodore 64 brakuje tak nasyconych kolorów, jakie są w Spectrum. W Atari również może być kłopot ze znalezieniem odpowiednio nasyconego koloru. Czyli – przykładowo – gdybyśmy robili emulator ZX Spectrum na Commodore 64, to podstawową barierą sprzętową, taką nie do przeskoczenia, byłaby właśnie nieadekwatna paleta kolorów. Jednak masz rację, mówiąc o kolorach w Spectrum, bo były bardzo nasycone i dlatego Spectrum robił dobre wrażenie pod względem wizualnym, bo te gry były bardzo żywe, bardzo kolorowe, choć bez odcieni.