Kroków siedem do końca

Tekst
Z serii: Reportaż
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Po szkoleniu „Arturowi” przekazano szczegółowy spis spraw, które powinien rozpoznać WiN w kraju. Te zadania wywiadowcze miały pomóc w chwili wybuchu wojny.

Pytania ciągnęły się długimi rzędami:

Warszawa, rejon Sielce wzdłuż ulicy Podchorążych:

Jaka jest numeracja polskich i sowieckich jednostek wojska?

Odkąd te jednostki tam stacjonują?

Jaki jest kolor mundurów tych wojsk, jakie odznaki mają na czapkach i ramionach?

Jaki ekwipunek nosi wojsko w tym rejonie?

Jaki typ pojazdów wojskowych zaobserwowano?

W jakim stanie są te pojazdy?

Czy są czołgi w tym rejonie?

Jak nazywają się dowódcy jednostek?

Ministerstwo Obrony Narodowej:

Jaki jest rozmiar budynku?

Czy pomieszczenia były powiększane w ciągu ubiegłego roku?

Czy Sowieci uczęszczają do tego ministerstwa? Ilu? W jakim stopniu? Czy są oni regularnymi gośćmi? Ilu z nich jest tam na stałe zakwaterowanych?

Nowa Huta:

Kiedy stalownia będzie gotowa do produkcji?

Jaka będzie jej wydajność?

Jakie gatunki stali będzie produkować?

Ile ma być szeregów pieców koksowych?

Jakimi środkami wyprodukowany koks będzie transportowany z pieców?

Ile ma być wysokich pieców?

Jaka jest odległość od pieców koksowych do pieców wysokich?

Narodowy Instytut Higieny:

Czy budynki i urządzenia używane przez ten instytut są stare?

Czy są dostosowane do przeprowadzenia doświadczeń z bronią bakteriologiczną?

W jaki sposób Rosja kontroluje ten instytut?

Czy instytut jest odpowiedzialny za prowadzenie statystki chorób?

WiN w kraju potrzebował olbrzymiej armii konspiratorów, aby odpowiedzieć na wszystkie te pytania. Postawienie ich świadczyło o wierze, jaką na Zachodzie pokładano w możliwościach polskiego podziemia.

Na początku 1952 roku „Artur” wrócił do Polski.

Przełożeni byli zadowoleni z jego misji. Przywiózł do Polski plan „Wulkan”. Dokument potwierdzał, że Amerykanie gotowi są na starcie ze Związkiem Radzieckim i liczą na pomoc WiN.

„Arturowi” tymczasem zlecono inne zadanie, a V Komenda sformułowała swoje uwagi związane z planem, który powinien przyczynić się do upadku komunizmu.

3

– Za komunizmu odtajnili akta, a za demokracji znowu utajnili? – dopytywałem się ze zdziwieniem w Głównej Komisji Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu – Instytucie Pamięci Narodowej, gdy dowiedziałem się, że wiele materiałów związanych z V Komendą odtajnił u schyłku PRL, w latach osiemdziesiątych, generał Władysław Pożoga, komunistyczny szef wywiadu i kontrwywiadu. Tych, które potem Urząd Ochrony Państwa pozwolił używać na potrzeby śledztwa, ale zakazał udostępniać komukolwiek poza organami ścigania. Sytuacja stała się absurdalna: po upadku PRL na nowo utajniono to, co ujawniono przed 1989 rokiem.

Władysław Pożoga osobiście łamał pieczęcie tajności na tych dokumentach – z miłości własnej. Posłużyły Henrykowi Piecuchowi do napisania Siedmiu rozmów z generałem dywizji Władysławem Pożogą, I zastępcą ministra spraw wewnętrznych, szefem wywiadu i kontrwywiadu, propagandowej laurki, która ukazała się w latach osiemdziesiątych, u schyłku PRL, pełnej jednak zaskakujących i prawdziwych informacji. Bohaterami jej byli oczywiście dzielni ubecy, a antybohaterami „bandyci” z WiN czy Narodowych Sił Zbrojnych (NSZ). Generał Pożoga nalegał, aby WiN-owców i NSZ-owców nazywać „żołnierzami”. Piecuch przekonywał go, że dla oddania klimatu epoki należy mówić o „bandytach”.

Naczelnik Mieczysław Sosiński obiecał sprawdzić, czy nie dałoby się jednak pokazać mi dokumentów. Miał zbadać rzecz w katowickim oddziale Komisji, który prowadził śledztwo związane z V Komendą.

Napisałem do szefa Urzędu Ochrony Państwa, by udostępnił mi dwa dokumenty, w których ubecy opisali ludzi odpowiedzialnych za ujawnienie V Komendy. Powiedział mi o tych dokumentach właśnie Henryk Piecuch.

Stefana Sieńkę „Wiktora” i J. J. Kowalskiego „Kosa” powinni byli znać najważniejsi ludzie z UB. Skoro Sieńko i Kowalski ujawnili V Komendę, to musieli zostać przynajmniej przesłuchani. Jeśli ich oświadczenie o rozwiązaniu podziemia ukazało się na pierwszej stronie „Trybuny Ludu”, to wcześniej tekst z pewnością akceptowały najważniejsze władze stalinowskiej Polski.

W latach dziewięćdziesiątych wciąż żyło dwóch wiceministrów bezpieczeństwa publicznego z lat stalinizmu. Ale wymiar sprawiedliwości o nich zapomniał – mniej lub bardziej świadomie. Po 1989 roku nigdy ich nawet nie przesłuchano. To największa według mnie klęska rozliczeń ze stalinizmem. Najwyższy rangą urzędnik bezpieki, jakiego osądzono w latach dziewięćdziesiątych, to zaledwie wicedyrektor Departamentu Śledczego pułkownik Adam Humer. Reszta to niżsi rangą ubecy, których oskarżano o torturowanie więźniów. Poza Humerem przed sądem nie stanął nikt, kto wydawał polecenia. III Rzeczpospolita karała rękę, zapominając o mózgu.

Owymi dwoma wiceministrami, żyjącymi wówczas w dziwnym zapomnieniu, byli Konrad Świetlik i Jan Ptasiński.

Wiceminister numer jeden – generał Konrad Świetlik. Przed wojną ogrodnik.

Zastępcą szefa bezpieki był między styczniem 1949 roku a listopadem 1954 roku. Musiał znać dzieje V Komendy. Mówił o niej na posiedzeniu tajnej partyjnej komisji w 1956 roku.

– Nie chcę się spotykać, nie chcę rozmawiać, bo nie mam o niczym zielonego pojęcia – odpowiedział zdecydowanie na moją propozycję rozmowy.

– Nadzorował pan III Departament? – zapytałem, bo to właśnie ta komórka Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego zajmowała się V Komendą.

– Może i nadzorowałem, nie pamiętam – odpowiedział. – Ja mam osiemdziesiąt trzy lata, jestem po wylewie.

– Pan przecież referował sprawę przed komisją partyjną.

– Nic, absolutnie nic. Nawet gdybym wiedział, tobym nie podjął się dociekać, bo nie jestem zdolny fizycznie.

– Kto był „Kosem”? Jak nazywał się człowiek, który wcielał się w niego? – zapytałem, bo wówczas jeszcze nie wiedziałem, kto się za tą postacią kryje.

Nie uzyskałem żadnej odpowiedzi.

Wiceminister numer dwa – Jan Ptasiński. Przed wojną murarz.

On z kolei urzędował pomiędzy grudniem 1952 roku a grudniem 1954 roku. Twierdził, że nie znał żadnych szczegółów.

– Nie ciekawiły mnie losy WiN-owców – powiedział mi. – Interesowałem się tylko planem „Wulkan”.

Rozwinąć tej myśli nie chciał.

Jan Ptasiński nie wspomniał mi, że o planie „Wulkan” napisał – a właściwie próbował napisać – książkę. Kilka egzemplarzy jej maszynopisu odnalazłem po latach w archiwum IPN. Przejęto je ze zbiorów Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Zapewne w latach osiemdziesiątych uznano, że tekst byłego wiceministra należy otoczyć tajemnicą, dopóki nie zapadnie decyzja o publikacji.

Książka nigdy nie ukazała się drukiem, choć Krajowa Agencja Wydawnicza w grudniu 1986 roku wysłała maszynopis do zaopiniowania docentowi doktorowi Ryszardowi Halabie, towarzyszowi dyrektorowi Instytutu Historii i Archiwistyki. Po przeczytaniu maszynopisu brak zainteresowania publikacją przestał mnie dziwić. Oprócz kilku dość interesujących rozdziałów dotyczących tytułowego planu „Wulkan” reszta to propagandowe banały dotyczące AK i WiN.

Jan Ptasiński dość nieporadnym językiem pisał: „Ogólny zarys tego planu narodził się w ośrodkach podległych CIA (Central Intelligence Agency czy Centralnej Agencji Wywiadowczej Stanów Zjednoczonych), był opiniowany przez grono osób przynależnych w czasie wojny do Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, nazywających siebie jeszcze w tym czasie Sztabem Generalnym, oraz przez zagraniczną delegaturę WiN, w której zasiadali wysokiej rangi oficerowie, zajmujący w latach okupacji hitlerowskiej eksponowane stanowiska w Komendzie Głównej Armii Krajowej, a przed opuszczeniem kraju zdążyli jeszcze organizować kontrrewolucyjne podziemie w powstającej do życia Polsce Ludowej”.

I dalej: „Moje pokolenie, które czynnie było zaangażowane w walce po obu stronach barykady, może dlatego, że pomni są owych gorzkich doświadczeń, stara się, już z pewnego dystansu, bez emocji (choć jakże trudno się jej wyzbyć) spojrzeć na etapy przebytej drogi, zwłaszcza tej najbardziej wyboistej”.

O samym planie „Wulkan” pisano dużo w gazetach po ujawnieniu się V Komendy. Używano go jako propagandowego dowodu, że Zachód pragnie znowu wykorzystywać Polaków. Ale szybko o tym planie zapomniano. Być może komunistycznej władzy nie zależało, aby nawet partyjni historycy drążyli ów temat.

Plan „Wulkan” miał zmienić dzieje Polski. Przyczynić się do odzyskania niepodległości.

Jego historia zaczęła się w listopadzie 1950 roku, kiedy Józef Maciołek w imieniu Delegatury Zagranicznej WiN podpisał umowę z szefem wywiadu amerykańskiego na Europę.

WiN zobowiązał się do zbierania informacji szpiegowskich oraz przygotowywania dywersji i sabotażu. Wywiad amerykański finansował tę działalność i dostarczał sprzęt.

Plan „Wulkan”, datowany na 11 sierpnia 1951 roku, to fragment amerykańskiego projektu opóźniania wojsk bloku wschodniego po wybuchu III wojny światowej. Amerykanie niemal wprost stwierdzili: albo trzy główne linie kolejowe biegnące przez Polskę zniszczą sami Polacy, albo trzeba będzie je zbombardować, być może używając nawet bomb atomowych.

Przez Polskę przebiegały strategiczne szlaki: nadbałtycki, środkowy i południowy. W tych wąskich gardłach zbiegały się gęsto trasy kolejowe i drogowe ze wschodnich Niemiec i z Czechosłowacji. Dywersja na polskich torach kolejowych oznaczała olbrzymie utrudnienia w zaopatrywaniu Armii Czerwonej podbijającej Zachód. A nawet amerykańscy wojskowi spodziewali się, że w pierwszej fazie konfliktu wojska państw demokratycznych zmuszone będą się wycofywać. Stąd ogólnoeuropejski retardation plan, plan powstrzymywania wojsk sowieckich. „Wulkan” był jego częścią.

Dywersantami na polskich szlakach zaopatrzeniowych mieli być WiN-owcy, a w razie potrzeby oddziały amerykańskich komandosów zrzucane z samolotów.

 

„Podstawą planu – pisała kierowana przez Józefa Maciołka Delegatura Zagraniczna WiN – jest założenie, że Naród Polski powinien wziąć udział w ogólnym wysiłku wolnych narodów w walce z komunizmem w czasie konfliktu. Przyjaciele wysuwają propozycje wzięcia udziału w tym wysiłku przez Kraj już w pierwszej fazie działań, co, według oceny kierownictwa wojskowego, może mieć poważne znaczenie”.

Plan zastrzegał jednak: „Wysiłek własny Kraju siłą rzeczy będzie ograniczony warunkami i możliwościami wynikającymi z sytuacji i w żadnym wypadku działania bojowe nie mogą mieć charakteru akcji samobójczej”.

WiN w kraju powinien osiągnąć stan gotowości bojowej do czerwca 1952 roku. Józef Maciołek informował Amerykanów, że na razie należy finansować działalność pięciuset osób w kraju, a w sześć miesięcy po rozpoczęciu konfliktu zbrojnego WiN wystawi w Polsce stutysięczną armię.

Do Polski docierały kolejne wersje planu „Wulkan” do konsultacji w V Komendzie. Jedną z nich przywiózł emisariusz „Artur”.

Ponad trzy tygodnie czekałem na odpowiedź z Urzędu Ochrony Państwa, czy uzyskam oficjalny dostęp do dokumentów. UOP się nie odezwał. Jedno z tajnych opracowań podarował mi Henryk Piecuch. Zamierzał opublikować je w aneksie do swojej nowej książki.

W latach dziewięćdziesiątych to była niemal norma. Zwalniani z pracy komunistyczni funkcjonariusze zwykle zabierali z archiwów przeróżne papiery, traktując je jako swoją polisę ubezpieczeniową. Dlatego właśnie ubeckie materiały łatwiej było zdobyć od ludzi związanych dawniej z tajnymi służbami niż z archiwów tych służb.

Dokument, który dostałem od Henryka Piecucha, choć kiedyś ściśle tajny, nie był suchą relacją o faktach. Wciąż mnie to zaskakiwało, że ubecy posługiwali się między sobą ideologicznymi zaklęciami. Wcześniej sądziłem, że ich materiały opisują tylko fakty. Tymczasem w otrzymanym omówieniu czytałem propagandowe stwierdzenia typu „antypolskie knowania wywiadu amerykańskiego”. O Józefie Maciołku napisano: „Dla mentalności tego imperialistycznego agenta i awanturnika” charakterystyczne było to, że chciał „utrzymać się za wszelką cenę jako wpływowa osoba przy żłobie amerykańskim”.

Henryk Piecuch dał mi nie tylko dokument, ale też numer telefonu do bohatera swojej książki, czyli Władysława Pożogi.

Zadzwoniłem:

– Panie generale, chciałbym pomówić o operacji związanej z V Komendą.

– Ja się już wyłączyłem. Skąd pan wie o operacji?

– Z książki.

– Wiele się zmieniło, ja się wyłączyłem.

– Dlaczego? Kto był „Kosem”?

Nie odpowiedział. Na emeryturze generałowi widocznie nie zależało już na rozgłosie.

Chociaż w wywiadzie do książki Siedem rozmów…, opowiadając o operacji przeciw WiN, używał zaimka „my”, w rzeczywistości wydarzenia znał tylko z akt. Jego udział ograniczył się do aresztowania we Wrocławiu jednego WiN-owca. Pożoga był w jego willi sublokatorem.

Sieńki „Wiktora” nigdy nie spotkał. Podejrzewałem jednak, że zetknął się z Kowalskim „Kosem”, choć nie chciał mi o tym powiedzieć. Może zależało mu właśnie na tym, abym się nie dowiedział, co stało się z tym człowiekiem.

4

Amerykański dwusilnikowy transportowiec o kolorze stalowym wleciał nad stalinowską Polskę na niespełna godzinę. Przekroczył granicę morską dokładnie o 22.53. Był 4 listopada 1952 roku.

Samolot unosił się w powietrzu już nieco ponad dwie godziny. Cały czas śledził go radar z zachodnich Niemiec, a akcją dowodził amerykański generał. Maszyna wystartowała z okolic Frankfurtu nad Menem.

Załoga składała się z sześciu Polaków w mundurach amerykańskich oficerów. Podczas lotu większość czasu przesiedzieli w kabinie razem z dwoma pilotami, odzianymi w podniszczone kombinezony. Jeden z członków załogi, najbardziej sympatyczny, zaciągał po lwowsku.

Jednak nie załoga była najważniejsza na pokładzie, ale pasażerowie, których transportowała: Dionizy Sosnowski i Stefan Skrzyszowski. Kolejne szkatułki V Komendy, do których trzeba zajrzeć. Obie ukryte w tej o nazwie Józef Maciołek.

Sosnowski i Skrzyszowski byli duchowymi następcami wojennych cichociemnych, szkolonych na Zachodzie polskich konspiratorów, których później zrzucano do okupowanego kraju.

V Komenda potajemnie wyekspediowała ich z Polski na Zachód, a tam w tajnym ośrodku Delegatury przeszkolili ich polscy i niemieccy instruktorzy. Teraz wracali do kraju kontynuować robotę. Lecieli, żeby przekonać Amerykanów o potędze polskiego podziemia.

Dionizy Sosnowski – wzrost 170 centymetrów, włosy ciemny blond, brwi ciemne, oczy piwne, nos długi, głowa mała, szyja długa. Brak blizn i znaków szczególnych. Przyzwyczajenia: pali papierosy. Kawaler. Przyszedł na świat 15 sierpnia 1929 roku.

Dwudziestotrzyletni Sosnowski studiował na warszawskiej Akademii Medycznej i pracował jako wychowawca. W 1951 roku wytypowano go na Zlot Młodzieży w Berlinie. Marzenia miał podobne jak wielu Polaków – chciał uciec na Zachód. Ktoś z V Komendy nawiązał z nim kontakt i zaproponował przerzucenie z Polski przez zieloną granicę do Delegatury Zagranicznej WiN.

Stefan Skrzyszowski – 166 centymetrów wzrostu, głowa okrągła, szyja krótka, włosy ciemny blond, oczy niebieskie, wschodni akcent, znaki szczególne: blizna na szyi z lewej strony. Urodził się 27 grudnia 1911 roku w Złoczowie w województwie tarnopolskim. Jego też do Delegatury wysłał człowiek z V Komendy.

Skrzyszowski i Sosnowski poznali się w ośrodku szkoleniowym w Erzhausen koło Frankfurtu nad Menem.

Samolot, którym teraz wracali do Polski, skradał się pokrętną, długą trasą, więc w kabinie, oprócz pasażerów, były trzy wielkie zasobniki z paliwem, każdy po cztery metry długości. Przy nich siedział mechanik na oko czterdziestoletni, wysoki blondyn z pociągłą, szczupłą twarzą.

Przysypiali. Sosnowski dopiero drugi raz leciał samolotem. Wcześniej z Berlina do Frankfurtu nad Menem, niedługo po tym, jak przedostał się na Zachód. Wnętrze maszyny było puste – goła blacha. Bez żadnego uzbrojenia. Celowo, bo w przypadku wymuszenia lądowania przez myśliwce przechwytujące można by tłumaczyć, że samolot zabłąkał się w powietrzu.

Załoga proponowała skoczkom kanapki i herbatę. Nie mieli jednak apetytu.

Główną taktyką obrony samolotu była ucieczka. Dlatego właśnie zrzutowisko wyznaczono blisko wybrzeża. W razie zagrożenia samolot mógł salwować się odwrotem nad Bałtyk. Wcześniej ustalono, że gdyby maszynę odkryła komunistyczna obrona przeciwlotnicza, desantuje obu spadochroniarzy gdziekolwiek, choćby i na morze. W pogotowiu czekali ratownicy w Szwecji. Gotowe do startu były również myśliwce.

Na wypadek najgorszego – pochwycenia przez bezpiekę po lądowaniu w Polsce – skoczków wyposażono w ampułki z trucizną. Płyn „L”, czyli ciekły kwas pruski, znajdował się w małej szklanej fiolce. Należało wsunąć ją do ust i przegryźć, jednocześnie zaciskając wargi. Zatrzymać oddech na tak długo, jak się uda. Po trzydziestu sekundach człowiek powinien stracić przytomność. Wkrótce potem umrzeć. „Jest spodziewane, że bólu nie będzie” – przewidywano, choć nie gwarantowano.

Ostatnią noc przed lotem skoczkowie spędzili w Mannheim. Zakwaterowani zostali w czteropiętrowym domu z czerwonej cegły. Przywiózł ich mężczyzna używający imienia Józef – na oko dwudziestoparoletni blondyn o naturalnie kręconych włosach, szczupły, dobrze zbudowany. Nocował też z nimi Konrad, Amerykanin polskiego pochodzenia. Wysoki, również blondyn, opanowany. Jeździł wiśniowym chevroletem. To on był głównym opiekunem Skrzyszowskiego i Sosnowskiego.

4 listopada 1952 roku przyjechał po nich amerykański oficer wywiadu „Peter”. Przywiózł rozkaz przerzutu do Polski. Spakowali się i pojechali na amerykańskie lotnisko w Wiesbaden.

Po drodze dostali nowe ubrania, w które przebrali się na postoju. Drelichowe zielone spodnie, kurtki podobne do bluz wojskowych albo koszul noszonych przez Amerykanów. Guziki z gwiazdką w środku, ciemnozielone – na każdym rękawie po dwa, tak, że można go było zapiąć luźno albo mocno wokół ręki. Czapki z cienkiego drelichu, również zielone. Przebierali się zapewne po to, aby strażnicy na lotnisku nie zorientowali się, że przyjeżdżają cywile. Całą misję otaczała ścisła tajemnica.

Na lotnisku w specjalnym magazynie wyekwipowano ich w rynsztunek na drogę. Dostali radiostacje, pistolety parabellum, pasy z zaszytą gotówką, fałszywe dokumenty. Stefan Skrzyszowski stał się Feliksem Zalewskim, Dionizy Sosnowski – Adamem Zagórskim, pracownikiem Ministerstwa Finansów. Obu przygotowano też karty urlopowe, zaświadczenia o zameldowaniu oraz świadectwa szczepienia przeciwko durowi brzusznemu.

Tuż przed godziną dziewiętnastą wsiedli do samolotu. Jeszcze przed startem dopytywali, czy mogą zabrać amerykańskie papierosy. Uznano to za niewłaściwe – porzucone na zrzutowisku okurki mogłyby ich zdekonspirować.

Zamierzano ich desantować już miesiąc wcześniej. Plany pokrzyżowały manewry floty bałtyckiej. Potem, 6 października 1952 roku, Skrzyszowski dotarł już samolotem nad Polskę, lotnicy jednak nie dostrzegli na ziemi sygnalizacji oznaczającej miejsce zrzutu.

Tym razem wszystko poszło gładko. O godzinie 23.25 Skrzyszowski zobaczył na ziemi cztery zielone światła, które układały się w literę „L”. Miarowo migotała też czerwona lampa.

Po chwili w pulsującym na pokładzie czerwonym świetle podszedł do skoczków jeden z członków załogi i nakazał założyć spadochrony – za dwadzieścia minut zbliżą się do lądu. Obaj z jego pomocą zarzucili na plecy sprzęt, a na głowy amerykańskie hełmy z wykonanym anilinowym ołówkiem napisem „Scott”. Górna część, pokrywająca włosy, była biała, a dolna, z dużymi nausznikami, czarna. Dziś mogą kojarzyć się z kaskami, jakich używają bokserzy amatorzy, lub przypominać okrycia głowy bohaterów serialu Czterej pancerni i pies.

Wyskoczyli z pokładu w okolicach Mzdowa i Podgór w województwie koszalińskim.

Skakali przez boczny luk z wysokości dwustu pięćdziesięciu metrów. Sosnowski poślizgnął się na szmacie, choć położono ją po to, by dawała większe wsparcie, żeby nie fiknął kozła na pokładzie maszyny. Kiedy chwiał się na nogach przed otwartymi drzwiami, jego zasobnik ze sprzętem wyleciał na zewnątrz. Sosnowskiego wypchnął z samolotu – na jego zresztą prośbę – jeden z załogantów.

W sumie jednak pierwsza część akcji przebiegła pomyślnie – skoczkowie znaleźli się na ziemi. Ale teraz groziło im nie tylko komunistyczne wojsko.

Kiedy Dionizy Sosnowski wylądował ze swoim jasnozielonym spadochronem pokrytym ciemnozielonymi plamami maskującymi, z lasu wyszedł mu naprzeciwko mężczyzna w średnim wieku, o pociągłej twarzy, w czarnej jesionce i butach z cholewami. Skoczek przeżył chwilę wahania – nie wiedział, kim był ten człowiek. Komunistyczny Korpus Bezpieczeństwa Wewnętrznego (KBW) rozpowiadał chłopom, że w workach ze zrzutów znajdują się pieniądze, złoto, a nawet, że same worki są cenne, bo zakopane w ziemi nie przypuszczają wilgoci. Chłopi więc wypatrywali amerykańskich samolotów i kradli dary niebios, kiedy tylko mogli.

Na szczęście jednak ci, którzy powitali skoczków na dole, nie byli złodziejami. Czekali na nich ludzie, którzy przygotowali lądowisko. Przyjmujący wręczył Sosnowskiemu dokumenty na następne fałszywe nazwisko Dionizy Gałecki (podczas kolejnych etapów operacji dla bezpieczeństwa stosowano nowe fikcyjne personalia), legitymację służbową pracownika Centralnego Urzędu Skupu i Kontraktacji w Warszawie, kartę meldunkową, zaświadczenie wojskowe i dokument z miejsca pracy. Dał mu też czterysta złotych. Podobny komplet dostał Skrzyszowski.

Po szczęśliwym lądowaniu odebrano od nich sprzęt: trzy radiostacje, broń, dolary. Brnęli lasem około godziny. Ich przewodnicy w sobie tylko znany sposób orientowali się co do kierunku, w jakim zmierzają. Sunęli bowiem chaszczami bez żadnej ścieżki czy drogi. Na skraju czekał kolejny mężczyzna, który Dionizego i Stefana zabrał na stację kolejową. Pojechali do Warszawy jednym pociągiem, ale w różnych wagonach. Rozlokowano ich też w dwóch oddzielnych melinach: w Radości i w Warszawie.

W Warszawie Stefana Skrzyszowskiego podjął w imieniu V Komendy „Tadeusz”. Stefan opowiadał mu o pobycie na kursie. Ale niezbyt dokładnie. Potem usłyszał, że musi to wszystko powtórzyć jeszcze jednej osobie. Przypuszczał, że w Polsce na razie tylko go sprawdzają i obserwują. Od momentu lądowania cały czas czuł niepokój. Obawiał się, iż w każdej chwili może zostać aresztowany. W Monachium na szkoleniu powtarzano mu, że w Polsce co trzeci człowiek to współpracownik bezpieki, że Warszawa jest niezwykle groźna.

Stefan więc niemal nie wychodził na ulice, czasami tylko po zakupy, a gotował sam w domu.

Siedział już kilka dni w czterech ścianach, pilnie nasłuchując. Bał się każdego szmeru. Każdy odgłos mógł wieszczyć nadejście ubeków.

 

Uświadomił sobie słabość przygotowanej w Monachium legendy. Gdyby go ktoś pytał, miał tłumaczyć, że przyjechał do pana Sodowskiego i szuka pracy w Warszawie.

Brakowało mu jednak dokumentów. Przywiózł ze sobą książeczkę wojskową, kartę meldunkową, legitymację związków zawodowych, wyrobioną jeszcze przed ucieczką z kraju, i zaświadczenie, że 12 września zwolniono go z pracy w Zakładach Ceramiki Czerwonej w Krakowie. Po lądowaniu dostał też inne papiery. Ale żadnych nie był już pewny. Wyobraźnia, żerując na samotności, podpowiadała, że mogą zawierać jakieś błędy, które wychwyci pierwszy z brzegu patrol milicji.

Monotonię życia w kryjówce ożywiały odwiedziny kolejnych ludzi, którzy wypytywali go o kurs w Niemczech. Ale nie rzucał się na nich z gradem słów, choć z radością otworzyłby się przed kimś i podzielił całą wiedzą. Był jednak nieufny. Jakby znalazł się w obcym kraju, a nie w swojej Polsce. Niby cały czas znajdował się pod opieką tych, którzy organizowali zrzutowisko i kwaterę, ale żadnego z nich wcześniej nie znał. Na wszystkie pytania odpowiadał więc zdawkowo.

Większość czasu tkwił samotnie w warszawskiej kryjówce. Tak samo bezczynnie przesiedział wcześniej wiele tygodni na Zachodzie. Zapamiętał, że życie zaledwie się wtedy sączyło, dni były szare, chłodne i dżdżyste, a co najgorsze podobne jeden do drugiego – nie przynosiły żadnych zmian.

A teraz znowu utknął w jakiejś monotonii. Właściwie większość jego kariery konspiratora to była pustka i samotność.

Wreszcie jednak odetchnął z ulgą, pojawił się bowiem ktoś znajomy, komu można ufać! Skrzyszowski ucałował „Artura” na powitanie.

To był pewnie dla Stefana najszczęśliwszy dzień po powrocie do Polski. Po wielkim napięciu nagle odnalazł spokój.

Spotkali się ponad rok wcześniej na przyjęciu wigilijnym w Monachium, w Delegaturze Zagranicznej WiN. Drugi raz zaś na sylwestrze w siedzibie kursu szpiegowskiego. Szeregowi podkomendni Delegatury powitali „Artura” z honorami jako emisariusza z Polski. A Stefan niedługo po tych spotkaniach rozpoczął swój kurs dywersyjny.

Gdyby nie „Artur”, Skrzyszowski nadal tonąłby w swoim otępieniu. Teraz jednak odżył. Kilka dni wcześniej zapowiedziano mu, że pojawi się nowy człowiek, któremu powinien dokładnie opowiedzieć o swojej misji. Skrzyszowski nie mógł uwierzyć w swoje szczęście, gdy zobaczył „Artura”. Mało, że miał do czynienia z kimś mu znanym, to jeszcze otoczonym nimbem bohatera. Skrzyszowski był zwykłym żołnierzem, który pragnął walczyć z komunistami. Z commies, z komuchami, jak ich za granicą nazywano. A „Artur” to kurier najwyższego szczebla, pośredniczył pomiędzy szarżami – dowódcami podziemia w Polsce i tymi, którzy kierowali organizacją na Zachodzie.

„Artur” zaczął niestety tak jak inni wcześniej. Polecił Skrzyszowskiemu opowiedzieć swój życiorys. Skrzyszowski spodziewał się, iż każdy jego kolejny krok zostanie sprawdzony, aby upewnić się, czy gdzieś nie pojawiają się luki wskazujące, że mogło go zwerbować UB. Opowiadał więc „Arturowi” o sobie. Ojciec Stefana Skrzyszowskiego był murarzem, a matka zajmowała się domem. Ojciec zmarł, gdy Stefan chodził jeszcze do szkoły powszechnej. Dlatego po jej ukończeniu Stefan od 1926 roku zarabiał na utrzymanie. Został pomocnikiem murarza, a potem maszynisty w elektrowni miejskiej. Rok później zapisał się do szkoły handlowej w Złoczowie. Po dwóch klasach, w 1931 roku, zapragnął pływać. Zgłosił się ochotniczo do Marynarki Wojennej. Ale marynarzem był tylko dwa tygodnie w jednostce w Świeciu, w którym stacjonowała Kadra Marynarki Wojennej. Z braku miejsc przeniesiono go do Lwowa, do 6 Batalionu Telegraficznego.

Zwrot w jego życiu nastąpił pod koniec wojny. Skrzyszowskiego wcielono do wojska w sierpniu 1944 roku. Już 8 lutego 1945 roku zdezerterował ze swojej jednostki w Katowicach i piechotą uciekł do Rzeszowa. Tam odnalazł swojego znajomego, Pawła Stefanowskiego, który pracował w Służbie Ochrony Kolei. Żeby uniknąć aresztowania, Skrzyszowski potrzebował fałszywych dokumentów.

Dzień później Stefanowski dał mu nowe papiery. Stefan Skrzyszowski stał się Janem Krukiem, mieszkańcem Rzeszowa. Na te personalia dostał odpis metryki oraz zaświadczenia z opieki społecznej i straży pożarnej. Za namową Stefanowskiego zgłosił się do pracy w Polskich Kolejach Państwowych. Zatrudniono go na stacji w Stargardzie.

W październiku 1945 roku odwiedziła go nieznana kobieta. Przyszła z polecenia Pawła Stefanowskiego. Powiedziała, że dalej nie może używać papierów wystawionych na Jana Kruka, i przyniosła mu nowe dokumenty. To niezbyt jasny epizod w jego życiu – Skrzyszowski sam nie bardzo wiedział, dlaczego znów musiał zmienić tożsamość. Został Januszem Paterą. Kobieta kazała mu też zmienić miejsce zamieszkania.

Stefan Skrzyszowski vel Janusz Patera wyjechał do Elbląga. Zatrudnił się w spółdzielni hodowlano-rolniczej jako szofer. Przepracował tu do końca lutego 1946 roku. Potem był zatrudniony w prywatnych warsztatach samochodowych. Później jeszcze w fabryce wyrobów metalowych w Elblągu i w Zakładzie Oczyszczania Miasta w Gdyni – za każdym razem jako szofer. Jeździł własną taksówką w Gdyni. We wrześniu 1948 roku wrócił do Elbląga i przyjął posadę kierowcy w Spółdzielni Wyrobów Drzewnych „Kuter Elbląski”.

Kiedy Skrzyszowski pracował jako mechanik na statku ratowniczym, pod koniec maja 1951 roku przyjechał do niego daleki kuzyn Marian Skrzyszowski. Zapowiedział swojego znajomego, który chciał poznać Stefana, czyli od dłuższego już czasu Janusza Paterę. We trzech spotkali się przy dworcu kolejowym. Ów mężczyzna zaproponował Stefanowi wstąpienie do podziemia, które miało być kontynuacją Armii Krajowej. Nie padła żadna nazwa. Bo chociaż po wojnie konspiratorzy zmieniali swoje organizacje, dla wielu i tak najważniejsze było, że wywodzą się z AK. Chyba że ktoś podczas wojny należał do NSZ, wtedy raczej garnął się do tych przeciwników komunizmu, którzy politycznie sytuowali się na prawo od przeciętnego AK-owca. O przynależności decydował też jednak przypadek, bo przecież to organizacje wybierały swych członków – ludzie nie zgłaszali się do punktów werbunkowych sami.

Stefan Skrzyszowski miał zostać łącznikiem poruszającym się pomiędzy Warszawą a Łodzią. Zgodził się, a mężczyzna z konspiracji najwyraźniej miał swoje wtyczki w kapitanacie portu, załatwił bowiem nowemu łącznikowi zwolnienie z pracy.

Pierwszy raz Stefan pojechał z misją do Warszawy po jakichś dwóch tygodniach. Wyznaczono mu spotkanie przy kolumnie Zygmunta. Trwało zaledwie kilka minut. Niczego na razie mu nie zlecono, najwyraźniej przełożeni chcieli się tylko zorientować, czy dotrzyma umowy i stawi się na miejscu.

Kolejny wyjazd odwołano telegraficznie. Wreszcie wezwano go na warszawski Mariensztat, a potem do Łodzi w okolice placu Wolności. Tu poznał następnego człowieka z organizacji, od którego miał w przyszłości otrzymywać informacje. Niczego więcej jednak mu nie przekazano. Na razie te tajne kontakty miały raczej charakter zapoznawczy, bez zlecania żadnych zadań. Kolejne tygodnie wyglądały nudniej niż najgorsza powieść szpiegowska. Skrzyszowski-Patera wsiadał do kolejnych pociągów, żeby dotrzeć na wyznaczone miejsca spotkań, na których nic się właściwie nie działo. Kolejni ludzie zapowiadali, komu posłuży za łącznika, i wypłacali mu zwrot za bilety kolejowe, co kwitował swoim organizacyjnym pseudonimem „Janusz”.

Pewnego razu jednak coś drgnęło. W Łodzi usłyszał, że organizacja wytypowała go na przerzut za granicę na kurs. Stefan chętnie przystał na propozycję. Sam już wcześniej myślał o ucieczce z Polski.

W październiku 1951 roku w Warszawie przekazał swoje dwa zdjęcia, potrzebne do dowodu umożliwiającego przejazd przez wschodnie Niemcy. Wystawiono mu papiery na personalia Wiktor Heggier. Podpisał je i pokwitował odbiór pięciuset złotych. Tym razem pogłębiono konspirację – potwierdzenie podpisał nowym pseudonimem „Bolek”.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?