Kroków siedem do końcaTekst

Z serii: Reportaż
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

1

Człowiek, który na emigracji trzymał w rękach wszystkie nici polskiej konspiracji antykomunistycznej, wsiadł do wojskowego samolotu z emblematami Stanów Zjednoczonych.

Pułkownik Józef Maciołek – jego losy to jedna z najważniejszych szkatułek tej opowieści – regularnie latał pomiędzy Wielką Brytanią a amerykańską strefą okupacyjną w Niemczech. Tym razem zmierzał po budujące wieści, które wkrótce spodziewał się usłyszeć od przedzierającego się z Polski emisariusza „Artura”.

Podkomendni podziwiali u pięćdziesięciodwuletniego pułkownika Maciołka dziarski krok przedwojennego oficera i niespożytą energię. Wieczorami zamykał się w swoim gabinecie w monachijskiej tajnej kwaterze. Tonął w chmurach dymu z wypalanych cameli. Całkowicie poświęcił się walce z komunistami. Jego osobisty majątek mieścił się w torbie podróżnej.

– Zasiać zdrowe ziarno, nie łudząc się, że doczeka się plonu – powiadał patetycznie o swojej pracy dla niepodległości Polski. – Ale licząc, że kiedyś plon będzie obfity.

Pułkownika stać było na marzenia. Jak na polskiego wojskowego emigranta Józef Maciołek miał dużo szczęścia. Mógł się utrzymać z miłości do ojczyzny.

Żył na Zachodzie z żołnierskiego fachu, co odróżniało go od wielu innych emigrantów, którzy po demobilizacji z trudem znajdowali pracę. Przez dziesiątki lat opowiadano o pewnym generale, który znalazł zatrudnienie u swego podkomendnego jako odźwierny w hotelu.

Józef Maciołek był urodzonym żołnierzem. Kropka. W mundurze spędził niemal całe dorosłe życie. Poza okresem, gdy uczył rolników.

Urodził się 28 lutego 1900 roku w Futomie w powiecie rzeszowskim jako syn Jakuba i Tekli. Podczas służby nazbierało mu się pseudonimów i fałszywych nazwisk: „Dominik”, „Kazimierz”, „Marek”, „Marian”, „Nowak”, „Roch”, „Roman”, „Tommy”, „Żuraw”; także Józef Wolny, Józef Podgórny, Józef Nowak czy Józef Ziemba.

Uczył się w Szkole Ludowej w Futomie (1908–1912) i dwuklasowej szkole wydziałowej w Błażowej (1913–1915). Potem przez dwa lata uczęszczał do gimnazjum w Rzeszowie, ale na dalsze kształcenie zabrakło pieniędzy, więc wrócił do domu, na gospodarkę.

Pierwszy raz walczył zaraz po osiągnięciu dojrzałości – jako osiemnastolatek. Jeszcze w styczniu 1918 roku ukrywał się, dostał bowiem powołanie do wojska austriackiego. Ale już pod koniec tego roku, 10 grudnia, wstąpił ochotniczo do polskiej armii. W Rzeszowie tworzył się właśnie 17 Pułk Piechoty Wojska Polskiego.

Pod koniec stycznia następnego roku wysłano go na front ukraiński. Raniony w marcu w bitwie nad rzeką Złotą Lipą, trafił do niewoli.

W maju Polacy odbili ukraiński szpital, w którym leżał Maciołek. Po kuracji we Lwowie wrócił do macierzystej jednostki.

5 marca 1920 roku walczył z bolszewikami w okolicach Borysowa nad Berezyną. Wycofywał się aż do Warszawy. Potem był Cud nad Wisłą i od 15 sierpnia 1920 roku – już jako dowódca plutonu – nacierał na Sowietów. Gonił ich aż do Starokonstantynowa na Ukrainie.

Życiorysy wojskowych w latach pokoju zwykle trącą nudą. Wypełniają je numery i nazwy pułków, do których bywają przydzielani. Czasami pojawiają się nazwy szkół i kursów, które kończą. W takich czasach wojskowym trudno zabłysnąć czymś szczególnym. Maciołek nie należał do oficerów, którzy po pijanemu wjeżdżali na koniu do restauracji.

Przeniesiono go do kwatermistrzostwa szpitala wojskowego w Nowym Sączu, bo między marcem a majem 1921 roku zaliczył w Krakowie kurs dla podoficerów gospodarczych. Wreszcie udało mu się też ukończyć gimnazjum matematyczno-przyrodnicze i zdać maturę (czerwiec 1923 roku).

Po Szkole Podchorążych dla Podoficerów w Bydgoszczy 15 lipca 1925 roku awansowano go do stopnia podporucznika piechoty i przydzielono do 7 Pułku Piechoty Legionów w Chełmie.

Podczas przewrotu majowego 1926 roku opowiedział się po stronie Józefa Piłsudskiego. Rok później został porucznikiem. Dowodził kompanią ckm-ów, był oficerem mobilizacyjnym, wreszcie w październiku 1936 roku przydzielono go do Korpusu Ochrony Pogranicza.

Niestety tymczasem mocno podupadł na zdrowiu. Powierzono mu stanowisko kierownika kasyna wojskowego, a w grudniu 1936 roku komisja lekarska uznała go za trwale niezdolnego do służby i został przeniesiony w stan spoczynku.

Spróbował polityki, wstąpił do Stronnictwa Ludowego. Organizował kółka i szkolenia rolnicze. Wciąż jednak czuł się związany z armią. Prowadził kursy przysposobienia wojskowego w założonym przez siebie kole Związku Strzeleckiego.

Zmobilizowano go 15 maja 1939 roku. Służył w 2 Pułku Piechoty Legionów w Sandomierzu.

Organizował kompanię karabinów maszynowych, która miała bronić mostu, zakładów przemysłowych i dworca kolejowego w Sandomierzu. Dowodził nią we wrześniu 1939 roku, bił się pod Baranowem, Zwierzyńcem i Krasnopolem. Trafił do niemieckiej niewoli. Uciekł z punktu zbornego dla jeńców. Na początku października 1939 roku powrócił do domu.

Pracował jako księgowy w spółdzielni. Doniesiono na niego – zrobił to jeden z podwładnych, którego zwolnił za nadużycia. Aresztowany przez Niemców, Maciołek trafił do więzienia 20 kwietnia 1940 roku. Dzięki łapówce 12 września tegoż roku odzyskał wolność. Już trzy dni później złożył przysięgę w podziemnym Związku Walki Zbrojnej (ZWZ).

Budował konspirację w Dynowie i Błażowej. W tej ostatniej 10 grudnia 1942 roku mianowano go dowódcą placówki.

Awansował na kapitana, a w ślad za tym powierzono mu funkcję komendanta Podobwodu Rzeszów-Południe Armii Krajowej. Za udział w Akcji „Burza”, podczas której sprawdził się jako dowódca, uzyskał stopień majora.

Kiedy w sierpniu 1944 roku na tereny Polski wkroczyły wojska radzieckie, pozostał w konspiracji. Poszukiwało go NKWD.

Wpadł 21 lutego 1945 roku. Aresztował go Urząd Bezpieczeństwa. Ale podczas zatrzymania posłużył się fałszywymi personaliami: Józef Wolny. Podawał się za łącznika inspektora… Maciołka. Uniknął wywózki do Związku Radzieckiego.

Rzeszowski sąd wojskowy skazał go na trzy lata więzienia. Trafił do celi w Zamku Lubomirskich w Rzeszowie.

I wtedy rozegrały się sceny jak z filmu sensacyjnego. Podziemie dostarczyło mu – za pośrednictwem strażnika – środek, który powodował podwyższenie temperatury i objawy przypominające tyfus. Maciołka przewieziono do szpitala w Rzeszowie przy ulicy Chopina. Stamtąd odbił go oddział podziemia. Uciekł najpierw do Krakowa, a potem do Katowic. Ukrywał się pod nazwiskiem Józef Podgórski.

Tymczasem powojenna konspiracja okrzepła w nowej organizacji – Zrzeszeniu Wolność i Niezawisłość. Józef Maciołek został szefem wywiadu i zastępcą prezesa obszaru południowego.

WiN był spadkobiercą rozwiązanej w styczniu 1945 roku Armii Krajowej. Przejął po niej żołnierzy, którzy uważali, że zakończyła się niemiecka okupacja, ale zaczęła sowiecka. Wielu z nich szukało w organizacji wsparcia w walce przeciwko komunistycznym represjom.

Organizacja powstała, gdy Polskie Państwo Podziemne chyliło się ku upadkowi. Cywilna Delegatura Rządu na Kraj oraz Rada Jedności Narodowej (RJN) rozwiązały się 1 lipca 1945 roku. RJN obwieściła przy tym Testament Polski Walczącej. Wprowadzenie do niego stwierdzało: „Naród polski przyjął Armię Czerwoną jako wyswobodzicielkę Polski od jarzma hitlerowskiego. Wkrótce jednak nastąpiło rozczarowanie. Najszersze masy ludowe przekonały się, że demokracja jest w obozie Polski Podziemnej, zaś Komitet Lubelski to dyktatura, oparta o obce siły, a nie o wolę i zaufanie narodu”.

Testament brzmiał: „Koniec wojny z Niemcami zastał Polskę w sytuacji niesłychanie trudnej, a nawet tragicznej. Gdy inne narody, zwłaszcza zachodnie, po zlikwidowaniu okupacji niemieckiej odzyskały rzeczywistą wolność i mogły przystąpić samodzielnie do urządzania sobie życia, Polska w wyniku wojny, w której poniosła największe ofiary, znalazła się pod okupacją, z rządem narzuconym przez ościenne państwo i bez wyraźnych widoków na pomoc swych sojuszników zachodnich”.

Podsumowywano: „Nowa wojna zadałaby tak straszne rany narodowi polskiemu, że pragnieniem wszystkich Polaków jest porozumienie polsko-rosyjskie oraz między Anglią, Ameryką i Rosją na drodze pokojowej”.

W testamencie postulowano opuszczenie Polski przez wojska sowieckie i rosyjską policję polityczną, zaprzestanie prześladowań, amnestię, powrót Polaków wywiezionych w głąb Rosji.

24 lipca 1945 roku Delegat Sił Zbrojnych pułkownik Jan Rzepecki napisał do żołnierzy byłej Armii Krajowej: „Jeżeli tylko pozwala na to Wasze osobiste położenie, jeśli bezmyślne prześladowanie przez tzw. bezpieczeństwo nie zamyka Wam tej drogi – przystępujcie do jawnej pracy na wszystkich polach nad odbudową Polski, pozostając wiernymi drogim każdemu żołnierzowi byłej AK demokratycznym hasłom: Wolność obywatela – niezawisłość narodu”.

6 sierpnia oficjalnie zaprzestała działalności wojskowa Delegatura Sił Zbrojnych. W jej miejsce we wrześniu 1945 roku powstało Zrzeszenie Wolność i Niezawisłość. Pierwszym jego dowódcą był właśnie pułkownik Jan Rzepecki.

W szczególnej konspiracji niedługo działała też organizacja „NIE”, którą powołano na wypadek wkroczenia Sowietów do Polski. O takiej supertajnej komórce myślano już jesienią 1943 roku, po kwietniowym zerwaniu przez Stalina stosunków dyplomatycznych z polskim rządem na uchodźstwie. Wiosną 1944 roku zadanie stworzenia organizacji otrzymał pułkownik August Emil Fieldorf „Nil”, który wcześniej dowodził Kedywem AK. Dowódcy AK przewidywali, że po wejściu wojsk ZSRR do Polski i realizowanej jednocześnie Akcji „Burza” zdekonspirowana zostanie znaczna część AK-owców.

Kryła się w tym jednak pewna sprzeczność. „NIE”, aby pozostać jak najbardziej odporną na rozpoznanie przez Sowietów, powinna być nieliczna, wręcz elitarna. Nigdy nie rozwinęła szerszej działalności.

Na początku marca wpadł „Nil” – nie rozpoznano go pod fałszywym nazwiskiem, ale i tak został zesłany w głąb ZSRR. Jego następca pułkownik Antoni Sanojca proponował rozwiązanie organizacji, co nastąpiło w maju 1945 roku. Tymczasem do konspiracji garnęły się też masy AK-owskie, które potrzebowały wsparcia w obliczu radzieckiego terroru. Ci ludzie znaleźli swojego sprzymierzeńca w WiN.

 

Pomysł na WiN był karkołomny. Pułkownik Jan Rzepecki powołał organizację cywilną – co podkreślała sama nazwa zrzeszenie. Tworzyli ją jednak byli żołnierze Armii Krajowej. Kolejne dowództwa formalnie nazywano zarządami, na których czele stali prezesi, ale niżej w hierarchii w naturalny sposób pojawiały się komendy i komendanci.

WiN nie zamierzał prowadzić działalności zbrojnej, miał raczej dopomóc byłym AK-owcom w powrocie do normalnego życia. Tak przynajmniej zakładano w teorii. Szybko jednak okazało się, że trudno powstrzymywać się od używania broni, kiedy komuniści sieją terror. WiN nabrał wojskowego charakteru. A raczej: nie stracił go – bo przecież jego członkami byli żołnierze.

Zrzeszenie stało się głównym celem komunistycznej propagandy i bezpieki. UB dość szybko rozpracowywało kolejne komendy, aresztowało dowództwa. Tragiczne wyliczenie można sprowadzić do czterech wierszy:

I Komenda WiN, prezes pułkownik Jan Rzepecki, wrzesień 1945–listopad 1945.

II Komenda WiN, prezes pułkownik Franciszek Niepokólczycki, listopad 1945–październik 1946.

III Komenda WiN, prezes podpułkownik Wincenty Kwieciński, październik 1946–styczeń 1947.

IV Komenda WiN, prezes podpułkownik Łukasz Ciepliński, styczeń 1947–listopad 1947.

IV Komendę postawiono przed sądem w 1950 roku. Komendanta Łukasza Cieplińskiego skazano na pięciokrotną karę śmierci i trzydzieści lat więzienia. Adama Lazarowicza, zastępcę komendanta, na czterokrotną karę śmierci i trzydzieści trzy lata więzienia. Jednego dnia, 1 marca 1951 roku, stracono na Mokotowie prawie całą IV Komendę WiN: siedem osób. Dziś rocznicę tego wydarzenia obchodzimy jako Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych.

Członek podziemia Maciej Jeleń wspominał ostatnie chwile dowódców IV Komendy:

„Znalazłem się w Mokotowie w celi śmierci i po pewnym czasie do celi wprowadzili więźniów po procesie całej czwartej komendy WiN. Wśród nich byli Łukasz Ciepliński, Lazarowicz, Błażej, Rzepka, Kawalec, Batory, cała siódemka. Jeden z nich, Rzepka, był praktycznie rzecz biorąc wskutek strasznego śledztwa ciężko chory, to była schizofrenia w całym tego słowa znaczeniu. Do niego nic nie docierało, co koledzy mówili.

Pierwszego marca 1953 roku w godzinach popołudniowych zaczęli wywoływać więźniów grupkami. I jak się zorientowaliśmy, wywołali w tych grupkach całą czwartą komendę WiN. Myśmy mieli możliwość przez taki kawałeczek szyby obserwować podwórzec więzienny. Widzieliśmy mniej więcej koło stu, stu pięćdziesięciu metrów drogi, którą byli ci więźniowie prowadzeni. Pojedynczo ich wyprowadzali. Dwóch strażników trzymało takiego więźnia pod ręce, z tyłu szedł też prawdopodobnie ubezpieczający.

Egzekucja odbywała się w garażu samochodowym. I tak trochę po bolszewicku był włączany motor samochodu, żeby zagłuszyć ewentualne dźwięki. Strzał padał jeden.

Przy trzecim czy czwartym wyprowadzeniu słyszeliśmy, że jeden z więźniów zaczął krzyczeć: mordują! Przypuszczam, że to był Chmiel, który usiłował w ten sposób dać współwięźniom znać, co się z nimi dzieje.

Łukasz Ciepliński zwrócił się do mnie, aby powiadomić ewentualnie jego rodzinę, bo bardzo był do niej przywiązany, że w momencie, kiedy zorientuje się, że to już jest egzekucja, to medalik, który nosił na szyi, włoży do ust, przed egzekucją, aby ewentualnie rodzina miała możliwość rozpoznania jego ciała wśród tych grobów, wśród tych zwłok, które były potajemnie grzebane przez władze bezpieczeństwa w różnych miejscach Warszawy”.

W latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku żył jeszcze ostatni członek IV Komendy WiN – Ludwik Kubik. Rozmawiałem z nim, ale nie chciał wracać do tamtych wydarzeń; mówił mi, że ciągle przeżywa śmierć kolegów.

Kolejne komendy WiN słały na Zachód swoich emisariuszy. Pierwsza wyekspediowała pułkownika Janusza Bokszczanina. Potem Franciszek Niepokólczycki skierował tam Kazimierza Rolewicza i Wacława Bnińskiego. Wreszcie – Józefa Maciołka i Stefana Mariana Rostworowskiego „Ignacego”. Ci dwaj wyruszyli do Wielkiej Brytanii 1 września 1946 roku. Z Polski wymknęli się statkiem belgijskim transportującym węgiel do Szwecji. Do Wielkiej Brytanii dotarli 23 września 1946 roku.

Emisariusze z kraju powołali Delegaturę Zagraniczną WiN. Był to więc twór krajowych konspiratorów, a nie emigrantów. Działał w pewnym sensie obok polskiego Londynu. Każdy z wysłanników WiN ruszał, aby nawiązać kontakt z polskimi władzami emigracyjnymi, choć – co istotne – nie z zadaniem podporządkowania się im. Jednak dzięki Maciołkowi WiN uzyskał pełne uznanie urzędującego na uchodźstwie prezydenta RP.

Józef Maciołek był szefem Delegatury i jednym z jej najważniejszych organizatorów. Rozwinął współpracę z Departamentem Obrony USA i z CIA. W 1950 roku podpisał umowę z wywiadem amerykańskim, co umocniło stabilność finansową polskiego podziemia. Amerykanie dostarczali również sprzęt szpiegowski i dywersyjny. W zamian oczekiwali zaangażowania polskiego podziemia po wybuchu III wojny światowej. Dzięki niespożytej energii Józefa Maciołka powstały ekspozytury podziemia w Monachium, Paryżu, Sztokholmie, Brukseli, a także w Kanadzie i Stanach Zjednoczonych.

Pułkownik Maciołek tym samym stał się najważniejszym przebywającym poza krajem człowiekiem związanym z ruchem oporu w Polsce.

Ale zanim do tego doszło, WiN w Polsce zagroził paraliż. Kiedy pod koniec 1947 roku wpadła IV Komenda, organizacja wydawała się niemal całkowicie zniszczona.

Sytuację uratował człowiek, do którego Maciołek miał bezgraniczne zaufanie. Łączyły ich nie tylko więzy organizacyjne, ale też przyjacielskie i rodzinne. Chodzi o Stefana Sieńkę. Kolejną szkatułkę w tej opowieści.

Matka Józefa Maciołka to Tekla z domu Sieńko. Stefan był podkomendnym Józefa od czasów Armii Krajowej. Maciołek, opuszczając kraj we wrześniu 1946 roku, powierzył Sieńce ważne zadanie – szefa siatki informacyjnej „Iskra”.

Stefan Sieńko „Wiktor” tak jak Józef Maciołek działał w WiN od początku. Długo unikał aresztowania, aż wreszcie pod koniec 1947 roku wpadł. Mógł skończyć tak jak inni, zastrzelony w więziennej piwnicy po wyroku sądu kapturowego, zwanego „kiblowym”, bo aresztowanych prowadzono na rozprawę do toalety, a przed sądem zasiadali na kiblu. Albo – jeśli tak wolałaby władza – po procesie pokazowym, szeroko opisywanym w komunistycznej prasie, która piętnowała ludzi podziemia, przypisując im wojenną współpracę z hitlerowcami, a po wojnie mordowanie komunistów.

Ale do Maciołka dotarła wiadomość, że Sieńce szczęśliwie udało się uciec, choć podczas pościgu został ranny. Najbliższym współpracownikom – tym, z którymi zdruzgotany odbudowywał WiN – „Wiktor” pokazywał nobilitującą bliznę. Od Wielkanocy 1948 roku ścigała go niemal cała bezpieka. WiN-owca szukały Wojewódzkie Urzędy Bezpieczeństwa Publicznego w Krakowie, Rzeszowie, Katowicach, Warszawie. W rozsyłanych listach gończych jawił się niemal jako wróg publiczny numer jeden.

Stefan Sieńko pisał do Józefa Maciołka w przekazanej tajnym kanałem korespondencji: „Pomimo naprawdę ciężkich czasów, jakie ostatnio przeżyłem ja osobiście i wielu naszych znajomych, trzymamy się dobrze”. Czekał na wiadomość z Delegatury, bo każda informacja stamtąd napawała wiarą na lepsze następne dni. Kończył: „Ażeby zaspokoić wzajemną ciekawość wypadałoby się nam spotkać wkrótce, ale bądźmy pełni wzajemnego zaufania, w przyszłości na wszystko będzie czas”.

Stefan Sieńko powoli ożywiał organizację. Z Polski płynął do Delegatury kolejny pokrzepiający meldunek: „W wytworzonej sytuacji postanowiliśmy przeprowadzić pewne przegrupowania w pozostałym zespole kierowniczym i przystąpić do normalnej pracy nad zmontowaniem nowego ośrodka kierowniczego”.

Doniesienia te coraz bardziej cieszyły Maciołka. Organizacja, zniszczona aresztowaniami, odradzała się jak Polska w 1918 roku.

Wreszcie i sam Sieńko ustabilizował swoją sytuację nie tylko organizacyjną, ale też prywatną. Ożenił się i spodziewali się z żoną dziecka. Józef Maciołek pisał żartobliwie do niego: „Dziękuję za pamięć i branie mię pod uwagę na chrzestnego. Miejmy nadzieję, że w przyszłości to mię nie ominie, jeżeli nie przy drugim, to powiedzmy przy piątym. Zależy to oczywiście od rozwoju sytuacji światowej z jednej strony, a z drugiej od tempa, jakie zastosujecie. Sądzę, że i w tej dziedzinie istnieją »normy i szlachetne współzawodnictwo«”.

Z kraju docierały kolejne krzepiące informacje, a Józef Maciołek nie bez dumy przekazywał je amerykańskim sojusznikom: WiN w Polsce dysponuje sześciuset ludźmi z doświadczeniem w walce partyzanckiej; z tego dwustu to oficerowie. Szczególnie ważne dla organizacji były osoby, które nigdy nie ujawniły komunistom, że działały w podziemiu. Ani podczas wojny, ani już po niej. Dla nowej władzy byli więc ludźmi, którzy na drabinie podejrzeń ukryli się na najniższym szczeblu.

W kraju rodziła się V Komenda. Nadano jej wówczas miano „Uniwersytetu”. Dwa równie ważne działy oznaczono kryptonimami związanymi także ze szkolnictwem wyższym. Obszar Centralny nazwano „Akademią”, a Białostocki – „Bursą”. Jakby ze studencką młodością wiązano nadzieje na pomyślną przyszłość.

WiN informował Maciołka, że ewidencjonuje dostępną broń i remontuje dwanaście radiostacji. W pięciu województwach dysponuje bunkrami. W trzech miejscach, w których w przyszłości planowano koncentrację, gromadzi w magazynach medykamenty i środki opatrunkowe.

Najważniejszym osiągnięciem było jednak wtopienie się w środowisko komunistów. Ludzie podziemia, nawet kosztem posądzeń o zaprzaństwo, pracowali na opinię oddanych ideologicznie nowej władzy i otrzymywali stanowiska w istotnych miejscach. Takich Konradów Wallenrodów przybywało z dnia na dzień.

Stefan Sieńko pisał znowu do Józefa Maciołka: „Podświadomie wyczuwam, że nasza praca zaczyna się finalizować, i to staje się dla mnie, jak i mojego najbliższego otoczenia poważnym bodźcem do dalszego wysiłku.

Marzę już o tej chwili, kiedy Bóg pozwoli nam się spotkać w wolnej ojczystej ziemi. Wam przede wszystkim życzę z całego serca doczekania się jak najszybciej tego momentu, bo zdaję sobie sprawę, że wśród obcych zaznajecie mniej chwili zadowolenia niż my tutaj – nazwijmy to – na pierwszej »linii frontu«”.

Wszystko toczyło się po myśli Stefana Sieńki. Pod rozkazy V Komendy udawało się wciągać kolejne oddziały partyzanckie, działające do tej pory w samotności. Trafił do nich emisariusz, który skutecznie nakłaniał dowódców, aby podporządkowali się nowemu szefostwu WiN. Tym łącznikiem był „Artur”, który odegrał też inną ważną rolę – kuriera do Delegatury WiN.