Chłopaki z DubajuTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Chłopaki z Dubaju
Chłopaki z Dubaju
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 74,90  59,92 
Chłopaki z Dubaju
Chłopaki z Dubaju
Audiobook
Czyta Filip Kosior
39,90  29,53 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Karta tytułowa

Wstęp

ROZDZIAŁ 1. Biznesmen o wielu nogach

ROZDZIAŁ 2. Berlin

ROZDZIAŁ 3. Telewizja i literatura

ROZDZIAŁ 4. Semana Santa, czyli Wielkanoc z Alexem

ROZDZIAŁ 5. Bunga bunga – afera z europosłami

ROZDZIAŁ 6. Wielkanocny klient z Polski

ROZDZIAŁ 7. Ministrowie z PiS-u

ROZDZIAŁ 8. Menedżer w burdelu

ROZDZIAŁ 9. Aferzyści

ROZDZIAŁ 10. Wszystkie drogi prowadzą do Pragi

ROZDZIAŁ 11. Do burdelu wepchnęło mnie życie

ROZDZIAŁ 12. Ślad po nim zaginął

ROZDZIAŁ 13. Kultura i media

ROZDZIAŁ 14. Miasto, które nigdy nie chodzi spać

ROZDZIAŁ 15. Ze szmaty jedwabiu nie zrobisz

ROZDZIAŁ 16. Ucięty życiorys

ROZDZIAŁ 17. Chłopaki z Dubaju

Epilog

Karta redakcyjna

Okładka


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Wstęp

Z pewnością wielu zbulwersuje ta książka, bo przecież jak to możliwe, by w tak konserwatywnym i katolickim kraju jak Polska mężczyźni mogli robić takie rzeczy. Mnie też wiele rzeczy zbulwersowało, ale przede wszystkim u klientów tych chłopaków. Od ich hipokryzji i zakłamania boli głowa. O migrenę może przyprawiać to, co opowiadają na przykład w telewizji, a co wyprawiają we własnym życiu. Nie uważam się jednak za sumienie narodu i nie zamierzam ich wyciągać z szafy. No, może poza jednym – i od niego ta książka się zaczyna.

Chłopaki z Dubaju to oczywiście kontynuacja Dziewczyn z Dubaju, ale tym razem książka oparta jest nie na policyjno-prokuratorskich przesłuchaniach, a na tym, co usłyszałem, zobaczyłem i czego doświadczyłem, infiltrując ich środowisko. Ta praca kosztowała mnie trzy lata życia i tak naprawdę zaczęła się jeszcze przed premierą Dziewczyn z Dubaju. I choć nie jest tajemnicą, że kobiety trudniące się prostytucją mają swój męski odpowiednik, to jakoś za dużo się o tym nie mówi w tym wciąż zdominowanym przez mężczyzn świecie.

Tym razem również chciałbym w jakiś sposób wyróżnić osoby zajmujące się męską prostytucją, więc to, co robią, nazywać będę „dziwkowaniem”, a bohatera „dziwkiem”.

Nie mam wątpliwości, że równie dobrze ta książka mogłaby nosić tytuł Współczesne dzieci z Dworca Zoo, bo jak przekonałem się na własnej skórze, różnice między współczesnością a przeszłością dotyczą w zasadzie tylko rodzajów zażywanych narkotyków. Problemy pozostały te same.

Choć Chłopaki z Dubaju toczą się w kilku krajach, to opisują w przeważającej części naszych polskich „dziwków” i ich polskich klientów. Oczywiście polski rynek escortów zdecydowanie różni się od niemieckiego czy hiszpańskiego. Wspomnę tylko, że kiedy poszukiwałem bohaterów w Polsce, to po pierwsze, dowiedziałem się, że pracują od rana, a po dwudziestej drugiej są już zamknięci! Po drugie, okazało się, że to klient powinien im wysłać swoje zdjęcia, a nie odwrotnie. Polscy „dziwkowie” bardzo się też cenią. Ich stawki znacznie przekraczają honoraria ich kolegów z zagranicy, a usługami nie dorastają im do pięt. Dlatego też „dziwkowie” obcokrajowcy są w Polsce rozchwytywani.

Jeden z Polaków ogłaszający się na PlanetRomeo odpowiedział mi w końcu łaskawie, że możemy się spotkać, ale za miesiąc, bo on jest teraz w domu w Łodzi i dopiero za miesiąc pojawi się w Warszawie na uczelni. Wysłałem mu swój numer telefonu, by się odezwał, gdy już się pojawi w stolicy. Odezwał się po kilku miesiącach, ale ja już wtedy wróciłem do Hiszpanii. Nie był zadowolony, mówiąc… że zarezerwował sobie dla mnie czas.

Nie wiem, czy pamiętacie amerykańską komedię z lat osiemdziesiątych Nieoczekiwana zmiana miejsc (Trading Places) z Eddiem Murphym w roli głównej. Dwóch biznesmenów spycha jednego ze swoich najlepszych menedżerów do nizin społecznych, wrabiając go w defraudację i handel narkotykami, a żebraka (w tej roli Eddie Murphy) wprowadza na jego miejsce. Zakładają się przy tym o dolara, czy patologiczny żebrak może odnieść sukces na kierowniczym stanowisku i odnaleźć się w świecie bogaczy, i czy ci potraktują go jak swojego.

Podczas zbierania materiałów do tej książki i mnie frapowało pytanie, czy część z tych chłopców czy młodych mężczyzn jest w stanie się zmienić, jeśli ktoś wyciągnie do nich pomocną dłoń. Przez trzy lata poznałem ich co najmniej kilkudziesięciu. Kilku z nich dałem szansę, proponując pomoc w opłaceniu szkoły, kupieniu ubrań i znalezieniu pracy. Chciałem też sprawdzić, czy mają szansę odnaleźć się w normalnym życiu bez seksu za kasę, bez tułania się po ulicy, ćpania i życia w ciągłej niepewności, bez domu i z walizką w ręku. Chciałem wiedzieć, czy w życiu może być jak w tym filmie z Eddiem Murphym, że żebrak jest w stanie stanąć na czele wielkiej korporacji.

Efekty tego eksperymentu znajdziecie w tej książce. Dla ułatwienia dodam tylko, że w ciągu tych trzech lat „dziwkowie” okradali mnie wielokrotnie. Często pewni, że o tym nie wiem. Kilka razy cudem uniknąłem bójki. Jedna historia skończyła się w komisariacie.

Czy któryś z nich odmienił swoje życie?

Zastanawia Was pewnie, czemu zdecydowałem się wesprzeć finansowo wielu z nich. Odpowiedź jest bardzo prosta. W końcu to na dziwkach zarobiłem w życiu najwięcej pieniędzy. Dlaczego nie miałbym się z nimi podzielić?

Niemcy mają Güntera Wallraffa, który pod przebraniem Alego z Turcji sprawdzał na sobie niemiecką gościnność. Amerykanie mieli Johna Howarda Griffina, który, ucharakteryzowany na czarnoskórego, przemierzał w latach sześćdziesiątych południe USA, by na własne oczy przekonać się, jak wygląda życie dyskryminowanych Afroamerykanów. W tym samym czasie Polskę wzdłuż i wszerz przemierzał Janusz Rolicki, pionier naszego reportażu wcieleniowego lub, jak sam zwykł mówić, reporterskich przebieranek. W latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych publikował w „Polityce” i warszawskiej „Kulturze”. Pierwszy raz jego reportaże wziąłem do ręki, kiedy… był moim szefem w redakcji, w której zaczęła się moja przygoda z dziennikarstwem.

Z jego reportaży, publikowanych w czasach Peerelu, wyłania się realistyczny obraz codzienności. Bo kiedy Janusz Rolicki pisał o rolnikach, to pracował w polu, gdy pisał o budowlańcach – to na budowie, gdy szło o bezdomnych, sypiał obok nich na Dworcu Centralnym. Jednym słowem: mistrz reportażu – reportażu wcieleniowego, którego dziś jak na lekarstwo na naszym rynku. Z pewnością nie z powodu braku tematów. Może z powodu ryzyka, trudności, niebezpieczeństw i czasochłonnej pracy? Zawsze zazdrościłem Januszowi Rolickiemu tego pędu za jak najbardziej wiarygodną informacją, a nie za pieniądzem. Presja czasu w reportażu nie jest wskazana. Zawsze marzyłem o napisaniu reportażu wcieleniowego, bo przecież to jedna z najbardziej wiarygodnych form pisarstwa w tym świecie informacji zalewanym fake newsami i kłamstwami z politbiura przy ulicy Woronicza.

PIOTR KRYSIAK

ROZDZIAŁ 1
Biznesmen o wielu nogach

To postać, która wciąż nie daje o sobie zapomnieć. Od kilku lat informacje o biznesmenie nie znikają z portali, gazet i tygodników. Okazuje się, że równie dobrze znany jest wśród polskich escortów, czyli męskich dziwek. W tym towarzystwie słynie z nadużywania alkoholu, snucia historii o swoim majątku oraz obiecywania młodym chłopcom karier telewizyjnych w różnego rodzaju projektach reality show, które będzie produkować. Według moich rozmówców ostatnio obiecywał im udział w programie podobnym do The Voice of Poland. Europejski nakaz aresztowania doprowadził do jego zatrzymania w Holandii.

Długo zastanawiałem się, czy powinienem dać jednoznacznie do zrozumienia, o kogo chodzi. Nie mam wątpliwości, że właśnie tak należy zrobić. Dlaczego?

W 2016 roku Zbigniew S. opublikował na Facebooku film pokazujący mężczyznę uprawiającego seks oralny z księdzem. Poinformował, że ksiądz zmusił do tego nieletniego, i nazwał go pedofilem. Kapłan został odsunięty od obowiązków, a nieletni okazał się dorosłym mężczyzną, który od dłuższego czasu był w związku z księdzem. Po publikacji filmu przez biznesmena mężczyzna popełnił samobójstwo.

 

– Naprawdę chcesz o nim słuchać? – pyta mnie jeden z mężczyzn, który kilka lat temu, wyrzucony z rodzinnego domu za swoje skłonności seksualne, trafił na ulicę. Jego nowym domem stał się wtedy Dworzec Centralny, gdzie poznał faceta, który zaproponował mu pracę w agencji na warszawskim Śródmieściu.

– Jasne.

– To nasz najgorszy klient – opowiada mi Robert, menedżer jednej z najstarszych agencji towarzyskich dla gejów w centrum stolicy, którego klientem był pan Zbyszek.

Najstarszy warszawski burdel

Ten burdel istnieje od blisko dwudziestu pięciu lat. W tym czasie zmieniało się wszystko: adresy, escorci, burdelmenedżerowie, stawki za usługi, rodzaje narkotyków. Nie zmieniał się tylko właściciel. A grono klientów od lat się powiększało.

– Nie wiem, kiedy się u nas pojawił, z pewnością dużo wcześniej, jeszcze zanim trafiłem do agencji. W towarzystwie chłopaków funkcjonował nie pod swoim nazwiskiem, które jest dość oryginalne, a pod pseudonimem Stokłosa. Było o nim głośno. Brylował na politycznych salonach, pojawiał się w towarzystwie szefa Samoobrony, słyszałem, że kiedyś był nawet asystentem społecznym Wandy Łyżwińskiej. Wszystkie jego spotkania przygotowywano w tajemnicy, zwykle w hotelach w Polsce i za granicą – wspomina Robert.

– Kiedy pierwszy raz spotkałeś się ze Zbigniewem S.? – próbuję uściślić.

– Trudno powiedzieć, ale poczekaj, zerknę na zdjęcia.

Nie wiem, kiedy go widziałem pierwszy raz w pracy, ale pierwszy raz w Berlinie byłem z nim w październiku 2016 roku, a potem dwa tygodnie później – mówi Robert.

Zbigniew S. nawet nie kontaktował się osobiście z menedżerem. Tylko z Witoldem J., właścicielem. W większości przypadków za pomocą karty prepaid, której używał tylko do rozmów z szefem burdelu.

– Dzwonił do szefa, mówił, kiedy, gdzie, ilu chłopaków potrzebuje i na jak długo. Od razu robił przelew z zaliczką na konto szefa i wtedy wkraczałem ja, bo nikt poza mną w burdelu nie mówił po angielsku – uśmiecha się Robert. – Rezerwowałem hotel, pokoje na nazwiska escortów lub szefa i organizowaliśmy wyjazd. Najczęściej do Berlina. Tam go właśnie poznałem. I ten wyjazd pamiętam najlepiej.

Wyprawy bez śladów

Zbigniew S. przyjeżdżał na gotowe. Do hotelu wchodził jako przypadkowy gość z ulicy albo zaproszony przez hotelowych gości. Nie meldował się w recepcji. Znał hotel, wiedział, gdzie są restauracje, spa czy windy, którymi można dostać się do pokoju escortów. Wielokrotnie podkreślał, rozmawiając z właścicielem agencji, że nie może zostawiać po sobie żadnych śladów w hotelu i nie chce być w ogóle kojarzony z tymi wyprawami.

– Pamiętam, że przed jednym z wyjazdów do Berlina była na niego straszna nagonka w polskich mediach, bo on się wtedy jakoś bardzo politycznie zaangażował. I to właśnie przez to zainteresowanie mediów musieliśmy wyjeżdżać za granicę. O ile dobrze pamiętam, to te wyjazdy zaczęły się jeszcze wtedy, kiedy Zbigniew S. był związany z Lepperem. To, ile osób jechało z nami, zależało od środka lokomocji. Jeśli jechaliśmy autem, to w podróż, oprócz kierowcy, który zasadniczo w niczym nie uczestniczył, ruszałem ja i dwóch „chłopaczków”. No i oczywiście szef, który jeździł z nim zawsze. Jeśli pociągiem, to ja, szef i co najmniej trzech, czterech chłopaków, wynajętych u nas przez biznesmena – mówi Robert. – Hotel bukowaliśmy na maksimum dwie doby. Te wyjazdy były średnio planowane. Czasem ruszaliśmy we wtorek, czasem bliżej weekendu. Po prostu kiedy miał czas i mógł się wyrwać. Nie wiem, czym on dojeżdżał czy dolatywał do Berlina. Tylko raz zdarzyło się, że to my czekaliśmy na niego w hotelu. Zwykle to on już czekał na nas. W takich sytuacjach jak z biznesmenem – wynajmowaliśmy zawsze co najmniej dwa pokoje. Jeden był dla klienta i chłopaka, chłopaków, a drugi mieliśmy dla siebie. Przecież ja nie uczestniczyłem w schadzkach z klientami, a ich chłopcy czasami chcieli odpocząć, zwłaszcza przy takim kliencie jak on – wyjaśnia Robert.

Spotkania przebiegały standardowo. Po dotarciu na miejsce meldowali się i burdelmenedżer prowadził chłopaków do pokoju przeznaczonego dla klienta, żeby sobie ich obejrzał. No, chyba że byli to tacy, których już znał.

– Oglądał ich i decydował, kto zostanie, a kto musi wyjść. Ten, kto się nie spodobał, wychodził ze mną. Reszta była tajemnicą szefa i jego. Mam na myśli to, ile biznesmen płacił szefowi – opowiada Robert. – Za to, jeśli dobrze pamiętam, często byłem świadkiem, jak dawał napiwki chłopakom. Najczęściej zabierał ich pod bankomat, który jest blisko tego hotelu, i wypłacał im napiwki. Sam też kiedyś musiałem iść z nim do bankomatu, bo chciał przedłużyć zabawę, a szef domagał się, żeby w takich sytuacjach kasować gotówkę z góry.

Bójka i alarm w hotelu

Kiedy escorci dojeżdżali, biznesmen zwykle był już nieźle wstawiony, a niejednokrotnie pijany. Wielu z nich opowiadało mi, że te zlecenia należały do najgorszych, mimo dużych napiwków.

Podczas jednego z wyjazdów biznesmen, który odpalał papierosa od papierosa i nigdy nie stosował się do zakazów palenia w pokoju, wywołał alarm pożarowy w Kempinskim.

– Oczywiście Zbigniew S. miał w dupie zakazy, a w tym hotelu alarmy były dość wrażliwe na dym. Nawet nie pamiętam, w którym momencie w całym hotelu zaczęły wyć syreny, przez głośniki mówili coś po niemiecku, a przed budynek zaczęły zjeżdżać wozy strażackie i policja. Jeszcze zanim przyjechali, do pokoju biznesmena przyszedł recepcjonista, który chciał wyjaśnić sytuację i poprosić o niepalenie papierosów. Drzwi otworzył mu pijany w sztok biznesmen, zbluzgał recepcjonistę z góry na dół, a na koniec walnął go jeszcze z główki, z pozdrowieniami od gościa z Polski, i stłukł mu okulary. Mało nie wyrzucili nas z hotelu – opowiada Robert. – Siedzieliśmy z szefem w naszym pokoju, na innym piętrze. Zamawiałem akurat taxi, żeby pojechać do klubu, kiedy przybiegli escorci i zrelacjonowali, co się stało. Nie zdążyłem wyjść, kiedy zadzwonił jeden z chłopaków, którzy nadal byli z biznesmenem. „Nawet nie wiesz, co ten chuj odpierdolił!” – usłyszałem w słuchawce. Poprosił, bym ich nie zostawiał. Powiedziałem, żeby zabrał chłopaków i żeby bocznym wyjściem z hotelu obok restauracji uciekli na zewnątrz. W ten sposób wszyscy się ewakuowaliśmy. Na szczęście nawet nie zdążyliśmy się rozpakować, więc wystarczyło tylko zabrać torby – mówi.

– A co zrobił Zbigniew S.?

– Zostawiliśmy go samego. Nie wiem, co zrobił, ale po kilku tygodniach znowu się odezwał, więc wiedzieliśmy, że nic wielkiego mu się nie stało – uśmiecha się pod wąsem Robert.

– Nie przepadałeś za nim…

– Widziałem go wcześniej w telewizji, ale nie sądziłem, że ten facet może być aż tak zdegenerowanym alkoholikiem.

Nie chcę już mówić o stroju, bo to często kwestia gustu. Ale już po twarzy było widać, że on raczej nie stroni od alkoholu, wręcz przeciwnie. Absolutnie nie wyglądał na człowieka zaangażowanego politycznie czy bywającego na salonach. Raczej na menela ze wsi, który już przed śniadaniem zaprawia się jakimś tanim mózgotrzepem. Jego chamstwo i ordynarne zachowanie w stosunku do każdego, kogo spotkał na drodze – do pani w sklepie, recepcjonistki w hotelu czy kelnerki w restauracji – podkreślało jego prostactwo.

Płacę, to wymagam

Wielu z tych młodych mężczyzn zachowuje się dość zniewieściale. Już na pierwszy rzut oka widać, że – jak to mówią zawiedzione panie – są straceni dla świata kobiet. To, w jaki sposób się ruszają i jak mówią, zdradza, w czym, a raczej w kim gustują. I choć w Polsce wciąż spotykają się z ostracyzmem, wyzwiskami czy, delikatnie mówiąc, brakiem zrozumienia, wielu escortów usiłuje tym swoim zniewieścieniem brylować w towarzystwie.

– Ja te kocie ruchy i tę ich bułkę przez bibułkę nazywam syndromem połamanych nadgarstków. To idealnie charakteryzuje zniewieściałych chłopaczków, którzy pracują w tym zawodzie. W zachowaniu pana S. denerwowała mnie jego chamska wyższość wobec chłopaków. „Bo jak ci, kurwa, płacę, to ja, kurwa, wymagam”. Mam nosa do klientów. Ludzie podobni do niego zwłaszcza za pierwszym razem zgrywają skromnych lub naprawdę są zawstydzeni. Nasz biznesmen, stary i dobry klient szefa, się nie pierdolił – wspomina Robert. – Jeden z chłopaków, który był wtedy w Niemczech, powiedział mi później, że najtrudniej szło się z nim do wanny. Nie dość, że był jak zawsze brudny, nachlany i śmierdziało od niego na kilometr, to w dodatku smukły nie jest i kąpiel z nim była po prostu obrzydliwa. A kiedy wrócili z wanny do łóżka i inny chłopak chciał skorzystać z łazienki, to usłyszał, żeby się nie trudził – w końcu może się odlać na podłogę, bo skoro on płaci, to ktoś posprząta.

To, że Zbigniew S. lądował z escortami w pięciogwiazdkowym hotelu Kempinski, to nie był wymóg klienta. To właściciel agencji – okropnie skąpy, gdy chodziło o jego kasę – lubił błyszczeć za cudze pieniądze. Dobrze wiedział, co robi, bo dla tych młodych chłopców były to często pierwsze tak luksusowe miejsca widziane na własne oczy.

– Na tych młodych chłopcach takie hotele robiły gigantyczne wrażenie. Czuli się nagle wyjątkowi, godni takiego luksusu. Traktowali to jak nie wiadomo jaki przywilej, ale przede wszystkim był to według nich dowód, że są dla kogoś ważni i warci tego wszystkiego – opowiada Robert. – Zresztą, wracając do mojego szefa, to on chyba bardziej niż oni lubił widzieć się w tym blichtrze, bogatych wnętrzach i pięciu gwiazdkach na szyldzie przed wejściem. A tak naprawdę za hotel płacił klient.

Hojny po alkoholu

Seks-imprezy biznesmena często się przedłużały, a doświadczony szef burdelu wiedział, że klientów, nawet starych i dobrych, trzeba kasować przed usługą. Nie dlatego, że może będą chcieli oszukać, choć to też mogło się zdarzyć, ale dlatego, że po tej ilości alkoholu, a w ostatnich latach także narkotyków, nawet nie pamiętają, ilu escortów zamówili, co robili i jak długo. Dlatego też każdy burdelmenedżer wiedział, że kiedy czas się kończy, to trzeba wejść do pokoju, gdzie trwa impreza, i przypomnieć, że czas minął.

– Na tych wyjazdach pilnowałem pieniędzy. Musiałem bardzo uważać, bo przecież potem trzeba było rozliczyć się z szefem. Któregoś razu, też w Berlinie, musiałem z nim iść do bankomatu, żeby dopłacił za przedłużenie imprezy. Było mi strasznie wstyd iść obok niego, bo ledwo trzymał się na nogach, ale musiałem z nim przejść przez cały hotel, żeby znaleźć ten bankomat. Pamiętam te spojrzenia gości hotelowych. Nie pytaj mnie, jak patrzyli, bo nie potrafię tego zobrazować. Wtedy mnie zdziwiło, że ochrona hotelu nie reaguje. Że nie interesuje ich, co gość tu robi. Skąd się wziął. Czego chce. Modliłem się, żeby nie było żadnej spiny z obsługą, bo przecież znam regulamin. Po ustalonej godzinie obcy nie mogą przebywać ani w twoim pokoju, ani na terenie hotelu – zapewnia Robert.

Mój informator nie pamięta, ile pieniędzy wypłacił wtedy biznesmen. Ale mówi, że to nie była mała kwota. Zbigniew S. po pijaku oprócz kasy za seks dawał też duże napiwki chłopakom. Pijany biznesmen stawał się wręcz hojny.

– Czy ci twoi escorci w ogóle wiedzieli, kim jest ich klient?

– Nie, byli totalnie nieświadomi, z kim idą do łóżka. Nigdy nie wypowiadał się jak teraz w internecie: „Jebać PiS” czy że zabije Kaczyńskiego, nic z tych rzeczy. Wprost przeciwnie, starał się być całkowicie anonimowy. Dopóki się nie nachlał, był w miarę kulturalny. Potem był już tylko chamski i nachalny.

Chłopcy szybko uczyli się zawodu i już po kilku klientach wiedzieli, co robić, a jeśli nie, to burdelmenedżer ich instruował. Najpierw trzeba spróbować zagadać klienta. Zwłaszcza takiego w średnim wieku. Podlewać mu alkoholu i wciąż gadać. Niektórzy dochodzili wręcz do takiej wprawy, że ich klient nie zdążył się zorientować, a już minęła godzina. Ci, którzy dopiero zaczynali korzystać z usług escortów, byli tym często zdziwieni i domagali się seksu. Słyszeli wówczas, że czas minął, a jak chcą coś zrobić, to muszą dopłacić – koniecznie z góry i najlepiej gotówką – za każdą kolejną godzinę.

Im młodszy, tym lepszy

– Jaki seks lubił Zbigniew S.?

– Z tego, co wiem, bo widziałem, jakich chłopaków wybierał, lubił aktywnych. Jednak zapewniam cię, że nie zawsze dochodziło tam do zbliżeń. Pamiętaj, że jak on się napierdolił i był nieprzytomny, to można mu było wcisnąć wszystko. I tak też robiliśmy. Ale i tak nikt nie chciał do niego jeździć. To był dla nich stary, gruby oblech. Do niego była cała specjalna instrukcja obsługi. Najpierw trzeba było coś wciągnąć, na przykład mef [mefedron – przyp. aut.] i wypić. Potem iść z nim pod prysznic i go wypucować. Zwykle robiło to dwóch chłopaków. I to brzydziło ich najbardziej. Jedyne, co ich zachęcało, to te duże napiwki. Jednak od 2016 roku, gdy zaczął mieć kłopoty z prawem i ścigała go policja, a potem nastąpiło pierwsze aresztowanie, to jego kasa szła na łapówki i adwokatów, więc tłuste napiwki się skończyły. A on wciąż się nie mył.

 

Z czasem Zbigniew S. nabrał zaufania do Roberta. Ten odkrył, że biznesmen najbardziej zainteresowany jest najmłodziej wyglądającymi chłopcami. Choć nie mówił nigdy, że chciałby się spotkać z kimś poniżej piętnastego roku życia.

– On miał skłonności do młodych chłopców, właściwie młodocianych. Pamiętasz, była taka sprawa, że przytulał jakiegoś małego chłopca i oferował mu pomoc? Widziałem to w internecie czy w telewizji. Przypomniałem to sobie, kiedy mi mówił, jakich chłopaków by chciał. Ale wiedział, że ode mnie i od mojego szefa nie dostanie nieletnich. Powiedziałem mu wprost, że muszę zawsze sprawdzić dowód, bo sam na siebie wyroku dożywocia nie podpiszę! – zapewnia Robert. – Byłem pewny, że moi wszyscy chłopcy, poza tym Adamem, byli pełnoletni.

Adam to chłopak ze Śląska. Jako jeden z kilkuset kandydatów zgłosił się do agencji Witolda J., szukając pracy. Nie było go jeszcze w Warszawie, kiedy Zbigniew S. skontaktował się z właścicielem i powiedział, że chce ponownie wybrać się do Berlina.

– To, że on z nami wtedy pojechał, to był wynik desperacji. Mieliśmy klienta, nie mieliśmy towaru. Szukaliśmy więc gdzie popadnie. Pojawił się Adam. Zwykle w moim fachu wystarczy, że spojrzę na takiego gościa, i już wiem, czy prosić go o dowód, czy nie. W przypadku Adama wydawało mi się to zbędne. Nie wykazałem się czujnością. Po raz pierwszy się pomyliłem – mówi Robert.

Nie chciał pokazać dowodu

– Adam przyjechał do nas z Katowic. To ja pierwszy się z nim spotkałem. Zapytałem go wtedy o dowód osobisty, powiedziałem, że muszę go mieć, żeby nas wszystkich zameldować w hotelu. Żeby nikt się nie mógł przyczepić, że jesteśmy tam nielegalnie. On mi wtedy zaczął tłumaczyć, że nie ma dowodu. Zapytałem więc o inny dokument, ale nie zareagował. Był przy tym właściciel agencji, dlatego zapytałem przy wszystkich: „To ile ty masz lat, dziecko? Pokaż mi dokument”. Wtedy podał mi paszport i okazało się, że jest niepełnoletni – tłumaczy. – „Witek, odsyłamy go”, powiedziałem do szefa. „Jak już jest, to niech zostanie. Niewiele mu brakuje”, zdecydował.

Robert zapewnia mnie, że później okazało się, że ten siedemnastolatek już od prawie dwóch lat pracował w tej branży, a najczęściej umawiał się z klientami właśnie w Niemczech.

– A słyszałeś o tym, że ten biznesmen miał postawiony zarzut pedofilii w słynnej aferze z Dworca Centralnego? – pytam.

– Wiem, że był podejrzany, ale nie wiem, czy ta afera nie została w pewnym sensie wykreowana przez media. Dowodów nie mam. Jednak jestem pewny, że nigdy nie chciał chłopaków starszych niż dwadzieścia jeden lat, a w zamówieniu zawsze przypominał, że będzie ekstra, jeśli będą wyglądali na góra osiemnaście – podkreśla.

Klub pedofilów

W 2002 roku wybuchła afera, której uczestników – mężczyzn uprawiających seks z nieletnimi – szybko nazwano „Klubem pedofilów”. Według prokuratorów oskarżeni zaczepiali na Dworcu Centralnym młodych chłopców, najczęściej uciekinierów z domów dziecka czy ośrodków wychowawczych, i namawiali ich do uprawiania seksu. Płacili za to drobne kwoty, od czterdziestu do stu złotych. Czasami wystarczyło poczęstować chłopaków alkoholem. Dlaczego zatem „Klub pedofilów”? Bo ci zwyrodnialcy chętnie przekazywali sobie chłopców „z rąk do rąk” – niczym kasety wideo z piracką kopią filmu Komando z Arnoldem Schwarzeneggerem, kiedy w Polsce nie było nawet jeszcze wypożyczalni wideo.

Wśród osób, którym postawiono zarzuty w tym śledztwie, był również Zbigniew S. Wiele miesięcy nie chciał odpowiadać na pytania dziennikarzy i się ukrywał. Rafał Pasztelański, jeden z najlepszych polskich dziennikarzy kryminalnych, piszący wtedy dla „Życia Warszawy”, opowiedział mi, jak polował na Zbigniewa S.

– Nie można było się z nim w żaden sposób skontaktować. Z fotoreporterem pojechałem więc do niego do domu. Drzwi otworzyła żona. Przedstawiłem się i powiedziałem, że chciałbym porozmawiać z jej mężem. Kobieta zapytała, o co chodzi. Nie chciałem zdradzać, o co chcę go zapytać, ale zapewniałem ją, że to bardzo ważna sprawa – wspomina Rafał Pasztelański.

W pewnym momencie żona biznesmena cofnęła się i zaczęła z kimś rozmawiać przez telefon. Dziennikarz zauważył, że z okna na pierwszym piętrze ktoś przygląda mu się zza firanki.

– Męża nie ma. Proszę przyjechać kiedy indziej – oświadczyła.

– Ale przecież widzę, że pan Zbigniew jest na piętrze.

Proszę go poprosić, mam bardzo ważne pytanie.

Kobieta jednak wciąż twierdziła, że męża nie ma w domu. Wtedy reporter powiedział wprost:

– Chciałbym, żeby pan Zbigniew S. odniósł się do tego, że prokuratura postawiła mu zarzut pedofilii.

Wtedy drzwi domu państwa S. się zamknęły.

Pasztelański nie chciał publikować tekstu bez komentarza biznesmena, zwłaszcza że prokuratorzy starannie ukrywali nazwiska podejrzanych w tej sprawie. Po kilkudziesięciu minutach, siedząc nad artykułem, odebrał telefon.

– „Ty kurwo, ty chuju. Zniszczę cię. Jak można takie rzeczy żonie mówić. Kurwo, oglądaj się za siebie”. Tyle pamiętam – wspomina.

Następnego dnia Rafał Pasztelański złożył w komisariacie policji zawiadomienie o groźbach karalnych. Funkcjonariusz z niechęcią przyjmujący zgłoszenie kilkakrotnie pytał go, czy na pewno chce je złożyć.

– Powiedziałem, że tak, bo gdyby rzeczywiście coś mi się stało, to policja wiedziałaby, gdzie zacząć szukać – śmieje się dziennikarz.

Sprawę bardzo szybko umorzono. Panowie Rafał Pasztelański ze Zbigniewem S. w końcu spotkali się na sali rozpraw, ale już w innej sprawie.

Uniewinniony od zarzutów

Warszawski sąd oczyścił biznesmena z zarzutów. Jednak kiedy zbierałem materiały do tej książki, udział biznesmena o wielu nogach w tym przestępstwie i jego uniewinnienie nie dawały mi spokoju. Umówiłem się z jednym z policjantów pracujących nad aferą „Klubu pedofilów”. Choć pamiętał nazwisko mojego bohatera, to za nic w świecie nie mógł sobie przypomnieć, czemu go uniewinniono. Czy został oskarżony wskutek błędów śledczych, czy ktoś wprowadził ich w błąd, czy się po prostu wywinął?

– Daj mi kilka dni. Zajrzę do akt i znowu się spotkamy – powiedział informator.

Muszę dodać, że podejrzanych w aferze „Klubu pedofilów” równie szybko przybywało, jak ubywało. Prześcigaliśmy się w podawaniu nazwisk osób publicznych, które miały być „członkami” tego zwyrodniałego klubu. Często podpuszczali nas policjanci. Wystarczyło, że któryś z molestowanych dzieciaków palnął jakieś nazwisko, a już trafiało ono na czarną listę.

Kilka tygodni później znowu rozmawiam z moim informatorem.

– Przepraszam, że tak długo to trwało, ale musiałem się spotkać z kolegą, który prowadził tę sprawę. Powiem ci, jak to było według nas – tłumaczy mój informator. – Jeden z dzieciaków wsypał Zbigniewa S. Potem rozpoznał go podczas okazania. Ten dzieciak zeznał na protokół, że miał kontakty seksualne ze Zbigniewem S. i że ten upolował go na Centralnym. Problem w tym, że według mojego informatora Zbigniew S. dotarł do tego chłopca i zapłacił mu za zmianę zeznań. Ten dzieciak w pierwszym zeznaniu wskazał dokładną datę i miejsce, gdzie doszło do stosunku. Problem polegał na tym, że kalendarzowo ten chłopiec miał piętnaście lat, ale kiedy poznał Zbigniewa S., był jeszcze czternastolatkiem. Podczas przesłuchania w sądzie zapytano go, czy do spotkania ze Zbigniewem S. doszło w kwietniu – jak mówił podczas przesłuchania przez policjantów – czy w październiku, jak twierdził Zbigniew S. Chłopiec wtedy powiedział, że nie pamięta. Ponieważ w październiku miał już ukończone piętnaście lat, sąd rozstrzygnął ten spór na korzyść oskarżonego. Tylko dlatego Zbigniew S. uniknął skazania – zdradza mój informator.

Trójkąty w wannie

– Powiedz, jak wyglądały takie spotkania. Co on mówił, jak przyprowadzałeś mu escortów? Kazał się im rozbierać, czekał, aż będą nadzy, czy to oni decydowali, co się wydarzy?

– Nie wiem, nie wnikałem w przebieg spotkań. Ja ich tam zostawiałem. Z tego, co wiem, zaczynało się od tego, że wybierał sobie jednego albo dwóch, którzy szli z nim do wanny. Trzeba było go umyć, poleżeć z nim w tej wannie, jakieś tam przytulanki, co do seksu, to nie wiem. Ciężko mi powiedzieć.

Dałem ci wiele kontaktów, możesz próbować, ale wybacz mi strach. Witek, właściciel tego burdelu, jest dla wszystkich nieuchwytny od dwudziestu pięciu lat. Ja mam nadstawiać swoją dupę?

Jeden z tych gości, którego ci dałem, mówi bez ogródek, ale wciąż wiele osób nabiera wody w usta. Znam osoby, które były przede mną i były u jeszcze innych znanych ludzi. Natomiast kiedy po twoim telefonie próbowałem zagaić temat, żadna nie chciała do tego wracać.

Hotel w Wawrze

Nie zawsze biznesmen wybierał się aż pięćset kilometrów od stolicy na gejowskie sex-party. Lubił zabawić się też w skromnym hoteliku w Wawrze.