Bliska znajoma

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Dowodem istnienia potwora są jego ofiary.

Zbigniew Herbert

Ten, który walczy z potworami, powinien zadbać, by sam nie stał się potworem.

Fryderyk Nietzsche

Prolog

Miał sekret. Wciąż bał się ciemności. Nikt o tym nie wiedział.

Nie wiedział żaden z kolegów z klasy, ani Julek, największy przyjaciel. Ukrywał to nawet przed ojcem. Jedynie mama wiedziała, bo ona nikomu nie powie.

Ale w tym miejscu nie było nic poza ciemnością, nie było od bardzo dawna.

Kiedyś był jeszcze tu jego krzyk, gdy wołał matkę i ojca. Były jego wołania, że tu go zamknięto, błagania, by ktoś go wypuścił.

Krzyk się skończył, zaczęło się pragnienie, zimno i głód. Butelka wody, choć spora, opróżniła się szybko. Opakowanie krojonego chleba starczyło na niewiele dłużej. Większość czasu siedział i się kiwał, uderzając tyłem głowy o ścianę. Płakał, ale i płacz odszedł, tak jak odchodziło wszystko. Raz, na początku, zmoczył się w spodnie, które z czasem wyschły, a potem przestał nawet sikać.

Chciał pić, bez przerwy myślał o piciu. Oblizywał spierzchnięte usta, aż język, suchy jak drewno, zaczął ranić mu wargi.

Miał latarkę. Leżała przy jego nodze. Dawała mdłe światło, jednak zapalał ją rzadko. To nie było dobre światło. Wyodrębniało z mroku coś, co tam było, co przerażało go bardziej niż ciemność.

To nie jest prawdziwe, powtarzał sobie. Tata potrafiłby mu to wytłumaczyć. Ale taty nie było, nie było mamy, której mógłby się zwierzyć, że choć wie, że to nie jest prawdziwe, to i tak się boi.

Potem zaczął się ból. Bolało go ciało i działy się dziwne rzeczy. Wydawało mu się, że mama tu jest i do niego mówi, ale potem okazywało się, że jednak jej nie ma. Widział ojca, który wyciągał do niego rękę, a gdy usiłował ją chwycić, łapał powietrze. Julek go wołał, coś krzyczał i się śmiał. Ten śmiech był najgorszy, bo trwał i trwał. Prosił Julka, by sprowadził do niego rodziców. Ale Julek chciał się tylko bawić, wciąż go wołał i nie słuchał.

To też znikło. Miał poczucie, że wszystko wokół niego zwalnia, choć przecież nic wokół niego nie było.

Na koniec nie czuł już głodu. Ani pragnienia, które było najgorsze. Przestał do niego docierać pulsujący z wnętrzności ból.

Wziął latarkę. Jego ręka była słaba, a latarka coraz cięższa. Zapalił ją i zamknął oczy, oślepione nawet tak mdłym blaskiem.

Gdy je otworzył, zobaczył oczy tamtego. Wielkie, płaskie źrenice wymalowane na ścianie, i długie czarne ręce wyciągające się po niego.

Powieki mu znowu opadły. Był zbyt wycieńczony, by się bać.

Latarka wysunęła się z dłoni i zgasła. Nie miał siły jej podnieść.

Czuł, jak on sam się osuwa, odpływa gdzieś daleko.

Spękane usta jeszcze szeptały słowo, które padło tysiące razy w ciemności. Było tęsknotą, wołaniem o pomoc, ale nie było już w nim nadziei:

– Mamo...

1

Nic nie osiągnęli. Ponad sto godzin poszukiwań, rozpytywania ludzi, zbierania śladów, analizy danych, stawiania i weryfikacji hipotez – i znaleźli się tam, gdzie na początku. Nigdzie.

To znaczy mieli przed sobą tego mężczyznę, który patrzył na Kruka z mieszaniną strachu i zadowolenia, ale nie chciał mówić. No i było jeszcze to jego ładne mieszkanie w niskim starym bloku na drugim piętrze.

Komisarz Sławomir Kruk rozglądał się po nowoczesnym wnętrzu, ścianach, na których wisiały tandetne, ale przyjemne obrazki, meblach, całkiem solidnych, do których dobrano pasujące kolorystycznie dodatki. Były narzuty, serwety, serwetki, nawet ozdobny wazon, aktualnie bez kwiatów. Facet mieszkał sam, ale czuło się tu kobiecą rękę. W jego przypadku była to ręka matki.

Mimo wszystko powietrze było trochę nieświeże, na meblach leżała warstwa kurzu i panował bałagan.

Kruk przespacerował się po miękkim dywanie i usiadł na sofie. Miał dość. Zespół, w którego skład wchodzili także dwaj technicy kryminalistyczni, czekał pod blokiem na pozwolenie wejścia, ale on jeszcze zwlekał.

Z kuchni dobiegały odgłosy otwierania i zamykania szafek. To drugi z obecnych na miejscu komisarzy, Paweł Lalkarz, dokonywał pobieżnego przeszukania. Pobieżnego, bo nie po to tu weszli. Lepiej zrobi to ekipa oględzinowa, ale wpuszczenie jej oznaczało konieczność wyprowadzenia stąd lokatora mieszkania i zawiezienia go na komendę.

Komenda policji to świetne miejsce na rozmowę z podejrzanym, panuje tam odpowiedni nastrój, jednak za dużo jest kamer. Kruk ich nie lubił i nie chciał ludzi za lustrem weneckim, bo tacy ludzie, pełni dobrych chęci i wyuczonych paragrafów, zaskakująco przeszkadzali w porozumieniu.

Spojrzał na zegarek w komórce, dochodziła dwudziesta pierwsza. Jarek Mączyński, jedenastolatek, uczeń trzeciej klasy szkoły podstawowej, w piątek dziewiętnastego października, dokładnie przed stu dwiema godzinami, zniknął z ulicy w drodze ze szkoły i od tej pory ślad po nim zaginął. Komórka chłopca stała się nieaktywna, nikt nie skontaktował się z jego rodzicami.

Sto dwie godziny to mnóstwo czasu. Dla przerażonych rodziców wieczność. Dla dzieciaka… Kruk starał się o tym nie myśleć.

– Panie Mironie – starannie wymówił oryginalne imię. – Czas nam się kończy.

Mężczyzna siedzący na krześle miał skute z tyłu ręce, pucołowatą twarz i był blady. Gdy policjanci tu weszli, Lalkarz pozwolił mu włożyć buty, ale Kruk nie pozwolił go wyprowadzić. Trzydzieści dwa lata, z wykształcenia mechanik samochodowy, podobno niezły, który zdążył już stracić pracę w każdym warsztacie w mieście.

– Nie wiem, czego ode mnie chcecie.

– Cały czas pan to powtarza, choć wyjaśniałem już tyle razy. Jak pan znów to powie, uznam, że pan mnie nie słucha.

– Jestem niewinny. Chcę adwokata.

Niewinność Mirona Szanawskiego była mało prawdopodobna, nie był geniuszem zbrodni, ale to nic dziwnego, bo większość przestępców nie była. Znali porywacza, ale nie znali losu chłopca i miejsca jego pobytu. Rodzina była zamożna, jednak nie przedstawiono żądania okupu. Nie mieli nawet pewności, czy chłopiec wciąż żył.

Odgłosy w kuchni umilkły i Lalkarz stanął w drzwiach pokoju. Pokręcił głową. W końcu trzeba będzie jednak wpuścić techników, którzy są lepsi od Pawła w znajdowaniu śladów, ale Kruk nie wierzył dziś nawet w techników. Porwanego chłopca pewnie nigdy nie było w tym mieszkaniu. Decyzję o wejściu podjął oficer Centralnego Biura Śledczego Policji, które wspólnie z Komendą Wojewódzką Policji w Gdańsku prowadziło sprawę. Ta decyzja była wyrazem desperacji.

– Zabieramy podejrzanego – powiedział Paweł. – Nic tu po nas.

Kruk się nie ruszył. Gdy zabiorą Szanawskiego na komendę, los chłopca zależeć będzie od chęci porywacza do współpracy z policją. Ale zdradzając miejsce pobytu chłopca, Szanawski automatycznie przyzna się do porwania. Bez jednego nie będzie drugiego.

Kruk popatrzył na okrągłą gębę faceta. Nie śpieszyło mu się za kraty. CBŚP wezwało jakiegoś specjalistę z Warszawy, który miał skłonić Szanawskiego do wyznań. Specjalista był w drodze. Miał ponoć plan, znał nowoczesne techniki przesłuchań i był dobrej myśli.

Pośród rzeczy, w które Kruk dzisiaj nie wierzył, był także specjalista z Warszawy. Zbyt wielu takich oglądał. Służyli szefostwu jako dupochrony, ale co z tego? Kruk nie powinien się angażować bardziej, niż to konieczne. Nie znał dzieciaka, jego rodzinę poznał niedawno. Byli przerażeni, ale jacy mieli być? Nie można wszystkich spraw brać osobiście. Przez sto godzin sprawdzał każdą poszlakę. Niemal zupełnie nie spał, czuł ogromne zmęczenie. A że to ostatecznie zda się na nic?

Trudno. Nie Kruka wina. Specjalista będzie się starał. Szanse chłopca staną się nikłe, ale Kruk wyjdzie z tego bez skazy. Nikt mu nic nie zarzuci. Ludzie powiedzą, że zrobił, co mógł.

Nie przyjdzie im do głowy, że Kruk był w stanie zrobić więcej.

Dużo więcej.

Zmęczenie go obezwładniało. Ono i te nawracające myśli.

– Zejdź na dół zapalić – powiedział do Pawła.

Lalkarz gwałtownie podniósł wzrok. Znali się od dzieciństwa, wychowali się, a później całe lata pracowali razem, ścieżka myślowa Kruka była dla Pawła czytelna. Dał gestem znać, żeby wyszli do przedpokoju, i tam ściszonym głosem zapytał:

– Co ci, kurwa, chodzi po głowie?

– Sam z nim pogadam – odparł Kruk. – Widzę w nim wolę współpracy.

– Kiedy ją zobaczyłeś? Słyszałem przez ścianę, że zażądał adwokata, jak na filmie.

– To nic. Jeśli jest szansa, by coś powiedział, to właśnie tutaj. Teraz.

Paweł miał na sobie świetnie skrojony garnitur. Zawsze był elegancki. Poprawił krawat, który z jakiegoś powodu nagle zaczął go uwierać.

– Powiedziałem, idź zapalić – powtórzył Kruk.

Patrzyli sobie w oczy. W oczach Pawła były złość i niedowierzanie. Ale to on spuścił wzrok pierwszy.

– Żebyś wiedział. Pójdę zapalić.

Zwrócił się w stronę drzwi.

– Paweł – rzekł Kruk. – Kluczyki do kajdanek.

Lalkarz rzucił mu kluczyki i wyszedł, trzaskając drzwiami.

Kruk głęboko odetchnął. Musiał się śpieszyć, ale jeszcze długą chwilę stał bez ruchu, zbierając siły. Spojrzał na swoje dłonie. Miał na nich lateksowe rękawiczki. Nałożyli je, zanim weszli do mieszkania, tak na wszelki wypadek, żeby nie doszło do kontaminacji czy czegoś tam. Ładne słowo: kontaminacja…

 

Te rękawiczki wiele ułatwiały.

Kruk ponownie odetchnął i ruszył, jednak nie od razu poszedł do pokoju. Najpierw zajrzał do kuchni.

Widział tam wcześniej srebrną taśmę i kilka reklamówek z marketów. A, i jeszcze plastikowe trytytki. Też się przydadzą.

2

Komisarz Paweł Lalkarz nie miał przy sobie papierosów. Musiał poprosić o poczęstunek jednego z czekających przed blokiem techników. Zaciągnął się mocno i spojrzał w górę na zasłonięte okna mieszkania Mirona Szanawskiego. Technik podążył za jego wzrokiem.

– Co tam się dzieje, panie komisarzu?

– Sławek rozkuł podejrzanego. Chce z nim porozmawiać jak z człowiekiem. W otoczeniu, które podejrzany zna, bez całej tej wywózki na Sybir.

Technik bez przekonania wzruszył ramionami.

– Myśli pan, że takie coś może się udać?

Lalkarz czuł niepokój, że zostawił tam Kruka z podejrzanym. Niepokój – i poczucie winy.

– Zobaczymy. – Zaciągnął się znowu.

Przyjechali tu cywilnymi samochodami, ale mieszkańcy bloku już wiedzieli, że są z policji, choćby dlatego, że niedawno odholowano furgon Szanawskiego do badań. W wielu oknach majaczyły twarze: zaciekawione i znudzone, przyjazne i nieprzyjazne. Lalkarz strzepnął popiół na chodnik.

Usiłował okadzić się dymem z papierosa, aby usunąć mdły zapach mieszkania Szanawskiego. Niechlujny w życiu, niechlujny w przygotowaniu porwania, powiedział dziś o Mironie Szanawskim Kruk.

Chłopca porwano w odległości siedmiuset metrów od domu. Wzdłuż chodnika, którym szedł, rosły drzewa, między nimi parkowały samochody. Gdy policja rozpoczęła poszukiwania, zgłosił się mężczyzna, który widział idącego chłopca z okna mieszkania, ale ten zniknął mu z oczu za białym furgonem. Nie zobaczył go, jak zza niego wychodzi. Furgon wkrótce odjechał.

Świadek znał chłopca z widzenia. Furgon widział po raz pierwszy i przyznał się, że przez moment poczuł „dziwne uczucie w brzuchu”, bo chłopiec był dobrze ubrany, a furgon przerdzewiały i brudny. Mężczyzna nie dopuścił jednak do siebie myśli, że mogło się wydarzyć coś złego. Uspokoił sam siebie wyjaśnieniem, że chłopiec spotkał się z kimś, kto na niego czekał, i pojechali gdzieś razem.

Niedaleko było miejsce, gdzie kamera monitoringu prywatnej firmy obejmowała swoim zasięgiem także część ulicy. Policjanci zabezpieczyli nagranie z godziny, o której mówił świadek, i zidentyfikowali na nim furgon marki Volkswagen odpowiadający opisowi. Miał częściowo zamazane błotem tablice rejestracyjne, przez co – a także z powodu niskiej jakości nagrania – nie udało się odczytać numerów. Udało się za to stwierdzić charakterystyczne wgniecenie na masce samochodu.

W trakcie poszukiwań wypłynęła kwestia sprawy sądowej, którą rodzice Jarka Mączyńskiego wytoczyli żonie Cypriana Szanawskiego, zmarłego przed dwoma laty komornika sądowego.

Chodziło o dom w Oliwie na Derdowskiego, który kiedyś należał do nich, a w którym pani Łucja Szanawska obecnie mieszkała. Jej mąż, zdaniem Mączyńskich, zlicytował go poniżej wartości rynkowej, a wkrótce potem sam stał się jego właścicielem. Walka w sądzie trwała osiem lat, komornik zdążył w tym czasie umrzeć, ale ostatecznie Mączyńscy niedawno sprawę wygrali.

Syn Łucji Szanawskiej, Miron, zamieszkały w Gdańsku Oruni, okazał się właścicielem białego furgonu volkswagena z wgnieceniem na masce. Osiemnaście godzin po zniknięciu chłopca policja podjęła obserwację nienotowanego bezrobotnego mechanika samochodowego, utalentowanego, ale niestarannego, po którym zbyt wiele trzeba było poprawiać, żeby opłacało się go zatrudniać.

To właśnie wtedy Kruk rzucił uwagę o jego niechlujstwie. Natychmiast ściągnięto billingi i lokalizację komórki Szanawskiego. W dniu porwania komórka logowała się wyłącznie w okolicach jego mieszkania. Ale w poprzednich dniach logowała się dwukrotnie w okolicy przypuszczalnego miejsca porwania.

Całodobowa obserwacja nic nie dała. Szanawski spędzał czas w mieszkaniu, raz tylko, w niedzielę, pojechał odwiedzić matkę. Wizyta trwała czterdzieści minut, zjadł u matki obiad i wrócił do siebie, zrobiwszy wcześniej zakupy w monopolowym. W tym czasie, na mocy specjalnych uprawnień uzyskanych ze względu na śledztwo, w którym potencjalną stawką było ludzkie życie, policja potajemnie weszła do jego mieszkania. Zastawszy je puste, bez śladów pobytu dziecka, funkcjonariusze wycofali się, nie zostawiając śladów.

Nocą potajemnie przetrząśnięto parkujący pod blokiem furgon, lecz niczego przydatnego nie znaleziono. Usiłowano zebrać ślady uwiarygadniające, że chłopiec był w furgonie, ale nawet to się nie powiodło.

Udający akwizytorów policjanci odwiedzili też matkę Szanawskiego, ufną starszą kobietę, która wpuściła ich do domu i o mało nie kupiła od nich kompletu noży. Policja wciąż nie decydowała się na konfrontację, licząc na to, że Szanawski – jeśli to on był porywaczem – doprowadzi policję do porwanego. Brano pod uwagę możliwość pomyłki świadka i sprawdzano alternatywne tropy.

Ogłoszono Child Alert, ale nic się nie stało. Mijały kolejne godziny, a Szanawski siedział w domu przy zasłoniętych oknach i nigdzie nie wychodził. Strategia obserwacji nie dała żadnych rezultatów i nic nie wskazywało na to, że to może się zmienić.

Kruka, który uczestniczył w tym wszystkim od początku, ogarnął rodzaj obłędu. Chciał odnaleźć dziecko za wszelką cenę.

Sto jeden godzin po zniknięciu Jarka dwóch komisarzy Komendy Wojewódzkiej, Sławomir Kruk i Paweł Lalkarz, zapukało grzecznie do mieszkania Szanawskiego, a gdy otworzył, skuło go i posadziło na krześle. Rozpoczęto rozmowę, która okazała się równie bezowocna, jak wszystkie poprzednie poczynania policji. Facet nie przyznawał się do niczego i odmawiał współpracy.

Kolejnym krokiem było przewiezienie podejrzanego na komendę i gruntowne tym razem przeszukanie mieszkania, w nadziei że natrafią na coś, co naprowadzi ich na ślad zaginionego chłopca.

Mało kto wierzył, że to coś da.

– Dlaczego ludzie robią takie rzeczy? – odezwał się technik.

– Jakie?

– Dlaczego porywają dzieci?

Komisarz Paweł Lalkarz wzruszył ramionami. To pytanie nie miało sensu.

3

Kruk położył na stole w pokoju kilka reklamówek, odwinął duży kawał srebrnej taśmy z rolki i oderwał ją zębami. Trzeba być ostrożnym. Paweł mówił, że tu wszystko słychać przez ściany.

– Nic nie wiem, to nie ja… – zaczął Szanawski, ale nie skończył, bo srebrna taśma zatrzasnęła mu usta.

– Nie chcę tego słuchać – powiedział Kruk. – Bo jeśli to nie ty, to jestem skończony. Po tym, co ci zrobię, wszyscy się ode mnie odwrócą.

Kruk powiódł wzrokiem po wnętrzu mieszkania już po raz dziesiąty, może po raz setny, z tą samą nadzieją, że nagle dostrzeże coś, co przeoczył, i będzie mógł zakończyć ten cyrk, zanim go na dobre rozpocznie.

– Ale to ty, Mironie. Muszę ufać materiałom, które zgromadziliśmy. Człowiek taki jak ja musi w coś wierzyć, rozumiesz?

Przytwierdził jego nogi do nóg krzesła trytytkami, kolejnymi przyczepił kajdanki, którymi Szanawski miał skute ręce na plecach, do grubego szczebla w oparciu krzesła.

Nachylił się nad facetem.

– Posłuchaj, bo mam mało czasu – szepnął mu wprost do ucha. – Muszę wiedzieć, gdzie jest dzieciak.

Szanawski obserwował go z czujnością dzikiego zwierzęcia złapanego w klatkę, ale nawet nie drgnął. Trafił się Krukowi mało lotny podejrzany. Nie szkodzi, żeby tylko czasu było więcej.

– Dobra, umówmy się tak: ja robię swoje, a gdy będziesz gotowy gadać, coś wymyślisz, aby dać mi znać.

Brak reakcji. Oczywiście, bo facet jest w rękach policji. Cokolwiek zrobił dzieciakowi, z jakichkolwiek powodów, gdziekolwiek go zostawił, komukolwiek sprzedał, czy dzieciak jest cały, czy w kawałkach, żyje czy umarł, a nawet jeśli właśnie w tej chwili umiera, Miron Szanawski, sprawca jego zniknięcia, może być o siebie spokojny. Jest przecież oprawcą, nie ofiarą. Taki ma swoje prawa.

Nic nie musi. Ani odpowiadać na pytania, ani mówić prawdy, gdyby zaszczycił śledczych i w ogóle chciał się odezwać. Służby śledcze są dziś cywilizowane. To dobrze, bo niewinni obywatele w rękach policji mogą czuć się bezpieczni. Ale cywilizacja ma swoją cenę, którą ktoś musi zapłacić. Tym razem zapłaci ją jedenastoletni dzieciak.

Jeśli Kruk na to pozwoli.

Komisarz wybrał foliową torbę z marketu. Obejrzał ją sobie: była mocna, bez dziur i skaz. Oczy Szanawskiego się rozszerzyły. Rzucił rozpaczliwe spojrzenie na drzwi.

– Nikt tu nie wejdzie – rzekł Kruk, obchodząc krzesło i stając za plecami Szanawskiego. – Mój kolega wie, że rozmawiamy. Nie wpuści nikogo, dopóki go nie zawołam. Wierzy, że zdołam cię przekonać.

Zarzucił mu reklamówkę na głowę. Nie śpieszył się, może sama groźba wystarczy. Jeśli facet uświadomi sobie, co go czeka, jest szansa, że zacznie mówić od razu. Wszystko zależy od tego, jaką ma wyobraźnię i jak przerażające wizje potrafi tworzyć w głowie. Chyba że nie ma wyobraźni. Tym gorzej dla niego i Kruka.

Powoli obkurczył folię na jego głowie i mocno owinął uchwyty na szyi. Przytrzymał. To Szanawskim wstrząsnęło, usiłował potrząsnąć głową, najpierw lekko, jakby na próbę. Potem rzucił się na krześle, ale Kruk trzymał, żeby siedział, jak należy. Uwiesił się faceta i w odbiciu w szybach regału widział, jak reklamówka przywiera do jego twarzy, w miarę jak usiłował zaczerpnąć powietrza, którego nie było. Uwidoczniły się nos, oczodoły, broda.

Dociskał kolanem siedzisko krzesła, dłońmi obejmował szyję mocno, uważnie, żeby nie zostawić siniaków. Szanawski rzucił się jeszcze raz, najmocniej, w bok, usiłując wywrócić krzesło. Kruk puścił ręce, przytrzymał oparcie, a potem ściągnął mu reklamówkę z głowy.

Szanawski wykonał głośny, zawodzący wdech, i kolejne, które brzmiały jak kaszlnięcia. Brakowało mu ust, same nozdrza dostarczały powietrza zbyt wolno i w zbyt małych ilościach.

– Gdzie jest dzieciak? – spytał Kruk, ale nie czekał na odpowiedź, tylko znowu narzucił mu torbę na głowę.

Szanawski zareagował paniką. Zaczął się rzucać jak wściekły. To Kruka nie zniechęciło. Utrzymać krzesło i nie dopuścić powietrza pod folię, na tym się skupił. Szanawski starał się coś powiedzieć. Kruk jeszcze nie był ciekawy.

Aby nagrodzić wysiłki, ściągnął mu jednak torbę z głowy.

Szanawski chłonął powietrze głośno i szybko jak psujący się wentylator.

– Gdzie jest dzieciak?

Przerażone spojrzenia, spazmatyczne oddechy, byle więcej i częściej. Wahanie, które sprawiło, że Kruk spojrzał na reklamówkę. Mogli to wszystko powtórzyć. Będą to powtarzać tak długo, jak wiele Kruk dostanie czasu.

Usiłował nie myśleć o tym, co właśnie robi. Myślał o dzieciaku. Porwany jedenastolatek też musiał się bać, gdy go zabierano z ulicy. Nie ma nad kim się litować. Nie zdążył ponownie rozłożyć reklamówki, gdy Szanawski zaczął gadać, choć przez taśmę na ustach nic nie dało się zrozumieć, wydobywały się tylko stłumione piski.

Kruk położył palec na ustach. Tamten powoli ucichł, tylko oczy wciąż były wielkie i przerażone.

– Usunę taśmę – powiedział Kruk. – Nie wolno ci krzyczeć, rozumiesz?

Gwałtowne kiwanie głową. Rozumiał, pewnie, że rozumiał.

Kruk zerwał mu taśmę z ust.

Szanawski drgnął, a jego usta zadygotały nieporadnie, jakby zapomniały, na czym polega mówienie. Kruk nachylił się, żeby nie uronić słowa. Szanawski szeptał, płakał, przysięgał.

Podał Krukowi miejscówkę pod Gdańskiem. Opisał dom, podwórko, bramę. Tam był chłopiec, w tym domu. Opiekowała się nim jego znajoma. Chcieli okupu, ale czekali, aby mieć pewność, że policja nie trafiła na ich ślad. Jego znajoma opiekuje się dzieciakiem, nic mu nie grozi, wróci do domu, czy rodzice zapłacą okup, czy nie…

Kruk patrzył na niego i milczał. Ta miejscówka była cholernie daleko. Zanim to sprawdzą, trzeba będzie przewieźć Szanawskiego na komendę.

Sięgnął po telefon i wybrał numer Pawła.

– To trochę potrwa – powiedział. – Ale warto, zaczynamy się dogadywać.

– Pośpiesz się, oddział ludzi czeka na sygnał do wejścia.

– Zajmij ich czymś. Opowiedz parę dowcipów.

Kruk rzucił telefon na stół i ciężko odetchnął. Do tej pory jeszcze miał nadzieję, że uda się załatwić sprawę, nie zostawiając śladów. Trudno. Za daleko zabrnął, nie mógł się wycofać.

Uważał, że ten facet kłamie.

Kruk zaczął się śpieszyć. Taśma na ryj. Oczy Szanawskiego coraz większe, ponownie nadciągnęła panika. Chyba naprawdę sądził, że Kruk pogoni ekipę na wskazaną przez niego miejscówkę, a tu niespodzianka. Kruk wziął inną reklamówkę, taką z Lidla. Nałożył ją facetowi na łeb, obkurczył, wypuszczając ze środka powietrze. Tym razem obwiązał taśmę wokół szyi.

 

– Myślisz, że mnie wystawisz? Gdzie jest dzieciak?

Szanawski szarpnął głową, ale Kruk już nie czekał. Zamach, cios w twarz za logo sklepu. Głowa odskoczyła, kolejny cios i następny. Szanawski wyprężył się, zaczął się szamotać, reklamówka, z której wyssał tlen, już oblekała się na jego głowie niczym druga skóra. Rozpaczliwie walczył o oddech, coraz szybciej bił głową powietrze. Kruk znowu uderzył i krzesło wraz z siedzącym na nim człowiekiem się przewróciło.

Kruk zaciskał pięść i luzował palce. Patrzył i oceniał. Jeśli Szanawski straci przytomność, może być źle. Ale już i tak było źle. Jakkolwiek ta sprawa się skończy, skończy się fatalnie, przynajmniej dla Kruka, a pewnie i dla porwanego chłopaka.

Napłynęły wątpliwości. A jeśli facet jest jednak niewinny? Jeśli zabrał się za niewłaściwego człowieka? Przed chwilą powiedział cokolwiek, żeby się ratować, ale wcale nie wie, gdzie jest chłopiec?

Ta myśl była jak uderzenie młota i Kruka obezwładniła. Poczuł mdłości. Kiedyś coś takiego już mu się zdarzyło. Okoliczności były mniej dramatyczne, a może tylko teraz mu się tak wydawało. Miał wtedy szczęście, ale takiego szczęścia nie ma się nigdy dwa razy.

Uklęknął i rozdarł palcami reklamówkę, a Szanawski usiłował wciągnąć powietrze nosem. Do tej pory to się zawsze udawało, ale tym razem zalewała go krew. Kruk jednym pociągnięciem zdarł taśmę z jego ust.

Szybki, drastyczny wdech. Cała seria wdechów pompująca do płuc powietrze. Każdy oddech jest cudem, łatwo się o tym przekonać. Wystarczy reklamówka z marketu.

Szanawski jeszcze łapał powietrze, ale już mówił. Zalał Kruka bełkot, potok słów wypowiadanych bez namysłu, bez kontroli. Jakiś dom na Kartuskiej przeznaczony do rozbiórki, tabliczka „Niebezpieczeństwo zawalenia. Wstęp wzbroniony”, stalowe drzwi do piwnicy, wstawił tam zamek, prosty, ale na bachora wystarczy, niech Kruk tam jedzie, znajdzie go od razu, wystarczy pojechać.

– Gdzie klucz? – spytał Kruk.

Nie wie, zapomniał. Może wyrzucił. Nie trzeba klucza, zamek jest słaby.

– W jakim stanie jest chłopiec?

Nie wie, dostał zapas jedzenia i wody. Szanawski nie chciał tam jeździć. Nie od razu, bał się, że zostanie złapany. Trzeba tam jechać, uwolnić chłopaka, niech Kruk go uwolni, niech się przekona, że tam jest.

Kruk patrzył na niego, myślał.

Poszedł do kuchni i przyniósł stamtąd nóż. Przykucnął przy Szanawskim, nożem przeciął trytytki mocujące kajdanki do oparcia, potem otworzył same kajdanki. Facet wciąż miał trytytki na nogach i nie zareagował na uwolnienie rąk.

– Uderz pięściami w podłogę – powiedział Kruk.

Szanawski skierował na niego półprzytomny wzrok.

– Zrób to.

Uderzył prawą ręką. Raz. Drugi.

– Mocniej, kurwa.

Uderzył znowu. Mocniej. Jeszcze mocniej, znowu. Gdy na kostkach pojawiła się krew, Kruk powiedział:

– Wystarczy. Druga ręka.

Poprzestali na kilku uderzeniach. Kruk znowu skuł mu dłonie, przeciął trytytki na nogach, postawił z powrotem krzesło i pomógł facetowi się podnieść. Usadził go na krześle, po czym przeciął taśmy okalające szyję i zdjął mu z głowy resztki reklamówki. Odłożył pozostałe torby na miejsce, z wyjątkiem jednej, z Biedronki. Facet coś szeptał do siebie, krew spływała mu z twarzy. Kruk ostrożnie załadował przecięte trytytki i użyte reklamówki do torby z Biedronki, zmiął, zawiązał. Powstał niewielki pakunek, który da się wynieść z mieszkania pod kurtką.

Sięgnął po telefon.

– Podejrzany współpracuje – powiedział, sam również starając się uspokoić oddech. – Sprawdźcie…

Przekazał Pawłowi lokalizację miejsca. Uprzedził, że drzwi są stalowe i trzeba je będzie wyważyć. Niech ekipa zabierze narzędzia.

Kruk przesunął stół, przewrócił wolne krzesło i wyłączoną lampę stojącą. Patrzył, jak spadają na podłogę.

Usiadł na sofie, łokcie oparł na udach i zwiesił głowę.