Na całego

Tekst
Z serii: Zbigniew Kaczmarek #8
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Copyright © by Piotr Bojarski, 2020

All rights reserved Redaktorzy prowadzący Jan Grzegorczyk, Tadeusz Zysk Redakcja językowa Agnieszka Czapczyk Skład i łamanie Teodor Jeske-Choiński Projekt okładki Magdalena Zawadzka Na okładce wykorzystano fragment zdjęcia wykonanego na lotnisku Ławica pod Poznaniem w 1919 r. Od lewej stoją: por. Wiktor Lang, ppor. Stefan Korcz. Zbiory Muzeum Narodowego w Poznaniu nr inw. MNP WA 8555/73. ISBN 978-83-8116-972-1 Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 faks 61 852 63 26 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Mojej kochanej żonie

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Naczelnik Państwa w Poznaniu

(…) Po obiedzie goście z naczelnikiem na czele udali się do sali tronowej, gdzie zgromadziło się kilka tysięcy zaproszonych przedstawicieli ze wszystkich sfer społeczeństwa. Zebrani powitali okrzykami naczelnika, który przechadzał się dłuższy czas, rozmawiając to z tym, to z owym. Wzruszony owacjami wygłosił naczelnik ze stóp tronu ongi Wilhelma krótką przemowę tej treści:

(…) Ogarnia Was wzruszenie i z tego powodu, że znajdujemy się w sali tego samego zamku, który miał być znakiem waszego upokorzenia. W tej sali, skąd niekiedy pioruny na wasze głowy spadały. Dziękuję Panom najserdeczniej i wierzajcie mi, że dzień ten zaliczać będę do najszczęśliwszych w moim życiu.

Krótko potem naczelnik opuścił salę. Powoli rozchodzili się goście, aż w końcu pogaszono światła na sali, gdzie długo jeszcze duchy zamkowe szeptały o niezwykłych zmianach, które zaszły od owych lat pamiętnych, gdy obcy dworacy obcemu monarsze pod dachem tym hołdowali.

„Kurjer Poznański”, wtorek, 28 października 1919 roku

Prolog
Okolice Gródka Jagiellońskiego pod Lwowem, 18 marca 1919 roku wieczorem

Zapadające ciemności spowalniają ich marsz.

Sterane nogi bolą, ale nikt nie grymasi.

Do przodu!

Do przodu!

Strzały nieprzyjaciela umilkły jakiś czas temu, ale muszą być czujni. W każdej chwili z boku lub zza pleców może nadlecieć śmiertelna kula.

Pokrwawione bandaże kilku lżej rannych potwierdzają: Kostucha czai się blisko!

Gęstniejący mrok z każdą chwilą ogranicza pole widzenia.

Są tylko oni, ciemność i bicie ich serc.

Oni, czyli pluton Jęczkowiaka.

Józefa Gabriela Jęczkowiaka, syna ślusarza Jana i krawcowej Anny z domu Wrońskiej, lat dwadzieścia pięć i dwa miesiące, sierżanta i dowódcy drugiego plutonu, jednego z wielu, które wzdłuż linii kolejowej spieszą z pomocą Polakom we Lwowie.

Spieszą, bo zgłosili się na ochotnika, gdy tylko w Poznaniu gruchnęło, że otoczony przez Ukraińców Lwów w potrzebie. Oni, zwycięscy powstańcy z Wielkopolski. W ciągu miesiąca sformowali kompanię, na dworcu pożegnał ich sam generał Józef Dowbor-Muśnicki. „Pokażcie, cośmy warci!” — polecił im, nim pociąg ruszył na południowy wschód.

Więc pokazują.

Jęczkowiak prowadzi ich czujnie, uważnie.

Tak samo, jak w 1916 roku wiódł swoich skautów w lasach pod Poznaniem do wygranej w manewrach.

I tak samo, jak latem 1918 roku pod francuskim Laon, gdy dowodził patrolami kamratów, „naprawiającymi” niemiecką łączność poprzez jej niszczenie.

Albo jak w grudniu 1918 roku, gdy skradał się ze swoimi uzbrojonymi ludźmi do poznańskiej Kaponiery.

Czy jak dzień później, gdy z kompanią Wierzejewskiego wyrzucali zaskoczonych, ogłupiałych Szwabów z fortu Grolman…

Poznańskie obrazki migają mu przed oczyma, gdy samotnie, skulony, wysuwa się sto, dwieście metrów do przodu, a potem zalega przy nasypie z mauzerem wycelowanym w mrok i krzyczy za siebie:

— Do mnieeeee!

Ta akcja ma bowiem coś z powstania.

Znowu idą do przodu.

Znowu zwyciężają.

Tyle że tym razem wróg jest inny, niewidzialny.

Strzela z ukrycia, w najmniej spodziewanym momencie.

I nie nosi mundurów w kolorze feldgrau.

Ani nie gardłuje z germańską chropowatością.

Język wroga brzmi z oddali miękko, słowiańsko…

Co to się porobiło, myśli, gdy jego żołnierze nadbiegają do niego i zalegają obok, z bronią gotową do strzału.

Pomimo zmęczenia bije od nich siła.

Duch jest wspaniały.

Tak zdobywają kolejne kilometry terenu dzielące ich od Lwowa.

Jęczkowiak poprawia stalowy niemiecki hełm wzór M1918, dłonią ukradkiem wyciera spod niego zimny pot.

Nawet nie ma czasu zastanowić się, czy się boi.

Ciemny bór po prawej niepokoi go najbardziej.

Nakazuje swoim ludziom pozostać na stanowiskach, a sam z karabinem w dłoni odrywa się od nasypu kolejowego i skokami zagłębia się w wilgotną ciemność.

Dopada do szerokiej na jakieś dwa metry rzeczki, skutej mizernym lodem.

Szuka miejsca, w którym ciek jest węższy, chce go sforsować. Rzeka jednak — jak na złość — jest równo szeroka.

Zbiera się więc w sobie, cofa się.

Chwyta mauzer z bagnetem w prawą dłoń, pochyla się — i biegnie.

Gdy skacze, słyszy nagły terkot karabinu maszynowego.

Brzmi obco, nierzeczywiście, jak zepsuty silnik aeroplanu.

Metaliczny dźwięk, a potem silne szarpnięcie w głowę…

Bolesny upadek w środek kruchego lodu.

I dojmujący chłód…

Trzeba było wziąć ten obrazek świętego Jerzego od księdza Kanikowskiego… — wybrzmiewa jego ostatnia myśl.

Zaraz potem świat wokół cichnie i gaśnie. Wolno, majestatycznie, jak światła w amfiteatrze.

CZĘŚĆ 1 – TAM I Z POWROTEM
I. Jak już pójdziemy
Dzień wcześniej. Noc z 17 na 18 marca 1919 roku. Wieś Dołhomościska, na zachód od Lwowa

Późnym wieczorem we wsi wystawiono warty, kuchnia polowa zagotowała strawę i wydała żołnierzom gorącą kawę. Kto nie miał służby w ubezpieczeniu, udał się do stodół, by przespać się choć kilka godzin. Oka nie zmrużyli jedynie dowódcy. Szef batalionu zwołał dowódców kompanii i plutonów na odprawę. W jednej z zajętych chat, której wnętrze oświetlała jedynie zawieszona u powały lampa naftowa, zgromadziła się kadra dowódcza. Było ich tak wielu, że nie pomieścili się w jednej izbie, niektórzy musieli zadowolić się postojem w sieni.

Sierżant Jęczkowiak, szczupły, wysoki mężczyzna z bystrym, wyzywającym spojrzeniem, słuchał dowódcy oparty o framugę drzwi. Sytuacja nie przedstawiała się różowo: osiemnaście kilometrów linii kolejowej do Gródka Jagiellońskiego znajdowało się w rękach Ukraińców. Sam Gródek i teren na wschód od niego, wzdłuż torów kolejowych aż po Lwów, były już w polskich rękach.

— Nasze zadanie brzmi: jutro, w ciągu jednego dnia, musimy odrzucić nieprzyjaciela od linii kolejowej do Gródka i przywrócić tym samym łączność kolejową z Lwowem. — Spokojny głos dowódcy rozchodził się płynnie w ciszy izby. — Chodzi o to, panowie, by nasze pociągi z żywnością, które jadą z Poznania, mogły tam dotrzeć jak najprędzej. Liczy się każdy dzień. Co tam dzień! Liczy się każda godzina. We Lwowie głód, naszym grozi kapitulacja…

— Gdy trwoga, to do Boga… — mruknął pod nosem Jęczkowiak, ale nikt z obecnych nie zwrócił na niego uwagi.

— …dlatego rozkazuję: batalion pierwszy naciera jutro po południowej stronie torów, batalion drugi po lewej — północnej stronie linii. Szerokość natarcia — do trzech kilometrów, na więcej nie starcza nam ludzi. Trzeci batalion zostaje w odwodzie — ciągnął dowódca.

— A co z batalionem cekaemów, panie poruczniku? — wyrwało się któremuś z podoficerów.

— Zasili nacierające bataliony, ale nie w całości. Ogień otwierać tylko w razie pilnej potrzeby, szanować amunicję! Początek natarcia — godzina szósta rano.

— Tak jest!

— Pobudka o czwartej.

— Tak jest!

Stukot obcasów i ogólne poruszenie oznaczały, że narada sztabu właśnie się zakończyła. W dłoniach dowódców oddziałów zaczęły krążyć sporządzone ołówkiem prymitywne szkice rejonu natarcia, z zaznaczonymi torami, głównymi miejscowościami na osi natarcia oraz odległościami. Prawdziwe mapy posiadali tylko najwyżsi rangą oficerowie.

Batalion obstawia front szerokości trzech kilometrów, przemknęło przez głowę Jęczkowiaka, gdy szybkimi ruchami własnego ołówka kopiował w czterech egzemplarzach szkic terenów położonych na południe od linii kolejowej do Gródka. To oznaczało, że na każdą kompanię wypadało po kilometrze. Ubogość ludzi biła po oczach. Jeszcze rok wcześniej, gdy brał udział w atakach we Francji, kilometrowy front obsadzał cały niemiecki pułk. A bywało, że nawet dwa…

Ale to nie była Francja, nie było tu ciągnącego się setkami kilometrów frontu, znaczonego nitkami okopów i zasiekami z drutu kolczastego. To wszystko się skończyło, przeminęło wraz z dezercją z niemieckiej armii — choć ciągle trwało w jego pamięci, przypominając o dawnej hekatombie. Tu, w Galicji, były bezkresne przestrzenie, ograniczane jedynie zalesionymi wzgórzami. Pozorny spokój wydawał mu się jednak o wiele groźniejszy niż ustawiczny huk i kanonada na polach Pikardii. Tam wiedział, co i gdzie go czeka. Tutaj nie wiedział niczego. Może poza tym, po co tu przyjechali.

 

W ciągu jednego dnia przebyli pociągiem szmat drogi z poznańskiego dworca — via Kraków i Przemyśl — aż pod Sądową Wisznię. Tam po raz pierwszy od dłuższego czasu usłyszał wrogą artylerię. Biła chaotycznie, mocno niecelnie. Wysypali się z wagonów, zalegając na ziemi. Gdy nieprzyjaciel zaprzestał ostrzału, ruszyli w kierunku na Dołhomościska. A teraz, już we wsi, odpoczywali przed jutrzejszym skokiem na wschód, w stronę Gródka i Lwowa.

— Odmaszerować! — Rytualny rozkaz zakończył naradę wojenną.

Jęczkowiak schował kopie mapy w przytroczonej do pasa torbie i wolnym krokiem wyszedł na podwórze. Powietrze było zimne, wilgotne, pachniało orną ziemią. Zbliżając się do kilku ognisk, poczuł bijący od nich żar.

Zachęcony tym najprostszym, miłym uczuciem, przysiadł się do ognia.

— No i co tam, panie sierżancie? — usłyszał gdzieś z boku lekko ironicznie brzmiące pytanie. — Jutro zapędzą nas do roboty?

Obejrzał się w stronę, z której dobiegał do niego znajomy głos.

Widok starszego strzelca Zbigniewa Kaczmarka, krępego niskiego mężczyzny z rubasznym uśmiechem na szerokiej twarzy, od razu poprawił mu humor.

— A jak myślisz, Biniu? — postanowił podroczyć się z kolegą. — Sądzisz, że przyjechałeś tu na wywczasy?

— Po całym dniu rajzy przydałaby się jakaś blauka1 — zaprotestował Kaczmarek.

— To nie buda, draniu, tylko wojna.

— Przecie widzę, że coś na kształt wycieczki. No, pod Lwowem jeszcze nie byłem.

— Kiedy już do nas strzelali!

— Nie żartuj, Józek! Chyba wcześniej popili się jakąś berbeluchą2 i celowniki im się poprzestawiały…

Lubił Kaczmarka bez dwóch zdań, w końcu wychowali się razem na Świętym Marcinie. Znali się od gzuba3…

— Niech będzie, że to wycieczka. — Machnął ręką, bo zmęczenie wyłaziło z niego każdym porem skóry.

Ciepło ogniska obezwładniało, prowokowało do snu. Powieki miał ciężkie jak nigdy.

Ale Kaczmarek nie odpuszczał.

— Jak tak dalej będzie, to padniemy, nim dojdziemy — marudził. — Mówię ci, Józek, tak jak dzisiaj, to mnie nawet Szkiebry pod Werdunem4 nie goniły! Ja wszystko rozumiem: trzeba się spieszyć z pomocą. Ale ta pomoc też musi mieć czas, by odpocząć…

Jęczkowiak ziewnął, osuwając się w wysuszoną, zwiędłą trawę. Od wczesnego rana był ciągle na nogach, marzył o chwili snu. Choćby małej drzemki.

— Wiesz ty co, Biniu? — Zerknął na przyjaciela zdecydowanie mniej chętnie, niż przed chwilą. — Zamknij na moment tę swoją kalafę5 i daj dobrym ludziom odpocząć, dobrze?

— Kiedy…

— Bo jak nie, to wyślę cię zaraz na patrol — mruknął ostatkiem sił.

Zegarek na jego dłoni wskazywał pięć minut do północy. Jak dobrze pójdzie, złapie jeszcze ze cztery godziny snu.

Kaczmarek umilkł w jednej chwili jak zacięty karabin maszynowy.

Jęczkowiak podłożył łokieć pod głowę i zamknął oczy.

Tej nocy przyśniła mu się matka.

Miała smutną twarz.

W tym samym czasie, lotnisko polowe Hureczko pod Przemyślem

Sierżant pilot Franciszek Jach, postawny mężczyzna o pociągłej twarzy i wzroście nieprzystającym do potocznych wyobrażeń o pilotach, nie mógł spać. Działo się zbyt wiele i nader szybko, by opadł bez perturbacji w ramiona Morfeusza. Najpierw załadunek zdobycznych maszyn na wagony, potem szaleńcza podróż przez pół wolnej już Polski do Przemyśla, wreszcie morderczy wyładunek sprzętu i transportowanie go na prowizoryczne lotnisko — wszystko to kosztowało moc sił, ale napędzało też do działania. Ogień aż w nim buzował, nic więc dziwnego, że kiedy ustały ostatnie tego dnia obowiązki, nie potrafił go zdusić, przymusić się do wypoczynku. Siedział na drewnianym zydlu pod naprędce rozpiętą między drzewami pałatką, wpatrując się w majaczące pod lasem sylwetki aeroplanów.

Siedem maszyn Pierwszej Wielkopolskiej Eskadry Polnej — zdobyte w styczniu na Niemcach dwa albatrosy, a także DFW6 i AEG7 — stało z dumnie rozpostartymi skrzydłami, na nowo przytwierdzonymi do kadłubów samolotów. Mimo ciemności można było na nich rozpoznać sporej wielkości biało-czerwone szachownice, symbole ich nowych właścicieli. Gdyby tylko zaszła taka potrzeba, Jach gotów był wskoczyć do swojego obserwacyjnego albatrosa i nawet teraz, w środku nocy, polecieć na rozpoznanie. Zdawał sobie jednak sprawę, że co nagle, to po diable. Tym bardziej, że dopiero zapoznawał się z nowym teatrem działań wojennych. Dostał ledwie jedną, starą wojskową mapę, mocno niedoskonałą i zużytą. I musiał się nią zadowolić.

Jego dowódca, podporucznik Wiktor Pniewski, z którym konspirowali jesienią ubiegłego roku na niemieckim jeszcze wtedy lotnisku w Ławicy pod Poznaniem, nie popędzał ich nadmiernie. Był tego samego zdania co Jach, że podstawą jest dobre przygotowanie pierwszych lotów. Posiadając w składzie jeden zaledwie myśliwiec i jeden szturmowiec, niewiele mogli pomóc w bezpośrednich działaniach wojennych. Ale już wywiad lotniczy był w stanie przynieść walczącym na ziemi wiele istotnych informacji.

— Dobra informacja to coś więcej, niż największa nawet fura wystrzelonej amunicji — mawiał Pniewski. — Dobra informacja jest bezcenna, bo to ona pomaga zwyciężać.

Jach, doświadczony obserwator, nie mógł odmówić mu racji. Najpierw poznają więc teren, przestudiują mapy, a potem wsiądą do maszyn. Zresztą, trzeba też najpierw sprawdzić stan pasa startowego i lądowiska. Żeby uniknąć niepotrzebnych, a przykrych niespodzianek.

O nieprzyjacielu wieść niosła, że nie dysponuje własnym lotnictwem. Jeśli okazałoby się to prawdą, lotnicy z Poznania mieli wszelkie widoki na pełne panowanie w powietrzu.

Jach wyjął z kieszeni papierosa, potarł zapałką o draskę pudełka i zaciągnął się dymem. Przypomniały mu się pierwsze zadania bojowe niemal równo rok wcześniej nad Szampanią. Wtedy przeciwnikiem były myśliwce francuskie, a na kadłubie jego fokkera widniały czarne krzyże. Tyle że cesarstwo niemieckie przeszło już do historii, a on został wreszcie polskim lotnikiem i na polskiej maszynie walczył o wolny kraj. Najpierw przeciwko Niemcom, a teraz — z Ukraińcami, którzy zablokowali Lwów.

Zaciągnął się raz jeszcze, mocno, głęboko. Choć matka przestrzegała go niedawno przed paleniem tytoniu, po ostatnich, nerwowych miesiącach nie wyobrażał sobie życia bez papierosa. Dawał spokój, ukojenie nerwów. Gdy Jach miał go w dłoni, jego myśli stawały się spójne.

Z kim jeszcze przyjdzie mi walczyć?, zastanawiał się przez chwilę. Mówią, że za Ukraińcami są już tylko bolszewicy…

Na wschód od Dołhomościsk, 18 marca 1919 roku nad ranem

Okolica porażała pięknem. Łagodne wzgórza, z wolna odkrywane przez opadające mgły, zdawały się Jęczkowiakowi zatopionymi w głębinach okrętami wynurzającymi się z odmętów. Sierżant nie miał jednak czasu ani głowy, by podziwiać uroki galicyjskiego krajobrazu. Obudził się kwadrans przed czwartą, a równo o czwartej musiał postawić na nogi swój pluton. Podobnie jak inni dowódcy swoich pododdziałów.

Wstawali karnie, spiesznie. Nawykli do wykonywania najtrudniejszych rozkazów, w kwadrans byli gotowi do wymarszu. Po szybkim śniadaniu kompania stanęła w dwuszeregu, wzmocniona dodatkowo sekcją karabinów maszynowych. Przed front wyszedł dowódca kompanii, podporucznik Wincenty Wierzejewski. Na wysokiej wielkopolskiej rogatywce błysnął oficerski trefl.

— No, chłopcy! — zagaił, spoglądając bystro w oczy podwładnych. — Nasze zadanie bojowe na dziś: dojść do Gródka i nawiązać kontakt z naszymi. Tylko w ten sposób do Lwowa dotrze pomoc w żywności i amunicji. Będziemy się posuwać po południowej stronie toru, penetrując teren. Nakazuję maksymalną ostrożność!

Kilku młodych w mundurach poruszyło się niespokojnie.

— Jesteśmy tu na ochotnika, nie z przymusu! — ciągnął Wierzejewski. — Jeśli ktoś ma jakąś obawę czy złe przeczucie, niech wystąpi teraz z szeregu. Nie poczytam tego za tchórzostwo…

Mimowolnie powiódł wzrokiem po zaciętych twarzach podwładnych. Cisza. Nikt nie wykonał najmniejszego nawet kroku.

— Jesteśmy wszyscy ochotnikami, przypominam! Nikt się nie wycofa? Bo jak już pójdziemy, to na całego! — ostrzegł lojalnie.

Pro forma. Już wiedział, że kompania wykona zadanie bojowe w całości.

— Dziękuję! — podsumował krótką przemowę. — Zatem do dzieła!

Nieboskłon od wschodu już z lekka różowiał, gdy ruszyli wzdłuż południowej strony torów, rozstawiając luźną tyralierę i zagłębiając się coraz bardziej w teren na prawo od kolejowego nasypu. Gdy rozwinęli się w końcu w długą na kilometr linię, zrobiło się całkiem widno. Pokrzepieni tym faktem, ruszyli wreszcie do przodu.

Jęczkowiak szedł blisko toru, po prawej ręce miał Kaczmarka i kilku swoich ludzi. Kontury wiejskich zabudowań pozostały za ich plecami, posuwali się naprzód szybkim krokiem. W odsłoniętym terenie sierżant mógł wreszcie oszacować wartość bojową jednostki. Każdy pluton miał trzy lekkie i jeden ciężki karabin maszynowy. Każdy żołnierz — po sto dwadzieścia naboi do karabinu, niektórzy dodatkowo po dwa ręczne granaty za pasem. W niemieckich Stahlhelmach, w uniformach w kolorze feldgrau, na pierwszy rzut oka przypominali nieco armię Kajzera, ale wschodzące słońce ujawniało kolejne szczegóły, różniące to wojsko od dawnej niemieckiej armii. Przewieszone przez piersi na lewym ramieniu zwinięte płaszcze nadawały im dodatkowego kolorytu. Każdy z żołnierzy zaopatrzony był w materiał opatrunkowy, przyszyty od wewnątrz do bluzy munduru. Każdy też miał pod koszulą blaszany znaczek rozpoznawczy z imieniem, nazwiskiem i rokiem urodzenia.

Nie darmo mówili o nich, że poznańczycy zawsze mają porządek.

Szli pod słońce, marszcząc coraz mocniej czoła i brwi. Czerwona kula przeszła w ognistą, rozgrzewającą obłość. Chłodny poranek nabierał z wolna ciepła, a zmarznięta ziemia zaczęła tracić swoją nocną twardość.

Przed frontem przegalopował zwiadowca z oddziału kawalerii rotmistrza Chojnowskiego. Zatoczył szerokie koło o promieniu kilkuset metrów i wrócił w pędzie za własne linie. Pierwsze rozpoznanie nie wykazało obecności wroga.

Jęczkowiak wiedział jednak, że to nic nie znaczy. W dolinie wzdłuż torów teren był niemal płaski. Ukraińcy mogli zasadzić się nieco dalej, w bardziej im sprzyjającej rzeźbie terenu.

— Ki diabeł? — zagadnął go Biniu Kaczmarek. — Wroga wcale nie widać…

Krępy, przysadzisty, w nieco za dużym niemieckim hełmie, wyglądał jak jakiś feldfebel z Bawarii. Jęczkowiak uśmiechnął się mimowolnie.

— To chyba lepiej, bo… — zaczął, ale nie zdążył już dokończyć.

Od strony majaczącego na prawej flance lasu, opasającego łagodne wzniesienie, posypał się w ich stronę grad kul z karabinu maszynowego.

Padli jak na komendę na ziemię. Pociski furgotały nieco przed ich linią, rozrywając z pasją mokrą ziemię. Masz, czego chciałeś, pomyślał nie bez złości Jęczkowiak. Zaraz potem uniósł się lekko na łokciach, by ocenić sytuację.