Arcymistrz

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

  Pro­log

  De­biut, czy­li aspi­rant w ta­ra­pa­tach

  Wy­mia­na, czy­li „Tyl­ko nie te­raz!”

  Pat, czy­li kto ma wie­lu wro­gów?

  Szach, czy­li we­zwij­cie aspi­ran­ta!

  Par­tia nie­re­gu­lar­na, czy­li czło­wiek z sza­li­kiem na twa­rzy

  Ro­sza­da, czy­li za­sko­cze­nie w Ba­za­rze

  Obro­na pol­ska, czy­li ta­jem­ni­ca apar­ta­men­tu 12

  Par­tia ro­syj­ska, czy­li uwa­ga na So­wie­tów!

  Szach po raz dru­gi, czy­li „Lu­dzie! Na po­moc!”

  Dru­gie tem­po, czy­li komu nie żal ofia­ry

  Gra na czas, czy­li co sły­chać w po­ko­ju mi­strza

  Sy­mul­ta­na, czy­li oczy sze­ro­ko otwar­te

  Szach bez mata, czy­li „dla­cze­go ucie­ka­łeś, ptasz­ku?”

  Re­mis, czy­li przed­smak awan­su

  Epi­log

  Mistrz na­rze­kał, czy­li kil­ka słów od au­to­ra

  Wy­daw­ca

„Dzie­sięć mor­derstw nie mie­ści w so­bie tyle zbrod­ni,

ile jed­na par­tia sza­chów”.

Ar­thur Co­nan Doy­le

„Niech fi­gu­ra pion­kiem ni­g­dy nie po­mia­ta,

cza­sem zwy­kły pio­nek da kró­lo­wi mata”.

Mak­sy­ma sza­cho­wa, au­tor nie­zna­ny.

Pro­log

Ha­łas za brud­ną szy­bą za­mie­rał stop­nio­wo wraz z od­cho­dzą­cym dniem. Sku­te lo­dem po­znań­skie Gar­ba­ry kła­dły się do snu, obie­cu­jąc ostat­nim prze­chod­niom je­dy­nie mroź­ny od­dech nad­cią­ga­ją­cej nocy. Po­tęż­ne heł­my wież ko­ścio­ła Ber­nar­dy­nów zla­ły się szyb­ko w jed­no z atra­men­tem nie­ba. Świa­tła w oknach zsza­rza­łych ka­mie­nic ga­sły czę­ściej, niż się za­pa­la­ły. Dwie go­dzi­ny przed pół­no­cą wą­wóz uli­cy to­nął w nie­mal kom­plet­nej ci­szy i mro­ku.

Do­pie­ro wte­dy wstał z łóż­ka i chwy­cił za wę­gie­lek. Pod­szedł z nim do chro­po­wa­te­go tyn­ku ścia­ny. Przed oczy­ma prze­su­wa­ły mu się nie­skoń­czo­ne cią­gi li­ter i cyfr. Pra­so­we ar­ty­ku­ły i nie­wy­raź­ne zdję­cia. Jego czo­ło pło­nę­ło go­rącz­ką. Jego dło­nie drża­ły z emo­cji.

Mu­siał to zno­wu zro­bić.

Mu­siał…

De­biut1, czy­li aspi­rant w ta­ra­pa­tach

Po­znań, ho­tel Ba­zar2, czwar­tek, 13 grud­nia 1928 roku, dzie­wią­ta rano

– Ktoś się z nami brzyd­ko bawi – po­wie­dział chu­dy męż­czy­zna z faj­ką w zę­bach, pod­no­sząc się znad ma­ho­nio­we­go biur­ka.

Na­bie­gła krwią twarz pod­ko­mi­sa­rza Zyg­fry­da Kay­se­ra zdra­dza­ła jed­no­cze­śnie za­in­te­re­so­wa­nie i znu­że­nie. Gry­ząc w zę­bach ust­nik pu­ste­go cy­bu­cha, po­li­cjant w cy­wi­lu za­sta­na­wiał się nad zna­cze­niem in­for­ma­cji, któ­rą prze­czy­tał przed chwi­lą na błysz­czą­cym, kre­do­wym pa­pie­rze.

– Ra­czej ktoś z nami brzyd­ko gra, pa­nie ko­mi­sa­rzu – trzeź­wo za­uwa­żył aspi­rant Zbi­gniew Kacz­ma­rek, trzy­dzie­sto­let­ni, tęgi po­moc­nik Kay­se­ra, pod­chwy­tu­jąc ba­daw­cze spoj­rze­nie sze­fa.

– Masz ra­cję, ko­le­go. Ktoś ewi­dent­nie z nami gra – zgo­dził się Kay­ser.

Uni­ka­jąc wzro­ku sie­dzą­ce­go w fo­te­lu na­prze­ciw­ko dy­rek­to­ra ho­te­lu, Edwar­da Ku­ja­ciń­skie­go, pod­ko­mi­sarz z wy­dzia­łu śled­cze­go wyj­rzał za okno. Z nie­ba sy­pa­ło gę­stym, bia­łym pu­chem. Róg Alei Ka­ro­la Mar­cin­kow­skie­go i uli­cy No­wej3 zo­stał przy­kry­ty nim tak szczel­nie, że trud­no było roz­po­znać kost­ki bru­ku. Tuż obok pod gru­bą po­du­chą śnie­gu to­nął plac Wol­no­ści. Ży­cie w cen­trum mia­sta zwol­ni­ło, jak­by siar­czy­sty mróz wy­ha­mo­wał try­by w gi­gan­tycz­nym pro­jek­to­rze fil­mo­wym.

Pierw­szy śnieg tej zimy – po­my­ślał Kay­ser, a jego cia­łem wstrzą­snął dreszcz. W ga­bi­ne­cie dy­rek­to­ra ho­te­lu wca­le nie było cie­pło. Ech, wy­sko­czył­by te­raz do Espla­na­dy4 na kie­li­szek roz­grze­wa­ją­cej any­żów­ki… Może na­wet z tym nud­nym, ale po­rząd­nym Kacz­mar­kiem!

– Czy­li zna­lazł pan tę kar­tę, gdy przy­szedł do swo­je­go ga­bi­ne­tu? – Z wy­raź­ną nie­chę­cią pod­ko­mi­sarz zmu­sił się do po­wro­tu w ko­le­iny śledz­twa. – O któ­rej go­dzi­nie to było?

Na lek­ko pu­co­ło­wa­tej twa­rzy dy­rek­to­ra Ku­ja­ciń­skie­go po­ja­wił się cień wa­ha­nia.

– My­ślę, że o ósmej, no, naj­wy­żej kwa­drans po – żach­nął się. –

By­łem wła­śnie po śnia­da­niu. Ja­jecz­ni­ca na be­ko­nie i…

– Nie żą­da­my szcze­gó­łów pań­skie­go menu – uśmiech­nął się cierp­ko Kay­ser. – Co było da­lej?

Dy­rek­tor Ba­za­ru po­ru­szył się znie­cier­pli­wio­ny w fo­te­lu. Szo­ku­ją­ce wy­da­rze­nia po­ran­ka moc­no kon­tra­sto­wa­ły z po­wol­nym dzia­ła­niem po­li­cji.

– Mó­wi­łem już prze­cież pa­nom… Jak zwy­kle pod­sze­dłem do mo­je­go biur­ka, żeby za­brać się do ra­chun­ków, któ­rych nie zdą­ży­łem roz­li­czyć wczo­raj wie­czo­rem. Pa­no­wie ro­zu­mie­cie, wczo­raj mie­li­śmy za­mie­sza­nie z tą ta­bli­cą pa­miąt­ko­wą po­świę­co­ną Pa­de­rew­skie­mu5. Było co ro­bić, duże za­mie­sza­nie… Sami pa­no­wie ro­zu­mie­cie. Usia­dłem w fo­te­lu, z któ­re­go pan wła­śnie wstał, i wte­dy zo­ba­czy­łem to…

Wzrok po­li­cjan­tów raz jesz­cze po­wę­dro­wał na błysz­czą­cy czy­sto­ścią blat im­po­nu­ją­ce­go biur­ka. Le­ża­ła na nim rów­nie błysz­czą­ca kar­ta for­ma­tu A4. Na­wet z od­da­li moż­na było wy­czy­tać z niej dwa sło­wa wy­bi­te wer­sa­li­ka­mi na ma­szy­nie:

MISTRZ ZGI­NIE!

– Kacz­ma­rek, no­tu­jesz? – Kay­ser spoj­rzał na swo­je­go po­moc­ni­ka.

Aspi­rant mru­gnął do sze­fa znad no­te­su, w któ­rym rze­tel­nie spi­sy­wał ołów­kiem ze­zna­nie dy­rek­to­ra. Na mo­ment ode­rwał wzrok od no­ta­tek, by raz jesz­cze spoj­rzeć na skra­wek ga­ze­ty le­żą­cy tuż obok kre­do­wej kart­ki. Na­wet spod ścia­ny, gdzie stał, wi­dać było na nim na­dru­ko­wa­ną sza­chow­ni­cę z kom­bi­na­cją kil­ku fi­gur. W od­róż­nie­niu od ide­al­nie rów­nych brze­gów ar­ku­sza pa­pier ga­ze­to­wy spra­wiał wra­że­nie wy­dar­te­go byle jak.

– Za­uwa­żył pan ja­kie­kol­wiek śla­dy czy­jejś byt­no­ści w ga­bi­ne­cie? – Kay­ser zwró­cił się po­now­nie do dy­rek­to­ra ho­te­lu.

– Cho­dzi panu o śla­dy bu­tów na dy­wa­nie czy tego typu spra­wy? – za­py­tał Ku­ja­ciń­ski.

Pod­ko­mi­sarz Kay­ser ski­nął ła­ska­wie gło­wą.

– Nie, sza­now­ny pa­nie. Wo­kół było nad­zwy­czaj czy­sto. Rzekł­bym na­wet ste­ryl­nie czy­sto – od­po­wie­dział dy­rek­tor.

– Czy coś zwró­ci­ło pana szcze­gól­ną uwa­gę? – do­py­tał pod­ko­mi­sarz.

Ku­ja­ciń­ski zmarsz­czył czo­ło. Wi­dać było, że nie wie, co po­wie­dzieć.

– Chy­ba nie – wes­tchnął. – By­łem tak za­sko­czo­ny… Pan ro­zu­mie, to był dla mnie szok. Po pierw­sze, że ktoś w ten spo­sób nam gro­zi. A po wtó­re, że ktoś tak bez­czel­nie za­kradł się do mo­je­go oso­bi­ste­go ga­bi­ne­tu i być może prze­glą­dał moje pa­pie­ry!

To rze­czy­wi­ście strasz­ne – po­my­ślał nie bez cie­nia zło­śli­wo­ści Kay­ser. Zde­cy­do­wa­nie bar­dziej jed­nak niż do­rę­czy­ciel nie­po­ko­iła go treść li­stu.

– Je­śli wol­no, pa­nie ko­mi­sa­rzu… – Sto­ją­cy do­tych­czas grzecz­nie w rogu po­ko­ju i skrzęt­nie no­tu­ją­cy aspi­rant Kacz­ma­rek po­ru­szył się, jak­by chciał za­zna­czyć w ten spo­sób swo­ją obec­ność. – Czy sza­now­ny pan dy­rek­tor mógł­by nas po­in­for­mo­wać, kto ma zwy­kle rano do­stęp do tego pię­tra? I oso­bli­wie do pań­skie­go ga­bi­ne­tu? Bo ktoś chy­ba ma, praw­da?

Zyg­fryd Kay­ser spoj­rzał z sym­pa­tią na pod­wład­ne­go. Pra­co­wa­li ze sobą le­d­wie od wio­sny tego roku i pod­ko­mi­sarz mu­siał przy­znać, że jego zma­ga­ją­cy się z nad­wa­gą po­moc­nik ma gło­wę na kar­ku. Jak­by na prze­kór wa­run­kom, ja­ki­mi aż na­zbyt hoj­nie ob­da­rzy­ła go na­tu­ra, aspi­rant oka­zał się osob­ni­kiem nad­zwy­czaj rzut­kim i sa­mo­dziel­nym. Kay­ser zdą­żył za­uwa­żyć, że Kacz­ma­rek ma cią­go­ty do przej­mo­wa­nia ini­cja­ty­wy. Tak było choć­by la­tem, kie­dy w Po­zna­niu go­ścił sam pre­zy­dent Rze­czy­po­spo­li­tej Igna­cy Mo­ścic­ki. Aspi­rant otrzy­mał wte­dy za­da­nie za­pew­nie­nia bez­pie­czeń­stwa gło­wy pań­stwa pod­czas wi­zy­ty w Ła­zien­kach Miej­skich. Wraz z eki­pą kil­ku­na­stu funk­cjo­na­riu­szy spi­sał się wte­dy nad wy­raz chwac­ko. Pre­zy­dent był za­chwy­co­ny pły­wal­nią, ale nie omiesz­kał też po­dzię­ko­wać po­li­cji za jej służ­bę.

 

Ku­ja­ciń­ski spoj­rzał py­ta­ją­co na Kay­se­ra, a gdy ten przy­tak­nął apro­bu­ją­cym ski­nie­niem gło­wy, od­po­wie­dział:

– Ma pan ra­cję. Do­stęp i klu­cze do tego po­ko­ju ma za­wsze hra­bia Igna­cy Miel­żyń­ski, mój sza­cow­ny prze­ło­żo­ny dy­rek­tor, a nie­gdyś czło­nek rady nad­zor­czej na­szej spół­ki. I oczy­wi­ście pra­cow­ni­cy sprzą­ta­ją­cy ga­bi­net…

W oczach aspi­ran­ta Kacz­mar­ka roz­bły­sły żywe ogni­ki.

– Ilu ich jest, pa­nie dy­rek­to­rze? – za­py­tał.

Ku­ja­ciń­ski szyb­ko po­li­czył w my­ślach.

– Dwo­je – oznaj­mił. – To męż­czy­zna i ko­bie­ta. Pra­cu­ją na zmia­nę.

– Po­pro­si­my o ich na­zwi­ska – za­pro­po­no­wał Kay­ser.

– Są­dzi pan ko­mi­sarz…

– Pan wy­ba­czy, wnio­ski po­zo­sta­wię dla sie­bie.

– Oczy­wi­ście, pa­nie ko­mi­sa­rzu – zmi­ty­go­wał się dy­rek­tor ho­te­lu, pod­no­sząc się z fo­te­la pod oknem. – Za­raz po­dam pa­nom te na­zwi­ska. Mam wszak­że jed­ną proś­bę. – Ku­ja­ciń­ski ści­szył głos. – Nie chciał­bym, by o spra­wie do­wie­dział się nasz dy­rek­tor, hra­bia Miel­żyń­ski. Pa­no­wie ro­zu­mie­cie, pan hra­bia ma już swo­je lata. Po co go kło­po­tać…

– Jak pan so­bie ży­czy. Choć pan hra­bia rów­nież po­wi­nien zo­stać prze­słu­cha­ny, tym ra­zem wy­jąt­ko­wo po­zwo­li­my so­bie przy­mknąć oko na wy­mo­gi for­mal­ne – stwier­dził Kay­ser. – Trud­no prze­cież za­kła­dać, że nasz sza­now­ny Pan z Iwna roz­sy­ła po­gróż­ki pod ad­re­sem wła­snych, świet­nych go­ści.

– Otóż to! Do­sko­na­le po­wie­dzia­ne – po­parł go skwa­pli­wie dy­rek­tor Ku­ja­ciń­ski.

– À pro­pos… – Pod­ko­mi­sarz pod­niósł pa­lec. – Pro­szę mi przy­po­mnieć, kie­dy mistrz za­mel­du­je się w Ba­za­rze.

– 16 grud­nia, pa­nie ko­mi­sa­rzu, czy­li w nie­dzie­lę.

– Hm… A więc za trzy dni – mruk­nął Kay­ser. – Cza­su mamy nie­wie­le.

– Pa­no­wie po­zwo­lą za mną. – Ku­ja­ciń­ski skie­ro­wał dło­nią go­ści ku drzwiom. – Po­dej­dzie­my do księ­go­wo­ści, to do­wie­cie się pa­no­wie wię­cej o in­te­re­su­ją­cych was pra­cow­ni­kach.

– Mam na­dzie­ję, że bę­dzie­my ich mo­gli od razu prze­słu­chać? – za­py­tał Kay­ser.

Był świę­cie prze­ko­na­ny, że szyb­ko za­mknie tę ku­rio­zal­ną spra­wę. Wy­cho­dząc, raz jesz­cze rzu­cił okiem za okno. Śnieg na­dal sy­pał gę­sto, kry­jąc śla­dy zmar­z­nię­tych prze­chod­niów.

Ho­tel Ba­zar, kwa­drans przed dzie­sią­tą

Sprzą­tacz Eu­ge­niusz Łu­czek nie wy­glą­dał na spe­cjal­nie by­stre­go czło­wie­ka. Choć od do­brych dzie­się­ciu mi­nut sie­dział na krze­śle w za­im­pro­wi­zo­wa­nym po­ko­ju prze­słu­chań, krę­cąc z ner­wów młyn­ki pal­ca­mi, do­pie­ro po pią­tym py­ta­niu pod­ko­mi­sa­rza Kay­se­ra zro­zu­miał, z kim roz­ma­wia.

– A! Sza­now­ni pa­no­wie z po­li­cji – zdzi­wił się zu­peł­nie na­tu­ral­nie.

Ani Kay­ser, ani Kacz­ma­rek nie za­uwa­ży­li, by odzia­ny w służ­bo­wy far­tuch pięć­dzie­się­cio­la­tek, któ­ry do po­ko­ju przy­szedł z nie­od­łącz­ną zmiot­ką i szu­fel­ką w dło­niach, spo­cił się czy zde­ner­wo­wał. Szef ka­zał mu przyjść, to przy­szedł. Dy­rek­tor Ku­ja­ciń­ski na proś­bę Kay­se­ra nie wspo­mniał mu, z kim bę­dzie roz­ma­wiał, więc Łu­czek są­dził naj­wy­raź­niej, że cho­dzi o ho­te­lo­wą kon­tro­lę pra­cow­ni­ków. Te­raz, gdy po­znał praw­dę, lek­ko za­drża­ła mu bro­da, a jego pra­wa dłoń jak­by moc­niej ści­snę­ła zmiot­kę. A może po­li­cjan­tom się tyl­ko zda­wa­ło?

– A ty my­śla­łeś, Łu­czek, że skąd? Z kon­tro­li skar­bo­wej? – Kay­ser nie po­wstrzy­mał się od drwi­ny. – Nie, pa­nie ko­le­go. Nie tym ra­zem. No więc jak tam? To ty sprzą­ta­łeś dzi­siaj rano ga­bi­net pana dy­rek­to­ra?

– A jak­że. Jak w każ­dy czwar­tek. Bo ja sprzą­tam trzy razy w ty­go­dniu: jesz­cze we wtor­ki i so­bo­ty. A w po­nie­dział­ki, śro­dy i piąt­ki dy­żur ma moja zmien­nicz­ka.

– Tak, wie­my. Anna Kret. Za chwi­lę też ją prze­słu­cha­my.

– Po­sła­li­ście po nią pa­no­wie na Je­ży­ce? Bo do niej ład­ny ka­wa­łek… – za­in­te­re­so­wał się nie­spo­dzie­wa­nie sprzą­tacz.

– Nie two­ja spra­wa, Łu­czek! – skar­cił go Kacz­ma­rek. – To my za­da­je­my py­ta­nia. Ty masz na nie od­po­wia­dać.

– Oczy­wi­ście, pa­no­wie ofi­ce­ro­wie – po­ka­jał się na­tych­miast Łu­czek. – W czym mogę być jesz­cze po­moc­ny?

Kay­ser pod­szedł do pra­cow­ni­ka i po­ło­żył mu dłoń na ra­mie­niu.

– Dla­cze­go zo­sta­wi­łeś tę kart­kę na biur­ku dy­rek­to­ra? – za­py­tał, spo­glą­da­jąc sprzą­ta­czo­wi pro­sto w oczy.

Łu­czek wca­le się jed­nak nie zmie­szał. Ani nie spu­ścił wzro­ku.

– Jaką kart­kę, pa­nie ofi­ce­rze? – za­py­tał bez nuty lęku w gło­sie.

– Tę kre­do­wą. Z po­gróż­ką.

– Z po­gróż­ką? Z jaką po­gróż­ką, sza­now­ny pa­nie?! – ob­ru­szył się Łu­czek. – Ja ni­ko­mu ni­g­dy nie gro­zi­łem, ja spo­koj­ny czło­wiek je­stem! Żonę i trój­kę dzie­cio­ków na utrzy­ma­niu mam. Mnie tam żad­ne awan­tu­ry w gło­wie! Jesz­cze by mi tego bra­ko­wa­ło, że­bym ja komu w ho­te­lu gro­ził! Mnie moja pra­ca miła! Chleb z tego pew­ny…

– Czy­li twier­dzisz, że to nie two­ja spraw­ka?

– Ale jaka spraw­ka, pa­nie sza­now­ny? Kie­dy ja nie wiem, o czym z pa­na­mi roz­ma­wiam!

– Mistrz zgi­nie! – huk­nął Kay­ser nad uchem prze­słu­chi­wa­ne­go.

– Że co?! – Sprzą­tacz zgłu­piał do cna, ły­piąc spod si­wych brwi na po­li­cjan­tów. Wi­dać było, że nie po­sia­da żad­nych zdol­no­ści ak­tor­skich, a jego zdu­mie­nie jest nie­kła­ma­ne.

– I nie wi­dzia­łeś pan dziś rano kart­ki na biur­ku dy­rek­to­ra?

– Klnę się na pa­mięć mo­jej mat­ki, że biur­ko było czy­ste. Zna­czy się wy­sprzą­ta­ne. Żad­ne­go pa­pie­ru nie wi­dzia­łem!

Pod­ko­mi­sarz Kay­ser wes­tchnął i od­szedł od czer­wo­ne­go jak bu­rak Łucz­ka.

– A o któ­rej sprzą­ta­łeś dziś ga­bi­net? – Ster prze­słu­cha­nia prze­jął te­raz aspi­rant Kacz­ma­rek.

– Jak zwy­kle, pa­nie ofi­ce­rze…

– Czy­li?

– Przy­sze­dłem do pra­cy na siód­mą. I od razu za­bra­łem się za sprzą­ta­nie w ga­bi­ne­cie pana dy­rek­to­ra Ku­ja­ciń­skie­go.

– Ile ci to cza­su za­ję­ło?

– Bo ja wiem… – Łu­czek za­wa­hał się na mo­ment. – Nie wię­cej niż pół go­dzi­ny. Pan dy­rek­tor trzy­ma po­rzą­dek. Zwy­kle po­zo­sta­je mi tyl­ko prze­trzeć bla­ty me­bli, opróż­nić kosz na śmie­ci, ewen­tu­al­nie upo­rząd­ko­wać ga­ze­ty na pół­ce. Dzi­siaj mu­sia­łem do­dat­ko­wo pod­lać fi­kus w rogu po­ko­ju, bo po­przed­nio zro­bi­łem to chy­ba w ubie­głym ty­go­dniu…

– I nie za­uwa­ży­łeś nic szcze­gól­ne­go? – na­ci­skał Kacz­ma­rek.

– Ale co, sza­now­ny pa­nie?

– Nie wiem, Łu­czek. Na przy­kład ja­kieś śla­dy na dy­wa­nie. Albo coś cie­ka­we­go w ko­szu na śmie­ci.

Sprzą­tacz zro­bił wiel­kie oczy. Po­li­cjan­ci zro­zu­mie­li, że tra­cą czas.

– Je­steś pan wol­ny – wy­rwał się z za­du­my Kay­ser. – Po­proś te­raz Annę Kret. O ile cze­ka już pod drzwia­mi.

Eu­ge­niusz Łu­czek wstał, skło­nił się nie­co sta­ro­świec­ko i ru­szył do drzwi. Chwi­lę póź­niej na jego miej­scu sie­dzia­ła ko­bie­ta w po­dob­nym wie­ku. Po­li­cjan­ci zo­ba­czy­li krót­ko przy­cię­te wło­sy, ufar­bo­wa­ne na czar­ny ko­lor. Wy­glą­da­ły nie­co nie­po­ko­ją­co w ze­sta­wie­niu z jej bla­dą cerą. Ko­bie­ta była cho­ro­bli­wie chu­da, a wy­słu­żo­ny płaszcz, jaki mia­ła na so­bie mó­wił spo­ro o jej sta­tu­sie ma­te­rial­nym.

– Pani Anna Kret, praw­da? – za­ga­ił Kay­ser. – Je­ste­śmy z Po­li­cji Pań­stwo­wej. Pod­ko­mi­sarz Zyg­fryd Kay­ser i aspi­rant Kacz­ma­rek. Pani wie, dla­cze­go ją we­zwa­li­śmy?

Ciem­ne oczy prze­słu­chi­wa­nej wy­ra­ża­ły za­sko­cze­nie.

– Nie wiem – od­po­wie­dzia­ła ła­mią­cym się gło­sem. – Po­wie­dzie­li mi tyl­ko, że dy­rek­tor ka­zał na­tych­miast się sta­wić, więc wsia­dłam w tram­waj i przy­je­cha­łam.

– Dla­cze­go na­pi­sa­ła pani ten list? – Kay­ser po­sta­no­wił pójść na skró­ty.

– Jaki list, pa­nie komi…sa­rzu?

– Ten, któ­ry pod­rzu­ci­ła pani na biur­ko dy­rek­to­ra Ku­ja­ciń­skie­go.

– Ale to ja­kieś nie­po­ro­zu­mie­nie… Ja…

– Niech pani nie krę­ci – prze­rwał jej Kay­ser. – Tyl­ko pani i Łu­czek ma­cie swo­bod­ny do­stęp do ga­bi­ne­tu sze­fa.

– Ale mnie tu dzi­siaj w ogó­le nie było! – za­pro­te­sto­wa­ła ko­bie­ta. – Jak mo­głam za­tem coś…

– Kie­dy ostat­ni raz była pani w pra­cy?

– Jak to kie­dy? Wczo­raj, skoń­czy­łam o pięt­na­stej.

– Była pani wte­dy w ga­bi­ne­cie dy­rek­to­ra?

– Oczy­wi­ście, z sa­me­go rana. Od nie­go za­czy­nam sprzą­ta­nie.

– I co? Czy wczo­raj za­uwa­ży­ła pani coś po­dej­rza­ne­go?

– Ale co niby, pa­nie ko­mi­sa­rzu? Je­zus Ma­ria, ja na­praw­dę nic złe­go nie zro­bi­łam! – Anna Kret za­ła­ma­ła ręce, go­to­wa chy­ba klęk­nąć i przy­się­gać na naj­wyż­sze świę­to­ści. – Jak Boga ko­cham, nie wiem, o co pa­no­wie mnie py­ta­cie!

– O mi­strza, któ­ry ma zgi­nąć – pod­rzu­cił jej Kacz­ma­rek.

– Mi­strza? Ja­kie­go mi­strza? – Ko­bie­ta ze­rwa­ła się z krze­sła i chwy­ci­ła za rę­kaw Kay­se­ra. – Pa­nie ko­mi­sa­rzu, przy­się­gam panu, że o ni­czym nie wiem! To ja­kieś nie­po­ro­zu­mie­nie, to się na pew­no da wy­ja­śnić…

– Ta… – wark­nął nie­za­do­wo­lo­ny Kay­ser.

Nie miał nie­ste­ty żad­nych po­wo­dów, by w to wie­rzyć.

Hol ho­te­lu Ba­zar, go­dzi­nę póź­niej

– Sze­fie, o co cho­dzi z tym mi­strzem? – Aspi­rant Kacz­ma­rek wy­glą­dał na znie­cier­pli­wio­ne­go sy­tu­acją, w któ­rej nie znał naj­waż­niej­szej in­for­ma­cji w śledz­twie.

Po­li­cjan­ci sta­li w rzę­si­ście oświe­tlo­nym ko­ry­ta­rzu, przy­glą­da­jąc się ho­te­lo­wym go­ściom, ob­słu­gi­wa­nym z tak­tem przez boy­ów w li­be­rii. Pod­ko­mi­sarz Kay­ser nie po­tra­fił ukryć roz­draż­nie­nia wy­wo­ła­ne­go prze­słu­cha­niem sprzą­ta­czy. Ner­wo­wo na­bi­jał faj­kę ty­to­niem Musz­ka­te­le, zły z po­wo­du gu­bio­nych okru­chów zie­la. Z dwóch do­pie­ro co prze­pro­wa­dzo­nych roz­mów nie wy­wnio­sko­wał nic, co mo­gło­by oka­zać się kon­struk­tyw­ne dla do­cho­dze­nia. Prze­słu­cha­ni nie spra­wia­li wra­że­nia osób zdol­nych do po­zo­sta­wia­nia ja­kich­kol­wiek po­gró­żek, a już zwłasz­cza tak wy­ra­fi­no­wa­nych w for­mie.

– Ej, Kacz­ma­rek! Ga­zet nie czy­tasz? – Pod­ko­mi­sarz skar­cił aspi­ran­ta spoj­rze­niem, w któ­rym od­ma­lo­wa­ło się za­sko­cze­nie. – A może po pro­stu nie grasz w sza­chy?

Za­żyw­ny aspi­rant w jed­nej chwi­li po­czuł, że tra­ci grunt pod no­ga­mi.

– W rze­czy sa­mej… Nie gram – przy­znał, prze­stę­pu­jąc z nogi na nogę jak sztu­bak przy­ła­pa­ny na pa­le­niu skrę­ta. – Ale nie­gdyś gry­wa­łem… W gim­na­zjum zna­czy się…

– Mu­sisz wró­cić do sza­chów, Kacz­ma­rek – po­ra­dził mu Kay­ser, umiesz­cza­jąc sy­czą­cą za­pał­kę w wy­pcha­nym ty­to­niem cy­bu­chu. – To gra, któ­ra uczy lo­gicz­ne­go my­śle­nia. Nie­źle tre­nu­je gło­wę. W na­szym za­wo­dzie to waż­na rzecz.

Aspi­rant Kacz­ma­rek skło­nił się mi­mo­wol­nie w mil­cze­niu, jak­by dzię­ku­jąc tym sa­mym za waż­ną wska­zów­kę.

– A ten mistrz? – bąk­nął raz jesz­cze. – O kogo cho­dzi, bo cią­gle nie wiem…

Kay­ser uśmiech­nął się po raz pierw­szy tego po­ran­ka.

– Pra­sa nie roz­pi­su­je się o nim prze­sad­nie, więc mo­głeś prze­oczyć – od­po­wie­dział już z więk­szą wy­ro­zu­mia­ło­ścią. – Alek­san­der Ale­chin6 to mistrz świa­ta w sza­chach. Zda­je się, że po re­wo­lu­cji zwiał z Ro­sji so­wiec­kiej, a te­raz jest oby­wa­te­lem Fran­cji. Wła­śnie trwa jego to­ur­née po Pol­sce. W nie­dzie­lę bę­dzie w Po­zna­niu.

Kil­ka pyk­nięć – i ku bia­łe­mu su­fi­to­wi Ba­za­ru po­fru­nę­ły kó­łecz­ka dymu, wy­pusz­czo­ne wpraw­ny­mi ru­cha­mi przez pod­ko­mi­sa­rza. Twarz Kay­se­ra przy­bra­ła wy­raz nie­wy­mow­nej bło­go­ści. Kacz­ma­rek od­niósł wra­że­nie, że wraz z aro­ma­tycz­ną chmur­ką z jego sze­fa w jed­nej chwi­li ule­cia­ła tak­że złość na nie­uda­ne prze­słu­cha­nia.

– To zna­czy, że Ale­chin po­dró­żu­je po Pol­sce i gra po­ka­zo­we me­cze? – bły­snął Kacz­ma­rek.

– Ści­ślej rzecz bio­rąc, gra sy­mul­ta­ny. Wiesz, o czym mó­wię?

– Gra z wie­lo­ma prze­ciw­ni­ka­mi na­raz?

– Wła­śnie. I chy­ba nie­źle na tym za­ra­bia. W koń­cu z cze­goś musi żyć.

Aspi­rant Kacz­ma­rek po­ki­wał z uzna­niem gło­wą. Wi­dząc lep­szy na­strój zwierzch­ni­ka, za­dał jesz­cze jed­no py­ta­nie:

 

– A pan pod­ko­mi­sarz gry­wa w sza­chy?

Kay­ser wy­szcze­rzył w uśmie­chu żół­ta­we zęby.

– Ama­tor­sko i ow­szem. Wpad­nę cza­sem na par­tyj­kę do Mo­no­po­lu albo do Do­bskie­go7…

Kacz­ma­rek sły­szał co nie­co o klu­bie sza­cho­wym, któ­ry jesz­cze od cza­sów ce­sa­rza Wi­lu­sia roz­gry­wa po­je­dyn­ki w go­ścin­nych mu­rach ho­te­lu Mo­no­pol przy pla­cu Gwar­nym. I o po­bli­skiej ka­wiar­ni Do­bskie­go przy Fre­dry. Ta ostat­nia sły­nę­ła z oka­zjo­nal­nych spo­tkań sza­cho­wych z gwiaz­do­ra­mi kró­lew­skiej gry.

– A ten ga­ze­to­wy świ­stek? – drą­żył te­mat Kacz­ma­rek. – Zda­je się, że wy­dru­ko­wa­no na nim ja­kąś za­gad­kę sza­cho­wą?

– Wła­śnie – przy­tak­nął Kay­ser. I mo­men­tal­nie zno­wu się za­sę­pił.

– Są­dzi szef, że to ja­kaś in­for­ma­cja dla nas? Ja­kiś prze­kaz?

Pod­ko­mi­sarz spoj­rzał prze­ni­kli­wym wzro­kiem na Kacz­mar­ka.

– My­ślę, że ktoś zo­sta­wił nam za­da­nie.

– Nam?

– Tak, nam.

– Ale po co?

– Spraw­dza, czy damy radę je roz­wią­zać.

Ko­men­da Po­li­cji8, oko­ło trzy­na­stej

Kacz­ma­rek wpa­try­wał się jak za­hip­no­ty­zo­wa­ny w wy­dar­ty frag­ment ga­ze­ty wiel­ko­ści pię­ści z na­dru­ko­wa­ną sza­chow­ni­cą, le­żą­cy na jego biur­ku. Po­szar­pa­ne brze­gi pa­pie­ru su­ge­ro­wa­ły gwał­tow­ny cha­rak­ter oso­by, któ­ra zde­cy­do­wa­ła się go wy­rwać i pod­rzu­cić w ga­bi­ne­cie dy­rek­to­ra ho­te­lu. A może ra­czej świad­czy­ły o jej nie­chluj­stwie?

Aspi­rant czuł się nie­swo­jo: ni­g­dy wcze­śniej nie miał do czy­nie­nia z tak in­te­lek­tu­al­nie za­awan­so­wa­nym do­wo­dem w śledz­twie. Zwy­kle pro­wa­dzo­ne przez nie­go spra­wy koń­czy­ły się szyb­ko i dość ba­nal­nie, na przy­kład od­na­le­zie­niem skra­dzio­ne­go pier­ścion­ka w miesz­ka­niu po­dej­rze­wa­ne­go o ten czyn lum­pa z Wil­dy. Albo zła­pa­niem na go­rą­cym uczyn­ku pro­du­cen­ta le­wej ber­be­lu­chy9 na Chwa­li­sze­wie. Tam­te hi­sto­rie były pro­ste, by nie po­wie­dzieć pry­mi­tyw­ne. Tym ra­zem jed­nak Kacz­ma­rek mu­siał wy­si­lić się bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek. Raz, że na ho­ry­zon­cie nie wi­dać było żad­ne­go po­ten­cjal­ne­go po­dej­rza­ne­go. A dwa, że prze­stęp­ca – za­kła­da­jąc, że to nie głu­pi żart – naj­wi­docz­niej po­sta­no­wił za­ba­wić się ze śled­czy­mi. A ści­ślej rzecz bio­rąc, za­or­dy­no­wać im ła­mi­głów­kę. Praw­dzi­wą ła­mi­głów­kę, w do­dat­ku z fi­gu­ra­mi na sza­chow­ni­cy!

Po­li­cjant wes­tchnął i raz jesz­cze sku­pił wzrok na nie­wiel­kim polu do gry na­dru­ko­wa­nym na ga­ze­to­wym pa­pie­rze. Na sza­chow­ni­cy znaj­do­wa­ło się w su­mie sie­dem fi­gur: czte­ry bia­łe i trzy czar­ne. Nie trze­ba było wy­bit­nie znać się na kró­lew­skiej grze, by wie­dzieć, że bia­łe mia­ły prze­wa­gę. Bia­ły król, wspar­ty przez het­ma­na, goń­ca i pio­na, na­pie­rał na czar­ne­go mo­nar­chę, któ­re­go bro­ni­ły już tyl­ko dwa pio­ny. Czar­ne fi­gu­ry zo­sta­ły oto­czo­ne nie­mal w sa­mym na­roż­ni­ku, a ich dra­ma­tycz­ną sy­tu­ację zwia­sto­wał na­druk nad ob­raz­kiem, gło­szą­cy: „Mat w trzech po­su­nię­ciach”.

Kacz­ma­rek po­dra­pał się w gło­wę. Po kwa­dran­sie in­ten­syw­ne­go na­my­słu wy­kon­cy­po­wał wpraw­dzie, jak po­win­ny za­grać bia­łe, by wy­grać – cią­gle jed­nak nie po­tra­fił od­po­wie­dzieć na py­ta­nie za­sad­ni­cze: o co w tym wszyst­kim cho­dzi? Dla­cze­go ma dać ko­muś mata w trzech ru­chach? I komu?

Do po­ko­ju Kacz­mar­ka, sta­no­wią­ce­go przed­sio­nek ga­bi­ne­tu pod­ko­mi­sa­rza, zaj­rzał Grze­gorz Anio­ła, mło­dy po­moc­nik po­li­cyj­nych tech­ni­ków.

– Co tam, Anio­ła? – Aspi­rant pod­niósł się znad biur­ka i przybrał służ­bo­wą po­sta­wę.

– Mel­du­ję po­słusz­nie, ja z py­ta­niem. Czy jest pan pod­ko­mi­sarz? – Anio­ła nie stra­cił re­zo­nu.

– Nie ma. Jest u ko­men­dan­ta.

– To ja może…

– Anio­ła! Coś taki w go­rą­cej wo­dzie ką­pa­ny? – Kacz­ma­rek za­trzy­mał ru­chem ręki pod­wład­ne­go. – Chodź tu. Sia­daj. Zna­leź­li­ście coś na tej kart­ce z po­gróż­ką?

Na ana­li­zo­wa­nej przez Kacz­mar­ka sza­chow­ni­cy nie stwier­dzo­no żad­nych śla­dów. Aspi­rant miał ci­chą na­dzie­ję na od­ci­ski na kre­do­wym pa­pie­rze od­kry­tym w ga­bi­ne­cie Ku­ja­ciń­skie­go.

– A gdzie tam, pa­nie aspi­ran­cie. – Anio­ła mach­nął tyl­ko znie­cier­pli­wio­ny ręką. – Kart­ka jest czy­sta jak za prze­pro­sze­niem moja du­sza. Pod­rzu­cił ją ktoś w rę­ka­wicz­kach. Za­wo­do­wiec zna­czy się…

– Ech – wes­tchnął roz­cza­ro­wa­ny Kacz­ma­rek. Od­ci­ski pal­ców znacz­nie uła­twi­ły­by spra­wę. Wy­star­czy­ło­by po­brać prób­ki od per­so­ne­lu ho­te­lu i za­gad­ka szyb­ko zo­sta­ła­by roz­wią­za­na. Za­rów­no Kay­ser, jak i Kacz­ma­rek byli świę­cie prze­ko­na­ni, że au­tor groź­by pra­cu­je w Ba­za­rze. Tyl­ko jak wy­ło­wić go spo­śród set­ki osób? – To co, Anio­ła? Może cho­ciaż usta­li­li­ście, na ja­kiej ma­szy­nie na­pi­sa­no ten ko­mu­ni­kat?

Anio­ła po­ru­szył się nie­spo­koj­nie na krze­śle.

– Wła­śnie mia­łem prze­ka­zać panu pod­ko­mi­sa­rzo­wi… – za­czął, ale się za­wa­hał.

– Pod­ko­mi­sarz Kay­ser pro­wa­dzi to śledz­two ra­zem ze mną. Mo­żesz mi prze­ka­zać, co wiesz.

Anio­ła nie wy­glą­dał na prze­ko­na­ne­go. Na­ra­sta­ją­ce znie­cier­pli­wie­nie na po­czer­wie­nia­łej twa­rzy Kacz­mar­ka spo­wo­do­wa­ło jed­nak, że po­rzu­cił wszel­kie obiek­cje.

– Pan przo­dow­nik Gły­da ka­zał prze­ka­zać, że typ czcion­ki zda­je się wska­zy­wać na nie­miec­ką ma­szy­nę Eri­ka Na­umann – wy­re­cy­to­wał.

– Nie­miec­ką? Nie na­szą? – zdzi­wił się Kacz­ma­rek.

– To naj­praw­do­po­dob­niej mo­del nu­mer 5, a więc eg­zem­plarz prze­no­śny. Wa­liz­ko­wy. Ostat­ni krzyk mody w Niem­czech, z tego roku… – prze­chwa­lał się usta­le­nia­mi ko­le­gów Anio­ła.

– Cie­ka­we – mruk­nął aspi­rant, ner­wo­wo szar­piąc roz­wi­chrzo­ne baki. Przy­po­mi­nał te­raz dzie­więt­na­sto­wiecz­ne­go de­tek­ty­wa, do peł­ni ob­ra­zu bra­ko­wa­ło tyl­ko bi­no­kli na łań­cusz­ku. I ewen­tu­al­nie spo­co­ne­go czo­ła…

Drzwi otwo­rzy­ły się na­gle z trza­skiem i do po­ko­ju wpadł pod­ko­mi­sarz Zyg­fryd Kay­ser.

– Ale­chin ma za­grać sy­mul­ta­nę w Sali Bia­łej Ba­za­ru – oznaj­mił od drzwi, nie przej­mu­jąc się obec­no­ścią Anio­ły. – Bę­dzie grał na 32 sza­chow­ni­cach. Wiesz, Kacz­ma­rek, co to ozna­cza?

Aspi­rant zmarsz­czył brwi.

– Są­dzi szef, że mamy co naj­mniej 32 po­dej­rza­nych?

Kay­ser do­pie­ro te­raz zo­rien­to­wał się, że wśród nich jest też mło­dy tech­nik.

– Ko­le­go, wra­caj do swo­ich – za­pro­po­no­wał ła­god­nym to­nem Anio­le. Gdy ten się wy­niósł, pod­ko­mi­sarz klap­nął na zwol­nio­ne miej­sce przed biur­kiem Kacz­mar­ka. – Nie jest do­brze, pa­nie ko­le­go. – Kay­ser gwał­tow­nie skró­cił służ­bo­wy dy­stans wy­ni­ka­ją­cy z róż­ni­cy po­li­cyj­nych stop­ni. – W Ba­za­rze za­po­wia­da się gru­ba im­pre­za! I nie cho­dzi tyl­ko o 32 gra­czy, któ­rzy do­stą­pią za­szczy­tu zmie­rze­nia się z mi­strzem Ale­chi­nem. Otóż, wy­obraź so­bie, sy­mul­ta­na bę­dzie gra­na na oczach licz­nie zgro­ma­dzo­nej pu­blicz­no­ści. Od­wo­ła­nie wy­da­rze­nia nie wcho­dzi w grę, w prze­ciw­nym ra­zie nie unik­nie­my skan­da­lu.

– Skan­da­lu?

– Tak, Kacz­ma­rek. Skan­da­lu! Udział pu­blicz­no­ści to pod­sta­wo­wy wa­ru­nek, jaki po­sta­wił or­ga­ni­za­to­rom po­je­dyn­ku Ale­chin. Zresz­tą nie tyl­ko u nas. W War­sza­wie, Lwo­wie i Ło­dzi rów­nież.

– O w mor­dę! – wy­rwa­ło się aspi­ran­to­wi. – I jak ich wszyst­kich upil­no­wać?

Kay­ser po­ki­wał smut­no gło­wą, a pal­ce jego pra­wej dło­ni po­wę­dro­wa­ły ner­wo­wo ku we­wnętrz­nej kie­sze­ni ma­ry­nar­ki, w któ­rej zwy­kle trzy­mał ty­toń.

– Ano wła­śnie, Bi­niu. – Pod­ko­mi­sarz po­rzu­cił już wszel­kie służ­bo­we kon­we­nan­se, grze­biąc kciu­kiem w wo­recz­ku z aro­ma­tycz­ną za­war­to­ścią, co ja­kimś dziw­nym tra­fem odro­bi­nę go uspo­ko­iło. – Szy­ku­je nam się go­rą­ca nie­dzie­la, jak Boga ko­cham! Ale co tam… Trze­ba dzia­łać. Po­słu­chaj mnie, bo od tego za­le­ży nie tyl­ko moja, ale i two­ja gło­wa…

Aspi­rant Zbi­gniew Kacz­ma­rek z wra­że­nia o mało nie do­stał czkaw­ki.

– …Za chwi­lę za­dzwo­nisz do na­szych ko­mend w sto­li­cy, Lwo­wie i w Ło­dzi. Uprze­dzisz ich, by oto­czy­li mi­strza Ale­chi­na dys­kret­ną opie­ką – kon­ty­nu­ował Kay­ser, głasz­cząc pal­ca­mi ty­toń w wo­recz­ku. – Po­wiesz, że Ro­sja­nin zna­lazł się w po­ten­cjal­nym za­gro­że­niu. Tak wła­śnie po­wiedz: „w po­ten­cjal­nym za­gro­że­niu”. I bar­dzo cię pro­szę, nie wda­waj się w żad­ne szcze­gó­ły. Nic im do tego, skąd to wie­my, ja­sne? Ani mru-mru o ano­ni­mo­wym li­ście, ro­zu­miesz?!

Kacz­ma­rek tyl­ko ski­nął gło­wą, tak bar­dzo był za­sko­czo­ny sta­now­czo­ścią zwy­kle dość ła­god­ne­go pod­ko­mi­sa­rza.

– Niech przej­mą Ale­chi­na już na dwor­cu w War­sza­wie i od tej pory dys­kret­nie się nim opie­ku­ją! Po­wo­łaj się na mnie, je­śli po­trze­bu­jesz. Albo nie, le­piej na „sta­re­go”. No wiesz, na ko­men­dan­ta. Je­śli już sza­chi­ście ma się coś stać, zrób­my wszyst­ko zgod­nie z re­gu­ła­mi sztu­ki, by ucier­piał jak naj­mniej.

– Tak jest! – przy­tak­nął Kacz­ma­rek. – A… kie­dy mistrz Ale­chin przy­jeż­dża do War­sza­wy?

– To niech już so­bie sami usta­lą w sto­ly­cy. I tak już od­wa­li­li­śmy za nich ka­wał ro­bo­ty!

Ho­tel Ba­zar, szes­na­sta z mi­nu­ta­mi

Dy­rek­to­ro­wi Ku­ja­ciń­skie­mu trzę­sły się tego dnia ręce. Nic dziw­ne­go. Ano­ni­mo­wy list po­zo­sta­wio­ny na jego biur­ku, a już zwłasz­cza za­war­ta w nim za­po­wiedź dra­ma­tu po­dzia­ła­ły pio­ru­nu­ją­co na jego kon­dy­cję psy­chicz­ną. Kie­li­szek ko­nia­ku, wy­chy­lo­ny ukrad­kiem za­raz po za­koń­cze­niu wi­zy­ty po­li­cjan­tów, na nie­wie­le się zdał. Wpraw­dzie Ku­ja­ciń­ski utrzy­my­wał na ze­wnątrz po­zo­ry, za­cho­wu­jąc ka­mien­ną twarz, w środ­ku jed­nak aż się w nim go­to­wa­ło. Naj­bar­dziej mę­czy­ło go jed­no za­sad­ni­cze py­ta­nie: kto może gro­zić go­ścio­wi jego ho­te­lu? I to ta­kie­mu go­ścio­wi! Ku­ja­ciń­ski kil­ka­krot­nie przy­znał w du­chu, że te­le­fon na po­li­cję był jak naj­bar­dziej uza­sad­nio­ny. Gdy idzie o re­pu­ta­cję fir­my, kosz­ta nie gra­ją roli! Na­wet je­śli ja­kimś cu­dem pra­sa coś zwą­cha i po mie­ście się roz­nie­sie, że po ho­te­lu krę­ci­li się po­li­cjan­ci, bę­dzie to z pew­no­ścią ni­kła stra­ta wi­ze­run­ko­wa w po­rów­na­niu ze skan­da­lem, jaki cze­kał­by Ba­zar w przy­pad­ku za­ma­chu na mi­strza!