Korporacja KościółTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Wstęp

Siedzę w galerii handlowej. Z głośników płynie muzyka od czasu do czasu przerywana reklamami. Wokół obojętni ludzie, jeszcze nie tłum, bo za wcześnie. A ja siedzę i zaczynam pisać być może najważniejszą książkę mojego życia. Odpowiada mi ta obojętność. Nikogo nie obchodzi, kim jestem ani co tu robię. Mogę sobie siedzieć i klikać w klawiaturę. Robię swoje i nikomu nie przeszkadzam. W jakimś sensie tak jak w czasach, które nazywam „poprzednimi”. Choć wtedy w niektórych momentach wydawało mi się, że jestem naprawdę potrzebny. I to mnie – między innymi – w księżostwie trzymało. Pamiętam taką sytuację, kiedy jechałem sam do Warszawy. Byłem bardzo zmęczony, choć jeszcze nie przysypiałem. Zacząłem myśleć, co by było, gdybym się teraz zabił. Spróbowałem sobie wyobrazić swój pogrzeb. Zobaczyłem twarze osób, które wtedy wydawały mi się bliskie. I nagle zacząłem się modlić, żeby wrócić bezpiecznie, bo przecież „tylu ludziom jestem potrzebny”. To złudzenie, które wtedy we mnie zakiełkowało, trwało potem bardzo długo i bardzo długo nie pozwalało mi się uwolnić. Dawało mi wyjątkowo silną potrzebę bycia lojalnym wobec korporacji, której poświęciłem życie. Korporacji, która to życie prawie zniszczyła. Korporacji, której wtedy bym tym słowem raczej nie określił. Którą wszyscy znają. Korporacji „Kościół rzymskokatolicki”.

Pisząc, często zastanawiam się, jak ten czy ów zareaguje na to, co przeczyta. To się po prostu tak jakoś samo narzuca. Zaraz potem jednak dociera do mnie, że w większości wypadków reakcją będzie po prostu wyparcie lub zlekceważenie, może trochę agresji. Ale nie łudzę się, że ta książka wywoła jakieś gwałtowne przemiany lub rewolucję w KRK. Chrystus podsumował tę kwestię następująco: „Jeśli Mojżesza i Proroków nie słuchają, to choćby ktoś zmartwychwstał, nie uwierzą” (Łk 16:31) . To prawda, że w ostatnim czasie pojawia się coraz więcej książek i artykułów na ten temat. A to o księżach i ich przewinieniach, a to o cicho odchodzących zakonnicach (niezła książka), a to o celibacie (za i przeciw). Są też paszkwile, typu Byłem księdzem, które poza obrzydzeniem i gniewem nic nie wnoszą. Tak, im więcej czytam, tym bardziej dochodzę do wniosku, że łatwo mówić o objawach, piętnować przestępstwa. Łatwo pisać sensacyjnie. Ale jakoś nie wydaje mi się, żeby ktoś w ogóle chciał dotrzeć do przyczyn. Tych prawdziwych. Albo zatrzymujemy się na moralnym potępieniu księży gwałcących dzieci (i to potępienie jest jak najbardziej słuszne), albo analizujemy (ostatnio często na podstawie anonimowych ankiet), ilu z duchownych ma „babę”, oburzamy się, dyskutujemy na temat wierności (bądź niewierności) złożonym przysięgom, a tutaj trzeba by dojść do sedna i wreszcie nazwać przyczyny. Dlaczego? Ano dlatego, że trzeba by powiedzieć, że przyczyną problemów KRK jest on sam. Zanegować wszystko od podstaw, a raczej do podstaw i stwierdzić, że KRK to w ogóle nie jest Kościół, a z chrześcijaństwem takim, jakiego chciał Jezus Chrystus, łączą go tylko pozory. Czytałem na ten temat sporo artykułów, przede wszystkim z kręgu Kościołów protestanckich czy ewangelikalnych, ale tam podchodzi się do tematu religijnie, udowadniając na przykład, że Kościół rzymskokatolicki to „Wielka Nierządnica”, „Wielki Babilon”. I pewnie jest to po części prawda, choć zazwyczaj ogrom trudnych emocji zaburza logikę. Ja jestem przekonany, że KRK to sprawnie funkcjonująca korporacja i wszystko, co się tam dzieje, podlega regułom korporacyjnym. Chciałbym tego w swojej książce dowieść.

Kim jestem, żeby tak mówić? Byłym katolikiem, byłym księdzem, byłym zakonnikiem. Byłym kościelnym prawnikiem. Wiem, że gdybym to napisał na FB, to serwery by im siadły od hejtu. Że robię do własnego gniazda, że jestem zdrajcą, że odreagowuję jakieś swoje problemy itd. Dlatego nie piszę na FB, nie zakładam forów ani grup dyskusyjnych. To nic nie da, niczego nie zmieni. Zresztą zmiana KRK od wewnątrz nie jest możliwa. Wielu próbowało… Ta zmiana nie jest możliwa, bo nie jest potrzebna. KRK jest od początku swojego istnienia (czyli od czasów cesarza rzymskiego Konstantyna) błędem i nadużyciem. Nie ma czego tu zmieniać, trzeba się uwalniać. Ale żeby się uwalniać, człowiek musi wiedzieć, od czego i dlaczego.

I o to mi najbardziej chodzi. W tej książce być może jest trochę informacji wyglądających na sensacyjne, ale raczej niewiele. Jeśli ktoś szuka thrillera, pewnie się zawiedzie. Piszę ze swojego punktu widzenia. I ze swojego punktu odczuwania. Człowieka, który w tym siedział od wczesnej młodości, który ofiarował KRK najbardziej twórcze lata życia, który zostawił tam zdrowie. I który nie żałuje (!). Taka jest po prostu moja życiowa droga. Taką przyszło mi zapłacić cenę za wolność i bliskość Boga. Życie…

Nie mam zatem poczucia jakiejś wielkiej misji. Nie będę się też wypróżniał literacko na KRK. Ani moralizował. Piszę o własnych (głównie) doświadczeniach, o tym, co widziałem, co słyszałem, co przeżyłem, a mam o czym opowiadać. Za to nie mam już złudzeń. Nic już nie wypieram. Choć momentami brzmi to może brutalnie, piszę prawdę. Wszystkie przywołane w książce wydarzenia są prawdziwe, choć jasne, że ukrywam nazwiska, zmieniam imiona, bo nie mam pieniędzy na procesy. Formułuję też własne oceny. Mam prawo.

Odwołuję się do dokumentów własnych korporacji KRK, do Katechizmu Kościoła Katolickiego, do Kodeksu Prawa Kanonicznego i do kilku innych. Ale to nie jest praca naukowa, więc będę dobierał teksty źródłowe oszczędnie. Bo to jest książka z kluczem, a jej celem jest – jeszcze raz powtórzę – ukazanie, że Kościół rzymskokatolicki to nastawiona na władzę korporacja, myśląca, działająca właśnie na zasadach korporacyjnych. Chcę też sprowokować czytelników do myślenia. Do dyskusji raczej niekoniecznie, bo szczerze mówiąc nie spodziewam się merytorycznej dyskusji z korporacją. Jeśli już jakaś dyskusja, to przede wszystkim czytelnika z samym sobą. Czyli zmierzenie się z problemem. Oczywiście, że można napisać książkę o pieniądzach i seksie w KRK. Ale pieniądze i seks tylko towarzyszą władzy, one są środkami do celu lub gratyfikacjami niższego rzędu. Władza jest na topie. Zdecydowanie!

„Die Sache Jesu braucht Begeisterte” – to tytuł i jednocześnie początek refrenu jednej z bardziej znanych i popularnych niemieckich piosenek religijnych. Nie wiem, czy katolickiej, ale bardzo chętnie przez katolików w Niemczech śpiewanej (przynajmniej jakieś piętnaście lat temu). W tłumaczeniu na język polski słowa te znaczą: „Sprawa Jezusa potrzebuje zachwyconych / oddanych / zaangażowanych”. Według autora tekstu istnieje jakaś „sprawa Jezusa” w sensie Jego idei, pomysłu, projektu. I ten projekt potrzebuje grupy zaangażowanych wykonawców. Podobnie jak idea / projekt Steve’a Jobsa potrzebował zaangażowanych wykonawców. Jest lider, on jest autorem i właścicielem rewolucyjnego, wspaniałego, ba! genialnego projektu, a wszyscy, którym się ten projekt podoba, mają go wspierać wszystkimi swoimi zasobami, poświęcić się mu. W wypadku Steve’a Jobsa to projekt Apple. W wypadku Jezusa Chrystusa to projekt „zbawienie świata”. I teraz: naśladowcy i współpracownicy Jobsa mają oddać swoje życie jego projektowi, a naśladowcy Chrystusa mają oddać swoje życie jego pomysłowi. To jest schemat korporacyjny. Całkowicie i doskonale odpowiedni, jeśli chodzi o projekt Apple, całkowicie i doskonale nieodpowiedni, wręcz obraźliwy i nieadekwatny, jeżeli chodzi o projekt „zbawienie świata”. Bo ten ostatni został w całkowicie doskonały, wystarczający i pełny sposób zrealizowany przez Chrystusa. I niczego więcej zrobić się nie da ani robić nie trzeba. Bo zbawienie jest darem, który albo ktoś przyjmuje, albo nie. Niczego się nie da tu dodać, rozwinąć, ulepszyć. Nie da się też poświęcić życia jego realizacji, bo już wszystko jest zrealizowane. Można to po prostu wziąć i z tego skorzystać. Lub nie.

Budowanie korporacyjnych schematów wokół zbawienia jako projektu genialnego fundatora oznacza, że da się ten projekt rozwijać, ulepszać, poprawiać i wciąż sprzedawać w coraz lepszych i nowocześniejszych wersjach, dlatego właśnie w korporacji KRK oprócz Biblii musi funkcjonować tradycja, która poprzez dogmaty rozwija projekt źródłowy.

Czytanie tej książki (jak i wszystkich innych) to wolna decyzja czytelnika. Nie biorę odpowiedzialności za emocje odbiorcy. I za skutki w postaci ewentualnych decyzji. Czy zachęcam do czytania? Oczywiście!

Wdycham kadzidło, ale się nie zaciągam

Leżę sobie w wózeczku i przysypiam. Wokół mnie sporo dźwięków i zapachów, których jeszcze nie rozumiem ani nie umiem nazwać. Ale już je znam. I niezależnie od tego niezrozumienia są już moje. Pieśni kościelne, wypowiadane modlitwy, zapach kadzidła. Wdycham, ale się nie zaciągam. Jeszcze nie. Ale to wszystko, ta atmosfera jest już częścią mnie. I będzie mnie kształtować. Będzie sprawiać, że naturalne dla mnie będzie środowisko kościelne. Nie środowisko wiary, relacji z Bogiem, ale środowisko kościelne. Kiedy ktoś mnie zapyta, w którym momencie życia wsiąkłem w KRK, powiem: w żadnym. To było we mnie od zawsze. Wdychałem kadzidło już z wózka dziecięcego. To nie były sprawy wymagające tłumaczenia. To nie ja wsiąkłem w KRK, to on we mnie wsiąknął. Zawsze był obecny. Mało tego, dobrze się kojarzył. W ogóle we wczesnym dzieciństwie, które już świadomie pamiętam, Kościół to były kolędy, zapach ogromnej choinki w domu mojej babci, śnieg iskrzący się w świetle ulicznych lamp po drodze na pasterkę, a po powrocie smak szynki, którą tradycyjnie jedliśmy plasterkami, bo już wolno. A w dodatku ta szynka, jak to w latach siedemdziesiątych minionego stulecia, była tylko na święta, więc dzięki ci, KRK (albo może i dzięki, Jezu), bo to ty sprawiłeś, że mam szyneczkę… Nigdy nie pytałem o nic, bo po co pytać, skoro to wszystkie takie przyjemne, takie ciepłe, takie rodzinne. No i były prezenty. Można było też zjeść banana lub pomarańczę. W końcu to święta.

 

Zastanawiałem się kiedyś, dlaczego tak wielu ludzi w Polsce kompletnie bezkrytycznie łyka wszystko, co wiąże się z Kościołem. Dochodzę do wniosku, że właśnie dlatego. On w nich wsiąknął zanim byli w stanie cokolwiek ocenić, wpływa na ich sposób życia i myślenia, nawet kiedy o tym nie wiedzą. Tak, my nie wsiąkamy w KRK, to on wsiąka w nas. I nie chodzi mi o tę warstwę świadomą, warstwę zwyczajów, przekonań, kryteriów. Dużo wcześniej przesiąkamy zapachami, dźwiękami, klimatem… One siedzą w nas głęboko i nami kierują. Często bez naszej wiedzy. Kiedy czytam artykuły bądź wypowiedzi różnych osób nieszczególnie przychylnych Kościołowi rzymskokatolickiemu, widzę jak mimo swojej niechęci myślą i mówią z tego samego poziomu co katolicy określający się jako głęboko wierzący. Myślą tak i mówią, bo zostali tak wychowani, i to nie w warstwie świadomej – powtarzam – a w warstwie wrażeń i doznań. I to w nich tkwi bardzo głęboko. Mają to w genach. Kościelność. I jej konieczność. Może dlatego KRK po 1989 roku tak świetnie dogadywał się właśnie z komunistami? Bo przecież to właśnie za rządów SLD Kościół był w stanie wywalczyć dla siebie najwięcej wymiernych korzyści. Jak to działa? Ano tak na przykład jak w szkole. Teoretycznie rzecz biorąc szkoła polska jest neutralna światopoglądowo (o ile to w ogóle jest możliwe…). W praktyce, nawet jeżeli zapisano to w ustawach, nawet jeżeli w podstawie programowej nie ma zbyt wielu akcentów religijnych (czytaj: katolickich), to w grudniu dzieci w młodszych klasach, ucząc się matematyki, liczą choinki lub mikołajów. Teksty w nauczaniu języków obcych zawierają odwołania do Christmas lub Easter. Jak się to usprawiedliwia? Ano mówi się, że to przecież polska tradycja narodowa. I to niby ma załatwiać sprawę. Ale nie załatwia. I nie piszę tego jako ateista, ale jako chrześcijanin, który stara się żyć według tego (i tylko tego), co zawarte w Biblii. A tam nie ma ani Bożego Narodzenia, ani Wielkanocy jako okazji do świętowania. Nic takiego Chrystus nie nakazywał. Mam zatem prawo, by mi takich tradycji nie narzucano. Jasne, że nie da się (i nie ma takiej potrzeby, bo zrobiłoby to wielu osobom krzywdę) usuwać takich symboli z przestrzeni publicznej. Ale mam prawo, by moje dzieci nie musiały odrabiać zadań domowych o takiej tematyce. Takie samo prawo, jakie mają na przykład żydzi czy buddyści. A to prawo w praktyce szkolnej szanowane nie jest. Nauczyciele za to dziwią się bezmiernie, jak to możliwe, że nie ma w domu choinki, że dzieci nie piszą listów do Mikołaja itp. I nie dociera do nich, że to jest po prostu prawo tych, którzy nie podzielają katolickiej symboliki i obrzędowości. Wdychaliśmy wszyscy kadzidło od niemowlęctwa i zostało to w nas praktycznie zakodowane. Może gdybym deklarował się jako świadek Jehowy, buddysta czy muzułmanin, to jeszcze zostałoby to (głównie z obawy przed konsekwencjami prawnymi) uszanowane, ale skoro mówię, że jestem chrześcijaninem, to o co chodzi?

Powołujemy się na tak zwane wartości chrześcijańskie w życiu publicznym. No to może warto by je zdefiniować. A może nie? Może wreszcie zobaczyć, że słowo „wartość” nie ma nic wspólnego z chrześcijaństwem? Sformułowanie „wartość” jest terminem filozoficznym, obojętnie, czy przypiszemy je do metafizyki czy etyki, jest to filozofia. I to wcale nieposiadająca długiej tradycji, bo pojęcie wartości do filozofii w sensie ścisłym wprowadził dopiero Max Scheler w pierwszej połowie XX wieku. Potem do katolickiej teologii jego myśl wprowadzał między innymi Karol Wojtyła. A Biblia z jakąkolwiek filozofią nie ma nic wspólnego. Ani też żadnej nie tworzy. Biblia mówi tylko i wyłącznie, jak żyć w relacji z Bogiem, a raczej zaprasza do osobistego nawiązania tej relacji. Wkurza mnie, kiedy słyszę o „wartościach chrześcijańskich”, których nikt nie umie do końca zdefiniować ani powiedzieć, czym się różni miłość od miłości chrześcijańskiej, szacunek od szacunku chrześcijańskiego, dobroć od dobroci chrześcijańskiej itd. Podobno Luter powiedział (a przynajmniej taki widziałem mem), że „chrześcijański szewc nie ma robić chrześcijańskich butów, on ma robić dobre buty”. Białej gorączki dostaję, kiedy słyszę, że „Chrystus jest dla chrześcijanina największą wartością”. Jest osobą, a osoba nie jest wartością. I kropka. Nie mogę mieć relacji z wartością, bo to pojęcie abstrakcyjne i teoretyczne. Mogę natomiast mieć relację z osobą. I do tego, według Biblii, zaprasza mnie Chrystus. Mówi: „Jestem Nauczycielem, Panem, Mistrzem”, mówi: „Towarzysz mi”. Dygresja: w większości przekładów Biblii pojawiają się słowa „pójdź za mną”. Jednak tłumaczenie interlinearne zawsze przekłada te fragmenty jako „towarzysz mi”. A to są zupełnie inne relacje: albo jestem tylko naśladowcą, albo jako towarzysz (doli i niedoli) biorę również odpowiedzialność. I uważam, że do takiej zdrowej relacji, w której biorę pełną odpowiedzialność za moje osobiste decyzje, zaprasza chrześcijanina Jezus Chrystus. Koniec dygresji. Tyle że taka relacja kompletnie nie pasuje do modelu korporacyjnego reprezentowanego przez KRK. Tu trzeba mieć relacje z instytucjami, „wartościami”, tradycją, historią. Swego czasu w polskich mediach dziwiono się japońskim praktykom korporacyjnym, polegającym między innymi na wspólnym odśpiewaniu na baczność hymnu korporacji przed rozpoczęciem pracy albo na żelaznym zwyczaju, że mężczyźni po wyjściu z korpomordoru, zanim udadzą się do domu, muszą iść wspólnie na piwo do pobliskiego (zawsze tego samego) baru. A mnie się jakoś narzuciło podobieństwo pomiędzy tym a na przykład benedyktyńskim zwyczajem, by zaraz po wstaniu z łóżka, zanim się zacznie robić cokolwiek, biec do kaplicy, by tam wspólnie (z pamięci) śpiewać psalm poranny. Oraz wszystko, łącznie z odpoczynkiem i rekreacją, robić wspólnie.

To, co się dzieje pomiędzy tobą a Bogiem, to sprawa prywatna. Moje doświadczenie mówi mi, że można w gronie księży świetnie gadać na każdy temat, poza tym jednym. Relacja osobista z Chrystusem jest pewnym tabu. Bo to należy do „sfery wzniosłości”, dotyczy raczej konfesjonału czy też „kierownictwa duchowego”…

W mediach często odbywają się dyskusje między katolikami a osobami reprezentującymi inne poglądy (dyskusje o aborcji, eutanazji, legalizacji narkotyków). Ścierają się te osoby na planie czysto filozoficznym, porównują swoje hierarchie wartości i dochodzą do wniosku, że nigdy się nie zgodzą, bo te hierarchie są albo sprzeczne, albo niezachodzące. A to oznacza albo wrogość, albo obcość. Żeby zatem żyć i funkcjonować w jednym kraju, jedni muszą narzucić innym swoją hierarchię wartości. Ale ci inni nie chcą, więc nici z porozumienia. I tak dyskutują, czasem nawet krzyczą na siebie. I nic pozytywnego z tego nie wynika, bo wyniknąć nie może. Bo to walka międzykorporacyjna. Ostatecznie to po prostu jest walka o władzę.

Podduszam się, czyli to miał być początek drogi

Nie ma mowy o spaniu. Ekscytacja jest tak wielka, że nasila się kaszel alergiczny. Trochę się podduszam. Potem otwieram okno. Błąd. Parujące na trawniku pod blokiem rośliny nie pomagają. Rodzice też nie śpią. Dziś jedziemy do postulatu. Walizki spakowane. Ręczniki obeschły już z łez wylanych przez mamę, kiedy wyszywała na nich moje inicjały. W jakimś sensie stracimy się nawzajem. Jeszcze nie wiemy jak bardzo. Ale na pewno jest to moment odcięcia pępowiny, a to boli. Ja nie myślę o tym. Jestem już tam, w zakonie. Kilka godzin jazdy pociągiem, udajemy, że wszystko jest w porządku. Ale wiemy dobrze, że Kościół jest dużo bardziej zazdrosny niż kobieta. I zaborczy. Na wiele lat się stracimy. I niektóre z łączących nas nici zostaną zerwane bezpowrotnie. Ale teraz jeszcze się łudzimy. I przeżywamy ekscytację pomieszaną z lękiem. To znaczy ja ten lęk silnie wypieram. Dla mnie to przygoda. O uczuciach moich rodziców nie myślę. Ja mam już nową matkę – Kościół i nowego ojca – ZET. Poświęcę mu sporo miejsca w tej książce.

Poznałem go w sumie niewiele wcześniej, bo niecałe cztery lata. Kolega ministrant podsunął mi książki o Świętym Założycielu, o Duchowości, o Zgromadzeniu. A potem zaproszenie na rekolekcje w Częstochowie. I złapałem haczyk. Byłem już wcześniej podatny na takie zachęty, bo korporacja KRK od paru lat poprzez katechezę (wtedy jeszcze przy parafii) i ministranturę mieliła mnie w swoich młynach. Byłem świetnie przygotowanym narybkiem. Trzeba było mnie tylko odłowić i wpuścić do właściwego stawu. I właśnie to zrobił ZET. Był postacią niesamowicie atrakcyjną. Przede wszystkim był cudzoziemcem. Ponadto starał się mówić po polsku i nieźle mu to wychodziło. Co więcej – mówił o Biblii i tłumaczył Biblię prawie bez przerwy. To była ta nowość i świeżość, która mnie uwiodła. Wyglądało na to, że ta duchowość, w którą się zaangażowałem, jest bardzo biblijna (dopiero później miało wyjść, że jednak nie do końca). Chłonąłem wszystko, co ZET mówił i pisał, a było tego dużo, odkrywałem nowy, nieznany świat i – jak mi się wtedy wydawało – Boga. Dlatego nie miałem żadnych wątpliwości, kiedy przyszło podejmować decyzję. Nie polonistyka, o której wcześniej marzyłem, nie Agnieszka, w której się kochałem, nawet nie seminarium diecezjalne, w którym widział mnie mój proboszcz. Ale zgromadzenie ZET, w Polsce obecne od niedawna, prawie nieznane (choć powstałe we Włoszech w 1815 roku). „Młode, niesprawdzone szeregi” – jak napisał mój proboszcz w opinii, której nie miałem prawa znać, ale mi ją przeczytał.

Rekolekcje zamknięte dla młodzieży męskiej – jeździłem na nie przez całe liceum dwa razy do roku. Świetna okazja, by się podszkolić w duchowości, pogłębić ją, naładować akumulatory. A przy okazji spotkać się w gronie znajomych. To były przecież jeszcze te błogosławione czasy bez internetu! Jeździliśmy zazwyczaj całą ekipą. Rekolekcje uważaliśmy za wymagające, bo od kolacji pierwszego dnia aż do śniadania w dniu wyjazdu obowiązywało pełne milczenie poza przewidzianymi w programie „rozmowami duchowymi” na spacerach, na które chodziliśmy po dwóch. Trzeba przyznać, że poza pewnymi wyjątkami zachowywaliśmy te wymagania, bo było to dla nas wtedy jakieś wyzwanie. Codziennie dwa kazania (na mszy i na nabożeństwie), konferencja, godzina pytań, grupowe rozważanie Biblii, adoracja godzinna w kaplicy, wymiana doświadczeń w grupie na temat „jak dzisiaj żyłem Ewangelią”. Sporo tego i czas był intensywny, ale lubiliśmy to bardzo, bo czuliśmy, że się rozwijamy. Odkrywaliśmy wielkość KRK, jego duchową głębię, jego historię i nauczanie. Tak oto odbywał się przez kilka lat kolejny etap wsiąkania KRK w moje myślenie, emocje, pamięć, tożsamość. Stawałem się idealnym kandydatem na księdza, sam o tym nie wiedząc.

Rekolekcje odbywały się w wakacje oraz w czasie ferii zimowych. A poza tym raz w miesiącu w pobliskim domu Zgromadzenia można było wziąć udział w weekendowym dniu skupienia, takich minirekolekcjach, odbywających się na identycznych zasadach. Tak więc zapewnione było całoroczne szkolenie i rozwój, bo oprócz tego raz w tygodniu spotykaliśmy się w grupie we własnej parafii. A jeszcze raz w miesiącu jako parafialny animator jeździłem na spotkania informacyjne do animatora diecezjalnego. Nie miałem zatem żadnych szans, musiałem prędzej czy później poczuć powołanie.

Był w tym wszystkim jeszcze dodatkowy smaczek – konspiracja. Mówimy o latach 1985 – 89. Władze wtedy nie pozwalały na rejestrację żadnych nowych zgromadzeń zakonnych, więc moje działało w podziemiu, praktycznie nielegalnie. Kiedy do niego wstąpiłem, zostałem oficjalnie zapisany do innego legalnie działającego zakonu, żeby nie pójść do wojska. Obowiązywało konspiracyjne milczenie, nawet zakaz opowiadania kawałów politycznych. Wszystko było takie bohaterskie, takie surowe i mocne zarazem. Głębokie i porywające. Można powiedzieć, że nawet wzniosłe.