Idealna opiekunkaTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Dla moich dziewczyn.

Każdy cent ze sprzedaży tej książki zostanie przeznaczony na nasz wspólny dom, w którym zamieszkamy, kiedy będziemy miały osiemdziesiąt lat i nie zdołamy tolerować nikogo innego, poza sobą nawzajem.

PROLOG

Francja

13 sierpnia

Siobhan

Dzień, w którym mój mąż zostaje aresztowany pod zarzutem morderstwa, jest najgorętszym w roku. Pot przywiera do wewnętrznej strony moich ramion; top, który pospieszenie włożyłam na siebie, usłyszawszy dzwonek do drzwi rozbrzmiewający w całym domu, niekorzystnie opina mi się na brzuchu, ciemne ślady potu zaczynają pojawiać się na przylegającym, białym materiale. Dzwonek jest staromodny, należy pociągnąć za cienki kawałek liny wiszący przy drzwiach willi, a jego dźwięk budzi nas wszystkich – mnie, Calluma, naszą córkę Emmę i moją siostrę Marię. Mój wzrok zatrzymuje się na cyfrowym zegarku – jest 09.03 i wszyscy spaliśmy długo. Jesteśmy na wakacjach. Przez Francję przechodzi właśnie fala upałów, już teraz termometr pokazuje 33 stopnie.

Przyjechaliśmy do Francji dwa dni temu, zatrzymaliśmy się w letnim domu Marii, w małej wiosce na upalnym, północno-zachodnim wybrzeżu: Saint Juillet, położonej u podnóża skalistego wzgórza, które ocienia część ogrodu. W wiosce nie ma komendy policji – jedynie maleńki kościółek na czterdzieści osób, elegancka restauracja u stóp wzgórz, sobotni targ rybny i piekarnia, której godziny otwarcia są przypadkowe i dezorientujące. Policjanci musieli dzisiaj wcześnie wstać, żeby dojechać tu z Rouen albo Dieppe, przemierzając zdradliwe, strome wzgórze aż do domku letniskowego. Żadne samochody tu nie przyjeżdżają, jeśli nie muszą. Chyba, że to nagły wypadek.

Na progu stoi dwoje policjantów, kobieta i mężczyzna, oboje są Francuzami i mają silny akcent, trudny do zrozumienia dla mojego rozespanego mózgu. Mój mąż ma na sobie wyblakłą koszulkę i bokserki, ma bose stopy a ciemne włosy pokrywają jego nogi. Z początku myślę, że coś musiało stać się w domu – mój umysł biegnie do matki, już w podeszłym wieku, wątłej osiemdziesięciosześciolatki, która mieszka uparcie w domu opieki na przedmieściach Norwich, sama, nie licząc pielęgniarek. Jej pojmowanie rzeczywistości ostatnio znacznie się zmniejszyło; minęło już kilka tygodni, odkąd odbyłam obowiązkową wycieczkę, żeby ją odwiedzić, i poczucie winy ściska moje wnętrze, szybkie i nieprzyjemnie. Kuzynka Calluma właśnie urodziła i martwię się, że coś mogło pójść źle, wyobrażając sobie Rosę na poplamionych krwią prześcieradłach w szpitalnej sali. Jednak oczywiście to żadna z tych spraw.

Czuję za sobą obecność Emmy, tupot jej stóp odzianych w skarpetki. Jest w piżamie, a blond włosy związała w kok. Mimo swoich szesnastu lat, tego ranka wygląda niewinnie jak dziecko. Chwilę później pojawia się Maria, błękitne, jedwabne kimono okrywa jej opalone ciało. Nasze oczy się spotykają; to spojrzenie jest mi tak dobrze znane jak moje własne. Jest moim lustrzanym odbiciem, piękniejszą wersją mnie. Matka do tej pory nas myli.

Callum coś mówi, protestuje, łamany francuski nie jest w stanie przekazać złości i szoku, gesty ukazują je idealnie. Moje serce zaczyna bić szybciej, jak maleńki werbel w klatce piersiowej. Policjanci mają srogie miny, ich twarze wyrażają powściągliwość i w ogóle się nie poruszają. Zbyt późno zdaję sobie sprawę, że Emmy nie powinno tutaj być. Czym prędzej odwracam się od drzwi i chwytam córkę za rękę, próbując odciągnąć ją w stronę schodów.

– Co się dzieje? – pyta, jej głos nadal jest zabarwiony snem, a Callum przypada do niej, próbując uspokoić swoim najczulszym głosem, którego używa zawsze, gdy jest zaniepokojona. Potrafi być dla niej taki miły, kiedy chce, ale jego głos wciąż ma w sobie cień niepewności, który tylko ja słyszę.

– To nic, skarbie, to jakaś pomyłka – Siobhan, powiesz im? To wszystko pomyłka, kochanie. Mario, porozmawiaj z nimi, dobrze? Proszę. – Uśmiecha się do mojej siostry, ale to wymuszony uśmiech. Mięśnie jego policzków są zaciśnięte i wyglądają sztucznie.

Mój francuski nie jest lepszy niż jego – mój umysł ucieka do ględzenia mojego nauczyciela ze szkoły średniej, mucha brzęczy na szybie w gorącej, suchej klasie, na palcach mam plamy z niebieskiego tuszu – ale oboje potrafimy wychwycić słowo, które wypowiada wyższy z policjantów. Meurtre. Meurtre. Vous êtes suspecté de meurtre. Zamieram. Nie mogę się ruszyć.

Jesteś podejrzany. Morderstwo. Maria, która włada językiem dużo lepiej niż my, występuje do przodu i zaczyna mówić szybkim, naglącym francuskim. To dla mnie za szybko; nie rozumiem.

I wtedy wymieniają nazwisko ofiary, w pełni zrozumiałe, a ja czuję, że wzrok zaczyna mi się zamazywać, a panika chwyta mnie za gardło. To ona. Caroline Harvey.

Jedno z nich występuje do przodu i w tym momencie rozpoczyna się nasz koszmar.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Francja

11 sierpnia: Dwa dni przed aresztowaniem

Siobhan

W tym domu praktycznie nie ma zasięgu. Wszyscy jemy kolację na tarasie, pod stopami mamy czerwoną kostkę brukową. To nasza pierwsza noc we Francji, gdzie powietrze jest gorące i nieruchome, a dźwięk cykad bezustanny i ogłuszający. Za nami błyszczy woda w basenie, jasnoniebieska, dzięki małemu, automatycznemu oczyszczaczowi, który Maria wpuszcza do środka każdego dnia. To sprytna rzecz, która śmiga pod wodą w górę i w dół, jak jedna z tych uber-matek w naszej okolicy. Ale Ipswich wydaje się o lata świetlne stąd; Suffolk nie ma nic wspólnego z dusznym gorącem francuskiego wybrzeża. Uber-matki nie mogą tu do mnie przyjechać.

– Emmo, nie zamierzasz zjeść reszty mozzarelli? – pyta Callum, a ja rzucam okiem na talerz córki i zaskoczona widzę, że jest praktycznie nietknięty. Zwykle ma większy apetyt niż ja – cóż, taki metabolizm szesnastolatki. Jednak ona mnie ignoruje, bawi się swoim iPhone’em, przesuwa go po stole, próbując złapać 4G.

– Zasięg jest tutaj gówniany, Emmo – mówi Maria – właśnie dlatego pociągnęłam łącze naziemne. Zanim kupiłam to miejsce, nie było tutaj nic, możesz uwierzyć? – Śmieje się i nabija kawałek tuńczyka na widelec. Sama go przyrządziłam, trzymając się dokładnie angielskiego przepisu. Podziękowanie za jej gościnę, tak uważam. Nie lubię mieć długu wobec niej ani nikogo innego.

– Wiem, że chciałabyś Wi-Fi, Ems. Załatwię to na następne wakacje – ciągnie Maria. – Mmm. To jest przepyszne, S.

Czuję przebłysk przyjemności, że przynajmniej jej smakuje posiłek. Moja siostra ma wysokie standardy i właśnie dlatego, według naszej matki, nadal jest sama w wieku czterdziestu sześciu lat. Nikt nie jest wystarczająco dobry. Już nie poruszam tego tematu z Marią. Sądzę, że tego nie lubi. Zawsze sprawiała, że czułam się, jakbym to ja była tą nudną, bo wybrałam małżeństwo i dzieci ponad wolność i zabawę. Nigdy nie dopięłam swego. Jestem panią swojego życia, Siobhan, zawsze mi powtarza. Nigdy, przez wszystkie te lata, nie poznałam kogoś, z kim się spotykała, chociaż nie wątpię, że jest ktoś, kto ogrzewa jej łóżko.

Emma przekręca się na siedzeniu, ledwo zauważając Marię, pasmo włosów opada jej lekko na twarz. Moja córka ma na sobie luźną, szmaragdowozieloną sukienkę, coś, czego ja już nie mogłabym założyć. Ona i Maria zazwyczaj świetnie się dogadują, ale dzisiejszego wieczora wydaje się, że nikt nie jest w łaskach mojej córki.

Spojrzenie męża spoczywa na mnie i prawie czuję, że chce, żebym wkroczyła, warknęła na nią, spróbowała nakłonić, żeby odpuściła jakiekolwiek humory, które ostatnio ma, i zjadła kolację ze swojego talerza. W tym scenariuszu, czyli gdy Emma jest w złym nastroju, zwykle to ja bywam złym gliną. Jednak dzisiaj nie zamierzam. W końcu jestem na wakacjach. I ugotowałam posiłek, zrobiłam swoje.

Zamiast tego biorę duży łyk wina, które Maria kupiła dla nas w pobliskiej winiarni jako prezent powitalny. Moja siostra jest właścicielką tej willi od dwóch lat i nadal pozostaje na etapie jej udoskonalania. Zajmuje się dekorowaniem wnętrz, ma własny biznes i ciągle przewozi drogie dywaniki i niezbędne lampy w tę i z powrotem przez Kanał. W rezultacie dom jest godną pozazdroszczenia mieszaniną angielskich antyków i francuskiego szyku. To jej pomysł, żebyśmy wszyscy przyjechali tutaj na lato i skorzystali z niego; częściowo to pretekst, żeby pochwalić się tym miejscem, jestem tego pewna, ale i tak trudno odmówić takiej propozycji. Potrzebujesz przerwy, powiedziała i przez chwilę zastanowiłam się, czy wie więcej o mnie i Callumie, niż pokazuje. Jednak to wątpliwe. Nie powiedziałam nikomu o ostatnich zdarzeniach, jeszcze nie. Nadal zastanawiam się, co zrobić.

Callum zabukował dla nas lot już kilka miesięcy temu i nasza trójka przyleciała tutaj z Southend, podczas gdy Maria przywiozła pełen samochód antyków z domu aukcyjnego w Suffolk Eurotunelem i przybyła dokładnie na czas, żeby nas wpuścić i zobaczyć błysk zazdrości na naszych twarzach. W drodze z lotniska odczuwałam niepokój, martwiłam się, jak rozwiną się te wakacje. Mogą okazać się spoiwem, które zatrzyma naszą rodzinę razem. Albo okażą się rozdarciem, które rozerwie nas na strzępy.

Jednak w tej chwili cieszę się, że tu jesteśmy. Wino jest wyśmienite i przez moment wyobrażam sobie, że to wszystko jest moje – utopijny, wymarzony luksus – ale Emma odsuwa swoje krzesło i czar pryska.

 

– Nie jestem głodna – oznajmia i patrzę, jak rąbek jedwabnej sukienki opada jej do kostek, kiedy wstaje i odchodzi od stołu, znikając za przesuwanymi, szklanymi drzwiami.

Po kilku sekundach dobiega nas dźwięk – włączyła głośniki bezprzewodowe w piwnicy i słyszymy wściekle ryczącą, głośną muzykę, która działa mi na nerwy. Dom ma dwie kondygnacje, w piwnicy są dwie sypialnie i łazienka. Emma i Maria tam śpią, a Callum i ja zajmujemy parter, na którym znajduje się też basen. Mamy pokój z łazienką, a w niej prysznic z hydromasażem i mięciutkie, białe ręczniki. Drogie mydło i balsam do rąk pachną geranium.

Callum wzdycha, to bardzo znajomy dźwięk. Maria wypuszcza powietrze, zmartwienie jest widoczne na jej obliczu. Ma ten sam wyraz twarzy, odkąd byłyśmy nastolatkami, przez wszystkie te lata. Szczerze mówiąc, więcej, niż chciałabym zliczyć. Wiosną skończyłam czterdzieści cztery lata, ale zawsze będę jej młodszą siostrą. To już coś, jak sądzę.

Biorę oliwkę z małej, czarnej miseczki na stole, czuję, jak olej spływa mi po palcach.

– Widać zmiana otoczenia nie pomogła na wahania nastrojów – mówi Callum gorzkim tonem i unosi kieliszek do ust, a ja wzruszam ramionami, połykając oliwkę. Uśmiecha się do mnie, jego zęby są białe, a oczy błyszczą. Przystojna twarz, którą tak dobrze znam.

– Jesteśmy tutaj od niecałych dwudziestu czterech godzin. Dajmy jej szansę. – Mój głos jest spokojny, wyważony.

W środku wcale tak się nie czuję. Ostatnio stałam się dobra w maskowaniu uczuć. W końcu muszę to robić. Sekrety stają się moją mocną stroną.

*

Kończymy posiłek, a skoro Emma nie zdecydowała się pojawić z powrotem, przenosimy się na wygodne krzesła na werandzie i otwieramy kolejną butelkę wina – tym razem czerwone, po pięć euro w lokalnym supermarkecie po drodze tutaj. Callum odzyskuje animusz, staje się bardziej jowialny, oplata mnie ramionami w talii, a w uchu słyszę jego donośny głos. Próbuję zrelaksować się pod jego dotykiem, ale to trudne.

– Pomyślałam, że zabiorę was rano, żebyście zobaczyli Rouen. Rozładuję z samochodu wszystkie te śmieci, które przywiozłam, więc zmieścimy się wszyscy – mówi Maria; narzuciła sweter na ramiona, bo temperatura zaczęła spadać. Wywracam oczami; „śmieci” – zawartość jej auta można zapewne wycenić w tysiącach, zważywszy na to, jak wygląda dom. Dla Marii IKEA nie jest odpowiednim miejscem – każda rzecz, którą przywiozła, została dokładnie wyselekcjonowana, to najlepsze, na co ją stać.

W drodze z lotniska Caen wzięliśmy taksówkę, ale Maria w swoim samochodzie jest zdecydowanie najlepszym kierowcą, potrafi jeździć po wąskich, francuskich drogach z dużo większą łatwością niż którekolwiek z nas. Mimo że mieszka w Anglii na drugim końcu tej samej ulicy co my, w Woodbridge, bez przerwy przyjeżdża do tej willi, a każdego lata spędza tu sama kilka tygodni. Podróż samochodem trwa niecałe sześć godzin. Mieszkańcy wioski ją rozpoznają.

– Zawsze mnie pytają, dlaczego nie mam mężczyzny – powiedziała nam wcześniej tego wieczora i śmiejąc się, odrzuciła włosy za ramię. – Pytają, kiedy przywiozę z sobą un petit chou, żeby ich odwiedził.

– Widać, że nie znają cię zbyt dobrze – powiedział Callum, uśmiechając się do niej szeroko, a ona zaśmiała się ponownie, dźwięk odbił się echem od rozgrzanych, czerwonych cegieł, ale nie brzmiało to prawdziwie. Zastanawiałam się, czy nie jest bardziej samotna, niż sądzimy. Próbowałam o tym rozmawiać z Callumem raz czy dwa, ale nigdy nie jest tym zbytnio zainteresowany. Myślę, że spotykała się z kimś na poważnie przez jakiś czas, z mężczyzną z pracy, ale zawsze zachowywała się w tej kwestii bardzo powściągliwie i nie mogłam zbyt wiele wypytywać.

– Rouen rano to świetny pomysł – mówię i czekam, aż Callum się ze mną zgodzi. Odkąd tu przyjechaliśmy, coś w jego zachowaniu jest nie w porządku, ale nie mogę ocenić, czy tylko mi się wydaje. Wyczuwam jakąś nerwową energię, nutę niepokoju, która pojawiła się dziś podczas lotu. Nigdy nie bał się latać, ale tym razem przez pełną godzinę jego nerwy wydawały się być na granicy, wzrok niespokojnie przeczesywał wnętrze samolotu, palce wystukiwały coś w telefonie, dopóki stewardesa nie powiedziała mu, żeby przestał. Uśmiechnęłam się do niej po tym i zamówiłam lampkę wina. Emma przez cały czas patrzyła przez okno; słyszałam cichą muzykę dobiegającą z jej słuchawek. Callum kupił jej drogi sprzęt – nigdy nie potrafi odmówić córce. Cóż, nigdy nie potrafił odmówić nikomu, poza mną. Właśnie dlatego ludzie go kochają. Zawsze na tak.

– Callum – mówię – czy to nie wspaniały pomysł? Maria zaproponowała, że zabierze nas do Rouen. Zawsze chciałam tam jechać. Zobaczyć katedrę, kościoły.

Rzucił jej szybkie spojrzenie, ale jest zbyt ciemno, żebym mogła zobaczyć wyraz jego twarzy.

– Tak – mówi w końcu, jak przypuszczałam – bardzo chętnie. Jestem pewien, że Ems też się ucieszy. Dzięki, Maria.

Ona pochyla głowę i wstaje.

– Jeszcze wina, S.?

Zawsze nazywała mnie S., odkąd byłyśmy małe, tak jakby wypowiadanie całego mojego imienia to było dla niej za dużo. Mój kieliszek jest prawie pusty, nawet tego nie zauważyłam.

– Tak, proszę – mówię, a ona się odsuwa i podchodzi do światła wydobywającego się z domu, jej cień jest wysoki i gibki w ciemności. Jej włosy spływają ciemnymi kaskadami, podczas gdy moje zaczynają przyprószać się dziwną siwizną. Zastanawiam się, czy już czas, żebym zaczęła je farbować, o ile Maria przyzna się, że też to robi. Wiem, że tak, widziałam opakowania w jej łazience.

– Czy to nie wspaniałe oderwać się od tego wszystkiego? – mówi do mnie Callum, kiedy Maria wychodzi, po czym kładzie głowę na miękkim oparciu krzesła, wpatrując się w gwiazdy. Jest ciemno, jedyne światło sączy się z domu i kilku świec przeciw komarom. Z upływem wieczora język jego ciała stał się bardziej zrelaksowany, może to alkohol zaczął działać.

– Mmm – mówię wymijająco, uśmiechając się do niego, kiedy wskazuje Pas Oriona, Wielki Wóz i Gwiazdę Północną.

Przyciąga mnie bliżej siebie, delikatnie całuje w czoło i wzdycha z zadowoleniem.

– Czuję się tu wolny – mówi nagle – naprawdę wolny.

Pocałunek jest jak stempel, w końcu jestem jego własnością. Na dobre i na złe.

Jego telefon, ściśnięty przy moim udzie, brzęczy na znak przychodzącej wiadomości.

– Boże, to chyba jedyny punkt w całym tym miejscu, w którym jest zasięg! – mówi, a ja odwracam wzrok, kiedy odczytuje wiadomość, skupiam się na jasnym świetle w oddali i zastanawiam się, jak długo jeszcze będziemy udawać. Jedną noc? Tydzień? Może rok? Nie wiem, ile jeszcze wytrzymam.

ROZDZIAŁ DRUGI

Ipswich, Suffolk

3 sierpnia: Tydzień wcześniej

Caroline

Tęsknię za tobą, wystukuję na klawiaturze telefonu, po czym patrzę, jak litery powoli znikają pod naciskiem mojego kciuka. Jak się masz?, piszę zamiast tego, wygląda lepiej, ale nie idealnie, potem naciskam „wyślij”, zanim znowu zacznę o tym myśleć.

Obiecywałam sobie, że nie będę taka. Przysięgałam, że pozostanę na uboczu. Dla własnego dobra. Wiem, jaki teraz jest, wiem, do czego mnie zmusił. Okropieństwo tego wszystkiego. Ale jest sobotni poranek, a ja odczuwam głęboko w sobie formującą się samotność, zagnieździła się w żołądku i przemieszcza się w stronę gardła. Kieliszki wina z zeszłej nocy też nie pomogły, muszę przestać być uzależnioną od alkoholu i Calluma Dillona, i to w tym samym momencie. Boże, jestem żałosna. Dlaczego tak trudno pozbyć się złych nawyków?

Mój telefon brzęczy i rzucam się na niego, ale to tylko Jenny, pyta, czy chcę do niej wpaść na kolację z nią i jej mężem dzisiaj wieczorem. Moje palce zaciskają się na telefonie. Nie, Jenny, nie chcę przychodzić na kolację do twojego wyfiokowanego domu i patrzeć, jak ty i Rick gruchacie nad swoim nowiutkim dzieckiem. Nie chcę gapić się na zawieszone w kuchni zaproszenia na ślub, na nowe krzesełko na wysokich nogach i ogromną lodówkę Smeg. Nie potrzebuję żadnego potwierdzenia tego, jak pełne jest twoje życie w porównaniu z moim.

Biorę głęboki wdech, piszę odpowiedź i wrzucam telefon pod poduszkę, na próżno próbując powstrzymać się przed sprawdzaniem co chwilę, czy przyszła od niego wiadomość.

Już za tydzień wszyscy wyjadą na wakacje do Francji. Narzekał mi na to, mówił, jak trudno mu załatwić sobie wolne. Jest taki zapracowany, taki zajęty i ważny. Wyjechaliśmy razem na noc miesiąc temu, zatrzymaliśmy się w małym motelu w Norfolk, najlepszym, na jaki mógł sobie pozwolić, ale oczywiście bardzo się tym cieszyłam. Potem zostawił tu swoją walizkę, nie chciał, żeby żona się dowiedziała. Nie wrócił nawet, żeby ją zabrać – wygląda na to, że wolałby kupić nową, niż znowu stanąć ze mną twarzą w twarz. Wydaje się, jakby nie należała do nikogo – żadnej szczoteczki do zębów, żadnej maszynki, żadnych zmiętych bokserek. To tak, jakby nigdy go tu nie było. Jak gdyby cały nasz związek został ograniczony wyłącznie do wnętrza mojej głowy.

Nie mogę przestać myśleć, że wyjeżdżają razem, ciągle sobie to wyobrażam. Mówił mi o tym wieki temu, zanim wszystko się wydarzyło, że jego szwagierka ma dom we Francji, który zamierzają odwiedzić, ale nie powiedział nic więcej ponad to. Gdzie we Francji?, zapytałam go, ale zaśmiał się, pocałował mnie w nos i powiedział, że to nie ma znaczenia. Callum, nie przejmuj się, nie zamierzam pojawić się nagle na progu, powiedziałam, a on delikatnie zmierzwił mi włosy, drocząc się. Nie zdziwiłbym się. Potem próbowałam znaleźć zdjęcia tego miejsca, wygooglowałam jego szwagierkę, Marię Wilcox. Jest bardzo ładna, tak jak Siobhan. W zasadzie nawet ładniejsza, jak Siobhan z filtrem z Instagrama. Dobre geny, klan Wilcoxów. Nie mogłam jednak znaleźć zdjęcia willi. Nie wiem, jak się nazywa.

Nie chcę myśleć o tym, że wyjadą razem na wakacje; nie zniosę tego. Nawet po tym, co mi zrobił, na samą myśl o tym, że będzie się bawił w szczęśliwą rodzinę, zaczyna mnie mdlić. Zakończyłam pewne sprawy, powiedziałam mu, że to skończone. I jest skończone. Tym razem musi być. Po wszystkim, co stało się w tym roku, muszę podjąć decyzję, żeby postawić siebie na pierwszym miejscu. To właśnie powiedziałaby moja mama, gdyby tu była. Osiemnaście miesięcy to wystarczająco długo jak na romans, zwłaszcza z mężczyzną takim, jak Callum Dillon. Jenny kiedyś mi powiedziała, że uważa go za mizoginistę i tej samej nocy poszukałam definicji tego słowa: człowiek, który nie lubi kobiet, gardzi nimi lub jest wobec nich silnie uprzedzony. Trzy miesiące temu powiedziałabym, że jest dokładnie odwrotnie. Callum lubi kobiety aż za bardzo. A kobiety lubią jego. Na początku jest czarujący – potrafi omotać cię uśmiechem, żartem dla wtajemniczonych. Kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy, poczułam się, jakbym została wybrana, jakby w ciemności jedyne światło padło właśnie na mnie. Teraz żałuję, że nie pozostałam w cieniu.

Mój telefon znowu piszczy, dźwięk ledwo przytłumiony przez poduszkę, a moje palce przesuwają się, by odblokować ekran. No dalej, Caro, proszę! Bardzo chciałabym się z tobą zobaczyć. Będzie fajnie! Znowu Jenny. Przyglądam się wykrzyknikom: tyle niepotrzebnego entuzjazmu. Waham się, próbuję myśleć jasno, odepchnąć duszącą mnie samotność, która wkrótce zaprzątnie moje myśli.

Wciąż jestem w piżamie, siedzę w łóżku, zasłony są szczelnie zasunięte, nie wpuszczają światła, mimo że już jedenasta rano. W pokoju jest duszno. Na komodzie stoi pusty kieliszek po winie, zostawi brzydki ślad. Moje nogi są kłujące, nieogolone i blade. Myślę o nogach Siobhan Dillon, długich i opalonych, wyciągniętych na leżaku przy błyszczącym, błękitnym basenie, słońce mocno świeci, a żar leje się z nieba. Callum przesuwa dłonią w górę jej uda. Nie. Zmuszam się, żeby odepchnąć ten obraz, chcę, żeby przestał mnie prześladować. Obsesja nie jest dobra dla nikogo, terapeuta mi to powiedział po śmierci mamy. Jednak sądzę, że obsesja nie jest czymś, co można rozwijać albo pozbyć się. Rodzisz się z tym – albo ją masz, albo nie. Czasami można zmienić obiekt zainteresowania, ale nigdy naprawdę nie znika.

Dzień przecieka mi przez palce i pozostaje białym płótnem, czuję rosnącą panikę na myśl o pozostaniu tutaj na noc, uziemiona w tym pokoju, czekając, aż się odezwie, mimo że powiedziałam sobie, że to koniec. Co to da?

OK. Przyjdę, piszę do Jenny i w ciągu kilku sekund przychodzi odpowiedź, uśmiechnięta, przesadnie podekscytowana emotka, która sprawia, że zgrzytam zębami, tylko trochę. Ale może się mylę. Jestem zbyt szorstka. Może wyjście do Jenny pozwoli mi nieco się pozbierać; dziecko, Eve, prawdopodobnie będzie już w łóżku i może jej mąż nie jest takim irytującym próżniakiem, jak pamiętam. Może jednak uda mi się dobrze bawić. Eve. Zaproszenie na chrzciny nadal gdzieś wala się po mieszkaniu, w tamtej chwili nie mogłam zmusić się, żeby pójść. To było zbyt bolesne. Teraz jest lepiej. Dużo lepiej. A przynajmniej się staram.

 

Czując nową determinację, zmuszam się, żeby odsłonić kołdrę i wyjść z łóżka, moje stopy dotykają zimnej podłogi. Próbuję unikać swojego odbicia w lustrze, bo wiem, co mogłabym zobaczyć – moje włosy są tłuste i zaniedbane, twarz spuchnięta od płaczu spowodowanego winem, które wypiłam zeszłej nocy. Myślę o dniu, kiedy poznaliśmy się z Callumem, i o tym, jak inna jestem teraz. Nie chciałabym, żeby zobaczył mnie w takim stanie. Nie, kiedy ma Siobhan Dillon za żonę.

*

Jenny mieszka na drugim końcu Ipswich, zaraz przy południowej części doków. To dziesięć minut pieszo od mojego mieszkania na Woodmill Road i uznałam, że chłodne, wieczorne powietrze pomoże mi się odprężyć; poza tym nadal jest jasno. Lipiec i sierpień są dla nas przyjazne w tym roku, gorące i lepkie; Suffolk praktycznie upiekło się od letniego gorąca. Normalnie podobałoby mi się to, ale w moim obecnym nastroju to jak kara. Przez chwilę myślę o Callumie i Siobhan, ciała splecione na wielkim, białym łożu, drzwi szeroko otwarte, by nie zbierała się wilgoć. Myślę o tym, jak wysiadają z samolotu prosto w skwierczące, francuskie powietrze, nakładają drogie okulary przeciwsłoneczne, uśmiechają się do siebie, kiedy uderza w nich pierwsza fala gorąca. Założę się, że na dodatek Siobhan perfekcyjnie mówi po francusku.

Doki wyglądają pięknie o tej porze roku, woda uderza w nabrzeże, a żagle łodzi kołyszą się na wietrze. Zawsze sądziłam, że Ipswich ma złą reputację, ale podoba mi się tutaj – jest tu wszystko, czego potrzebuję. Jest lepsze niż Stowmarket, gdzie dorastałam, a zarazem wystarczająco blisko, by odwiedzać grób mamy, kiedy chcę. Nie byłam tam już jakiś czas. Myślę, że wstydziłaby się za mnie, za to, czym się stałam.

Idąc, przyglądam się, jak restauracje mienią się od świateł, ale kiedy patrzę w rozświetlone okna, czuję się tylko gorzej. Widzę parę, uśmiechają się do siebie nad pełnymi kieliszkami wina, które stoją na stoliku przed nimi, mój żołądek się zaciska. To mogłabym być ja i Callum. To byliśmy my. Kobieta wychodzi z Pizza Express na rogu, pcha wózek dziecięcy, za nią podąża wysoki mężczyzna i trzyma za rękę dziecko. Idealna rodzina – wszystko, czego chciałam. Wszystko, co jest zupełnie poza moim zasięgiem.

Zmuszam się, żeby iść dalej, skręcam za róg i dochodzę do domu Jenny. Jest nieco oddalony od drogi, stoi w ładnym ciągu budynków, zwróconych w stronę wody. Pamiętam, kiedy ona i Rick go kupili, trochę ponad rok temu; wstawili na Instagramie zdjęcie ich twarzy przyciśniętych do siebie, klucze zwisają z jej dłoni ozdobionej pierścionkiem z brylantem.

Ja nigdy nie wstawię takiego zdjęcia. Nie mam z kim.

Jenny ma na parapetach małe skrzyneczki skrzętnie wypełnione letnimi kwiatami, liście trochę przywiędły od gorąca. Kiedy podchodzę do drzwi frontowych, wyciągam rękę i wkładam palec do ziemi w skrzynce stojącej najbliżej mnie; czuję, że jest sucho. Może przypomnę jej, żeby podlała kwiaty. Nie powinna tak lekko do wszystkiego podchodzić.

– Caro!

Ledwo zapukałam, a drzwi już się otworzyły i Jenny porwała mnie w objęcia, zaciskając ramiona wokół mojego torsu, czuję na twarzy słodycz jej perfum. Całuje mnie w policzek, potem łapie za ramiona i odsuwa się, jakby chciała mnie otaksować. Zastanawiam się, co myśli, kiedy na mnie patrzy, czy uważa, że czegoś mi brakuje? Jestem niewystarczająca?

– Wchodź, wchodź – mówi, puszczając mnie, i wskazuje w stronę domu. Ma na sobie kremowy kardigan i dżinsy z podwiniętymi nogawkami, zwyczajnie mamuśkowe. Znam Jenny od czasu studiów, ale kobieta przede mną zupełnie nie przypomina dziewczyny, z którą dzieliłam pokój w Leeds, dziewczyny, która wychodziła w miniaturowej sukience, z drinkiem w każdej ręce i za wysokich szpilkach na nogach. Nie, ta Jenny zniknęła na dobre.

– Wino? Herbata? Dżin? Co ci podać? Eve śpi, dzięki Bogu.

Eve.

– Poproszę wino – mówię, zmuszając się, żeby nie sprawdzić telefonu piętnasty raz od rana. Callum nie odpisał na moje Jak się masz?, mimo że te okrutne niebieskie haczyki w WhatsApp wyraźnie pokazują, że odczytał wiadomość. Wchodzę za Jenny do domu, moje oczy spoczywają na błyszczących, srebrnych ramkach ze zdjęciami, wiszących na ścianie, fotografie małej Eve w najróżniejszych strojach – Eve owinięta w kocyk, Eve otulona szczelnie w śnieżny dzień. Eve na Halloween, jej maleńka twarzyczka wychyla się ze stroju dyni. Moje serce ściska się, jakby objęte niewidzialną pięścią.

– Caroline, hej. – Serce mi zamiera, gdy słyszę głos Ricka, i wtedy staje przede mną, uśmiecha się szeroko i schyla się, by pocałować mnie w oba policzki. We francuskim stylu. Francja. Wakacje Calluma. Nie.

Odpycham od siebie te myśli i przyjmuję wielki kieliszek wina. Jenny przysuwa się do mnie, zaciskam mocno palce na nóżce. Nie chodzi o to, że nie lubię Ricka, ale kiedy są razem z Jenny, reprezentują wszystko, czego ja nie mam. Wszystko, od czego dzielą mnie miliony kilometrów przez to, jaka jestem głupia.

– Tak się cieszę, że Eve odpadła, zanim przyszłaś! – mówi Jenny, stojąc plecami do mnie, i szpera w lodówce. – Naprawdę, to cud. Ostatnio tak ciężko ją uśpić, prawda Rick, skarbie? Bunt dwulatka zaczął się wcześniej. Takie nasze szczęście! – Śmieje się, dźwięk ten brzmi wysoko i dźwięcznie, a ja czuję, jak słowa uderzają we mnie jak małe, zatrute strzały. Nie masz pojęcia, jakie masz szczęście.

– Usiądź, Caro – mówi Rick, więc siadam na jednym z ich wysokich, modnych taboretów. Tuż przed świętami zamontowali sobie wyspę, jako część remontu domu. Musiał kosztować ich fortunę.

– Przygotowałam makaron – mówi Jenny, a ja uśmiecham się do niej.

– Brzmi świetnie.

Wino smakuje dziwnie słodko, jest zbyt ciepłe w sierpniowym powietrzu.

– Więc jak się masz, Caro? – pyta Rick, uśmiechając się do mnie. Jego zęby są bardzo białe, wręcz idealne. – Co się u ciebie działo? Jak tam ilustracje?

Odpowiadam uśmiechem, zmuszając się, żeby pozostać w tej chwili, nie myśleć o Callumie.

– Świetnie – odpowiadam. – W sumie naprawdę świetnie. Mamy dużo roboty. Pracuję teraz nad książką dla dzieci.

– Podeślij nam jeden egzemplarz, kiedy będzie skończona! Chcemy nauczyć Eve czytać tak szybko, jak to możliwe, prawda, Jen? – Zerka na nią, pocierając dłonie o siebie, jakby pomysł nauczenia dziecka czytać wcześnie był jego nowym sposobem na wynalezienie koła.

– Zdecydowanie! – odpowiada i podchodzi, żeby usiąść obok mnie przy stole, ma w dłoni kieliszek wina, mniejszy niż mój. Rozsądna Jenny. Jej pierścionki mienią się w świetle. Pamiętam dzień, kiedy zaręczyli się z Rickiem; wstawiła na Facebooku zdjęcie swojej dłoni, palce rozwarte, diament błyszczał. Dzięki Bogu, że miałam zrobione paznokcie, głosił podpis. Rzeczywiście, dzięki Bogu, pomyślałam cierpko.

– No to powiedz nam! – Jenny pochyla się bliżej do mnie. Prawie się zaśmiałam, to dzieje się tak szybko. Zdołali stracić całe zainteresowanie moją pracą w mniej niż minutę. Teraz to, co ciekawe. Moje życie uczuciowe. Część, na którą wszyscy czekaliśmy. Biorę kolejny łyk wina i czuję, jak łatwo spływa mi do gardła. – Jak tam randkowanie?

Jenny postawiła na stole między nami małą miseczkę oliwek i patrzę, jak Rick wrzuca jedną z nich do ust – wielką i zieloną. Jego zęby zamykają się na niej, wygląda jak wilk chwytający swoją ofiarę.

– Cóż – mówię – w zasadzie ostatnio niewiele w tej sprawie robiłam, ja…

– Och, Caroline! – Jenny wzdycha teatralnie i wyrzuca obie chude ręce w powietrze. – Obiecałaś, że w tym roku, tego lata naprawdę się za to weźmiesz. Obiecałaś! – Szturcha męża. – Obiecała, Rick! Byłeś przy tym. Pamiętam.

– Rzeczywiście, tak było – mówi, uśmiechając się do mnie, i sięga po kolejną oliwkę.

Pod stołem wbijam paznokcie wolnej ręki w udo, czuję, że pozostawią ślady na skórze. Mam nadzieję, że będę miała siniaka.

Inne książki tego autora