MokradłaTekst

Z serii: The Fairmile #1
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– I w drugą stronę – zakomenderowała jedna ze starszych kobiet.

Alys mruknęła coś zniechęcona, lecz Alinor pokiwała głową. Nic nie może się zmarnować, ani ziarnko nie mogło zostać na polu.

– Z powrotem – przytaknęła.

Kobiety zmieniły szyk. Te które były na skrzydłach, teraz znalazły się w środku, by nikt nie szedł dwa razy tą samą częścią pola. Znowu ruszyły naprzód ze wzrokiem wbitym w ściernisko, łapiąc napotkane kłosy i ładując do toreb lub podkasanych fartuchów. Dopiero kiedy znów znalazły się przy końcu pola, wyprostowały plecy i rozejrzały się wokół.

Słońce było już nisko, tonęło w różowych obłokach i złotym blasku. Alinor zerknęła na pękatą torbę Alys, potem na swoją.

– Dobrze – powiedziała tylko.

Razem poszły na podwórze, gdzie młynarzowa ustawiła wagę i ważyła zbiory. Wyniki karbowane były na patykach. Alinor i Alys wysypały zawartość swoich toreb na szalę. Pani Miller dokładała odważniki, aż w końcu oznajmiła niechętnie:

– Trzy funty, dwie uncje.

Jane zaznaczyła na jednym końcu leszczynowego kijka trzy grube nacięcia, na drugim dwa cieńsze, a potem przepołowiła go wzdłuż siekierką. Alinor wzięła jedną część, druga wylądowała w koszu. Będzie stanowiła dowód, ile jest winna w mące, kiedy przyjdzie do mielenia ziaren.

– Przynieś trochę tego swojego kordiału, jak przyjdziesz jutro – poprosiła gospodyni, ważąc zboże kolejnej zbieraczki. – Plecy palą mnie jak ogniem od tego ciągłego schylania.

Alinor pokiwała głową.

– Przyjdę zbierać po południu. Wtedy przyniosę.

Woda w zatoce opadła. Staw był pełen po brzegi. Wrota śluzy, zamknięte naporem wody, delikatnie stukały o siebie. Kiedy zmęczone kobiety podeszły do pomalowanej na biało bramy podwórza, jeden z młodych czeladników młynarza wskoczył na wał stawu i balansując jak akrobata nad ciemną wodą, na wrotach śluzy, zawołał do Alys:

– Dobrej nocy! Do zobaczenia jutro!

Zmęczenie dziewczyny prysło w jednej chwili. Alys mogła być teraz równie dobrze księżniczką przyjmującą hołdy. Nie odpowiedziała, ale skłoniła głowę i uśmiechnęła się nieznacznie. A potem poszła dalej. Alinor zdumiała się przemianą, jaka zaszła w jej córce.

– Kto to był? – zapytała, starając się ją dogonić.

– Kto?

– Ten młody człowiek?

– Ach, on? Zdaje się, że syn Stoneyów, Richard.

– Stoneyów z Birdham?

– Tak.

– Urodziwy młodzian – stwierdziła Alinor.

– Nie przyglądałam się – oznajmiła Alys z godnością.

– Zauważyłam – Alinor ledwie powstrzymała śmiech – ale ja mu się przyjrzałam i powiem ci, że to bardzo przystojny młody człowiek. Jedyny syn, prawda?

– Och, mamo! Na litość boską! – obruszyła się Alys i pomaszerowała do przeprawy. Kiedy Alinor dotarła na miejsce, córka stała już na pokładzie obok Neda, trzymając się liny. Alinor poczekała chwilę na brzegu, aż kilka kobiet i paru żniwiarzy zajmie miejsca na tratwie, która zabierze ich do ich domów na wyspie. Alys przeszła się między nimi, zbierając miedziaki dla Neda. Dopiero kiedy prom był pełen i gotów do odpłynięcia, Alinor weszła na pokład i od razu mocno się złapała. Kiedy dotarli na drugi brzeg, była pierwszą, która zeskoczyła z pokładu. Kobiety zaczęły się z niej śmiać.

– Nie masz z niej pożytku – dokuczały Nedowi. – Każdy boi się wsiąść na twój prom, kiedy widzi jej minę.

Alinor machnęła ręką, słysząc stare żarty.

– Przyjdę jutro na śliwki – powiedziała do brata.

– Będę tutaj – odparł. – Dobry Bóg wie najlepiej, że nigdzie się stąd nie ruszam.


W ciemnej chacie zajęły się swoimi obowiązkami, tak znużone, że nie chciało im się nawet otwierać ust. Alys otworzyła drzwi, pod którymi cicho gdakały kury, i zagnała je na noc do ich kątka. Wypiły z matką po kubeczku podpiwku. Alinor umyła ręce i twarz w misce, córka po niej, w tej samej wodzie, a potem wylała ją za drzwi na lawendę i nagietki rosnące przy ścianie. Uklękła przed matką, a ta zaplotła jej na noc włosy w warkocz i dotknęła czoła, błogosławiąc. Alys wciąż na kolanach odwróciła się do łóżka, zmówiła pacierz, a potem padła jak nieżywa.

– Słodkich snów – powiedziała Alinor. Zobaczyła, że córka lekko się uśmiecha.

Zwinęła włosy w kok i ukryła pod szlafmycą. Odzież rozwiesiła na krześle i położyła się do łóżka w samej halce. Leżały obok siebie w milczeniu.

– Jestem zmęczona jak pies – rzekła w końcu Alys i natychmiast zasnęła.

Alinor leżała w ciszy, wpatrując się w ciemność. Może on wróci już jutro. Albo pojutrze. Wtedy zaśnie.


Tuż po północy przebudził ją głośny łomot. Ktoś walił do drzwi. W pierwszej chwili pomyślała przerażona, że to Zachary wrócił do domu i w pijackim szale wali w drzwi, jak to miał w zwyczaju. Potem, kiedy już wyskoczyła z łóżka i złapała zasuwę, przyszło jej do zamroczonej snem głowy, że może zaczęła się wojna i żołnierze Cromwella albo „kawalerowie” króla usiłują wyważyć drzwi do jej chałupy. Ostatnią myślą, kiedy otwierała już drzwi, było, że to może James wrócił. Ale na progu stał Johnson z Sealsea.

– Bogu dzięki, że was zastałem. Chodzi o Peg. Musicie się pośpieszyć. Zaczęło się szybciej, tak sądzę. Żona was potrzebuje. Pędziłem, jak mogłem. Pójdziecie ze mną od razu?

– Pan Johnson. – Jej marzenia i lęki rozwiały się w jednej chwili.

– Mam konia z damskim siodłem przy promie. Proszę, pośpieszcie się.

– Dajcie mi chwilkę. – Zamknęła mu drzwi przed nosem i w ciemności wciągnęła na siebie koszulę i suknię. Namacała czepek i włożyła go na głowę.

– Co się dzieje? – spytała zaspana Alys.

– Dziecko Johnsonowej pcha się już na świat – odparła półgłosem, wzuwając buty.

– Mam pójść z tobą?

– Nie. Rano czeka cię praca. Jeśli, co daj Boże, wszystko pójdzie dobrze, spotkamy się na zbieraniu kłosów. Jeśli będę musiała zostać na kolejną noc, pójdziesz do wuja.

Alys pokiwała głową, odwróciła się na bok i natychmiast zasnęła z powrotem. Alinor złapała torbę, skrzynkę z ziołami i kilka buteleczek z szafki, i wyszła na zewnątrz w chłodną noc. Przypływ już się zbliżał, ciurkał wśród błot, wspinając się w stronę chaty z uśpioną dziewczyną w środku.

– Prędko – ponaglił Johnson. – Jak tu przejść bezpiecznie?

– Za mną. – Alinor pewnie ruszyła ścieżką na skarpie. Gdzieś pod nimi pluskały w ciemności fale. W końcu zobaczyła dom przewoźnika, swój dom rodzinny, masywną bryłą odcinający się na tle nieba. Ned, którego obudził galopujący drogą Johnson, przyświecił im latarnią, gdy szli obok domu, wzdłuż mrocznego kanału, do drogi. Podprowadził czekającego konia do specjalnych kamiennych schodków, ułatwiających wsiadanie, które stały przy drodze prowadzącej do wioski. Johnson wskoczył pierwszy, Alinor wdrapała się na stopnie i siadła za nim. Stopy umieściła na podpórce damskiego siodła, a plecy zaparła o łęk.

– Trzymaj się mocno – powiedział Ned.

Skinęła głową i złapała za szeroki pas Johnsona.

– Przypilnuj rano Alys – rzuciła – żeby zjadła jakieś śniadanie.

– Pewnie. No, z Bogiem. I powodzenia.

Johnson cmoknął na konia i wielkie zwierzę ruszyło najpierw stępa, by po chwili przejść w posuwisty kłus. Alinor trzymała się mocno, jedną rękę zaczepiła o pas jeźdźca, drugą przytrzymywała na kolanach torbę z drogocennymi medykamentami. Droga do wsi była mocno zryta koleinami i pełna kałuż, ale trzymali się trawiastego pobocza. Kiedy się trochę rozjaśniło, widzieli już wyraźnie szlak przed sobą. Po niespełna dwóch milach koń, czując dom, przeszedł w stęp, po czym skręcił przez bramę w podwórze. Na parterze domu widać było przemieszczające się światła, kiedy służba biegała tam i z powrotem. Alinor poczuła znajome podniecenie: lekki niepokój o możliwe komplikacje przy porodzie i pewność wynikającą z powołania. Powołania, które przejęła od matki i którego nauczyła się sama. Do którego się narodziła. Odnosiła wrażenie, że stoi w bramie między życiem a śmiercią. I nie czuje lęku.

Johnson zatrzymał konia i wziął torbę Alinor, kiedy zsiadała. Potem podał ją i sam zeskoczył z konia.

– Tędy, tędy! – ponaglił, zostawiając zwierzę samopas i prowadząc ją do środka.

– Przyprowadziłem kumę Reekie – powiedział do starszej kobiety, w której Alinor rozpoznała jego matkę.

– Nareszcie – rzuciła zgryźliwie. – Nie śpieszyliście się, co?

– Dzień dobry, pani Johnson – przywitała ją grzecznie Alinor. – Jak się miewa Margaret?

– Źle – odparła kobieta. – Nie może siedzieć, a nie chce się położyć. Tylko męczy się, łażąc tam i z powrotem.

– Na miłość boską! – krzyknął gospodarz. – Dlaczego nie zmusiłaś jej, żeby odpoczęła? Kumo, zmuście ją jakoś!

– Pozwólcie, że ją najpierw zobaczę – odrzekła Alinor spokojnie. – Panie Johnson, każcie nagotować wody do miski. Potrzebne jest mydło i lniane ręczniki. A może znajdzie się grzane piwo dla żony? I trochę wina?

– Zaraz będzie – zapewnił. – Gorąca woda do miski. Grzane piwo. Grzane wino. Zaraz wszystko naszykują.

Runął do kuchni, pokrzykując na służbę. Tymczasem jego matka zaprowadziła Alinor po drewnianych schodach do sypialni.

W pomieszczeniu panował duszący upał. Na kominku płonęły drwa, okna były szczelnie zamknięte i zaciągnięte kotarami. Na środku pokoju stała Margaret Johnson w poplamionej koszuli nocnej, jedną ręką kurczowo trzymając się słupka przy łóżku. Jej matka, teściowa gospodarza, ciągnęła ją za drugą rękę, bez skutku usiłując zmusić, żeby się położyła, gdyż to z pewnością potrwa kilka dni i umrze z wycieńczenia, zanim dziecko przyjdzie na świat. Albo z głodu.

 

– Alinor! – Margaret westchnęła, kiedy akuszerka weszła do izby.

– Witaj, Margaret. Powiedz mi, jak się czujesz? – spytała Alinor spokojnie.

– Wody mi odeszły, ale teraz nic się nie dzieje – odparła Margaret. – I jest mi gorąco i duszno. Nie mogę złapać tchu. Chyba mam gorączkę. Czy to możliwe?

– Możliwe – potwierdziła Alinor, omiatając spojrzeniem nieład w pokoju, słabo ukrywaną panikę obu starszych kobiet i służącą, która dokładała kolejne polano do ognia. – Ale tu naprawdę jest bardzo gorąco, a ty nie złapiesz tchu, jeśli będziesz kręcić się w kółko i gadać przez cały czas.

– Mówiłam jej to – powiedziała matka Margaret – ale ona nikogo nie słucha. Już dawno chciałam po ciebie posłać, ale świekra cały czas mówiła „nie”. A ona tak się męczy...

– Macie w ogrodzie lawendę? – spytała Alinor matki Johnsona. – Potrzebuję trochę świeżych kwiatów na podłogę. – Bądźcie tak dobra, zobaczcie, co z tą wodą, którą mi obiecali? – zwróciła się do matki Margaret.

– Cały dom stoi na głowie – odparła kobieta. – Nie zdziwiłabym się, gdyby pod kuchnią wygasło i nikt się tym nie przejął.

– Jak sobie nie radzą ze zwykłym porodem, to sama nie wiem czemu – rzekła złośliwie starsza pani Johnson. – Ja tam urodziłam dziesiątkę w tym oto łóżku, z czego jedno martwe, a drugie sporo przed czasem.

Alinor wyprowadziła obie kobiety za drzwi, nim zdążyły sobie przypomnieć więcej strasznych historii. Nagle zapanował spokój i cisza przerywana jedynie trzaskaniem polan na kominku.

– Tu jest za gorąco – zwróciła uwagę służącej. – Nie dokładaj więcej.

Dziewczyna aż się skurczyła, kiedy Alinor rozsunęła kotary i otworzyła okno na oścież.

– Nocne powietrze? – przeraziła się Margaret.

Alinor zasunęła na powrót kotary, by nikt nie zauważył, że okno jest otwarte, ale chłodny podmuch wciąż wpadał do środka i Margaret odetchnęła z ulgą.

– Duchy wlecą – szepnęła służąca. – Nie pozwólcie wlecieć duchom!

– Nie wlecą – ucięła dyskusję Alinor. – Może przebierzemy cię w czystą koszulę? – zwróciła się do Margaret.

Wróciła jej matka, dźwigając miskę z wodą.

– Dziękuję – powiedziała Alinor, odbierając ją w progu. – A grzane piwo?

– Wszystkim przydałoby się po szklaneczce – przyznała kobieta i zawróciła do kuchni. Alinor zamknęła za nią drzwi.

– Usiądź i pozwól, że obmyję ci twarz i ręce – rzekła do Margaret.

Margaret słabo zaprotestowała, że w jej stanie mycie musi być niebezpieczne, ale umilkła, gdy Alinor dodała do wody kroplę olejku z lawendy. Ostry, świeży zapach wypełnił pomieszczenie. Alinor delikatnie wklepała wodę z olejkiem w skronie i kark Margaret, a potem umyła jej ręce i swoje także.

Położnica westchnęła, a później złapała się za wielki brzuch i jęknęła:

– Czuję, jakby kiszki mi się skręcały.

– I bardzo dobrze. Tak powinno być – stwierdziła Alinor z zadowoleniem.

– Nie chcę leżeć na łóżku!

– Nie musisz, jeśli nie chcesz – odparła Alinor. – Możesz stać, siedzieć, a nawet klęczeć, jeśli chcesz. Byle spokojnie.

– Muszę chodzić. Nie mogę się powstrzymać.

– Za chwilę pochodzisz. Teraz siedź spokojnie, dopóki nie przyniosą ci piwa. Napijesz się.

– Czy to będzie długo trwało? Bardzo długo? – denerwowała się Margaret. – Będzie bolało jak jakieś tortury?

– Ależ skąd – odparła Alinor. – Pomyśl sobie o kurce, która składa jajko. To może być całkiem łatwe.

– Łatwe? – Margaret, którą obie matki śmiertelnie przeraziły swymi opowieściami, spojrzała z niedowierzaniem na młodą akuszerkę.

– Może. Zobaczymy.


Nie było łatwo jak przy składaniu jajka, ale nie było też jak na torturach, a Margaret nie zobaczyła otwierających się przed nią bram niebieskich, co przepowiadała jej teściowa. Urodziła chłopca, o którym marzył jej mąż, a Alinor wzięła w swoje pewne ręce umazany krwią, ciepły, wijący się cud, owinęła go w ręczniki i położyła na piersi matki.

– Wszystko z nim w porządku? – szepnęła Margaret, podczas gdy obecne w pokoju kobiety – obie babcie i trzy znajome, które wpadły dotrzymać towarzystwa – wznosiły szklanice piwa za zdrowie dziecka i matki.

– W doskonałym – oznajmiła Alinor, podwiązując pępowinę. – Świetnie się spisałaś.

– Ochrzcisz go teraz?

– Nie. Nic mu nie grozi, a i Kościół niechętnie teraz patrzy, jak robią to położne.

Cicho i ostrożnie obmyła Margaret i obłożyła jej krocze mchem.

– Przyjdę jeszcze dziś do ciebie. I będę wpadać codziennie przez tydzień ze świeżym mchem – obiecała.

– Zostaniesz dłużej? – dopytywała się dziewczyna. – Żeby pomóc mi przy dziecku?

– Zostanę. – Alinor uśmiechnęła się. – Tak długo, jak będziesz mnie potrzebowała. Ale wkrótce się przekonasz, że nie potrzebujesz nikogo do pomocy. To ciebie będzie kochał najbardziej.

Młoda kobieta wyglądała na rozdartą pomiędzy lękiem i miłością.

– Naprawdę? A nie będzie... – zerknęła w stronę apodyktycznej teściowej – wolał kogoś, kto lepiej się na tym zna?

– Zobaczysz. Będzie cały twój – zapewniła ją Alinor z przekonaniem. – Nie ma dla niego nikogo lepszego niż matka. I oboje będziecie się kochać najbardziej na świecie.

– Mogę go zobaczyć? Mogę zobaczyć mojego syna? – Zza zamkniętych drzwi rozległo się wołanie świeżo upieczonego ojca. Co prawda nie będzie mu wolno wchodzić do sypialni ani widzieć się z żoną przez kolejny miesiąc, ale jego matka wyniosła mu dziecko na korytarz. Rozległy się głośne okrzyki radości, błogosławieństwa i słowa miłości dla młodej żony. A potem pani Johnson wróciła z dzieckiem do środka.

– Nie chce chrzcić dziecka w kościele – powiedziała wstrząśniętym szeptem do Margaret. – Mówi, że to papistowski zwyczaj, a bogobojni ojcowie chrzczą dzieci w domu. Co o tym sądzicie, kumo Reekie?

– Nie wiem, co jest słuszniejsze w takich razach. – Alinor pokręciła głową, nie chcąc zostać wplątana w kolejną sprzeczkę.

– I oznajmił, że jej też nie zabierze na wywód do kościoła – dodała matka Margaret, wskazując na drzemiącą córkę. – Jakże to może być słuszne?

Alinor uparcie milczała. Nowe sekty wyrzekały się wszelkich rytuałów, odcinały od wszystkich tradycji, o których nie wspominała Biblia.

– To bogobojny człowiek – stwierdziła oględnie. – Na pewno wie, jak należy czynić.

– Mówi, że się już modlił. – Kobieta westchnęła. – Jakże to tak? Moja córeczka ma teraz zająć się swoimi obowiązkami bez błogosławieństwa? Nie podziękowawszy Bogu, że uchronił ją przed niebezpieczeństwem, a może nawet śmiercią?

– Wszyscy podziękujemy Mu za bezpieczny poród – powiedziała Alinor. – W kościele lub poza nim.

– Tobie też należy się wdzięczność. Masz dar swojej matki. To, jak radzisz sobie z rodzącymi, zakrawa na czary.

To były niebezpieczne słowa, nawet gdy stanowiły pochwałę. Kobieta obserwowała Alinor, chcąc się przekonać, co odpowie.

– Nie ma w tym żadnych czarów! – zaprotestowała. – Skądże by! Nie mówcie takich rzeczy. Tylko zawierzenie w Panu i doświadczenie. Byłam przy tylu porodach!

– Ale nie masz licencji od biskupa.

– Miałam ją. A jego ekscelencji nie widziano w pałacu od wielu miesięcy, od czasu oblężenia. Pytałam wszędzie, ale nikt nie wie, jak teraz można zdobyć licencję akuszerki.

Kobiety pokręciły głowami.

– Ktoś musi ci ją wydać – stwierdziła stanowczo pani Johnson. – Bo na całej wyspie nie ma kobiety, która wolałaby zaufać w tych sprawach komuś innemu niż ty. A jednak to straszne, co spotkało twoją bratową – dodała po chwili.

Alinor poczuła ukłucie zastarzałego bólu.

– Tak – odparła. – Są na tym świecie tajemnice. To jednak wola boska, nie nasza. Cieszę się, że Margaret urodziła bezpiecznie.

– A wystawcie sobie, że ponoć w Londynie niektórym to medyk dzieci na świat przyjmuje. Mężczyzna! Jaką trzeba być bezwstydnicą!

– Sodoma i Gomora! – przytaknęły zgorszone kumoszki.

– Dobrze, że wszystko poszło gładko. – Alinor zaczęła zbierać swoje rzeczy: ostry nożyk do przecinania pępowiny, czyste nici do podwiązywania, olejki w butelkach, wyciąg z arniki i dziurawca na ból i stłuczenia. – Przyjdę po południu.

– Nie przyjdziesz rano? – dobiegł z łóżka zaspany głos Margaret.

– Już jest rano. – Alinor uchyliła róg kotary, wpuszczając perłowe światło letniego dnia. – Twój pierwszy poranek w roli matki. Pierwszy świt twojego syna.

– Oj, zobaczysz ty wiele świtów – przepowiedziała ponuro pani Johnson. – Dzieci w naszej rodzinie budzą się wcześnie.

Młoda matka usypiała na poduszce.

– Nie zwlekaj za długo – wymruczała z uśmiechem, unosząc ciężkie powieki. – Będę na ciebie czekać po południu.

– Nie spóźnię się – obiecała Alinor. – Możesz na mnie liczyć.


Johnson wysłał pachołka, by odwiózł ją do domu brata. Siedziała za nim wysoko na grzbiecie wielkiego konia wykorzystywanego przy orce. Chudnący księżyc wisiał jeszcze na niebie jak wyszczerbiona moneta. W kanale wzbierała woda. Po drugiej stronie spostrzegła jeźdźca, który zmierzał w stronę promu. Od razu go poznała: James Summer. Mężczyzna, którego kochała, wrócił do niej, tak jak obiecał, miesiąc od wyjazdu.

Alinor zsiadła z konia i podziękowała stajennemu. Ned właśnie przeprawiał prom, ciągnąc za rozpiętą linę. James sprowadził konia na brzeg, a zwierzę, drobiąc nerwowo, weszło na chwiejący się pokład. Mężczyźni pokonali przeprawę w milczeniu, a potem, idąc po obu stronach wierzchowca, wyprowadzili go na brukowane nabrzeże po stronie wyspy.

– Powinien się dawno przyzwyczaić, robił to już z tuzin razy – powiedział Ned, klepiąc konia po szyi. – Widziałem konie, co przywykały do huku dział i muszkietów, zanim dzień minął. To koń z wyspy i zna prom. Po prostu się z wami droczy.

– Widziałeś kawalerię na wojnie? – spytał James, odwracając się i rzucając Alinor uśmiech przeznaczony tylko dla niej, skryty pod rondem kapelusza. – Dzień dobry, pani Reekie. Wcześnie pani dziś wstała.

– A pewnie! Na Marston Moor – odparł Ned, wspominając pierwsze wielkie zwycięstwo Cromwella. – Wszystko było w rękach kawalerii. Wielu z nas nigdy nie widziało bitwy, tylko ćwiczyło musztrę na polu, stając w szyku, gotując się na przyjęcie szarży, łażąc w prawo, w tył i na powrót formując szyk. Ale konie szarżowały tak, jakby wiedziały wszystko, co trzeba.

– Tak też słyszałem – rzekł James uprzejmie. Zapłacił pensa za przeprawę w jedną stronę, a Ned schował go do kieszeni.

– Wasz lord, sir William, był po drugiej stronie, prawda? – rzucił Ned zaczepnie. – Po tej przegranej. I Bóg dał zwycięstwo pobożnym, a sir William obszedł się smakiem. Okazało się, że nie nad wszystkim ma władzę, ha!

James nie podjął wyzwania.

– Nie znałem go w tamtych czasach. Zatrudnił mnie w zeszłym miesiącu, żebym uczył panicza Waltera i przygotował go do Cambridge.

– A wcześniej? – spytał Ned podejrzliwie.

– Słucham?

– Wcześniej czymżeście się zajmowali?

– Uczyłem w innej rodzinie – skłamał James bez mrugnięcia okiem.

– I mojego siostrzeńca uczycie, prawda? Jestem wujem Roba. Alinor Reekie to moja siostra.

– Zgadza się – odparł James pogodnie. – I znam was ze słyszenia, przewoźniku. Robert to bardzo bystry i pilny młody człowiek. Kiedy panicz Walter wyjedzie na uniwersytet, myślę, że powinien pójść do terminu. Może jako pomocnik u medyka? Więcej wie o lekach, ziołach i olejach niż ja. Niezwykły młodzieniec. – Uśmiechnął się do Alinor, która stała spokojnie i przyglądała się mężczyznom.

– No, niedaleko pada jabłko od jabłoni – przyznał Ned z dumą. – Ona uczyła się od naszej matki, matka od swojej matki i tak dalej.

James znowu się uśmiechnął, badawczo patrząc na Alinor i dziwiąc się jej milczeniu. Dotąd nie odezwała się ani słowem.

Nie wiedział o tym, ale dziękowała teraz Bogu za to, że może cieszyć się jego widokiem, że wrócił, jak obiecał. Przepełniała ją prosta radość na widok przystojnej twarzy, gęstwy ciemnych włosów i pięknego wykroju ust. Wrócił, tak jak obiecał – to chyba dziwiło ją najbardziej. Dotrzymał obietnicy, a pożądanie, które w niej rosło, było po części wdzięcznością, że okazał się mężczyzną, jakiego chciała w nim widzieć. Że zasłużył na jej miłość, niepowstrzymaną jak nieuchronny letni przypływ.

 

– Całą noc była przy porodzie – wyręczył ją Ned i zwrócił się do niej: – Wszystko poszło dobrze? Bóg im pobłogosławił w tej godzinie?

– Tak. Ma chłopca. – Alinor wzięła się w garść. – Silnego i zdrowego. Matka też czuje się dobrze. Później znów do nich zajrzę.

– Teraz udacie się na spoczynek? – zapytał James.

Uśmiechnęła się na tę naiwność.

– Nie, skądże. Robota czeka i w domu, i ogrodzie – powiedziała. – A po południu przyjdę tu zrywać śliwki. Potem odwiedzę młodą matkę z dzieckiem, a jak wrócę, to ruszę do młyna na zbieranie kłosów. Potem święto plonów. Czy sir William zaszczyci nas swoją obecnością?

Od razu się zorientował, że to szansa dla nich, żeby się spotkać.

– Nie wiem, dopiero wracam z drogi. Ale jeśli sir William się wybierze, to i ja z nim przyjdę, zabiorę Waltera i Roba.

– Chętnie zobaczę syna. – Westchnęła. – Sir William zwykle bywa na dożynkach we młynie. To największe gospodarstwo w okolicy.

– Warto byłoby to zobaczyć. Przyjdziecie?

– O zachodzie słońca.

– A czy będą tańce? – zapytał, jakby był chłopcem, gotowym ukłonić się przed nią, wziąć za rękę i porwać w tany.

– Po jedzeniu – odparła. – Proste wiejskie tańce przy wtórze skrzypek.

Nie odważył się spytać, czy z nim zatańczy.

– A więc cieszę się, że...

– Tak? – Drgnęła niespokojnie. Wyobraziła sobie, że trzyma ją w pasie i razem suną w tanecznym korowodzie.

– ...zobaczymy się na dożynkach – dokończył krótko. Skinął głową Nedowi, jej posłał lekki ukłon, a potem wspiął się na konia i odjechał dróżką w kierunku dworu, nie zerkając za siebie.

– Całkiem miły, choć wymuskany jak lord – rzekł Ned ostrożnie, bacznie się jej przyglądając.

Twarz, którą ku niemu odwróciła, była spokojna i pozbawiona wyrazu.

– Tak się cieszę, że uczy Roba. To wielka nadzieja dla chłopca.

– Zaczął robotę i już po tygodniu wyjechał – zauważył przewoźnik.

– Zadał im lekcje do zrobienia. Rob mi mówił, że co rano czytali w bibliotece, a potem odrabiali zadania, które dla nich przygotował. Tłumaczenie, matematyka, czytanie mapy i różne inne.

– Czy aby jest bogobojny?

– Och, na pewno. Wygłosił piękne kazanie w kaplicy sir Williama, stojąc za stołem. Na ołtarz nawet nie spojrzał. Wszystkie srebra, złocenia i zdobione tkaniny zostały zdjęte i wyniesione. Nie było gobelinów, figur, niczego zbytkownego. Musi być prawej wiary.

– No cóż, to dobrze – mruknął Ned, starając się pozbyć niepokoju, który go ogarnął na widok promieniejącej twarzy siostry i wzroku, jakim ten dżentelmen na nią patrzył. Jakby był zaskoczony, widząc kobietę taką jak ona w miejscu takim jak to. – Świetnie, jak sądzę.

Pokiwała głową. Była całkowicie spokojna. Ned jej nie przejrzy. I tak by tego nie zrozumiał.

– Wydaje się bardzo przyjacielski – powiedział, jakby to była wada.

– Nie sądzę. To po prostu nauczyciel, który ma pokazać paniczowi to, co ma wiedzieć. A Rob uczy się przy okazji.

– Przystojny – zauważył Ned.

– Tak uważasz? – zapytała całkiem jak Alys, kiedy Alinor rzekła to samo o synu Stoneyów. – Nie przyglądałam mu się.


Gdy tylko James w towarzystwie sir Williama, Waltera, Roba i jednego z pachołków przybył do młyna, od razu wiedział, że popełnił błąd. Z miejsca rzucało się w oczy, że byli gośćmi z wielkiego domu, którzy przybyli podziwiać proste plebejskie przyjemności. Sir William jechał na swoim koniu bojowym, a Walter na tym, którego ojciec brał na polowania. James dosiadał karego rumaka szlachetnej krwi i nawet Rob dostał urodziwego kuca, który wcześniej ciągał powozik dla dam. Cała czwórka, nadmiernie wystrojona, w asyście pachołka, wjechała przez malowaną na biało bramę na podwórze młyna niczym orszak panującego monarchy, chcącego łaskawie się przyjrzeć wieśniaczym obyczajom i patronować rozrywkom gminu.

Młynarz wyszedł na podwórze i skłonił się nisko przed lordem. Synek Millerów, Peter, poszedł w jego ślady. Przez kuchenne drzwi wypadła młynarzowa, w biegu odrzucając poplamiony fartuch i starając się wyglądać jak dama, która nie brudzi rąk pracą – jakby wcale nie oderwała się przed chwilą od sznurowania szynki do pieczenia. Za nią pędziła Jane, naciągając najlepszy czepek na ciemne włosy. Jamesa aż poraziła biel czystych fartuchów, wykrochmalonych koronek i fałsz bijący z uśmiechów.

Robotnicy, którzy uznawali się za prawowiernych, a dobrze wiedzieli, że sir William opowiedział się po stronie króla, niechętnie uchylili czapek, skinęli głowami i odeszli na bok. Gardzili zarówno nim, jak i starym porządkiem i starymi zwyczajami. Nie uznawali kukiełek ze słomy, tańców ani innych hucznych dożynkowych obchodów. Ale ci, którym tęskno było za minionymi czasami, którzy mieli ochotę napić się, najeść i poświętować, wznieśli radosny okrzyk na powitanie lorda, mając nadzieję, że zapłaci za piwo, które wypiją. Kobiety uśmiechały się i machały do Waltera, głęboko dygały przed sir Williamem, ale wprost wzroku nie mogły oderwać od Jamesa na wysokim karym koniu. Jego profil przypominał im kamienne oblicza aniołów w dawnych kościołach. Alinor syknęła głośno i odwróciła wzrok. Próbowała uśmiechać się do syna, ale była boleśnie świadoma, że samodziałową spódnicę aż do kolan pokrywa jej kurz, a koszulę pod pachami znaczą wilgotne plamy.

– Millerowo – odezwał się lord uprzejmie do żony młynarza, która z impetem przysiadła przed nim w ukłonie jak wór ziarna zrzucony z wozu – z chęcią wychylę szklanicę waszego domowego piwa.

Rzuciła się do domu w poszukiwaniu najlepszego kufla, a młynarz czekał pokornie przy łbie konia, aż jego lordowska mość raczy zsiąść.

– Plon obfity? – zagadnął sir William, zerkając na spichrze, snopy zboża czekające na wymłócenie i czysto zamiecione klepisko.

– Umiarkowanie – bąknął młynarz ostrożnie. Płacił podatek od zbiorów i lordowi, i Kościołowi. Nie było sensu się przechwalać.

– Zostaniecie na kolacji, wasza lordowska mość? – wykrztusiła pani Miller, kiwając na Jane, by nalała świeżego dożynkowego piwa do drogiego kufla, który jej podała. – Wasza lordowska mość i oczywiście panicz Walter oraz... – Urwała, patrząc z zachwytem na nieznajomego i wyraźnie czekając, aż ktoś go przedstawi.

– To pan Summer – oznajmił lord ogólnikowo. – Człowiek z Cambridge i guwerner mego syna.

Wśród zgromadzonych przebiegł dreszcz zainteresowania. Jak z Cambridge, to znaczy, że bogobojny. Wszyscy wiedzieli, że Cambridge to ośrodek reformacji, podczas gdy Oksford był kwaterą wojenną króla. James Summer uchylił kapelusza, by docenić zainteresowanie jego osobą. Pilnował się z całych sił, by nie zerkać w stronę Alinor. Ta z kolei oglądała w skupieniu własne zakurzone buty, związane sznurkiem.

– Witam i zapraszam – powiedział młynarz uroczyście, odsuwając chwilowo na bok obawy, ile ta uczta dla szlachetnie urodzonych będzie go w przyszłości kosztować.

Sir William zsiadł ciężko z konia, a jego koniuszy wziął od niego wodze. Czeladnik młynarza, Richard Stoney, zebrał pozostałe wierzchowce i odprowadził je do stajni. Rob podszedł do matki i siostry, które stały wśród innych kobiet sprzątających ściernisko, i ukląkł, by matka go pobłogosławiła. Potem zerwał się i uściskał ją z całej siły.

Alinor ucałowała go, świadoma, że ma pot na twarzy i pył na odzieniu. Dygnęła przed lordem, paniczem Walterem i jego nauczycielem. James spojrzał na nią, ale nie mógł się zbliżyć, kiedy oczy wszystkich weń się wpatrywały.

– Zwozimy właśnie ostatni wóz – pochwaliła się młynarzowa. – Jego lordowska mość może sam zobaczyć, jak wjeżdża. Panie Summer, musi pan wiedzieć, że rośnie tu najlepsza pszenica w całym Sussexie.

– Umiarkowane zbiory – dodał jej mąż szybko. – Pełno śnieci i innej zarazy. To przez deszcze w tym roku. Okropnie padało. A jeszcze jak się szczury wdadzą...

– Właśnie widzę – rzekł James uprzejmie, zerkając przez uchylone drzwi spichlerza.

– Alys Reekie została królową żniw – dorzuciła niechętnie pani Miller. – Młodzież ją wybrała, Bóg jeden wie czemu, bo były godniejsze pretendentki.

James, przyglądając się z zainteresowaniem ślicznej dziewczynie, stwierdził, że nie miała wśród innych konkurencji. Z regularnymi, subtelnymi rysami i ciemnobłękitnymi oczyma przewyższała urodą najpiękniejsze z zebranych dziewcząt. Zdjęto jej teraz biały czepek i złote włosy rozsypały się na ramionach. Na robocze odzienie narzucono jej haftowany płaszcz, a na głowę włożono koronę z pszenicy. Złoty wieniec zalśnił na złotych włosach.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?