MokradłaTekst

Z serii: The Fairmile #1
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Nie może się dowiedzieć – wyjąkała. – On się wychował... Jego wuj służył pod samym Cromwellem. Nie może...

– Wiem. Pan Tudeley mnie ostrzegł, kiedy zaproponowałem, by Rob uczył się z Walterem.

– Wziąłeś go z mojego powodu?

– Mam u ciebie wielki dług wdzięczności. Przyjęłaś mnie i ukryłaś, zawiodłaś w bezpieczne miejsce.

Pokiwała głową, słysząc ten formalny ton. Mówił do niej, jakby była jedną z jego owieczek, winną księdzu wsparcie i pomoc. Jakby to na pastwisku nigdy się nie zdarzyło. Jakby nigdy nie padły słowa: „kobieta taka jak ty”.

– To nic takiego – powiedziała chłodno – mój obowiązek wobec lorda. Wiem, że mam o tym milczeć.

– A poza tym... – Urwał.

– Co poza tym?

Teraz jemu brakowało słów.

– Chciałem... Chcę... Miałem nadzieję, że będę mógł ci jakoś pomóc. Miałem ci posłać pieniądze, ale pomyślałem, że tak będzie lepiej.

– To bardzo szlachetne z pana strony, sir. Ale nie trzeba mi niczego.

– Bo ja... – Znów umilkł.

– Co takiego?

Wziął głęboki wdech.

– Bo ja nigdy wcześniej nie spotkałem takiej kobiety jak ty.

– Kobiety takiej jak ja w miejscu takim jak to – zacytowała jego własne słowa.

– Gadam głupstwa. – Zaczerwienił się.

– Wcale nie. To było miłe. To znaczy...

– Nie żebym uważał, że wasza wyspa jest jakimś złym miejscem...

– Jest biedna – rzekła prosto z mostu. – Musi się wydawać bardzo nędzna komuś, kto nawykł do lepszych miejsc. Komuś tak... pięknemu.

– Nigdy nie spotkałem piękniejszej kobiety od ciebie.

Obojgiem wstrząsnęła jego nagła szczerość. Jakby oboje usłyszeli te słowa i musieli się rozejść, by w ciszy zastanowić się nad ich znaczeniem.

– Lepiej już pójdę. – Alinor położyła ręką na klamce, lecz nie zrobiła ani kroku.

– Tak – przyznał. – Czy teraz już będzie cię stać na kupno łodzi?

Uśmiechnęła się i podniosła wzrok, by spojrzeć mu w oczy.

– Zrobię to w przyszłym tygodniu – powiedziała z wdzięcznością. – Wybieram się z bratem do Dell Quay obejrzeć stary skif.

– Przypłyniesz nim do domu?

– O nie! Nie odważyłabym się opłynąć całej wyspy. Pożyczymy platformę z młyna i przeciągniemy kawałek. Niedaleko, ledwie pięć mil.

– A znajdziesz odwagę, by go spuścić na wodę?

– Muszę – odparła. – Nie mam wyboru.

– Zabierzesz mnie ze sobą? Wziąłbym chłopców. Twój syn na pewno wie, jak się łowi ryby. Mógłby nauczyć Waltera.

Zamilkli na chwilę, rozważając ten pomysł, wyobrażając sobie następne kroki.

– Właściwie dlaczego nie? – odparła z namysłem. Zastanawiała się, co na to służba. I co powiedzą we młynie, kiedy zobaczą łódź na wodzie i ich czworo na pokładzie. – Ale czy sir William puści syna na zatokę w takiej łupinie?

– Czemu nie? Robert może nas przyprowadzić do twej chaty. Nie ma w tym nic złego.

– Nic złego – zgodziła się. Dygnęła na pożegnanie i odeszła w stronę pastwiska.

To ciekawe, że tak brzmiały ich ostatnie słowa. Nic złego. Oboje zdawali sobie sprawę, że to było złe. Nie wolno jej było marzyć, że syn przyprowadzi go do niej. A James dobrze wiedział, że nie powinien się z nią więcej spotykać.


MOKRADŁA, SIERPIEŃ 1648 ROKU

Rob prowadził ich w stronę chaty nadmorską ścieżką w upale popołudnia. Skakał jak koza, przesadzając kałuże; biegł od skarpy do plaży i od jednej kępy sitowia do drugiej. Walter, w porządnych butach z klamerkami, ślizgał się i potykał, starając się za nim nadążyć. Narzekał przy tym na błocko i zbliżający się przypływ. Ojciec James szedł z tyłu. Przypływ rzeczywiście wdzierał się coraz dalej w głąb plaży, tak szybko, że kiedy dotarli do chaty, musieli pędem wspiąć się na wyższy brzeg. Wyraźnie słychać już było syk gotującej się wody w Syczącym Źródle.

Rob wydał radosny okrzyk na widok skifu, przycumowanego na końcu rozklekotanego pomostu. Naprzeciw nim wyszła uśmiechnięta matka. Jej złoty warkocz skrywał czysty biały czepiec, suknię miała przepasaną świeżym fartuchem. Rob skoczył naprzód, przykląkł po błogosławieństwo, a potem zerwał się, by ją uściskać.

– Pamiętasz panicza Waltera? – zapytał. – A to nasz nauczyciel, pan Summer.

Ukłoniła się z szacunkiem.

– Jak się pan miewa, sir? – zwróciła się do panicza. – Wygląda pan o niebo lepiej niż wiosną.

– Znakomicie – odparł Walter. – Ojciec mawia, że jestem silny jak młody byczek.

Alinor dygnęła nieśmiało przed Jamesem, lecz ten podszedł bliżej, ujął jej dłoń i skłonił głowę, jakby była mu równa stanem.

– Rad jestem was poznać – rzekł. – Syn wiele mi o was mówił, a ja miałem okazję podziwiać wasze dzieło w destylarni.

– Och, teraz jest zaniedbana – bąknęła skrępowana. – Niewiele tam zdziałaliśmy od śmierci lady Peachey. – Zerknęła niespokojnie na Waltera, ale chłopcy już biegli w stronę pomostu, gdzie na wodzie podskakiwała łódź, obijając się o nadgniłe pale, gdy przypływ pchał ją w stronę lądu.

– Byłaś już na morzu? Znalazłaś w sobie odwagę? – spytał James półgłosem.

– Pierwszy raz wypłynęłam z bratem. Nie byłam na wodzie, odkąd zaginął Zachary.

– Twój mąż?

– Zwykle ja wiosłowałam, kiedy łapał homary.

– Sądzisz, że dasz radę sama?

– Dam – powiedziała, przełykając strach, by głos jej nie zadrżał. – Jeśli woda nie będzie zbyt głęboka, a przypływ za silny.

Widząc jej zacięty wyraz twarzy, nieomal się roześmiał.

– Oj, kumo Reekie, nawet ja widzę, że nie jest z was urodzona rybaczka.

– To prawda. – Uśmiechnęła się do niego. – Ale wiem, że poradzę sobie z linką na makrele. I potrafię użyć sieci. No i mogę powiosłować na wysepki, gdzie gniazdują mewy, i zebrać jajka. Tak więc mam wszystko, by uczynić swój los lepszym niż dotąd. Muszę być dzielna. To wspaniała sposobność dla mnie i dla moich dzieci. Nie będę wypływać z zatoki. Nigdy nie wypuszczę się na otwarte morze. Ale wszyscy na Sealsea łowią; to nasze rzemiosło. I ja też muszę. Jeśli mi się poszczęści i złapię łososia, sprzedam go do kuchni lorda. A wtedy, no cóż, łódź zwróci mi się za jeden dzień pracy.

– Sądziłem, że kupiłaś ją za jeden dzień pracy – drażnił się z nią.

– To była bardzo tłusta ryba – rzuciła chytrze, a on się roześmiał.

Przed wejściem na pomost bez chwili zastanowienia podał jej ramię, jakby była damą. Poczuła ciepło jego dłoni, lecz się nie cofnęła. Oboje patrzyli pilnie pod nogi. Dopiero na pomoście James zwolnił uścisk.

– Liny są w łodzi – powiedziała Alinor do chłopców. – Przynęta również.

Rob zręcznie wskoczył do łodzi z rozchybotanego pomostu i przytrzymał ją dla Waltera, bo zaczęła się kołysać. James zawahał się i spojrzał na Alinor.

– Może teraz ty? – zapytał, podając jej rękę.

Przysiadła na deskach, by móc opuścić się do łodzi bez pomocy, i zajęła miejsce na środkowej ławce. James odwiązał cumę i wsiadł za nią. Usadowił się obok Alinor i złapał wiosło.

– Będziemy wiosłować razem, a chłopcy niech łowią – zaproponował.

Zgodziła się i odwróciła twarz, lecz zdążył zauważyć, że się rumieni. Siedzieli ramię w ramię. Włożyli wiosła w dulki i zaczęli spokojnie wiosłować, w równym rytmie, a łódź oddaliła się od pomostu na wody kanału. Woda w zatoce była spokojna, choć z głębi wciąż było słychać szept Syczącego Źródła. Nadchodził przypływ i prąd był silny, lecz bez trudu wypłynęli na środek kanału. Zatrzymali łódź, a chłopcy nabili przynętę na haczyki. Zarzucili sznury za burtę.

– Obrzydliwe! – wykrzyknął Walter uradowany. – Skąd bierzecie te robaki?

– Wykopałam je dla was. – Alinor uśmiechnęła się. – A jeśli chcecie łowić znowu, musicie sami nakopać sobie dżdżownic. Chociaż to obrzydliwe.

– To dom przewoźnika? – zapytał James, wskazując na długą, niską chatę, widoczną po drugiej stronie zatoki.

– Tak. Mój dom rodzinny. Mieszka tam teraz mój brat, który obsługuje prom. Przed domem jest pomost, a prom cumuje zaraz za nim. A tam, widzicie, po drugiej stronie kanału? Na stałym lądzie? To spichlerz przy nabrzeżu, młyn i dom młynarza.

– Będzie dziś mełł?

– Nie. Miele w czasie odpływu. Przypływ wypełnia staw za młynem. Kiedy się cofnie, młynarz otwiera stawidła, woda wlewa się do młynówki i porusza kołem. Zresztą mełł już dziś po południu. Byłam tam wyrabiać masło. Alys, moja córka, chodzi tam codziennie. Pomaga w domu, w polu i we młynie.

– Bierze! – krzyknął nagle Rob. Szarpnął za linkę i wyciągnął trzepocącą makrelę o lśniących łuskach. Pewnym ruchem zdjął ją z haczyka i wrzucił do trzcinowego kosza, który stał na dnie łodzi.

– To tak wyglądają? – zaciekawił się Walter, zerkając do środka. – Do tej pory widywałem je tylko na talerzu. Ugotowane.

– Będzie więcej – zapewniła go Alinor. – Pływają w ławicach. Niech panicz porusza linką w górę i w dół.

James obserwował, jak manewruje wiosłem, by utrzymać łódź w miejscu. Starał się ją naśladować, by silny prąd nie zepchnął ich w głąb kanału, w stronę domu przewoźnika.

– A to prom mojego brata – powiedziała, wskazując sporą tratwę, przycumowaną przed domem. – Dalej w stronę lądu jest bród. Teraz jest zalany, ale to o, tam, gdzie wybrukowany trakt schodzi do wody.

Zobaczył pieniące się wiry w miejscu, gdzie rzeka zderzała się z idącym jej na spotkanie morzem.

– Głęboko tam?

– Za każdym razem przybiera ze sześć stóp, a prąd jest silny. Przy niskiej wodzie każdy pokona bród nawet pieszo, co dopiero konno lub wozem. Ale kiedy jest wysoka, każdy wybiera prom, jeśli nie chce nadkładać drogi dookoła. Trzeba wtedy wyprząc konie i przewieźć je na drugi brzeg. Potem wrócić i osobno przewieźć powóz, więc jest z tym mnóstwo roboty.

 

– Dziwi mnie, że jego lordowska mość nie kazał zbudować mostu.

Pokręciła głową, złoty lok wysunął się spod skromnego czepca.

– Podłoże nie nadaje się pod budowę – powiedziała. – Wszędzie piasek, aż po nabrzeże u młyna. Rozlewisko się zmienia przy każdym sztormie. A zimowe sztormy niszczą bród i każdy wiosenny odpływ znosi go do morza. Ojciec panicza cały czas musi go odbudowywać, nieprawdaż? Żaden most tu nie ustoi, na piachu i mule.

– A więc twój brat jest strażnikiem wjazdu na tę wyspę? – zauważył James. – Niczym gwardzista przy zwodzonym moście.

– Owszem. – Uśmiechnęła się. – A przed nim jego ojciec. I ojciec ojca.

– I długo tak już?

– Pewnie od samego potopu – zażartowała. – Och! Wybaczcie...

– Wcale nie czuję się urażony. – Roześmiał się. – To dla mnie zaszczyt, że wozi mnie córka samego Noego.

– Chyba mam rybę! – krzyknął Walter. – Ciągnąć?

– Ciągnij. Pomału, delikatnie, a potem wrzuć do łodzi.

Pociągnął zbyt gwałtownie i ryba wyfrunęła z wody, mijając o cal twarz Alinor.

– Uwaga! – krzyknął James, łapiąc za sznur. Chłopiec sięgnął po rybę i cofnął rękę, kiedy zaszamotała się na haczyku.

– Nie dam rady!

– Jak panicz chce jeść, to musi ją złapać – powiedziała Alinor.

James się roześmiał.

– Ona ma rację. Chwyć ją mocno i zdejmij z haczyka.

Walter, krzywiąc się, odczepił haczyk i aż westchnął, gdy makrela wyrwała mu się z rąk i wpadła do kosza. Niemal równocześnie Rob krzyknął:

– Następna! Mam następną!

Znaleźli się w samym środku ławicy. Ryby brały, ledwie przynęta dotknęła wody. Chłopcy zwijali się jak w ukropie, wyciągając coraz to nową zdobycz. James i Alinor utrzymywali łódź na środku kanału, okrzykami nagradzali kolejne połowy i liczyli ryby, póki kosz się nie napełnił. Wreszcie Alinor oznajmiła:

– Wystarczy. Mamy dość i do jedzenia, i do ususzenia.

– Nie sprzedasz świeżych?

– Kiedy mój mąż miał dobry połów w piątek, zabierałam część w sobotę na targ do Chichesteru. Ale to dwie godziny pieszo w jedną stronę i kolejne dwie z powrotem. W Sealsea nie sprzedasz ryb. Tutaj każdy łowi sobie sam. Czasem sprzedaję we młynie, żonom rolników, kiedy przyjeżdżają zemleć ziarno. Albo jak przybije statek po zboże, też czasem biorą. Przeważnie jednak suszę je na sprzedaż albo solę.

– Wracamy?

– A możemy popłynąć do Syczącego Źródła? – spytał Rob. – Walter nigdy go nie widział.

Kobieta pokręciła głową. Ona i James naparli wspólnie na wiosła i łódź ruszyła w stronę pomostu. Alinor wciągnęła wiosło i wystawiła rękę, żeby złapać za deski pomostu i przyciągnąć łódź. Rob tymczasem wstał i zarzucił pętlę cumy na zniszczony pal.

– Panicz musi poczekać, aż sam da radę tam powiosłować – powiedziała do Waltera.

– Dlaczego nie chcecie tam płynąć, Reekie? – spytał Walter.

Przytrzymała łódź, kiedy chłopcy wysiadali, i poczekała, aż James do nich dołączy. Potem wstała i podała im kosz z rybami, z łatwością balansując na kołyszącej się łodzi.

– Bo jestem płochą niewiastą i lękam się głębokiej wody – odparła. Kapelan wyciągnął rękę, żeby jej pomóc. Przyjęła ją.

– Ale całe życie spędzacie na wodzie – zauważył Walter.

– Na bagnie – poprawiła go. – To nie to samo. Ani to ląd, ani morze, zmienia się dwa razy na dzień. Nigdy długo nie jest pod wodą, ale też i nigdy do końca nie wysycha. Boję się wypływać na otwarte morze. Nawet na środek zatoki, bo tam też jest głębia. Moje miejsce jest na lądzie, wśród ziół, kwiatów i warzyw. Zresztą dopiero od niedawna mam łódź, a to dzięki wspaniałomyślności ojca panicza, który przyjął Roba do pracy.

Rob uwiązał łódź na luźnej cumie, żeby ustawiła się z pływem.

– A teraz przygotuję dla was rybkę – powiedziała Alinor.

– Możemy sami upiec? Na patyku nad ogniskiem? – poprosił Rob.

– Niech będzie. – Uśmiechnęła się, a James dostrzegł w jej oczach ogrom matczynej miłości. – Zje pan z nimi? – zwróciła się do niego.

– Jeśli można – odparł. – Zjedzmy wszyscy razem.

– Nie wiem, czy to stosowne. Rob ma zamiar posilać się jak dzikus, z patyka.

Musiał się powstrzymać, by nie poprawić niesfornego loka, który wciąż wysuwał się jej zza ucha.

– A więc dobrze, bądźmy dziś dzikusami. – Uśmiechnął się.


Rob i Walter nazbierali drewna wyrzuconego na brzeg, Alinor przyniosła żar spod pieca. James, który poszedł jej pomóc, rozejrzał się we wnętrzu chaty. Jedna izba. Łóżko, które dzieliła z córką. Stołki, na których siadali. Stół, przy którym jedli. Typowa chata wiejskiej biedoty. Uderzyło go jednak, jak widoczne ubóstwo wnętrza mocno kontrastuje z jego przyjemną wonią. Pachniało całkiem jak w destylarni we dworze, lawendą i bazylią. Zwykle takie chaty cuchnęły stęchłą strawą i fekaliami; ciężkim zaduchem niemytych ludzi, którzy spali w noszonej za dnia odzieży. Ale tu przez otwarte drzwi wpadał podmuch słonego powietrza, a izba pachniała siennym aromatem suszonych ziół. W kącie od belki do belki rozciągnięto sznurki, na których wisiały pęki roślin. Pod nimi w narożnym kredensie stała kolekcja słoi, a na półkach leżały metalowe tacki z woskiem do ekstrakcji aromatów.

– To twoja pracownia? – spytał.

Wzruszyła ramionami.

– Ledwie kącik. Więcej miejsca mam u brata. Korzystam tam z destylarni mojej matki, jak dawniej, kiedy żyła. Tu przerabiam tylko to, co pochodzi z mojego ogródka, póki jest świeże.

Poinstruowany przez nią, wyjął spod odwróconej misy na stole chleb i ukroił cztery pajdy. Posłużą jako tacki na rybę. Wyszli na zewnątrz. Niewielkie ognisko już raźnie płonęło.

– Czy twoja córka zdąży wrócić, żeby zjeść razem z nami? – zapytał.

– Nie. Latem pracuje do późna – odparła Alinor. – Nie wróci przed zmierzchem. Upiekę jej jedną i zostawię na później.

Wzięła się do patroszenia i czyszczenia ryb. Wnętrzności wrzuciła do garnka, na wywar; głowy i ogony zostawiła. Podała wypatroszone ryby Robowi, który nabił je na patyki i rozdał wszystkim. Alinor poszła do chaty obmyć ręce z łusek i krwi. Wróciła z czterema kubkami podpiwku. Rob patrzył, jak podaje kubek ojca Jamesowi, ale nic nie powiedział.

Kiedy skóra ryb była już czarna i chrupiąca, a mięso w środku soczyste i gorące, Alinor orzekła:

– Gotowe, możecie jeść.

Walter skubał swoją prosto z opalonego patyka, ale Rob włożył rybę pomiędzy dwie pajdy chleba i pałaszował z apetytem. Kiedy skończyli jeść, siedzieli w milczeniu, patrząc na słońce, które dotykało już horyzontu. Wydawało się, że przypływ stanął w miejscu; woda wciąż pluskała o pale pomostu, ale już się nie podnosiła. Z plaży przybiegły kury, pędziły do swojej pani pewne miłego powitania i okruchów. Alinor odezwała się do każdej po imieniu, częstując je kawałkami chleba. Ptaki dziobały wokół jej stóp, gdacząc cichutko.

– Musimy już iść. – Rob westchnął. Spojrzał na matkę i stwierdził zaskoczony, że nie patrzy na niego, lecz na kapelana.

James wstał, jakby nie wiedział do końca, co robi. Kury rozbiegły się spłoszone. Zdawał się ich nie zauważać.

– Tak – mruknął – tak. Musimy iść. Słońce zachodzi. Powinniśmy iść.

– Mogę was odprowadzić do dworu – zaoferowała Alinor.

James miał na to ochotę, ale zdał sobie sprawę, że nie ma powodu, by ich odprowadzała, skoro jest z nimi Rob.

– Przecież ja znam drogę – rzekł chłopiec zdumiony.

Matka powoli wstała od ogniska i wzięła go w ramiona. Uściskała go, a kiedy przykląkł, odmówiła krótką modlitwę i schyliła się, by go ucałować. Dygnęła przed Walterem.

– Cieszę się, że panicz przyszedł – powiedziała. – Może nas panicz odwiedzać, kiedy zechce. Ze względu na matkę nieboszczkę i was... rozumiecie?

Zarumienił się.

– Dziękuję – odparł niezręcznie, ponieważ to ona była poddaną Peacheyów, a w każdym razie ryby były jego. – Na pewno przyjdziemy jeszcze z Robem.

Chłopcy ruszyli ścieżką w stronę dworu, milcząc jak dobrzy przyjaciele. Alinor została sam na sam z Jamesem.

– Przyjdziesz znowu? – zapytała, starając się, by ton głosu nie zdradził zbyt wiele.

– Tak. – I zaraz dodał: – Tak. Chciałbym... naprawdę bym chciał... Mogę wrócić? Jak tylko odprowadzę ich do domu?

Alinor miała wrażenie, że świat wokół kręci się za szybko. Spojrzała na niego i poczuła przypływ pożądania, kiedy jego brązowe oczy spotkały się ze spojrzeniem jej szarych.

– Nie możesz iść sam przez rozlewiska.

– Pójdę naokoło. Drogą.

– Tak. Możesz przyjść do mnie dziś w nocy – powiedziała i jakby chcąc temu zaprzeczyć, odwróciła się, rozgarnęła stopą resztki ogniska. Zrobiło się ciemno. Odeszła w stronę chaty, nie zerkając na niego ani razu.


Żółty jak wosk księżyc nadał wodom rozlewiska złotawą barwę. Ląd dla kontrastu był czarny. James skręcił z głównej drogi przy domu przewoźnika i cichutko minął ogród Neda, kierując się do chaty na skraju bagien. Chłopców zostawił w łóżkach. Wieczorne modlitwy były już odmówione. Mieli jeszcze poczytać i rozwiązać dla wprawy kilka zadań matematycznych. On sam nie wiedział, co go czeka tej nocy. Nie wiedział, czy Alinor będzie sama, czy w towarzystwie córki. Nie wiedział też, co powie, gdy zastanie ją samą, ani co zrobi. Nie miał pojęcia, na ile była mu gotowa pozwolić. Jakim cudem odważył się poprosić o zgodę na powrót i dlaczego się na to zgodziła? Wiedział jedno: nie mógł złamać ślubów czystości. Został wyświęcony dla Kościoła. Nie wolno mu było obcować z kobietą jak z kochanką. Nie powinien nawet przebywać z kobietą sam na sam inaczej niż w konfesjonale. Miał tego świadomość, a jednak nie potrafił się powstrzymać.

Schylając się co chwila pod gałęziami tarniny, maszerował wysokim brzegiem obmywanym już falą przypływu. Nie myślał o tym, co robi, kierował nim wewnętrzny przymus. Upajał się tym poczuciem bezradności. Jak głupiec biegł w ciemności na spotkanie z kobietą, która była ledwie chłopką. Ubogą chłopką, od której w oczach świata dzieliła go przepaść. Oddany Bogu, uwikłany w konspirację króla Anglii, nigdy nie miał czasu na miłość. Ale teraz już wiedział, że to właśnie ona. Mimo woli, wbrew woli, czuł wzbierającą radość, że stopniowo, lecz nieodwołalnie zakochuje się w kobiecie – niczym rycerz z poematu w najpiękniejszej damie.

Czekała na niego. Dostrzegł smukłą sylwetkę na końcu pomostu; szarą suknię na tle szarej wody i biały czepek na tle nocnego nieba. Wiedział, że wyszła na pomost, by móc obserwować nadbrzeżną ścieżkę i zobaczyć go, gdy będzie szedł. Zamiast tego ujrzała kochanka, który biegnie, pędzi na złamanie karku do swej miłości. Dopiero gdy zobaczył, że zawraca w stronę plaży, uważnie stąpając po nadgniłych deskach, zwolnił nieco i zaczął iść. Dotarł do drewnianych schodków na czas, by podać jej pomocną rękę, i ich dłonie się splotły, zanim zdążyli wyrzec choćby jedno słowo.

Kiedy poczuł jej dotyk, dotyk jej szorstkiej dłoni, nie mógł się opanować i przyciągnął ją ku sobie, obejmując w pasie. Przez materiał sukni czuł ciepło, bijące od jej ciała. Nie opierała się, lecz dała się zamknąć w ramionach i uniosła wzrok, by na niego spojrzeć. Patrzyli na siebie w milczeniu i nagle, jakby spojrzeniem wyznali, co czują, ich usta się spotkały.

Chciała tego. Pamiętał o tym jeszcze wiele lat później, jakby to umniejszało jego winę. Pragnęła być kochana. Pragnęła być kochana przez niego.

Jej pocałunek był słodki. James pierwszy raz w życiu całował kobietę i czuł, jak jego ciało wypełnia pożądanie. Kolana miał miękkie; bał się, czy go utrzymają. Alinor bezwładnie oparła się o niego, jakby również ona czuła tę falę, niepowstrzymaną jak przypływ.

– Nie powinnam – powiedziała, kiedy udało jej się złapać oddech. – Nawet nie wiem, czy jestem wdową, czy mój mąż jeszcze żyje.

– Nie mogę – rzekł niemal równocześnie. Słowa w ustach wydały mu się niezręczne, jakby odebrano mu dar mowy, a została jedynie moc dotyku. – Jestem księdzem.

Nie poruszyła się. Nie odwróciła wzroku. Patrzyła na jego twarz, usta i ciemne oczy.

– Pocałuj mnie jeszcze – poprosiła cicho i posłuchał jej.

 

Stali spleceni w uścisku, złączeni ustami. Objął ją mocniej, lecz odsunęła się delikatnie. James od razu ją puścił. Zastygli pół kroku od siebie, w pół ruchu, czekając, czy znowu padną sobie w ramiona. Czy James weźmie ją za rękę i zaprowadzi do chaty, by tam kochać się z nią w łóżku jej zaginionego męża?

Alinor pokręciła głową, jakby słowa pożądania zostały wypowiedziane na głos, ale nie wymówiła ani słowa.

– Przyjdę do ciebie za miesiąc. Wieczorem, o tej porze – wykrztusił, jakby przez miesiąc mógł się nauczyć, co ma robić i mówić, podczas gdy dziś oboje byli zbyt oszołomieni wzajemną bliskością.

– Za miesiąc? – spytała z rozpaczą, jakby miał minąć co najmniej rok. – Dopiero za miesiąc?

– Jutro wyjeżdżam.

Wykonała ruch, jakby chciała złapać go za rękę i zatrzymać.

– Chyba nie do Francji?

– Nie. Ale muszę wypełnić... Zobowiązałem się... Pojadę i wrócę.

Od razu domyśliła się, że chodzi o sekretne sprawy jego Kościoła i króla uwięzionego na wyspie Wight.

– Czy grozi ci niebezpieczeństwo?

– Owszem – przyznał. – Ale mam nadzieję, że wrócę do ciebie za miesiąc.

Jak każda zakochana kobieta, bardziej niż sens zdania zrozumiała obietnicę miłości.

– Do mnie? – powtórzyła.

– Niechybnie.

– Czy nie możesz odmówić? – zapytała. – Nie możesz powiedzieć, że się rozmyśliłeś?

Uśmiechnął się.

– Ale ja się nie rozmyśliłem. Nadal myślę tak samo jak przedtem i nie mogę złamać danego słowa. Od tego zależy los wielu ludzi. Los pewnego wielkiego człowieka. Nic się w tej kwestii nie zmieniło... poza...

Milczała, czekając, co powie.

– ...poza moim sercem.