MokradłaTekst

Z serii: The Fairmile #1
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

MOKRADŁA, LIPIEC 1648 ROKU

Rob nie miał odpowiedniej odzieży, by się w niej pokazać we dworze, i uparcie odmawiał udziału w przygotowaniach. Nie uśmiechało mu się opuszczenie domu, a „towarzyszenie” paniczowi przeraziło go do reszty. Niby jak: przyszły dziedzic Priory miałby łapać żaby z synem biednego rybaka albo szamotać się z nim w zabawie? Kiedy jednak matka przypomniała mu o sutych posiłkach, które będzie jadał wraz z dworską służbą, oraz pięciu szylingach, które dostaną z góry, dzięki czemu zapłacą czynsz za następny kwartał i kupią łódź – pozbędą się więc widma głodu, które wciąż majaczyło przed nimi niczym czoło sztormowej fali – chłopiec przestał narzekać i zaraz po wieczerzy pobiegł do wuja pożyczyć parę jego starych butów i kaftan, który kiedyś należał do ojca Alinor.

Ned przyszedł razem z siostrzeńcem w porze odpływu. Jego pies, wodny spaniel o jaskraworudej sierści, biegł u jego nogi.

– Siostro – powiedział, muskając wargami czoło Alinor.

– Bracie – odparła.

Nalała mu kubek podpiwku. Usiadł z nim na ławce przy drzwiach, opierając się plecami o ścianę chałupy. Miał stamtąd widok na zatokę. Rudzielec siadł pod ławką, zerkając tęsknie na kury, który dziobały szlam na linii cofającej się wody.

– Przyniosłem ci monetkę. Jedną z tych, które tak lubisz – rzekł Ned, grzebiąc za pazuchą. Wyjął krążek metalu, tak wytarty, że nie sposób było rozpoznać rysunku, a do tego całkiem zaśniedziały.

– Dziękuję – ucieszyła się Alinor. – Gdzie ją znalazłeś?

– W stawie za domem. Było tak mokro, że pewnie przyniosło ją z rowu. Nagle rzuciła mi się w oczy. Jak ktoś mógł zgubić monetę przy stawie?

– To było dawno temu. – Zadumała się, obracając monetę w dłoniach. – Człowiek się zastanawia, kim byli i co tam robili, prawda? Minęło tyle lat... Ktoś tu stał z monetą w ręku. Może jakaś kobieta wrzuciła ją do wody na szczęście?

To była moneta któregoś germańskiego króla z zamierzchłych czasów, kiedy Sasi rządzili pobrzeżem. Przedzierali się przez błoto i trzciny w długich łodziach i zakładali gospodarstwa na wyspach. Alinor zbierała te krążki od dziecka i trzymała niczym skarb w skrzynce. Matka śmiała się z niej, że jest jak ten skąpiec, który siedzi na skrzyni pełnej złota głupców, ale jednocześnie chwaliła jej bystre oczy i kazała rozglądać się pilnie, na wypadek gdyby kiedyś znalezisko okazało się cenniejsze. Alinor tylko raz znalazła monetę ze srebra. Zanieśli ją do Chichesteru, a tamtejszy złotnik dał za nią sześć pensów. Dla małej dziewczynki to była fortuna. Wszystkie inne monety były z brązu, niektóre posrebrzane, ale czas starł z nich szlachetny metal. Lecz Alinor nigdy nie zależało na ich wartości. Kochała je za to, że są takie stare. Urzekało ją poczucie, że są pamiątką dawno zapomnianych czasów i ludzi, o których już nikt nie pamięta. Zachwycały dziwne symbole i kształty, ledwie już rozpoznawalne.

Ludzie z Sealsea nazywali je złotem wróżek lub złotem elfów i opowiadali o niezmierzonych skarbcach, pełnych bezcennych monet. Mieli ich strzec mroczni jeźdźcy, gotowi oślepić każdego, kto wyciągnie po nie rękę, zalać jego oczodoły stopionym srebrem. Ale wszyscy wiedzieli, że to tylko śmieci, które morze wyrzuca na brzeg. Można je było znaleźć w nadmorskim błocie i były zupełnie bezwartościowe.

– Dlaczego jego lordowska mość postanowił zatrudnić Roba? – spytał Ned. – I czemu mu tyle płaci?

Alinor napluła na monetę, oczyściła o skraj sukni i uniosła pod zachodzące słońce, starając się odcyfrować zatarte znaki.

– To chyba lew – powiedziała. – Myślisz, że to moneta z czasów dawnej Anglii?

– Możliwe. Ale czemu akurat Rob?

– A czemu nie? – oburzyła się. – Pamiętasz, jak zeszłej wiosny leczyłam panicza na krup? Rob był wtedy ze mną. Zbierał zioła w ich zielniku, a potem pomagał mi w destylarni. Od śmierci lady Peachey byliśmy tam kilka razy. Jutro też idziemy, będziemy zbierać zioła i suszyć je. Pan Tudeley mówi, że chcą nam pomóc, skoro Zachary zaginął.

– Zniknął pół roku temu albo więcej. Długo się namyślali z tą pomocą.

Wzruszyła ramionami.

– Oni nie liczą dni tak, jak my.

– Niczego nie muszą liczyć – rzucił ze złością.

– Wiem, ale jeśli Rob zarobi uczciwie pieniądze, przy okazji pobierając naukę, może w życiu pójdzie mu lepiej niż jego ojcu. Może uda mu się stąd wyrwać, nawet do samego Chichesteru.

– Jeżeli nie sprowadzą chłopaka na złą drogę. Sir William stanął przecież po stronie króla. Może się i w końcu ukorzył, ale nie jeździ na obrady nowego parlamentu i nie zaciągnął się do Armii Nowego Wzoru. Prawdę mówiąc, powinien teraz zwoływać swoich ludzi i maszerować na północ przeciw Szkotom. Jeśli kiedykolwiek miał zamiar dotrzymać danej nam obietnicy, to teraz ma szansę. Ale ja osobiście wątpię, żeby to był bogobojny dom.

Alinor zerknęła kątem oka na zwieszone mocne ramiona brata, na krótko ostrzyżoną gęstwę brązowych włosów. Był rozgoryczony, że odwołano go z armii w chwili, gdy zaczęła wygrywać. Zmuszono do ciągnięcia promu na błotnistym kanale, kiedy wyrwał się z tej wyspy, wierząc, że świat się zmienia, a jego świat zmieni się także.

– Zawsze będziesz dla niego wzorem – próbowała go pocieszyć. – Nie zapomni twoich nauk. Wie, skąd pochodzi i w co wierzy.

– A w co ty wierzysz? – zaatakował. – Bo ja tego nie wiem.

Odwróciła wzrok.

– Och, ja jestem jak nasza mama i babka. Nie zawsze rozumiem. Ale czasami... po prostu czuję.

– Rob nigdy nie będzie żołnierzem – powiedział Ned z żalem. – Nigdy nie będzie służyć pod rozkazami Cromwella. Szansa na to przepadła. A teraz ty oddajesz go na służbę do „kawalerów”.

– Jego lordowska mość uzyskał przebaczenie. I zapłacił już grzywnę za wspieranie króla – odparła, zdecydowanie odsuwając od siebie myśl o księdzu, który wszedł do Priory pewien, że jest tam bezpiecznie dla papisty, ba, królewskiego szpiega! – Rob dziedziczy po tobie. Nie zapomni, co jest słuszne. A sir William będzie wiernie służył naszemu dobremu parlamentowi, nieważne, co mu się tam jeszcze roi. To koniec króla i jego lordów. Sam mi to przecież mówiłeś.

– Nie ufam mu. Nie ufam nikomu, kto teraz wyraża skruchę, żeby odzyskać ziemie, jakby nic się nie stało, podczas gdy setki dobrych ludzi nie wrócą już do domu. Wolałbym, żeby Rob był w armii. Po stokroć bym wolał, żeby maszerował teraz na wojnę w imię Boga. Gdyby to był mój chłopak, posłałbym go zaraz do mojego dawnego oddziału. Wciąż jest możliwość, że Szkoci uderzą. Mówi się, że Irlandczycy sposobią się do ataku.

– Przecież wojna już się skończyła?

– Nie. Nie skończy się, dopóki król nie podpisze traktatu i nie postanowi go dotrzymać.

– Ned, ja nie poślę mojego chłopca na wojnę – powiedziała przepraszająco.

– Nawet żeby służył Bogu?

– Mam tylko jego.

– A teraz, kiedy wdzieje na siebie barwy Peacheyów, nie przejmie nawet promu, gdy mnie zabraknie – mruknął Ned z żalem. – Wychodzi na to, że na darmo wróciłem, żeby utrzymać prom i dom w rodzinie.

– Sam możesz jeszcze mieć syna – rzekła łagodnie. Był wdowcem ledwie po trzydziestce.

– Nie. – Ned zgarbił się jeszcze bardziej. – Z przewoźników są kiepscy mężowie.

– Niech spoczywa w pokoju – rzekła Alinor cichutko. Młodziutka żona Neda, Mary, zmarła przy porodzie; Alinor nie była w stanie jej pomóc. – Boże przebacz, że nie potrafiłam...

– Stare dzieje. – Ned otrząsnął się z bolesnych wspomnień. – Ale drugiej żony nie wezmę. I nie każę jej przez to przechodzić.

– Druga żona może nie...

– Więc to Rob powinien przejąć po mnie prom!

– Nic nie stoi na przeszkodzie. Przecież nie będzie służyć u nich wiecznie, tylko do czasu, aż panicz Walter wyjedzie do Cambridge. Ale nawet te parę miesięcy nauki to dla niego skarb. Będzie mógł się udać, dokąd zechce, wejść do każdej rodziny jak Anglia długa i szeroka. To lepszy los, niż utknąć tutaj.

– Lecz my wciąż tu tkwimy.

Zmarszczyła brwi, taka gorycz brzmiała w jego głosie. Położyła dłoń na jego dłoni.

– Nigdy nie marzyłam, nie miałam nadziei, że się stąd wyrwę. Teraz, dzięki pieniądzom, które Rob otrzyma, zdołam kupić łódź i zacznę odkładać na wiano dla Alys. A to, że tu tkwimy, nie oznacza, że nie możemy marzyć o lepszym losie dla naszego chłopca.

– Pewnie masz rację – przyznał niechętnie. – Ale powinnaś marzyć również o przyszłości Alys. Ta dziewczyna ma wielkie oczekiwania. Narobi w świecie hałasu, zobaczysz.

– Być może. Tylko że świat nie patrzy przychylnie na dziewczęta z wielkimi nadziejami.

Przez chwilę siedzieli w milczeniu. Pies spoglądał na nich, jakby czekał, aż rzucą mu coś do wody, żeby mógł to przynieść z powrotem.

– Przed wyjazdem nigdy nie myślałeś w ten sposób – odezwała się Alinor. – Dawniej byś nie powiedział, że tu utknąłeś.

– Nie. Bo dawniej nie zdawałem sobie sprawy, że istnieje świat na północ od Chichesteru. Ale kiedy byłem z wojskiem pod Naseby, rozmawiałem z innymi ludźmi. Ludźmi, którzy przybyli zewsząd, z całego królestwa, żeby razem walczyć o to, w co wierzą. Wiedzieli, że Bóg ich prowadzi i że nadeszła ta chwila. Wtedy zacząłem myśleć. Czemuż to do króla ma należeć cała ziemia? Każdy jej akr, podczas gdy ty czy ja kulimy się na skrawku żwiru na skraju bagna? Czemu Peachey ma w swoim posiadaniu wszystkie pola i lasy? Czyż ziemia nie powinna należeć do ludzi? Czy nie powinno być tak, że każdy Anglik uprawia własne pole, by nikt nie przymierał głodem w tym bogatym kraju?

– O tym mówi wojsko? – spytała ciekawie.

 

– Właśnie o to walczy – odparł. – To, co zaczęło się od bogaczy z Londynu, narzekających na podatki, przerodziło się w głośne wołanie angielskiej biedoty: czy to jest słuszne? A co z nami? Jeśli król nie powinien posiadać wszystkiego, to również i lordowie. Ani biskupi. Jeśli król nie powinien posiadać wszystkiego, to oznacza, że każdy Anglik może mieć własny ogród i prawo do łowienia ryb w swojej rzece.

Zaskoczyła ją jego zaciekłość.

– Nigdy wcześniej o tym nie mówiłeś.

– Bo nigdy wcześniej mój siostrzeniec nie szedł na służbę do rojalistów! – wykrzyknął z gniewem. – Kiedy król, choć uwięziony, spiskuje tak, jakby wcale nie przegrał, kiedy „kawalerowie” chwytają za broń w całym kraju, Szkoci idą na południe, a Irlandczycy zbierają wojska...! Słyszałaś wieści z Essexu?

Pokręciła głową.

– Tylko to, co mówił pastor.

– Opowiedzieli się po stronie króla, głupcy. Armia musi maszerować na Colchester i oblegać rojalistów.

Przeraziło ją to, co usłyszała.

– Znów będą walczyć?

– A flota parlamentu przeszła na stronę króla. Straciliśmy okręt flagowy i z pół tuzina innych.

– I co mają zamiar uczynić? Pożeglują na Londyn?

– Kto wie, jakie mają zamiary, zdrajcy. Przywieźć na pokładach Irlandczyków? Porwać króla z wyspy Wight?

– Błagam, tylko nie mów, że znowu mamy wojnę!

– Wojna będzie trwała, póki król nie nauczy się dotrzymywać słowa. Przed parlamentem mówi jedno, a potem śle po Szkotów i Irlandczyków. Podburza nawet Walię! Wojsko powinno wziąć sprawy w swoje ręce i zmusić go, by przysięgą zagwarantował pokój. A potem pilnować, żeby przysięgi dotrzymał.

– Myślałam, że król jest uwięziony w zamku Carisbrooke.

Ned pokręcił głową z niesmakiem.

– Trzyma tam dwór, jakby siedział w Whitehall. Jeździ karetą po całej wyspie i odwiedza lordów, jakby dopiero co wstąpił na tron. Ponoć wszędzie jest mile witany. Bez przerwy pisze listy i planuje ucieczkę. Bogu tylko dziękuję, że dowódcą twierdzy jest Robert Hammond. To prawy człowiek, poznałem go. Dowodził u nas własnym pułkiem. Przynajmniej jemu można ufać, że dopilnuje króla. A przysięgam, że w końcu postawimy go przed sądem za to, że prowadził wojnę przeciwko swemu ludowi.

– Czy to nie parlament zbuntował się przeciw niemu?

– Ale on pierwszy chwycił za broń. To on kazał strzelać do czeladników i klerków. Uzbroił lordów, wsadził ich na wielkie konie i posłał, by nas zdeptali. To on zwrócił się przeciw nam. Posyłasz chłopaka na niewłaściwą stronę, siostro. Nim lato minie, nikt tu nie będzie kochał „kawalerów”, gdy wreszcie ich pokonamy.

– Nie chcę, żeby stawał po jakiejkolwiek stronie – prychnęła rozdrażniona. – Chcę, żeby miał dobrą pracę. I chcę posagu dla córki. A dla siebie łodzi, żeby zarobić na utrzymanie.

Ned ucichł i łyknął solidnie z kubka. Pies położył miękką mordę na kolanie pana.

– Ach, mogę sobie gadać! – sarknął. – Tylko gadanie mi pozostało. Tyle się nawędrowałem, nawalczyłem i namodliłem, i co? Jak tylko ojciec umarł, wróciłem i siadłem na prom. Włożyłem w tę wojnę całe serce, a teraz wożę zdradzieckiego lorda tam i z powrotem, kiedy sobie tylko zażyczy. I nigdy nie rzuci nawet pensa, bo prom jest jego, a ja jestem tylko dzierżawcą. Pewnie sobie wyobraża, że woda w bagnie też jest jego, i błoto na dnie, i morze też.

– Musiałeś wrócić. – Starała się go pocieszyć. Był jej jedynym bratem i jedynym sąsiadem. – Inaczej stracilibyśmy prom i dom, a z nimi utrzymanie. Wielu było takich, którzy chętnie zajęliby miejsce ojca, nawet na Sealsea. Staliby w kolejce pod bramą dworu, prosząc o ten zaszczyt. Uratowałeś nas. Kiedy Zachary zniknął... bez ciebie byłabym dziś żebraczką. Korzystamy z twojej kuchni, słodowni, ogrodu...

– To również twój dom, nie tylko mój. Na co mi on? Moi towarzysze maszerują na północ naprzeciw Szkotom, a mnie z nimi nie ma. Czuję się jak tchórz.

– Nie jesteś tchórzem – oświadczyła z mocą. – To wymaga odwagi, by dokonać słusznego wyboru. A to, że wróciłeś, utrzymałeś dzierżawę, było słuszne. Gdzie byśmy teraz byli, gdyby nie ty?

– Na twoim garnuszku. – Uśmiechnął się krzywo. – Utrzymywałabyś nas z tej nowej łodzi. Ale wróciłem i wciąż mamy prom, a ty nie musisz łowić ryb, skoro się boisz. Wiem, że to ostatnia rzecz, na którą miałaby ochotę kobieta taka jak ty.

Kobieta taka jak ty w miejscu takim jak to... – zadźwięczało jej w głowie echo tamtych słów. Ned zdumiał się, patrząc, jak twarz siostry się rozpromienia. Nie widział jej takiej, odkąd byli dziećmi.

– Sam mówisz, że cały świat się zmienia – powiedziała, a w jej głosie nie było słychać lęku. – Może i ja się zmienię.


MOKRADŁA, LIPIEC 1648 ROKU

Alinor i Rob szli nadmorską ścieżką w stronę dworu, depcząc naniesione przez przypływ drewno i wyschłe wodorosty, z których wzbijały się chmary muszek. Woda znów przybierała; kiedy skręcili w głąb lądu, słychać było bulgotanie Syczącego Źródła. Stogi siana na pastwisku w letnim słońcu pożółkły jak słoma.

– Wrócisz do domu na Świętego Michała – powiedziała łagodnie Alinor. – I będziemy się widywać co niedziela w kościele.

Rob był blady ze strachu.

– Wiem – rzekł krótko. – Mówiłaś to już z tuzin razy.

– Przyjdę w piątek do kuchni i zapytam o ciebie. Jeśli zechcesz mnie widzieć wcześniej, powiedz kucharce. Ona mi przekaże.

– Mówiłaś.

Pokiwała głową.

– Nie musisz tego robić, jeśli naprawdę nie chcesz. Jakoś damy sobie radę.

– A ja mówiłem, że pójdę.

Złapała za uchwyt furty w kamiennym murze i nagle przypomniała sobie, jak zostawiła księdza Jamesa za stogiem, a sama poszła na rozmowę z rządcą. Metalowy pierścień był rozgrzany od słońca, a drewno suche, tak samo jak przed miesiącem. Zganiła się w duchu: to nie w porządku myśleć teraz o obcym mężczyźnie, kiedy posyła własnego syna na służbę.

– Chodź, Rob. – Uśmiechnęła się, żeby dodać mu odwagi, odsuwając myśli o księdzu, który patrzył na nią z pożądaniem i wyrzekł słowa: „kobieta taka jak ty”.

Przeszli przez ogród do drzwi kuchennych. Ubielona mąką po łokcie kucharka zerknęła na nich znad stołu, na którym wyrabiała olbrzymią pecynę ciasta.

– Czekają na was. – Otaksowała Roba spojrzeniem. – Udany chłopak! Bacz na zachowanie, a to może być dla ciebie wielka szansa.

Rob zdjął czapkę.

– Dobrze, psze pani.

– Będziesz mówił „tak, pani Wheatley” – poprawiła go kucharka.

– Tak, pani Wheatley.

– Lokaj zaprowadzi was na górę – powiedziała kucharka i krzyknęła w stronę holu: – Gdzież on się podziewa?

W drzwiach pojawił się chudy człowieczek w liberii w barwach Peacheyów i znoszonych butach.

– Jak ty wyglądasz? – zbeształa go kucharka bez cienia nadziei na poprawę. – Zabierz małego Reekiego do pana Tudeleya. Oczekuje go w swoim pokoju. A potem wracaj tu zaraz. Musisz zanieść półmiski.

Lokaj skinął na Roba i zawrócił do drzwi.

– Czekaj! Nie pożegnasz się? – Alinor złapała syna, kiedy odwrócił się posłusznie, nie mówiąc ani słowa.

Twarz miał bladą i ściągniętą. Upadł przed matką na kolana. Położyła dłoń na jego kędzierzawych włosach, błogosławiąc go w duchu.

– Bądź grzeczny – szepnęła. Nie to chciała powiedzieć, ale brakło jej słów, by wyrazić, jak bardzo go kocha i jak strasznie cierpi, zostawiając go w obcym domu. – Niech cię Pan Bóg błogosławi, synku. Zobaczymy się w niedzielę w kościele.

Wstał. Policzki miał zaróżowione ze wstydu, że matka tak się nad nim roztkliwia. Sam starał się nie okazywać, co czuje. Podniósł niewielki pakunek ze swoim dobytkiem. Nie było tego wiele. Trochę bielizny na zmianę, łyżka i nóż. Ruszył za lokajem.

Pani Wheatley roześmiała się, widząc, że Alinor ociera łzy.

– Och, dajże spokój, kobieto! – prychnęła pocieszająco. – Nie rusza przecież na morze walczyć z flotą księcia. Ani nie wcielili go do armii i nie musi maszerować na tę dziką północ, żeby bić się ze Szkotami.

– Bogu dzięki!

Kucharka włożyła ciasto do miski, przykryła szmatką i postawiła w słońcu na oknie, żeby wyrosło w cieple.

– Napijesz się piwka, zanim ruszysz z powrotem? – zapytała. – Może uśmiech wróci na tę śliczną buźkę?

– Dziękuję, chętnie. – Alinor przysiadła na ławce przy stole. – Mogę przyjść pod koniec tygodnia i spytać, jak sobie radzi?

– Pewnie. Przy okazji przynieś mi trochę kopru morskiego.

– Przyniosę. Pani Wheatley? Będzie pani miała na niego oko? Błagam.

Kobieta pokiwała głową.

– To wielka szansa dla chłopaka.

– Wiem. Ale da mi pani znać, jak się okaże, że on tu sobie nie radzi? Nie pasuje? Jak będą jakieś kłopoty?

– A jakie może tu mieć kłopoty? Nauka za darmo, i to nie w szkółce, a z guwernerem. Wikt, opierunek i jeszcze mu zapłacą. A jedyne, co musi zrobić, to dogadać się z młodym paniczem.

– Czy on ma trudny charakter? Widziałam go w zeszłym roku, gdy chorował, wtedy był cichy jak aniołek...

– To Peachey – powiedziała kucharka. – Będzie następnym lordem. Urodził się, żeby być trudny. Ale nie jest złośliwy. Twój chłopak miał szczęście, to pewne.

Usłyszały kroki na kamiennej posadzce korytarza. Pani Wheatley natychmiast zamilkła i złapała dzbanek z maślanką. Nalała jej do miski. Do kuchni zajrzał pan Tudeley.

– Tak myślałem, że was tu jeszcze zastanę, Reekie. To za pierwszy kwartał.

Alinor wzięła sakiewkę – pięć szylingów przyjemnie ciążyło – i wetknęła ją do fartucha.

– Dziękuję. I dziękuję za to, że wyróżnił pan mojego syna.

Pan Tudeley machnął tylko ręką i zniknął. Kucharka znów pokiwała głową.

– Należy wam się – stwierdziła stanowczo. – Z dwójką dzieci i bez męża! Jestem pewna, że Rob to dobry chłopak. Będę miała na niego oko. Nie martw się.

– Wiem. – Alinor westchnęła. Wciąż żal jej było odchodzić. Dygnęła na pożegnanie i wyszła do ogrodu. Zerkała przez ramię w okna w nadziei, że dostrzeże w jednym z nich Roba. Nikogo nie zobaczyła. Szklane szybki w ołowianych oprawkach lśniły blaskiem odbitego słońca, stojącego wysoko na niebie. Uniosła dłoń, na wypadek gdyby syn jednak patrzył, i ruszyła do domu. Czuła się tak, jakby zostawiła tu cząstkę siebie.


W piątek o poranku zostawiła rozespaną Alys w ciepłym łóżku i wyszła o brzasku zbierać koper morski na żwirowej plaży, póki był jeszcze świeży – wilgotny i słony.

Trwał odpływ. Drobne fale łamały się na piaszczystej mierzei daleko od brzegu. Linia horyzontu wyglądała jak wspaniała złota wstęga z wałem niskich chmur odbijających światło wstającego słońca. Małe ptaszki biegały tam i z powrotem, brodząc w płytkiej wodzie. Czasem wzbijały się całym stadem w powietrze, by po chwili usiąść na plaży kilka kroków dalej. Równo o szóstej, wedle zegara na stajni, Alinor zastukała do kuchennych drzwi Priory. Otworzył ten sam lokaj. Ręce miał szare od popiołu, który wybierał z pieca. Alinor weszła i postawiła koszyk na komodzie.

– A, jesteś – powitała ją pani Wheatley, zarumieniona od żaru bijącego z chlebowego pieca, do którego wkładała bochny drewnianą łopatą na długim stylisku. Zamknęła drzwiczki, łapiąc uchwyt przez grubą wełnianą szmatę, i podeszła sprawdzić zawartość koszyka. Zdjęła z góry świeże zielone listki, żeby sprawdzić, czy reszta wygląda równie dobrze.

– Dwa pensy? – zaproponowała.

– Oczywiście – zgodziła się grzecznie Alinor, choć cena nie była wysoka.

– Chcesz pewnie zobaczyć swojego chłopaka – zgadła kucharka. – Chodź ze mną do kaplicy na poranne modły. Tam go spotkasz.

Alinor wytrząsnęła wilgoć z chusty za próg, a potem powiesiła ją na haku. Zsunęła nieco czepek, odsłaniając jasne włosy.

– Gdybym mogła... – Zawahała się.

– Wiem, nie możesz się doczekać, żeby go zobaczyć. Ale bez obaw, nie dzieje mu się krzywda. W każdym razie je dobrze i nie głoduje.

– Z całą pewnością – zarechotał lokaj.

– A ciebie kto pytał? – skarciła go kucharka. Mężczyzna zgarbił się i wyszedł nanieść drewna do kosza. Dzwon w holu zadzwonił trzy razy.

– Możemy iść. – Pani Wheatley opłukała ręce pod pompą i wytarła je w fartuch. Potem zdjęła go, odsłaniając drugi, czysty, pod spodem.

 

Przeszły korytarzem do wielkiej sieni. Trzy dojarki stały już przy rzeźbionych drzwiach prywatnej kaplicy Peacheyów, ustawione grzecznie w rządek pod ścianą. Alinor i kucharka dołączyły do nich. Pokojowy lorda, lokaje, kilku stajennych i dwaj ogrodnicy zajęli miejsce pod przeciwległą ścianą.

Dały się słyszeć kroki i sir William zszedł pierwszy po ogromnych schodach. Wyglądał nader dostojnie jak na poranne nabożeństwo w prywatnej kaplicy na prowincji – w ciemnoczerwonych aksamitach, koronkowej kryzie, wysokim kapeluszu na głowie i z laską w dłoni. Jego spojrzenie prześliznęło się nad stajennymi i służbą, tak że nawet nie dostrzegł Alinor. Za nim szedł syn, ubrany był już znacznie skromniej: w brązowe spodnie do kolan i brązowy kaftan na koszuli z krótkim kołnierzem. Głowę miał odkrytą, gładko uczesane jasnobrązowe włosy opadały mu na ramiona. Poznał kobietę, która pielęgnowała go dwukrotnie w chorobie, i uśmiechnął się do niej, a potem odwrócił do chłopca, który szedł za nim. Alinor poznała w mgnieniu oka swego ukochanego synka, choć był odmieniony nie do poznania. Miał na sobie stary kaftan Waltera, ciemnozielony, z białym kołnierzem lamowanym koronką. Na nogach rajtuzy i czarne buty z klamerkami. Wszystko to było ciut kuse na jego długich nogach i mocnych już barkach. Rękawy kaftana odsłaniały kościste nadgarstki, spodnie zaś kończyły się nad kolanami, ale w niczym już nie przypominał umorusanego chłopaka, który wybiegał z chaty na skraju rozlewiska, żeby boso bawić się na kościelnym dziedzińcu.

Na widok matki twarz Roba rozjaśnił uśmiech – ten nic a nic się nie zmienił. Alinor też uśmiechnęła się do niego. Delikatnym ruchem ramion zaprezentował nowy kaftan i koronkowy kołnierz. Skinęła głową w niemym zachwycie. Kiedy sir William dotarł do ostatniego stopnia, a pan Tudeley wystąpił i pozdrowił lorda, Rob podszedł do matki, ukląkł po błogosławieństwo, a potem zerwał się na równe nogi i uściskał ją.

– Wiedziałem, że przyjdziesz – szepnął, chichocząc. – Wiedziałem!

– Musiałam cię zobaczyć. Nie mogłam czekać do niedzieli. Wszystko w porządku?

– Doskonale. Naprawdę.

Puścił ją i wrócił na swoje miejsce w orszaku. Jego lordowska mość ruszył przez hol. Obcasy jego butów klekotały na kamiennej posadzce, a laseczka wystukiwała rytm powolnej procesji do drzwi kaplicy. Służba zgięła się w ukłonie, kiedy ją mijał, a następnie ruszyła za nim w ściśle określonym porządku. Podwójne odrzwia kaplicy otworzyły się na powitanie. Za nimi, w czarnym ubraniu i skromnym białym kołnierzu reformowanego kapłana, czekał ojciec James.


Ksiądz skłonił się przed panem domu i ruszył przodem, prowadząc Peacheyów do rzeźbionych krzeseł. Minął je i wstąpił za prosty stół ołtarzowy ustawiony na skrzyżowaniu naw. Nie było na nim nic oprócz Biblii w języku angielskim i modlitewnika zatwierdzonego przez parlament, otwartego na porannym nabożeństwie. Nic tu nie zdradzało papistowskiej herezji. Nie było szat liturgicznych, świec, kadzidła, nie było monstrancji, a w niej hostii. Było skromnie i ubogo jak w każdej innej świątyni w kraju. Sam Oliver Cromwell mógłby się tu modlić bez obaw o przyszłość swej duszy.

Lord zajął swoje miejsce, obok niego syn. Rob przysiadł nieco dalej z resztą domowników. Alinor, stojąca obok kucharki kilka kroków za lordem, nie potrafiła oderwać wzroku od Jamesa. Pochylił głowę do modlitwy błagalnej. Kiedy ją podniósł, po raz pierwszy ją zobaczył.

Jego twarz zmieniła się w jednej chwili. Czuła, że i jej twarz zamiera. Jego widok, gdy tak długo myślała o nim z rozkoszą, był jak rażenie pioruna. Myślała, że już nigdy go nie spotka, a oto znalazł się pod jednym dachem z jej synem, ledwie parę mil od jej chaty. Schyliła głowę, powtarzając nowe modlitwy. Spod opuszczonych rzęs obserwowała księdza, jak pewnie, bez pośpiechu, przechodzi od kolekty do wyznania wiary.

Kiedy podniósł wzrok znad modlitewnika i ich spojrzenia się spotkały, zdawał się skupiony na słowach modlitwy. Nie dał znaku, że ją poznaje, a ona jeszcze niżej spuściła głowę. Zastanawiała się, czy wyprosił miejsce dla Roba, by odwdzięczyć się jej za przysługę, czy raczej naraził go na śmiertelne niebezpieczeństwo w rojalistycznym domu z heretyckim księdzem.

Komunię stanowił tylko opłatek. Nie było wina na pustym stole w środku kaplicy, tak jak go nie bywa na stołach, przy których jadają zwykli ludzie. Domownicy przyjęli ją w tym samym ścisłym porządku. Pierwszy sir William, za nim syn, po nich rządca. Alinor uśmiechnęła się, widząc Roba idącego za rządcą. Jako towarzysz młodego pana stanął przed całą służbą. Alinor poszła w ślady pani Wheatley i stanęła przed ojcem Jamesem. Wyciągnęła złożone dłonie, by przyjąć Ciało Chrystusa z jego pewnej ręki. Włożyła hostię do ust i połknęła tak, aby wszyscy widzieli. Potem powiedziała: „Amen” i ruszyła z powrotem. Matka zawsze zwracała jej uwagę na kościelne rytuały. Kobieta wiedząca musi upewnić innych, że połknęła hostię, nie przemyca jej w ustach, by potem użyć do czarów. Wracając na swoje miejsce, Alinor nieomal słyszała głos matki, która mówiła: „Bądź ostrożna. Nie pozwól, żeby ludzie gadali. Nigdy, przenigdy nie daj im powodu, by myśleli, że masz jakieś tajemnice. Zawsze stąpaj w pełnym świetle dnia”.

Alinor uklękła i ukryła twarz w dłoniach. Uratowała papistę, zaprowadziła go do domu rojalistów, oddała syna na służbę do „kawalerów” i okłamała własnego brata. Wyglądało na to, że jest bardzo daleko od pełnego światła dnia.

Pani Wheatley szturchnęła ją łokciem.

– Amen – rzekła głośno.

– Amen – powtórzyła Alinor i wstała.

Modlitwa na zakończenie dobiegła końca. Sir William wstał, pamiętając, by nie kłonić głowy przed starym kamiennym ołtarzem, który stał ogołocony ze srebra i złota pod wschodnim oknem kaplicy. Lord odwrócił się do niego plecami, jakby to nie przed nim jego ród od wieków czcił Boga, i ruszył do wyjścia. Reszta podążyła za nim. Tylko ksiądz pozostał w pustym, pobielonym wnętrzu, z głową schyloną do modlitwy.

– Idę teraz na śniadanie. – Rob pojawił się u boku matki, kiedy służba rozeszła się do swych zajęć. Alinor objęła go i ucałowała w ciepły czubek głowy.

– Wszystko w porządku? – spytała pośpiesznie. – Dobrze cię traktują?

– Tak, tak! Dostaję wołowinę na śniadanie. A nawet szynkę, jeśli zechcę.

– To leć. Spotkamy się w niedzielę w kościele.

Uśmiechnął się tylko i już go nie było. Popędził za Walterem. Kiedy się z nim zrównał, dał mu kuksańca, a młody szlachcic nie pozostał dłużny. Obaj wyglądali teraz jak wiejskie chłopaki dokazujące pod kościołem. Obserwując ich, Alinor zdała sobie sprawę, że jej syn jest szczęśliwy, a to, co łączy go z synem lorda, zapowiada się na prawdziwą przyjaźń.

Pani Wheatley zaprowadziła ją z powrotem do kuchni, gdzie wzięła łopatę i wyjęła z pieca świeżo upieczone bochenki. Jeden podała Alinor. Ta schowała go do fartucha, czując ciepło bijące od bochna.

– Dziękuję – powiedziała, wdzięczna nie tylko za chleb.

Kucharka pokiwała głową.

– Wiem, że się martwisz, ale sama widzisz, że nie dzieje mu się krzywda. Panicz Walter to miły chłopak. Nie ma w nim złości.

Alinor ucałowała ją w policzek.

– Dziękuję – powtórzyła. Wyjęła koper morski z koszyka, zaniosła go do chłodnej spiżarni i wyszła do ogrodu. Nieśpiesznie powędrowała ścieżką, udając, że przygląda się ziołom, wybujałym teraz w całej letniej obfitości. Gdy dotarła do furtki wychodzącej na pastwisko i złapała za klamkę, ujrzała ojca Jamesa wychodzącego z budynku. Dopiero wtedy przyznała sama przed sobą, że celowo mitrężyła w nadziei na spotkanie.

Stwierdziła, że się rumieni i jest jej gorąco, a co gorsza – nie wie, co powiedzieć. Pamiętała, że nie wolno jej wspomnieć o ich pierwszym spotkaniu. To niezwykle ważne, by sekret się nie wydał. Ale jeśli nie o tym, to o czym ma z nim mówić? Ma powitać go z szacunkiem jak obcego? Gościa jej pana i duchownego? Ale gdyby był jej obcy, nie pędziłby przez grządki na jej spotkanie, z radością jaśniejącą na urodziwej twarzy. Wciąż się zastanawiała, jak ma się do niego zwrócić, lecz podszedł tak szybko i złapał obie jej dłonie w gorący uścisk, że szepnęła tylko:

– Och...

– Wiedziałem, że jeszcze cię spotkam – powiedział żarliwie.

– Ja... – Cofnęła dłonie, a on od razu je puścił.

– Sir William przyjął mnie jako osobistego kapelana. Jako pastora wyznania reformowanego. Nikt w domu, oprócz Tudeleya, nie zna prawdy. Twój chłopak nie wie o niczym. Nie uczestniczy we mszy, Walter też nie. Naszą mszę odprawiam w całkowitej tajemnicy, nocą, kiedy wszyscy śpią. Nie grozi mu żadne niebezpieczeństwo. Nie wie, kim jestem – mówił pośpiesznie.