MokradłaTekst

Z serii: The Fairmile #1
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Domyśliła się od razu.

– Chyba nie wybierasz się na wyspę Wight? – szepnęła. – Do króla!

Jego milczenie upewniło ją, że się nie myli. Dopiero po chwili podjął:

– Teraz rozumiesz, dlaczego nie powinni widzieć nas razem. A ja nigdy nikomu nie powiem, że mnie ukryłaś. Cokolwiek się wydarzy, cokolwiek mnie spotka, nigdy cię nie zdradzę.

Ciężko pokiwała głową.

– Jeśli chcesz iść do dworu, to teraz, kiedy jest odpływ. Możesz zastać zarządcę przy śniadaniu, a jeśli nie zechce udzielić ci schronienia, będzie jeszcze czas, żeby wrócić przez rozlewisko, zanim woda przybierze.

James wstał ze sterty sieci, otrzepał kaftan i zarzucił płaszcz na ramiona.

– Będziemy szli przez bagno?

Skinęła głową.

– Nie powinniśmy nikogo spotkać. Mało kto się tu zapuszcza. Kiedy dotrzemy do majątku, ruszymy wzdłuż linii krzaków. Jeśli tam się na kogoś natkniesz, wskoczysz do rowu i się ukryjesz. Gdybyś musiał uciekać, idź wzdłuż rowu. Zaprowadzi cię w głąb lądu, a tam znajdziesz schronienie w lesie.

– A ty?

– Powiem, że nie zauważyłam, że mnie śledzisz. Wyszłam na plażę nazbierać mewich jaj. – Odwróciła się i otworzyła drzwi. – Poczekaj tutaj.

Nagle, niczym salwa armatnia, powietrze rozdarł ogłuszający hałas. Najpierw plusk kaskady wody, a potem koszmarny zgrzyt.

– Co to takiego? – Zerwał się, sięgając po swój cenny tobołek.

– To tylko młyn – uspokoiła go kobieta. – Otwarli kanał młynówki i teraz poruszają się kamienie młyńskie. W spokojny dzień słychać je daleko.

Wyszedł za nią na zewnątrz, w jaskrawy poranek. Łachy błota i kałuże lśniły jak srebro, ciągnąc się aż po horyzont, migoczące i dziwne. Brzęk i zgrzyt wciąż trwały, jakby ktoś otwierał żelazne wrota piekieł, ciągnąc je po kamiennej posadzce.

– Zaraz ogłuchnę!

– Przywykniesz – powiedziała i ruszyła do brzegu, gdzie wąska smuga żwiru wchodziła w bagnisko, a potem niknęła w płytkim korycie rzeki.

Szedł obok niej z tobołkiem na plecach, nieomal przy każdym kroku wyrywając z mlaśnięciem grzęznące w błocie buty. Nagle wąski rów biegnący wzdłuż ścieżki wypełnił się pędzącą wodą, sprawiając, że James podskoczył z zaskoczenia.

Jego przewodniczka się roześmiała.

– To młynówka. Woda, która przepływa przez młyn.

– Wszystko tu jest takie dziwne – bąknął, zawstydzony, że wystraszył się wody, która teraz płynęła obok nich. Poza nią krajobraz trwał w zupełnym bezruchu. – Mój dom jest na północy. Są tam wysokie wzgórza i wrzosowiska. To sucha kraina. Tutaj jest zupełnie inaczej. Dla mnie niziny to jak obcy kraj.

– Młynarz otwiera jaz w stawie i woda płynie, poruszając młyńskie koło. A potem spływa tym rowem do morza.

– Przy każdym odpływie? – spytał, obserwując potok.

– Nie miele za każdym razem – odparła. – Ludziom nie potrzeba aż tyle mąki. Składuje ziarno i wysyła je do Londynu, kiedy osiąga odpowiednią cenę.

Dosłyszał w jej głosie rozżalenie.

– Chcesz powiedzieć, że spekuluje, tak? Kupuje ziarno tanio, a potem wysyła i sprzedaje po londyńskich cenach?

– Młynarz nie jest gorszy niż inni – odparła. – Ale ciężko patrzeć, jak statek z ziarnem odpływa pod pełnymi żaglami, kiedy ciebie nie stać na bochenek chleba i nie zarobisz nawet na mąkę.

– Czy tutejszy właściciel ziemski nie ustala ceny bochenka? To jego obowiązek!

Wzruszyła ramionami. Dobry pan ustaliłby cenę i zadbał, aby młynarz nie brał więcej niż miarkę pszenicy jako zapłatę za swoją pracę.

– Sir William nie zawsze jest na miejscu. Często przebywa w Londynie. Pewnie nawet nie wie.

Kiedy skręcili, oddalając się od strumienia, przestał dostrzegać ścieżkę, po której go prowadziła. Weszli na niewielkie wzniesienie, małą wysepkę żwiru, potem kolejną z wielu rozrzuconych pośród grząskiego błota. Wokół wciąż bulgotała cofająca się woda zatoki. Przez jakiś czas szli żwirową mierzeją, która dawała lepsze oparcie stopom. Od strony morza ciągnęło się zagłębienie, w którym widział ławice malutkich rybek pozostawionych przez odpływ. Czasem stąpali po piasku naniesionym przez fale. Pamiętając o niebezpieczeństwie, starał się wtedy stawiać stopy na śladach pozostawionych przez idącą przodem kobietę. Nieraz wątpił, czy uda jej się odnaleźć przejście wśród głębokich strumieni wijących się przez bagnisko. Skręcała wówczas to w jedną stronę, to w drugą, szukając drogi – czasem po morskim dnie lub po kępach sitowia, czasem wzdłuż krętego wybrzeża, gdzie na wpół zanurzone słupy i zagrzebany w błocie falochron świadczyły o tym, że ktoś kiedyś zbudował groblę, by wydrzeć nieco ziemi, lecz przegrał w starciu z obojętnym na te wysiłki morzem.

Kiedy w końcu po blisko godzinie marszu skręcili w głąb lądu, znaleźli się na ścieżce, którą flankowały ciasno rosnące po obu stronach głogi. James zwolnił, by móc się ukryć, gdy kogoś zobaczy lub usłyszy, że kobieta kogoś wita. Trzymał się jednak na tyle blisko, by nadążyć za swoją przewodniczką. Spoza gęstych zarośli było już widać wysokie dachy dworu. Krętą ścieżkę przegradzały pędy jeżyn, łapiąc go co chwila za rękawy. Najwyraźniej była rzadko uczęszczana. Robotnicy rolni woleli chodzić drogą. A kiedy król był na tronie, sir William zaś w łaskach, jego dostojni goście nadjeżdżali powozami od strony lądu, przez bród, a następnie pod zdobioną bramą do frontowych odrzwi, gdzie sznur służby w liberiach czekał w ukłonie, aż otworzą się drzwiczki karety. Ale służba w liberiach uciekła, by zasilić szeregi Armii Nowego Wzoru, a i ważni goście przestali tu zajeżdżać, odkąd zaczęła się wojna i sir William opowiedział się po przegranej stronie.

Drzewa ustąpiły miejsca byle jak skoszonemu ściernisku. Szybko pokonali otwartą przestrzeń, by skryć się pod osłoną wysokiego muru z kamienia i cegły. Alinor zatrzymała się z ręką na żelaznym kółku przytwierdzonym do drewnianej furty.

– Czy to twoja bezpieczna przystań? Spodziewają się ciebie? Mam zdradzić twoje nazwisko?

– Tu właśnie miałem nadzieję dotrzeć – potwierdził James. – Sir William obiecał mnie tu przyjąć. Nie wiem jednak, ile wyjawił swemu rządcy. Zastanawiam się, czy możesz bezpiecznie występować w moim imieniu. Lepiej pójdę sam.

– Bezpieczniej będzie, jak tu zostaniesz. Zawsze mogę powiedzieć, że spotkałam cię przypadkiem i kazałeś się tu przyprowadzić. Zaczekaj tam. – Wskazała niechlujnie ułożony stóg siana z lichej nadmorskiej trawy rosnącej na podmokłej łące. – Schowaj się za stogiem i dawaj baczenie. Jeśli nie wrócę do godziny, to znaczy, że coś poszło źle, i wtedy uciekaj. Wracaj wzdłuż brzegu, trzymając się skarpy. Przeczekaj do wieczora, aż woda znów opadnie, i będziesz mógł przekroczyć bród o zmierzchu.

– Niech Bóg cię strzeże – wyjąkał zdenerwowany. – Nie podoba mi się, że wystawiam cię na ryzyko. Jego lordowska mość obiecał, że będę tu bezpieczny. Ale rządcy nie jestem pewien.

– Gdyby mnie wysłali, żebym cię zwabiła w pułapkę, zdejmę fartuch na znak, że to podstęp. Jeśli zobaczysz, że niosę go w ręku, uciekaj.

Twarz miała bladą z obawy, usta mocno zaciśnięte. Bez słowa odwróciła się i weszła przez furtę w murze do ogrodu przy kuchni. Minęła schludny warzywnik i zzuła chodaki pod kuchennymi drzwiami. Zapukała.

Kucharka otworzyła górną połówkę drzwi i uśmiechnęła się na widok Alinor.

– Niczego dziś od ciebie nie potrzebuję – powiedziała. – Jego lordowskiej mości do jutra nie będzie w domu, a tylko on jada węgorza w cieście.

– Przyszłam do pana Tudeleya – bąknęła Alinor. – Chodzi o mojego syna.

– Pracy nie ma – wypaliła bez ogródek kucharka. Uniosła pokrywę wielkiego kotła i zamieszała w nim chochlą. – Nastały ciężkie czasy, a nikt nie wie, co nas jeszcze czeka. Na pewno nic dobrego, gdy nie ma króla, parlament pod bronią, a nasz pan jeździ tam i z powrotem do Londynu jak tydzień długi, próbując im przemówić do rozsądku. Tyle że nikt nikogo nie chce słuchać, chyba że samego diabła.

– Wiem – odparła Alinor, wchodząc za nią do rozgrzanej kuchni – ale i tak muszę z nim mówić. – Poczuła nagłe ukłucie głodu, kiedy woń wołowego wywaru dotarła do jej nozdrzy. Zacisnęła wargi, bo ślina napłynęła jej do ust.

Kucharka uniosła głowę znad roboty, otarła zroszone czoło fartuchem i krzyknęła w głąb domu, by ktoś zobaczył, czy pan Tudeley jest u siebie i czy przyjmie wdowę Reekie. Alinor czekała przy drzwiach, nasłuchując, jak któryś ze sług pyta, czy wpuścić. Po chwili lokaj wetknął głowę do kuchni i powiedział:

– Chodźcie, dobra kobieto.

Ruszyła za nim korytarzem, obok składów i magazynów, do drzwi pokoju zarządcy. Lokaj otworzył je i Alinor weszła do środka. Pan Tudeley siedział przy stole, którego blat zaścielały papiery.

– Reekie – odezwał się, nie podnosząc wzroku – chcieliście mnie widzieć.

Alinor dygnęła.

– Witajcie, panie. Tak, chciałam. W istocie.

Sługa wyszedł, zamykając za sobą drzwi. Rządca czekał w milczeniu, spodziewając się, że przyszła prosić o umorzenie czynszu za ostatni kwartał. Wszyscy wiedzieli, że Reekie i jej dzieciaki ledwo wiążą koniec z końcem. Nikt jakoś nie współczuł porzuconej żonie pijaka.

– Zeszłego wieczoru spotkałam pod kościołem człowieka, który oświadczył, że zwie się James – wyrzuciła z siebie pośpiesznie, trwożnie. – Ojciec James. Przyprowadziłam go tutaj. Czeka przy stogu siana na nadbrzeżnym łęgu.

– Więc przyprowadziłaś heretyckiego księdza do mnie, bym go aresztował? – spytał chłodno, patrząc na nią ponad złożonymi dłońmi.

Alinor przełknęła ślinę. W ustach miała sucho, twarz stężałą jak z chłodu.

– Jak postanowicie, panie. Nie wyznaję się na tych sprawach. Powiedział mi, by go tu przyprowadzić, więc przyprowadziłam, nikomu nie mówiąc. Jeśli to przyjaciel jego lordowskiej mości, muszę czynić, co każe. A jeśli to wróg, wydaję go w wasze ręce.

 

Pan Tudeley uśmiechnął się, widząc jej pobladłą ze zdenerwowania twarz.

– A więc to nie idea tobą powoduje? Nie przyłączyłaś się do stronnictwa swojego brata, co, Reekie? Nie zostałaś czasem jedną z ich prorokiń i kaznodziejek? A może chcesz zobaczyć, jak ten człowiek płonie za herezję albo go wieszają lub topią za zdradę?

– Nikomu źle nie życzę – odparła gwałtownie. – A wierzę w to, w co wierzy mój pan. Cokolwiek sir William uzna za słuszne. Nie mnie to osądzać. I nie chcę osądzać. Przyprowadziłam go do was, byście uczynili, co uważacie, panie Tudeley. Sami go sądźcie.

Jej szczerość go upewniła. Wstał od stołu.

– Bardzo dobrze zrobiłaś. – Sięgnął do kieszeni i wyciągnął z niej garść pensów. Odliczył dwanaście.

Cały szyling, pomyślała Alinor. Płaca za dwa dni pracy Alys.

– To dla ciebie. Za to, że wiernie służysz swemu panu, choć nie wiedziałaś i nie wiesz, jakie są jego zamysły. Żeś dobrą sługą nawet w niewiedzy. – Roześmiał się krótko. – I za to, żeś uczyniła słusznie, nieświadoma jako ten ptak na niebie.

Alinor nie potrafiła oderwać wzroku od garści monet.

Rządca sięgnął do szuflady, wyjął z niej sakiewkę, rozsznurował rzemyk i wyłuskał małą srebrną monetę, którą położył obok pozostałych.

– Popatrz – rzekł. – Oto srebrny szyling, by kupić twoje milczenie. Jesteś kobietą ubogą, ale nie głupią. I nie jesteś plotkarką. Ani słowa o tym, moja dobra Reekie. Nic nie liczy się bardziej. Wciąż trwa wojna i nadal nie wiadomo, kto wyjdzie z niej zwycięsko. Jeśli się wyda, ty na tym wyjdziesz najgorzej. Nie ja; wszystkiego się wyprę, a jak myślisz, kogo posłuchają, stawiając moje słowa przeciw twoim? Nie jego lordowska mość, którego nawet tu nie ma. I nie ten człowiek w stogu, który będzie już daleko, gdyż czmychnie stąd jak zając przed stadem ogarów. To ciebie wrzucą do wody. Za to, że wierzysz nie tak, jak trzeba, postępujesz nie tak i mówisz nie tak. To ciebie oskarżą o szpiegostwo, zdradę, a przynajmniej oszczerstwo. To ty będziesz pływać w kanale, czując, jak mokre spódnice ciągną cię na dno, a morze już po ciebie idzie. Rozumiesz?

– Tak – wychrypiała Alinor. Gardło miała zaciśnięte ze strachu. – Niech Bóg broni, żeby do tego doszło. Przysięgam, że nic nie powiem. Nic a nic, panie.

– Powiemy więc, że przyszłaś prosić o robotę dla swojego chłopaka. A ja powiedziałem, że możecie przyjść oboje pomóc w zielniku. Wyplewić, zebrać, co nadaje się do suszenia, i uporządkować destylarnię. Ty i on otrzymacie zwyczajowe wynagrodzenie. Sześć pensów za dzień. Wydacie te pieniądze rozsądnie i z umiarem. I nigdy się nie przyznacie, skąd naprawdę pochodzą. Szylinga zachowacie i nikomu nie zdradzicie, że dostaliście go ode mnie.

– Tak, panie – powtórzyła.

Pokiwał głową.

– I umarzam wam czynsz za ten kwartał.

Zakręcił obrotową szafką, aż szuflada z literą „R” znalazła się przed nim. Wyjął rejestr wpłat Alinor i postawił znaczek przy jej nazwisku.

– Proszę.

– Dziękuję. – Alinor nie mogła złapać tchu z ulgi. – Niech was Bóg błogosławi, panie.

– Możecie już iść. I powiedzcie temu człowiekowi na pastwisku, żeby wszedł dyskretnie. Niech użyje drzwi, którymi wchodzą dzierżawcy w dniu opłat. Rozumiecie? Niech się upewni, że nikt go nie widział. I nie będziemy o tym więcej rozmawiać. A ty nie powiesz nikomu. Nigdy.

– Tak, panie – potwierdziła raz jeszcze, a potem schwyciła pieniądze jak złodziej, wsunęła je do kieszeni fartucha i w jednej chwili była już za drzwiami.


Wyszła przez drzwi dla dzierżawców, żeby się upewnić, że są otwarte, i wróciła przez ogród po swoje chodaki. Wzuła je i ruszyła do furty od strony morza. Ktoś, kto by ją spostrzegł, pomyślałby, że kieruje się najkrótszą drogą do swojego domu na drugim krańcu zatoki. James, obserwujący ją zza stogu siana, widział, jak wychodzi przez furtę w murze i zmierza ku niemu lekkim krokiem. Głowę niosła uniesioną, fartuch tkwił zawiązany w pasie, a spódnica szeleściła na ściernisku, które wydzielało woń siana i uschniętych polnych kwiatów. Beztroski wdzięk jej ruchów powiedział mu, że jest bezpieczny. Judasz nie zdołałby iść w taki sposób. Kobieta promieniała niczym obraz świętej w kościelnym witrażu.

– Tu jestem – odezwał się, kiedy zbliżyła się do stogu.

– Możesz iść – rzekła bez tchu. – Będziesz tu bezpieczny. Przez furtę w murze, którą wyszłam, a potem w lewo, przez kuchenny ogród. Będą tam małe drzwi w ścianie, z czarnego dębu, po lewej stronie budynku. Wejdź przez nie. Są otwarte. Pokój rządcy jest dwa kroki w głąb korytarza, po prawej. Okno wychodzi na ogród. Czeka już na ciebie. Nazywa się Tudeley.

– On cię nie... nie zmusił, żebyś mnie...?

Pokręciła głową.

– Nie. Zapłacił mi – dodała, drżąc z ulgi – za to, że cię do niego sprowadziłam. Jest po waszej stronie. Zapłacił mi za milczenie. Spotkanie z tobą przyniosło mi szczęście.

– Mnie także – odparł, łapiąc ją za ręce. Przez moment tak stali, aż w końcu puścił ją niechętnie. – Niech cię Bóg błogosławi i pomaga w troskach żywota – powiedział oficjalnie. – Będę się za ciebie modlił. I wyślę ci pieniądze, kiedy tylko uda mi się wrócić do Francji.

– Nic nie jesteś mi winien – zaprotestowała. – Pan Tudeley dał mi dwa szylingi. Dasz wiarę? Całe dwa szylingi!

Pomyślał o swoim klasztorze. O złotych kielichach na ołtarzu, o blasku brylantów i rubinów zdobiących relikwiarz. Pomyślał o złotym krzyżu na złotym łańcuchu obejmującym jego własną szyję. Dziś będzie jadł ze srebrnych talerzy, spał w najlepszej pościeli, a ktoś tymczasem upierze jego koszulę i oczyści buty. Jutro, najdalej pojutrze, spotka się z sir Williamem i wynajmą łódź, przekupując ludzi fortuną, którą dźwigał przy sobie. Tymczasem ta kobieta cieszy się z dwóch szylingów.

– Będę się za ciebie modlił – powtórzył i zawahał się. – Kogo mam wspominać w modłach?

– Alinor. – Uśmiechnęła się. – Alinor Reekie.

Pokiwał głową. Nie umiał znaleźć powodu, by ją zatrzymać, a jednak nie chciał, by odchodziła.

– Będę się modlił, żebyś zdobyła łódź.

– Może się uda.

Razem zaczęli i razem umilkli w pół słowa:

– Jeśli tu wrócę...

– Czy jeszcze kiedyś...?

– Nie, nie sądzę, żeby mi było dane tu wrócić – przyznał po chwili. – Muszę iść tam, dokąd mnie posyłają.

– Nie będę czekać – zapewniła go. – Wiem, że to nie miejsce dla ciebie.

– Jesteś... – zaczął, ale wciąż nie wiedział, co powiedzieć.

– Tak? – spytała. Na jej szyi, tuż nad szorstkim materiałem sukni, pojawił się nieśmiały rumieniec.

– Nie wiedziałem... – zaczął.

– Czego? – spytała łagodnie. – Czego nie wiedziałeś?

– Nie wiedziałem, że w takim miejscu jak to spotkam taką kobietę jak ty.

Uśmiech pojawił się najpierw w jej ciemnoszarych oczach, potem wykwitł na ustach, a policzki oblały się rumieńcem.

– Żegnaj – powiedziała nagle, jakby po tym, co usłyszała, nie chciała już nic więcej wiedzieć. Odwróciła się i ruszyła przez łąkę w kierunku morza, gdzie ciemna smuga na tle pochmurnego nieba wskazywała, że przypływ już się zbliża.


Słowa obcego sprawiły jej przyjemność i w następnych dniach wciąż jej towarzyszyły, kiedy pełła ogród, zbierała zioła i suszyła je w domu przy przeprawie. Chodziła też do wioski, odwiedzała żonę Johnsona, która miała rodzić zaraz po żniwach. Jej mąż całkiem nieźle zarabiał na plonach z własnych pól, a dodatkowo dzierżawił jeszcze kawał gruntu z majątku lorda. Dał jej szylinga z góry, żeby co niedziela zaglądała do ciężarnej, a drugiego obiecał, jeśli będzie przy porodzie. Alinor zawinęła oba srebrne szylingi w szmatkę i schowała pod kamieniem w palenisku. „Taką kobietę jak ty...” – dźwięczało jej w głowie od świtu do zmierzchu długich letnich dni. Postanowiła, że jeśli uda jej się odłożyć trzy szylingi, porozmawia z bratem o kupnie łodzi.

„Taka kobieta jak ty...”

Powtarzała te słowa tak często, że w końcu straciły treść. Co znaczyło „kobieta taka jak ona”? Albo „miejsce takie jak to”? Fakt, że tu ją spotkał, zdał mu się dziwny i niewiarygodny. Czy to możliwe, że miejsce było jak należy, tylko ona do niego nie pasowała? Ale zaraz przypominała sobie jego spojrzenie, ciepło w jego brązowych oczach, i od razu wiedziała, co miał na myśli. I jego słowa znów niosły jej radość.

Nie zdawała sobie sprawy, że wypowiedział je wbrew sobie; że nie wolno mu było nawet spojrzeć pożądliwie na kobietę. Została ochrzczona w Kościele, w którym kapłani mogli się żenić. Od stu z górą lat w Anglii nie obowiązywał już celibat. Skąd miała wiedzieć, że te namiętne słowa, które wyrwały mu się z głębi duszy, legły mu na sumieniu ciężkim, śmiertelnym grzechem. Po powrocie do Francji będzie musiał je wyznać swemu spowiednikowi i ze skruchą odbyć pokutę.

Nie była nawet pewna, co sama czuje. Młodo wyszła za mąż i wydała na świat dzieci. Jedno i drugie przysporzyło jej bólu. Nie wiedziała, co sprawia, że szepcze słowa Jamesa jak modlitwę. Że wciąż tkwią w pamięci, grają w sercu wciąż od nowa tę samą melodię.

Rob wrócił i przyniósł trzy pensy za dniówkę płoszenia wron. Alys dorzuciła swoją tygodniową zapłatę w wysokości dwóch szylingów i sześciu pensów. Oboje oddali pieniądze bez słowa skargi, wiedząc, że ich gospodarstwo ma wydatki. Trzeba było kupić wełnę do przędzenia. Ponieważ nie mieli krowy, wypadało kupić również ser i masło. A z braku świń – bekon i słoninę. Musieli zapłacić za pieczenie chleba w piecu we młynie i młynarzowi za zmielenie pszenicy. Dwór pobierał opłatę za prawo do zbierania drewna wyrzuconego na brzeg przez morze i jajek ptactwa na plaży. I jeszcze kara za to, że wiosną nie kopali rowów wraz z innymi, i czynsz dzierżawny, bo zbliżał się termin. Do tego comiesięczna dziesięcina na Kościół, no i butom Alys przydałyby się nowe podeszwy...

– Mam zamiar kupić łódź – oznajmiła Alinor. – Jeśli zdołam.


MOKRADŁA, LIPIEC 1648 ROKU

W pierwszą niedzielę lipca cała parafia zebrała się w kościele, patrząc na puste białe ściany i słuchając prostych, surowych słów pastora, które były wszystkim, co pozostało z modlitewnika, odkąd parlament go odchudził. Przez dwie godziny wzywał ich do świętości, aby byli świadkami nadejścia Pana. Oznajmił, że król w zamku Carisbrooke na wyspie Wight już pokutuje za swoje grzechy, a Pan nagnie jego kark, by w końcu ukorzył się przed parlamentem. Mogą być pewni, że Bóg nigdy nie zezwoli Szkotom ruszyć na południe, choć występny król wezwał ich na pomoc i szykują się – może nawet teraz – by plądrować i niszczyć niewinne angielskie miasta. Bóg ich powstrzyma, a szczególną klęskę zada Irlandczykom, jeśli i oni przyłączą się do najazdu. Wierni nie mają się czego lękać.

Alinor, dyskretnie zerkając na sąsiadów, spostrzegła, że to zapewnienie szczególnie ich zaniepokoiło. Prości ludzie wiedzieli doskonale, że jeśli ktoś mówi „nie ma się czego bać”, to znaczy, że mają kłopoty.

– To prawda – przyznał pastor – zaiste prawda, że zdrajcy chwytają za broń jak kraj długi i szeroki. Rojaliści powstają w każdym hrabstwie, a dwie armie najeźdźców szykują się do ataku. Ale pobożne wojsko parlamentu pokona ich bez trudu. Rozpustni „kawalerowie” nie wygrają z uczciwymi, cnotliwymi mężami. Ze świętymi mężami! Nie będzie już papistów na dworze. Król się ukorzy, poprosi o przebaczenie i zostanie przywrócony na tron, a papistowska królowa się nawróci i nie będzie już sprowadzać heretyckich księży. Jej kaplica, siedlisko herezji i zamętu, zostanie zamknięta na cztery spusty. Król odwróci się od pokus i przyjmie zasady swych prawych doradców. Królewska rodzina znów będzie razem, jak każda bogobojna rodzina. Ojciec będzie rozkazywał żonie i dzieciom, a synowie będą słuchać. Małe królewięta, porzucone przez swych rodziców, wrócą na ich łono...

Tak będzie, zapewniał pastor, mimo iż wszyscy słyszeli złe wieści z Essexu i Kentu, gdzie królewscy zdobywali jedno miasto po drugim. Najgorsze, że cała flota przeszła na stronę króla i dowodził nią teraz następca tronu. Wyglądało na to, że dokona inwazji na Anglię, wykorzystując jej własne okręty. Ale pomimo wszystkich złowróżbnych znaków, które objawiały się raz po raz, to prawowierni zwyciężą, grzmiał pastor. Bitwa się odbyła i została wygrana. Król został pokonany i musi to przyjąć do wiadomości. Honor nakazuje mu się poddać.

 

Alinor wiedziała, że sir William Peachey wrócił z Londynu, gdzie demonstrował świeżo odkrytą lojalność wobec parlamentu. Siedział teraz w wysokim krześle, za którym ustawili się jego domownicy, słuchając z niezwykłym skupieniem. Trwał w bezruchu, na jego twarzy nie pojawiła się nawet zmarszczka, kiedy pastor ogłaszał zwycięstwo rewolucji jako wolę Bożą. Zdawało się, że nawet nie mruga. Można by pomyśleć, że całym sercem i duszą jest po stronie Cromwella.

Na zakończenie nabożeństwa pastor odmówił modlitwę i przypomniał zebranym: żadnych zabaw przed kościołem. Koniec z niedzielnym ucztowaniem i zawodami. Niedzielę trzeba świętować po bożemu. A po bożemu znaczy w ciszy i skupieniu. Bez piwa i tańców. Każdy, kto będzie się zachowywał niewłaściwie, ma zostać zgłoszony strażnikom obyczajności. Szczególnie kobiety mają być posłuszne i ciche. Boże zwycięstwo wymaga cnotliwego ludu. Wszyscy teraz są żołnierzami Armii Nowego Wzoru i razem maszerują do Ziemi Obiecanej.

Kościół opustoszał. Wierni wyszli na zewnątrz, ospali i znudzeni. Przy bramie w murze stał sir William. Za jego plecami ustawił się pan Tudeley, rządca, i wymieniał nazwiska dzierżawców, gdy mijając pana, oddawali mu pokłony. Alinor z dziećmi czekała na swoją kolej. Jako opuszczona żona, żyjąca prawie na bagnach i przy tym na skraju nędzy, musiała przepuścić niemal wszystkich. Kiedy wreszcie znalazła się przed jego lordowską mością, dygnęła w milczeniu. Dziedzic zmierzył ją od stóp do głów wzrokiem, w którym próżno było szukać uśmiechu, i odwrócił się. Tudeley jednak przywołał ją zakrzywionym palcem.

– Sir William przyjmie kapelana, by odprawiał nabożeństwa w jego prywatnej kaplicy, a także uczył jego syna – powiedział.

Alinor słuchała, nie odrywając wzroku od ziemi.

– Twój syn jest w tym samym wieku, co panicz Walter, nieprawdaż?

– Nieco młodszy – odparła, wskazując dłonią Roba, który stał u jej boku jak wmurowany.

– Czym się zajmuje oprócz tego, że pomaga wam przy ziołach?

– Rano chodzi do szkoły – odparła spokojnie, starając się ukryć zaskoczenie tym nagłym zainteresowaniem. – Po szkole pracuje w gospodarstwie młynarza. Płoszy ptaki, plewi, to mądry chłopak. Umie czytać i pisać. Za tydzień pójdzie ze mną do destylarni we dworze, tak jak rozkazaliście. To on wypisze etykiety na butelkach. Zna nazwy ziół i po angielsku, i po łacinie. A do tego ma ładne pismo.

– Lubi łobuzować?

Alinor pokręciła głową.

– A więc będzie służył we dworze – oznajmił pan Tudeley. – Jako sługa i towarzysz panicza Waltera do czasu, gdy panicz wyjedzie do Cambridge. Będzie mógł się uczyć wraz z nim i otrzyma piętnaście szylingów na kwartał. Pięć z góry.

Alinor nie mogła złapać tchu.

– Nauczyciel panicza zażyczył sobie towarzystwa dla niego – ciągnął pan Tudeley. – Zaproponowałem twojego syna. To przysługa, którą wyświadcza ci jego lordowska mość, jako że twój mąż zaginął. Tak właśnie jest służyć dobremu panu. Zapamiętaj to.

Alinor dygnęła głęboko.

– Jestem niezmiernie wdzięczna – rzekła.

Spojrzał na nią z powagą.

– Gdyby ktoś pytał, powiesz tylko, że jego lordowska mość jest szczodry dla swoich ubogich poddanych.

– Tak, panie. Rozumiem.

Dwie głowy w białych czepkach i chłopięca czupryna skłoniły się pokornie, nim ruszyły w stronę bramy. Istny przykład posłuszeństwa i oddania.

– A więc nie wie o króliku – szepnęła Alys z satysfakcją.