MokradłaTekst

Z serii: The Fairmile #1
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Możemy tam popłynąć?

– Ja nie – uściśliła. – Ale ty możesz, jeśli nie masz nic lepszego do roboty.

Domyślił się, że w jej życiu nie zdarzały się dni, kiedy nie miała nic lepszego do roboty.

Odwróciła się i ruszyła dalej, nic sobie nie robiąc z mrożącego krew w żyłach syku, który przybierał na sile, kiedy brzeg skręcał w kierunku zatoki, i cichł, gdy ścieżka oddalała się w przeciwną stronę.

– Macie tu szkołę? – spytał, próbując sobie wyobrazić, jak wyglądało jej życie w tej zapomnianej przez Boga okolicy, gdzie żyła nieświadoma jak polny kwiatek. Przyśpieszył kroku i zrównał się z nią, na co pozwoliła szersza w tym miejscu ścieżka.

– Przy parafii. Potrafię czytać i pisać. A matka nauczyła mnie swoich przepisów, ziół i wszystkiego, co umiała.

– Była kucharką?

– Zielarką. Uzdrowicielką. Teraz ja się tym zajmuję.

– A czy ktokolwiek rozmawiał z tobą o starej wierze? Nauczył cię modlitw?

Wzruszyła ramionami.

– Moja babka została przy starej wierze. Kiedy byłam jeszcze dzieckiem, zdarzało się, że jakiś wędrowny ksiądz zawitał do wioski i w tajemnicy wysłuchał spowiedzi. Niektórzy starzy ludzie modlą się jeszcze po staremu.

– Kiedy dotrzemy do szopy, chciałbym się z tobą pomodlić.

Na jej ustach dostrzegł cień uśmiechu.

– Lepiej pomódl się o śniadanie. Nie jadamy tutaj najlepiej.

Ścieżka zwęziła się i znów musieli iść gęsiego. Kolczaste gałęzie napierały z obu stron. Gdzieś między drzewami po lewej stronie słowik wyśpiewywał swą przejmującą pieśń w blade niebo.

James pomyślał sobie, że nigdy dotąd nie podróżował przez tak dziwną okolicę, mając tak niezwykłą osobę za towarzysza. Dążył za swoim powołaniem, przemierzając Anglię od jednego zamożnego domu do drugiego, wysłuchując spowiedzi i odprawiając msze. Owszem, zawsze w sekrecie, ale wygodnie i komfortowo. Jego mroczna uroda dobrze mu służyła. Był ulubieńcem najbogatszych dam w królestwie, a ich ojcowie i bracia podziwiali jego poświęcenie dla wiary. Niejedna prześliczna panna spowiadała się z grzesznych myśli o nim. Ich umizgi jednak nie miały do niego przystępu. Został zaprzysiężony Bogu i nigdy z tej ścieżki nie zstąpił. Miał dopiero dwadzieścia dwa lata. Upajało go, gdy mógł poddać próbie swą żarliwą wiarę. Upajała też myśl o własnej cnocie.

Ślub z Kościołem zawarł już jako chłopiec. Nauczyciele wpoili mu wiedzę i ideę, a potem wysłali w świat z sekretną misją. Spotykał się z rojalistami, podróżował od jednego oblężonego pałacu do drugiego, przenosząc fundusze od wygnanej królowej, plany od uwięzionego króla i obietnice od księcia. Bywał w niebezpiecznych, a nieraz strasznych miejscach. Sypiał w „księżych norach”, w których katolicy chowali księży na czas przeszukania. Ukrywał się w piwnicach. Odprawiał msze na strychach, nawet w stajniach. Ale nigdy wcześniej nie spędził dnia bez dachu nad głową, sam na tej dziwnej ziemi, której nie było na mapach. Nigdy nie podążał za zwykłą kobietą z ludu, która w swoich spracowanych rękach trzymała teraz jego los.

Wymacał złoty krzyżyk pod cienką lnianą koszulą. Podejrzliwie przyjrzał się błocku na ścieżce, żeby się upewnić, czy jego przewodniczka pozostawia na nim ślady jak każda istota śmiertelna. I mimo że zobaczył wyraźne odciski drewnianych chodaków, przeżegnał się. Mimo woli pomyślał, że przez tę bezbożną ziemię prowadzi go przewodniczka nie z tego świata i gdyby nie moc wiary, byłby zgubiony w krainie pradawnych żywiołów: wody, ziemi i powietrza.

Szli w milczeniu jeszcze około godziny, gdy nagle kobieta skręciła ostro w lewo i wdrapała się na skarpę wysokiego brzegu. Oczom Jamesa ukazał się mroczny kształt na tle ciemnego nieba. Była to zrujnowana buda o ścianach z gałęzi i drewna wyrzuconego przez morze, polepionych błotem i wzmocnionych trzciną z bagna. Wyglądała jak wrak, który fale przyboju rzuciły na wysoki brzeg. Kobieta naparła na koślawe drzwi, a te zaskrzypiały, otwierając się.

– Szopa na sieci – oznajmiła.

W środku było ciemno choć oko wykol. Jedynie przez szpary w ścianach wpadało trochę księżycowego światła.

– Nie masz świecy?

– Tylko w domu. Nie możesz tu palić światła. Będzie je widać z młyna po drugiej stronie moczarów. Musisz sobie radzić po omacku, ale wkrótce zacznie świtać. Wrócę tu, przyniosę ci coś na śniadanie i trochę piwa.

– Mieszkasz niedaleko? – Zaniepokoiła go myśl, że zostanie sam w ciemności.

– Kawałek wzdłuż wybrzeża. Nie martw się, wkrótce zrobi się jasno – pocieszyła go. – Wrócę, kiedy będę mogła. Muszę rozpalić ogień i przynieść wodę. Potem obudzić dzieci i dać im śniadanie. A kiedy wyjdą, wrócę. Możesz rozgościć się na sieciach. Najlepiej się prześpij.

Złapała go za rękę – poczuł szorstką skórę jej dłoni – i pociągnęła tak, że musiał się schylić. Naprowadziła jego rękę na zwój szorstkich lin.

– O, tutaj – powiedziała. – To stare sieci. Kiepskie posłanie dla szlachcica, ale naprawdę nie wiem, gdzie indziej mógłbyś się ukryć.

– W zupełności wystarczą – zapewnił, choć tonem niezbyt przekonującym. – Nie wiem, co bym zrobił, gdybym ciebie nie spotkał. Pewnie spałbym w lesie i został porwany przez te syczące wody. – Roześmiał się, lecz ona milczała.

– Gdyby ktokolwiek się tu kręcił albo próbował otworzyć drzwi, możesz wyłamać deski w tylnej ścianie. Szopa stoi nad brzegiem płytkiego kanału, to do niego wskoczysz. Jeśli pobiegniesz nim w prawo, zaprowadzi cię w głąb lądu, do promu i brodu. Jeśli w lewo – do lasu. Ale nikt tutaj nie przychodzi... a przynajmniej nie powinien.

Pokiwał głową, choć w ciemności i tak nie mogła tego zobaczyć.

– Wiem, że to nie pałac – rzekła.

– Jestem bardzo wdzięczny za to, co mi dajesz. – Nagle uzmysłowił sobie, że wciąż trzyma ją za rękę. Przycisnął ją do ust. Natychmiast się wyszarpnęła, a on zarumienił się w ciemności. Jak mógł być tak głupi, żeby okazywać jej galanterię, której nie miała szans rozpoznać. Możne damy z rojalistycznych domów nawykłe były do pocałunków. Wyciągały w jego stronę białe dłonie, zakrywając twarz wachlarzem, by ukryć rumieniec. A czasem to one klękały przed nim z szelestem jedwabiu i całowały jego dłoń, przyciskając ją do wilgotnych policzków w akcie skruchy za jakiś błahy grzech.

– Wybacz mi – próbował się wytłumaczyć. – Chcę powiedzieć, że wiem, jak wielki dar mi oferujesz. Bóg zapamięta ci wszystko, co dla mnie uczyniłaś.

– Przyniosę ci trochę kaszy – odparła szorstko. Usłyszał, że cofa się w kierunku drzwi, a kiedy je otworzyła, przez szczelinę wpadło nieco światła. – Nic więcej nie mam.

– Tylko jeśli ci zbywa. – Wiedział doskonale, że w jej domu na pewno nie ma nadmiaru jedzenia. Aby go nakarmić, sama obejdzie się bez posiłku.

Cicho zamknęła za sobą drzwi, a on wymacał stertę sieci. Szamotał się z nimi przez chwilę, żeby je nieco rozścielić. W pomieszczeniu rozszedł się odór starej ryby i błota z zatoki, a wraz z nim brzęczenie zaspanych much. Zgrzytnął zębami, tłumiąc odrazę, a potem usiadł, podciągnął nogi, nie zdejmując butów, i owinął się szczelnie płaszczem. Mógł się założyć, że są tu i szczury. Zdał sobie sprawę, że choć jest rozpaczliwie wprost zmęczony, nie zdobędzie się na to, by lec na cuchnących sieciach. Głupiec, zrugał się w myślach. Co z niego za ksiądz, bez doświadczenia i życiowej mądrości. Ledwie głupi wyrostek, posłany, by dokonać wielkiego dzieła w niezwykłych czasach. Bał się, że zawiedzie, szczególnie teraz, kiedy tak wiele od niego zależało. Miał nie tylko spowiadać i przenosić sekretne posłania. Przed wyjazdem z Francji wyjawiono mu plan uwolnienia króla. Lękał się, że nie starczy mu odwagi ani determinacji, by go zrealizować, i już miał zacząć się modlić, aby Bóg pomógł mu być dzielnym emisariuszem i dobrym szpiegiem, kiedy zdał sobie sprawę, jak bardzo się myli. Nie bał się tylko porażki. Bał się wszystkiego, jak małe dziecko. Począwszy od szczurów gnieżdżących się w sieciach, syczących źródeł, aż po dyszące żądzą zemsty armie Cromwella i majaczące gdzieś w tle ciężkie spojrzenie czarnych oczu samego tyrana.

Siedział w ciemności i czekał.


Alinor stała chwilę pod drzwiami szopy, nasłuchując, jak mężczyzna porusza się w ciemnym wnętrzu – zupełnie niczym jakieś dziwne zwierzę, złapane i zamknięte w klatce. Kiedy ucichł, odwróciła się i pobiegła wzdłuż wybrzeża do miejsca, gdzie stała jej chata, niska sadyba z widokiem na bagna, kryta trzciną. Okalał ją niewielki ogródek z ziołami, otoczony płotkiem z drewna, które wyrzuciło na brzeg morze.

W chacie wszystko zastała tak, jak zostawiła. Żar na palenisku pod glinianą pokrywą, runy w popiele, które wypisała, by strzegły przed niebezpieczną iskrą. W kącie na łóżku spały dzieci, a przy palenisku stał garnek z kaszą, przykryty pokrywką, by nie dobrały się do niego szczury. Kury w swoim kątku zaczęły ospale gdakać, kiedy chłodne powietrze, pachnące solą i błotem, wpadło do środka przez otwarte drzwi.

Wzięła wiadro i wyszła na zewnątrz, kierując się w głąb lądu, wzdłuż wybrzeża, gdzie przypływ pluskał w błocie i sitowiu. Wspięła się na wydmę i po byle jak skleconych stopniach zeszła z drugiej strony na brzeg słodkowodnej sadzawki. Przytrzymała się starego słupa, by napełnić wiadro, a potem zataszczyła chlupocące brzemię z powrotem do chałupy. Tam nalała wody do miski i postawiła ją na stole. Zdjęła chustę i umyła twarz i ręce szarym tłustym mydłem domowej roboty. Szczególnie przyłożyła się do wyszorowania palców, mając bolesną świadomość, że tajemniczy ksiądz przytknął je do swoich warg. Musiał poczuć zastarzały smród dymu, ryb, potu i brudu.

Wytarła dłonie kawałkiem lnianej szmatki i przysiadła na chwilę, by powyglądać na zewnątrz przez otwarte drzwi. Blade podczas tych letnich nocy niebo robiło się z każdą chwilą jaśniejsze. Zastanawiała się, dlaczego – skoro nie było jej dane spotkać ducha – odczuwa to nieziemskie urzeczenie.

 

Pokręciła energicznie głową, jakby chciała się wyrwać z krainy cieni, i wstała. Podeszła do paleniska, uklękła przy nim, złapała przez szmatę glinianą pokrywę i odsłoniła żar. Drugą ręką starła runy chroniące przed pożogą, wypisane w zimnym już popiele. Dorzuciła kilka drobnych gałązek, a potem drewno. Kiedy się zajęło, ustawiła na ogniu żelazny garnek na trzech nogach. Napełniła go wodą z wiadra i dodała namoczonej owsianki. Zamieszała, czekając, aż zawrze.

Dzieci, śpiące razem w jednym łóżku, nic sobie nie robiły z porannych odgłosów. Musiała je obudzić, potrząsając każde za ramię. Córka uśmiechnęła się tylko przez sen i odwróciła do ściany z surowych desek, ale syn usiadł i spytał:

– To już rano?

Pochyliła się, żeby go przytulić. Ukryła twarz w jego ciepłej szyi. Pachniał jak to on, słodko niczym szczeniak.

– Tak – powiedziała. – Pora wstawać.

– Tata w domu?

– Nie – odparła beznamiętnie. Zwyczajowe pytanie nie sprawiało jej już bólu. – Jeszcze nie. Ubieraj się.

Rob posłusznie usiadł na brzegu łóżka i włożył kurtkę wprost na lnianą koszulę, w której spał. Następnie wciągnął portki i przysznurował je do kurtki. Chodził do pracy boso. Po lekcji w przykościelnej szkółce miał pilnować krów młynarza. Kiedy usiadł przy stole, nałożyła mu do miski owsianki.

– Bez bekonu? – spytał zawiedziony.

– Dzisiaj bez.

Wziął łyżkę i zaczął jeść, dmuchając i głośno siorbiąc. Nalała mu do kubka podpiwku. Nikt z mieszkańców Zgniłego Bagniska nie pił wody. Alinor zawróciła do łóżka, przysiadła na krawędzi i dotknęła ramienia córki.

Alys odwróciła się i otworzyła ciemnoniebieskie oczy. Spojrzała na matkę, jakby ta była jeszcze częścią jej snu.

– Wychodziłaś w nocy? – spytała.

– Myślałam, że spałaś – zdziwiła się Alinor.

– Słyszałam, jak wracasz. – Dziewczynka westchnęła błogo, jakby miała znów zasnąć. – We śnie.

– A co ci się śniło?

– Że spotkałaś kota przy kościele.

– Jakiego był koloru? – zapytała poważnie matka.

– Czarny.

– I co się stało?

– Nic. To wszystko. Stałaś przed nim, a on cię zobaczył.

Alinor zastanowiła się. Próbowała zrozumieć sen córki, posługując się swoim wieszczym widzeniem.

– Zobaczył mnie?

– Tak. Wszystko zobaczył.

Pokiwała głową.

– Nie mów o tym nikomu.

– Oczywiście, że nie powiem! – Dziewczynka się uśmiechnęła.

Odrzuciła nakrycie i stanęła przy łóżku, sięgając matce do ramienia. Jasne, splecione w warkocz włosy spadały jej na plecy; biała skóra od razu zdradzała saskich przodków. Ze sterty ubrań w nogach łóżka wyciągnęła spódnicę z filcowanej wełny i połataną koszulę. Kraj spódnicy zdobiło zaschnięte błoto. Potem siadła przy stole, by umyć w misce twarz i ręce. Kiedy skończyła, wzięła miskę i chlusnęła zawartością przez otwarte drzwi, wprost na zielnik przed domem.

Alinor przysunęła sobie stołek i usiadła obok dzieci. Złożyła dłonie.

– Ojcze Niebieski, dziękujemy za ten chleb powszedni – powiedziała cicho. – Strzeż nas od grzechu teraz i na wieki. Amen.

– Amen – powtórzyły chórem. Alinor nałożyła córce i sobie, zostawiając jedną porcję w garnku.

– Mogę to zjeść? – spytał Rob.

– Nie – odparła.

Odsunął stołek i ukląkł na podłodze po błogosławieństwo. Położyła dłoń na jego kędzierzawych włosach.

– Z Panem Bogiem, synku.

Wstał bez słowa, wziął czapkę wiszącą na drzwiach, naciągnął ją na głowę i otworzył drzwi. Krzyk mew krążących w słonym porannym wietrze wdarł się do ciemnego wnętrza. Chłopiec wyszedł, zatrzaskując za sobą drzwi.

– Za wcześnie do szkoły – zauważyła Alys. – Znowu będzie grał w piłkę pod kościołem.

– Wiem – odparła Alinor.

– Dziwnie wyglądasz – stwierdziła dziewczynka. – Jakoś inaczej.

Alinor spojrzała na nią i uśmiechnęła się.

– Jak? – spytała. – Jestem przecież taka sama jak wczoraj.

Sposób, w jaki rzęsy matki skryły jej spojrzenie, od razu przekonały Alys, że nie jest do końca szczera.

– Wyglądasz jak w moim śnie. Dokąd chodziłaś?

Alinor pozbierała puste miski na stosik.

– Byłam w kościele, pomodlić się za waszego ojca.

Dziewczynka pokiwała głową. Doskonale wiedziała, że to noc przesilenia.

– Widziałaś go? – spytała bardzo cichutko.

– Nie. – Alinor pokręciła głową. – Nic nie widziałam.

– A więc może wciąż żyje. Jeśli go nie widziałaś, to znaczy, że nie umarł i wróci kiedyś do domu.

– Albo po prostu niedane mi było doświadczyć wizji.

– Może. A może spotkałaś czarnego kota, a on naprawdę cię zobaczył.

Alinor uśmiechnęła się.

– Pamiętaj, nikomu o tym nie mów – napomniała córkę. Pomyślała o księdzu czekającym na owsiankę w szopie na sieci. Ciekawe, czy naprawdę ją zobaczył, jak ten kot ze snu Alys.

Dziewczyna odsunęła z twarzy gęste jasne włosy i nałożyła czepek. Przysiadła, żeby wzuć buty.

– Chciałabym, żeby coś było wreszcie wiadomo – powiedziała niecierpliwie. – Wcale za nim nie tęsknię, ale chciałabym się wreszcie dowiedzieć, czy mogę przestać go wyglądać. I to jest krzywdzące dla Roba.

– Wiem. – Alinor westchnęła. – Ilekroć do nabrzeża przybija jakiś statek, pytam, czy ktoś nie ma wieści o nim. Ale nikt nic nie wie.

Alys wzięła but do ręki i wystawiła palec przez dziurę w podeszwie.

– Przykro mi, mamusiu, ale potrzebuję nowych butów. Te mają dziury na palcach i od spodu.

Alinor zerknęła na połatany but.

– Jak tylko będę miała pieniądze, pójdę na targ – obiecała.

– Byle przed zimą. – Dziewczynka włożyła znoszone obuwie. – Może przyniosę dzisiaj królika. Wczoraj zastawiłam sidła.

– Mam nadzieję, że nie na polach sir Williama?

– W każdym razie nie tam, gdzie chodzą jego nadzorcy. – Alys zaśmiała się chytrze.

– Przynieś, zrobię potrawkę – obiecała Alinor, myśląc o dodatkowej osobie, którą musi wykarmić, jeśli ta nie wyniesie się z szopy do wieczornego odpływu.

Alys uklękła, a matka położyła dłoń na jej delikatnym karku.

– Niech cię Bóg błogosławi i strzeże od złego – rzekła, myśląc o jej młodziutkiej urodzie i młynarzu wraz z pomocnikami, którzy bacznie jej się przyglądali, gdy przechodziła przez podwórze, i żartowali, że niebawem znajdzie męża.

Córka uśmiechnęła się, jakby wyczuła jej obawy.

– Potrafię się o siebie zatroszczyć – odparła łagodnie i wyszła, wyganiając po drodze kury, żeby mogły sobie dziobać nad brzegiem kanału.

Alinor odczekała, aż ucichnie chrzęst jej kroków zmierzających do promu. Dopiero kiedy żwirowa plaża opustoszała i słychać było tylko krzyk morskich ptaków, odważyła się przełożyć resztę owsianki do dodatkowej miski – miski jej męża. Potem wzięła jego drewnianą łyżkę i drewniany kubek z podpiwkiem i zaniosła to do szopy.


Zapukała do drzwi i weszła, schylając głowę pod krzywym nadprożem. Ksiądz spał na sieciach, wyciągnięty na swoim wspaniałym wełnianym płaszczu. Piękne wijące się włosy rozsypały mu się wokół twarzy. Przyjrzała się jego bladej cerze, długim ciemnym rzęsom. Podziwiała uśpioną siłę jego ciała, pierś, ramiona i długie nogi w drogich butach do konnej jazdy. Każdy z miejsca zorientowałby się, że jest tu obcy. Nie pasował do ubogiej wysepki na południowym wybrzeżu Anglii. Już na pierwszy rzut oka widać było szlachetną krew. Leżąc na cuchnących sieciach w zrujnowanej szopie, wydawał się równie nie na miejscu, jak ona wydałaby się wśród jedwabi i pachnideł królewskiego dworu – za starych czasów, kiedy jeszcze król miał swój dwór w Londynie.

Pomyślała, że jeśli go obudzi, to okaże brak szacunku, ale stygnąca miska w ręku uświadomiła jej, że nie może jej po prostu zostawić w szopie. Widok zimnej, skrzepłej owsianki prawdopodobnie przyprawi go o torsje, a na pewno odbierze mu apetyt. Schyliła się i postawiła na ziemi kubek z podpiwkiem, a potem delikatnie potrząsnęła stopą śpiącego.

Jego rzęsy zatrzepotały, otworzył oczy i w jednej chwili zerwał się na równe nogi.

– Ach! Moja gospodyni!

Wyciągnęła przed siebie miskę.

– Kasza – powiedziała. – Wiem, że to nie posiłek, do jakich nawykłeś.

– Dany mi przez ciebie i od Boga, więc jestem za niego wdzięczny – odparł.

Wziął od niej miskę, postawił obok kubka i zmówił szeptem długie dziękczynienie po łacinie. Alinor, nie wiedząc, co ze sobą począć, pochyliła głowę. Kiedy skończył, szepnęła: „Amen”. Słyszała – wszyscy słyszeli z ust pastora – że Bóg nie mówi po łacinie. Bóg mówi po angielsku i w tym języku należy się do niego zwracać, a wszystko inne to fałsz, herezja i papistowska kpina z porządku świata.

Usiadł ze skrzyżowanymi nogami na sieciach, nie bacząc, że roi się w nich od robactwa, i zaczął jeść, jakby od miesiąca nie miał nic w ustach. Wyskrobał miskę do czysta i osuszył kubek do ostatniej kropli.

– Przykro mi, ale nie mam więcej – rzekła zawstydzona. – Mogę przynieść trochę zupy rybnej, jeśli będziesz tu jeszcze w porze obiadu.

– Wyśmienite jadło! – sapnął. – Byłem głodny jak wilk. Bardzo jestem ci wdzięczny, że dzielisz się ze mną posiłkiem. Mam nadzieję, że nie braknie ci z tego powodu strawy?

Z nagłym wyrzutem sumienia pomyślała, że Rob chętnie zjadłby więcej na śniadanie.

– Nie – odparła. – A córka być może przyniesie jakieś mięso na kolację.

Zmrużył oczy, jakby chciał wyczarować przed sobą kalendarz i sprawdzić, czy nie obowiązuje go post. Uśmiechnął się.

– Dziś Dzień Świętego Jana. Nic nie stoi na przeszkodzie, by zjeść dobrze, ale jeśli strawy jest mało, błagam, zostaw ją dla siebie i swoich dzieci. Oddałaś wielkie usługi mnie i Bogu, ukrywając mnie tutaj. Nie chcę, byś głodowała. Ja do tego przywykłem.

Zaczęła się śmiać i jej twarz pojaśniała. Znów zachwyciła go ta nagła przemiana.

– Ośmielę się twierdzić, że ja częściej głoduję – prychnęła.

Musiał się powstrzymać, by nie dotknąć jej roześmianego policzka.

– Masz rację – przyznał. – Poszczę, bo tak nakazuje mi wiara, ale robię to z własnego wyboru.

– Pomyślałam, że zaprowadzę cię do dworu, jeśli chcesz sprawdzić, czy zarządca wpuści cię do środka.

– Dziękuję ci za chęć pomocy. Tak, chętnie się z nim spotkam. Ale powiedz, czy będziemy szli tą samą drogą, którą tu przyszliśmy?

– Tak.

– A więc sam znajdę drogę. Nie będę cię narażać.

– To bagno – przypomniała mu. – Muszę cię przeprowadzić. Mogę iść kawałek z przodu, wtedy nikt nie pomyśli, że jesteśmy razem.

Pokiwał głową.

– Ale musisz utrzymywać dystans.

– Dobrze.

Przez chwilę milczeli.

– Usiądziesz? – zaproponował. – Usiądziesz tu przy mnie i porozmawiamy?

Zawahała się.

– Muszę wracać. Mam robotę.

– Tylko na chwilę. – Sam się sobie dziwił, że szuka jej towarzystwa, zamiast wykorzystać ten czas na modlitwę.

Usiadła na ziemi, chowając stopy pod wełnianą spódnicą. W pomieszczeniu było ciemno, cuchnęło solą, wodorostami i wstrętnym błockiem z moczarów. Podłogę stanowiło zwykłe klepisko, sieci walały się na bezładnych stertach, a klatki na homary gniły pełne starych wodorostów i muszli.

– Co byś teraz robiła, gdybym cię tu nie zatrzymał? – spytał.

– Rano pieliłabym ogród i sprzątała w chacie, zrywała zioła do suszenia i na nalewki, może znalazłabym czas na przędzenie... Po południu pójdę do brata, żeby nastawić jęczmień na piwo. Wyrobię też ciasto na chleb. Czasami pracuję w gospodarstwie młynarza, w mleczarni albo piekarni. Albo plewię, kopię, pomagam przy żniwach. To zależy od pory roku. – Wzruszyła ramionami. Było jasne, że ma zbyt wiele zajęć, żeby wszystkie po kolei wymieniać. – A skoro dziś Świętego Jana, to wieczorem znów będę zrywać zioła w moim ogrodzie i u brata przy promie. I porobię wyciągi w jego destylarni. Czasem zdarza się, że wzywają mnie do porodu albo jak ktoś zachoruje. Wieczorami chodzę też do kościoła, jeśli czasu starczy. Dobrze jest usiąść choć na chwilę.

– Musisz czuć się samotna.

– Nie... Choć brakuje mi matki – przyznała.

– Nie tęsknisz za mężem?

 

– Cieszę się, że zniknął – powiedziała bez ogródek. – Szkoda tylko łodzi.

– Był dla ciebie niedobry? – Musiał przytrzymać swoje ręce na kolanach, by nie złapać jej złożonych dłoni. Jakiż potwór mógłby chcieć skrzywdzić kobietę taką jak ona? I gdzie był pastor? Gdzie brat? Dlaczego nie wzięli jej w obronę?

Pokręciła głową.

– Nie gorszy niż inni dla swoich żon. Nigdy się nie skarżyłam. Ale dużo jadł i sporo było koło niego roboty. Byłam już nim zmęczona. Wyczerpana. Ale bez niego nie mamy pieniędzy na życie. I mało możliwości, żeby je zarobić... a już żadnej, żeby coś odłożyć. Martwię się o córkę. Pracuje w gospodarstwie, a jest taka śliczna. Za dwa, trzy lata pójdzie za mąż. Skąd wezmę na posag? Nie wiem. O syna też się martwię. Chłopak rośnie, a nawet łodzi w spadku po ojcu nie odziedziczy. Pewnie przejmie prom po moim bracie, ale do tego czasu miną jeszcze lata. A i później to ciężki kawałek chleba. Nie wiem, co się z obojgiem stanie. – Pokręciła głową, jakby nieraz się nad tym troskała. – I ze mną. Niech Bóg broni, żebyśmy skończyli, żebrząc o kawałek chleba.

– To niemożliwe – rzekł wstrząśnięty. – Nie możesz tak skończyć.

– No cóż, zdarza nam się coś pożyczyć – bąknęła. Cień uśmiechu w kąciku jej ust zdradził mu, że kłusują na polach sir Williama.

– Bóg nie broni pożyczki, jeśli to tylko królik – wyjaśnił i został nagrodzony łobuzerskim uśmiechem. – Ale musicie uważać.

– Uważamy – zapewniła. – Sir William dba tylko o swoje jelenie i bażanty. Może kiedyś uda nam się kupić łódź. Może i dla nas nadejdą lepsze czasy.

– Czy nie ma mężczyzny, który mógłby zająć miejsce twojego męża? – spytał, przypominając sobie, że czekała na kogoś przy kościele tej nocy.

Odwróciła głowę z pogardą. James osłupiał. Znał księżne, które były mniej wyniosłe.

– Nie wyjdę powtórnie za mąż.

– Nawet dla łodzi? – Uśmiechnął się.

– Nikt, kto ma łódź, nie weźmie mnie z dwójką dzieci – zauważyła. – To trzy gęby do wykarmienia.

– Czy twoja córka jest do ciebie podobna? – Pomyślał, że musi być piękna jak królewna z bajki. Królewna przebrana za żebraczkę.

– Nie bardzo – odparła z uśmiechem. – Ona ma nadzieje i plany. Słucha wuja i myśli, że każdy może zostać, kim zechce. Że wszystko się zmieniło, a świat stoi przed nią otworem. Wierzy całym sercem w lud i parlament. Nie winię jej za to. Co mi zostało, jeśli nie nadzieja na lepsze jutro dla niej i Roba? – Jej twarz się rozjaśniła, kiedy wymówiła imię chłopca.

– To twój syn?

– Rob to urodzony medyk. Odziedziczył uzdrowicielski dar po mojej matce. Od dziecka siedział ze mną w ogrodzie, zna wszystkie zioła i ich właściwości. Nauczyłam go, jak ich używać. Czasem mi towarzyszy, kiedy wzywają mnie do chorego czy umierającego. Gdyby tylko mógł się dalej uczyć, posiąść prawdziwą wiedzę z książek! Wiedzącemu, który do tego jest wykształcony, nie zabraknie bogatych klientów. To znaczy w mieście – wzruszyła ramionami – no bo przecież nie tutaj. Tu płacą mi za zioła jedzeniem. Czasem wpadnie jakiś pens. Wszyscy moi sąsiedzi to ludzie ubodzy. Tylko we dworze mieszka możny pan. Opiekowałam się jego żoną, zanim zmarła, i leczyłam panicza parę miesięcy temu. Dwa razy do roku porządkuję tam destylarnię i uzupełniam zapasy w apteczce. Ale kiedy pan choruje, posyła po medyka z Chichesteru.

– Jesteś wiedząca? Czyli...? – zawiesił głos.

– Leczę tylko ziołami – zapewniła ostrożnie. Zgadywała, że ksiądz nie ma pojęcia o subtelnych różnicach, jakie dzieliły zwykłych zielarzy od tych, którzy wykorzystując ciemne moce, potrafili sprowadzić zarazę na całe wioski. – Jestem też akuszerką. Miałam kiedyś licencję... kiedy jeszcze w Chichesterze był biskup, który taką licencję mógł wydać. Potem go wyrzucono i musiał uciekać. Potrafię wyrwać ząb i nastawić kość. Przeciąć wrzód i wyleczyć opryszczkę. Ale nic ponadto. Jestem zwykłą uzdrowicielką i znajduję zagubione rzeczy.

– Mnie znalazłaś. – Uśmiechnął się.

– To znaczy, że się zgubiłeś?

– Myślę, że to Anglia jest zgubiona – rzekł poważnie. – Nie wolno nam zrzucać króla z tronu ani wybierać sposobu, w jaki wyznajemy Boga. Nie możemy stawiać parlamentu ponad wszystkim ani wypowiadać wojny monarsze, którego Bóg namaścił, by nami władał.

– Nie wiedziałam.

Zawahał się chwilę.

– Zeszłej nocy powiedziałaś, że twój brat sprzyja siłom parlamentu?

– Tak. Uciekł stąd, by zaciągnąć się do Armii Nowego Wzoru. Ale kiedy zmarł ojciec, musiał wrócić, żeby zachować prawo do promu. Nasza rodzina dzierżawi go od pokoleń, razem z domem przy przeprawie.

– To jedyny sposób, żeby się dostać na stały ląd? Barka twojego brata?

– Nie barka – sprostowała. – Raczej tratwa na linie rozpiętej w poprzek Szerokiego Nurtu, który oddziela Sealsea od stałego lądu. Nie jest głęboki. Można go przejść w czasie odpływu. Bród ma dno wyłożone kamieniami, więc nie utknie się w błocie. Mój brat dogląda brodu i przewozi tych, którzy nie chcą zmoczyć nóg. Często kobiety, które niosą na targ przędzę i inne towary, a kiedy woda jest wysoka, również wozaków z ich wozami. Nawet sir William ładuje na prom swoje konie i powóz, gdy jest przypływ.

– I co? Twój brat wiosłuje?

Pokręciła głową.

– Ciągnie za linę. To wielka tratwa, dość duża, by zmieścił się na niej wóz. W czasie pływów prąd jest bardzo silny. Więc prom na dziobie i rufie jest przyczepiony do liny, żeby prąd go nie porwał i nie zniósł na bagno, a potem na pełne morze.

Zauważył, że przybladła.

– Boisz się wody? – spytał ciekawie. – Mieszkając na wybrzeżu?

– Córka przewoźnika i żona rybaka? – Uśmiechnęła się. – Wiem dobrze, że to głupie, ale woda zawsze mnie przerażała.

– To jak masz zamiar łowić ryby, kiedy już zdobędziesz łódź?

Znów się uśmiechnęła, wzruszając ramionami, a potem wstała i podniosła z ziemi miskę i kubek.

– Jakoś będę musiała zebrać się na odwagę – stwierdziła. – Potrafię wiosłować i zarzucać sieci, a dzieci mi pomogą. Nie będę wypływać na otwarte morze. Mogę łowić w zatoce. A jeśli wygracie i król wróci na swój tron, a Kościół znów będzie papistowski, będę mogła sprzedawać ryby na targu i po domach w każdy postny dzień.

– Kiedy wrócę do domu, wyślę ci pieniądze na zakup łodzi – obiecał.

Zaśmiała się, jakby usłyszała żart.

– A gdzie jest twój dom? – zapytała.

Zawahał się przez chwilę, lecz pragnął jej zaufać.

– Mieszkam w seminarium, we Francji – rzekł w końcu. – Rodzina wysłała mnie do Kolegium Angielskiego w Douai, kiedy miałem dwanaście lat. Zostałem tam i przyjąłem święcenia. Gdy zaczęła się wojna, wszyscy byli szczęśliwi, że jestem bezpieczny poza krajem. Ojciec walczył z siłami parlamentu i poniósł porażkę. Został ranny pod Naseby. Teraz przebywa wraz z matką na wygnaniu. Są w Paryżu, przy królowej. A ja jestem kimś w rodzaju misjonarza. Zostałem zaprzysiężony, by podróżować do Anglii i nawracać ludzi na prawdziwą wiarę.

– Czy podróże do Anglii nie są dość niebezpieczne?

Zawahał się. Zarówno za szpiegostwo, jak i herezję groziła tu kara śmierci. Jego seminarium było dumne ze swoich męczenników. Przed ścianą, na której wyryto ich nazwiska, płonęły świece. Kiedy był młody, sam pragnął zostać jednym z nich.

– Moje kolegium wysłało wielu męczenników na angielską ziemię. Czyni to, odkąd król Henryk odwrócił się od prawdziwego Kościoła. Sto lat mija od czasu, gdy wbrew woli ludu zmieniono religię. Lecz my się nie zmieniliśmy. Idę ścieżką, po której kroczyło przede mną wielu świętych. – Uśmiechnął się, widząc jej zdumione spojrzenie. – Uwierz mi, taki był mój wybór. Wciąż jest wiele domów, w których znajdę schronienie, i wielu przyjaciół, którzy pomogą w potrzebie. Mogę przemierzyć cały kraj, nigdy nie opuszczając tak naprawdę katolickich ziem. Każdej nocy mogę się modlić w jakiejś sekretnej kaplicy. A teraz, kiedy parlament posunął się za daleko, wypędzając króla, a armia jeszcze dalej, teraz jest dla nas szansa. Jak kraj długi i szeroki, miasta i wioski opowiadają się po stronie króla i pragną jego powrotu na tron. Lud chce pokoju i chce swobodnie wyznawać swą wiarę.

– Zanim to się stanie, pewnie wrócisz do swoich – mruknęła z powątpiewaniem, myśląc, że taki dzień raczej nie nadejdzie.

– Nie. Jest jeszcze jedna rzecz, wielka rzecz, którą muszę zrobić, zanim będzie mi dane powrócić do domu – rzekł, walcząc z pokusą, by zdradzić jej więcej.