Tajemna wspólnotaTekst

Z serii: Księga prochu #2
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Najważniejsze pytanie nie zamierzało zniknąć. Co rusz bezradnie do niego powracał.

Zdawał sobie sprawę ze swojej nieporadności, tak jak zdawał sobie sprawę z dzielących ich różnic: jego dojrzałość i jej młodość, jego zwalistość i jej szczupłość, jego powściągliwość i jej żywa natura… Mógł na nią patrzeć godzinami, na jej oczy – duże, długorzęse, intensywnie niebieskie i jak u nikogo innego pełne ekspresji. Była jeszcze bardzo młoda, ale on już widział, gdzie w przyszłości zarysują się zmarszczki od śmiechu, gdzie pojawią się bruzdy współczucia i skupienia i jak wszystkie razem wzbogacą i dodatkowo ożywią jej twarz. Już teraz z boku ust pojawiały się ledwie widoczne zmarszczki wywołane uśmiechem, który zdawał się czyhać tuż pod powierzchnią, gotowy w każdej chwili rozkwitnąć. Jej włosy, słomkowe, ale ciemniejsze, krótkawe i trochę nieuporządkowane, ale zawsze miękkie i lśniące. Raz czy drugi, jeszcze kiedy był jej nauczycielem i zaglądał jej przez ramię, kiedy pisała jakąś pracę, zdarzało mu się pochwycić emanujący z jej włosów subtelny zapach – nie szamponu, ale młodej, ciepłej dziewczyny. Natychmiast się wtedy odsuwał. Dopóki byli nauczycielem i uczennicą, jego umysł ucinał wszelkie niepożądane relacje, zanim zdążyły się skrystalizować.

Ale czy cztery lata później takie myśli nadal były tak samo niewłaściwe? Czy naprawdę nie powinien myśleć o Lyrze, wyobrażać sobie, jak ujmuje w dłonie jej ciepłe policzki i przybliża twarz do jej twarzy?

Bywał już zakochany i wiedział, co się z nim dzieje, ale dziewczęta i kobiety, w których podkochiwał się w przeszłości, zawsze były mniej więcej jego rówieśnicami, a w jednym – wyjątkowym – przypadku, gdy różnica rzeczywiście istniała, to ona była starsza od niego. Dlatego dotychczasowe doświadczenia w niczym mu teraz nie pomagały, a Lyra znalazła się w tak trudnej i niebezpiecznej sytuacji, że zawracanie jej głowy tym, co on czuje, byłoby w tej chwili niewybaczalne. Ale tak wyglądały fakty: on, Malcolm Polstead, lat trzydzieści jeden, był w niej zakochany.

I nie mieściło mu się w głowie, że mogłaby odwzajemnić jego miłość.

Cisza ogromnego ogrodu, dźwięki odległej rozmowy dwóch młodych botaników, regularne chrobotanie ich motyk, mruczenie dajmona – wszystko to w połączeniu z niedostatkiem snu i zawirowaniami sercowymi kusiło, żeby zamknąć oczy w nadziei, że przyśni mu się Lyra.

Wstał.

– Chodź, idziemy – zwrócił się do Asty. – Robota czeka.

***

O jedenastej wieczorem państwo Polsteadowie leżeli już w łóżku i rozmawiali przyciszonymi głosami. Lyra, która dwa dni wcześniej przybyła do Pstrąga, była u siebie. Pomoc kuchenna, pomywacz i drugi barman poszli do domu. Gości w gospodzie nie było.

– Nie potrafię jej rozgryźć – przyznał Reg Polstead.

– Lyry? Co masz na myśli?

– Na co dzień jest wesolutka jak szczygiełek, przyjazna, do pogadania, ale chwilami milknie, zamyka się w sobie i wtedy cała jej twarz się zmienia. Jakby nagle doszły ją jakieś złe wieści.

– Nie – odparła pani Polstead. – To nie tak. Na mnie nie robi wrażenia poruszonej, tylko raczej samotnej. Wygląda, jakby nawykła do tej samotności i niczego innego się nie spodziewa, ale moim zdaniem to jest właśnie to. Melancholia.

– Prawie się nie odzywa do swojego dajmona. Jakby byli dwiema odrębnymi osobami.

– Była takim wesołym niemowlęciem… Stale się śmiała, podśpiewywała, bawiła. To znaczy, tak było wcześniej, rozumiesz.

– Przed podróżą z Malcolmem. Wiem, wiem. On też się wtedy zmienił. I Alice również.

– Chociaż można by się spodziewać, że to właśnie ci dwoje bardziej odczują skutki tych wydarzeń. Byli starsi. A Lyra była jeszcze malutka, takie małe dzieci nie pamiętają, co się działo. No, ale trzeba też przyznać, że bardzo źle ją potraktowali w kolegium: przecież to jest jej dom, można by pomyśleć, że będą umieli lepiej się zachować. Nic dziwnego, że jest przygaszona.

– Zastanawiam się, czy ma jakichś krewnych. Malcolm mówi, że jej rodzice od dawna nie żyją.

– Jeżeli nawet ma jakichś wujów, ciotki albo kuzynostwo, to nie liczyłabym na nich zbytnio.

– Dlaczego?

– Powinni się byli do niej odezwać dawno temu. To wbrew naturze, żeby taką młodą dziewczynę zamykać wśród starych akademików.

– Może ma krewnych, którzy się nią nie interesują? W takiej sytuacji lepiej, żeby się nie odzywali.

– Być może. Ale jedno ci powiem: dziewczyna jest robotna. Nie miga się od pracy. Będę musiała znaleźć jej jakieś konkretne zajęcie. Na razie wypełnia obowiązki Pauline szybciej i lepiej od niej i w końcu Pauline poczuje się niechciana, jeśli nie wymyślę Lyrze jakiejś roboty.

– Przecież w ogóle nie musi pracować. Jeśli chodzi o mnie, to mogłaby u nas mieszkać jako mile widziany gość.

– Też jestem tego zdania, kochanie, ale tu chodzi o nią. Ma swoje obowiązki uniwersyteckie, ale chce się czuć potrzebna. Dlatego staram się wymyślić coś ekstra, coś, co nigdy nie zostałoby załatwione, gdyby się za to nie wzięła.

– Pewnie masz rację… Też o tym pomyślę. Dobranoc, skarbie.

I pan Polstead obrócił się na drugi bok. Jego żona jeszcze przez pięć minut próbowała czytać kryminał, aż oczy zaczęły jej się kleić. Zgasiła światło.

***

Hannah Relf nie miała pojęcia o tym, że Lyra eksperymentuje z nową metodą odczytywania wskazań alethiometru. Wiedza na jej temat nie była powszechnie dostępna, ponieważ o alethiometrach w ogóle rzadko dyskutowano publicznie, jednakże w wąskim gronie specjalistów toczyły się ożywione spory i dyskusje.

Alethiometr, który miała Lyra, był tym samym, który Malcolm znalazł w plecaku Gerarda Bonneville’a, a następnie wcisnął w jej becik, zanim lord Asriel oddał ją mistrzowi Kolegium Jordana. Mistrz dał go jej, gdy skończyła jedenaście lat, a ona zabrała go na swoją wielką wyprawę do Arktyki i innych, jeszcze dalszych krain. Szybko nauczyła się odczytywać go zupełnie intuicyjnie, jakby była to najnaturalniejsza rzecz na świecie. Wkrótce jednak straciła tę umiejętność i przestała dostrzegać – niegdyś dla niej oczywiste – asocjacje, skojarzenia i konotacje skrywające się pod symbolami na tarczy przyrządu.

Utrata tej mocy była dla Lyry bolesnym przeżyciem. Niejaką (choć raczej wątłą) pociechę stanowiła świadomość, że poprzez mozolną naukę i pracę będzie mogła częściowo odzyskać dawną biegłość, zawsze jednak miała potrzebować ksiąg, w których pokolenia naukowców zapisywały swoje odkrycia i spostrzeżenia odnoszące się do symboli i łączących je związków. Cóż to był za kontrast! Tak jakby zamieniła umiejętność jaskółczego lotu na kulę inwalidzką, na której mogła się wesprzeć przy chodzeniu.

To tylko potęgowało jej melancholię – bo pani Polstead miała rację: Lyra żyła ostatnio w stanie ustawicznego przygnębienia, a odkąd rozdźwięk między nią i Pantalaimonem się nasilił, nie miała z kim o tym porozmawiać. To dopiero absurd: byli jedną osobą, a zarazem nie tylko nie potrafili się porozumieć, ale nawet w milczeniu znosić swojego towarzystwa. Lyra coraz częściej łapała się na tym, że rozmawia z duchem, ze swoim wyobrażeniem Willa w tamtym innym, nieosiągalnym świecie.

W tej sytuacji nowa metoda odczytywania wskazań alethiometru przyniosła miłą odmianę. Wiedza o niej rozchodziła się jak plotka, nikt nie wiedział którędy ani za czyim pośrednictwem, ale słyszało się o błyskawicznych postępach w rozumieniu całego procesu, o rewolucji w teorii alethiometrii i o spektakularnych odczytach, przy których księgi stawały się zupełnie niepotrzebne. Lyra zaczęła więc eksperymentować na własną rękę.

Drugiej nocy w Pstrągu usiadła na łóżku, przyciągnęła kolana do piersi i opatuliła się kocami dla ochrony przed zimnem. W stulonych dłoniach trzymała alethiometr. Nisko zawieszony, skośny sufit, tapeta w drobne kwiatki, stary, wytarty dywanik przed łóżkiem… Wszystko to stało się już przyjemnie znajome. W łagodnym żółtym świetle lampy naftowej pokój wydawał się cieplejszy, niżby to pokazał termometr. Pan siedział pod lampą. Dawniej tuliłby się do jej piersi.

– Co robisz? – zapytał z nutą wrogości w głosie.

– Próbuję tej nowej metody.

– Ale po co? Ostatnio zrobiło ci się od tego niedobrze.

– Uczę się. Sprawdzam różne rzeczy.

– Nie podoba mi się ta nowa metoda, Lyro.

– Dlaczego?

– Kiedy jej próbujesz, wydajesz się zagubiona. Nie wiem, gdzie jesteś, i mam wrażenie, że ty też tego nie wiesz. Brakuje ci wyobraźni…

– Że co?!

– Byłoby lepiej, gdybyś miała bujniejszą wyobraźnię, bo…

– Sugerujesz, że jestem pozbawiona wyobraźni?

– Sugeruję, że usiłujesz żyć bez niej. To też wina tych książek: jedna twierdzi, że wyobraźnia nie istnieje, druga, że to bez znaczenia.

– Nie, nie, nie…

– Jeżeli nie interesuje cię moja opinia, to po co o nią pytasz?

– Wcale nie… – Lyrze zabrakło słów. Była zatroskana i zasmucona. Pan patrzył na nią obojętnie. – Co mam zrobić?

Nie dopowiedziała „z nami”, mimo że o to właśnie jej chodziło.

– Musisz odwołać się do wyobraźni. Tylko że w twoim wypadku nie jest to łatwe, prawda?

– Ja nie… naprawdę nie mam… Pan, nie rozumiem, o co ci chodzi. Jakbyśmy mówili różnymi językami. To nie ma żadnego związku z…

– A co właściwie chciałaś sprawdzić na alethiometrze?

– Sama już nie wiem, zamąciłeś mi w głowie. Wiem, że dzieje się coś złego. Chyba miałam nadzieję odkryć, co to takiego.

Pantalaimon uciekł wzrokiem, powoli machnął ogonem z boku na bok, a potem odwrócił się, wskoczył na stary fotel z perkalowym obiciem, zwinął się w kłębek i poszedł spać.

Brak wyobraźni? Życie bez wyobraźni? Nigdy przedtem nie zastanawiała się nad tym, czym właściwie jest wyobraźnia – gdyby to zrobiła, może doszłaby do wniosku, że ten aspekt jej jaźni koncentruje się w Pantalaimonie, ponieważ ona sama była rzeczowa, pragmatyczna, przyziemna… Ale skąd o tym wiedziała? Stąd, że inni ludzie ją za taką uważali, a przynajmniej traktowali ją w taki sposób, jakby właśnie tak ją postrzegali. Miała znajomych, których uważała za obdarzonych wyobraźnią: byli dowcipni, umieli marzyć, czasem mówili różne zaskakujące rzeczy. Czy ona też taka była? Najwyraźniej nie. Nie miała pojęcia, że zarzut nieposiadania wyobraźni może aż tak boleć.

 

Pantalaimon twierdził, że to wina jej lektur – i miał trochę racji: w Hiperchorezmijczykach z pogardą traktowano bohaterów o artystycznej duszy, piszących wiersze albo wypowiadających się na tematy „duchowe”. Czy Gottfried Brande uważał, że wyobraźnia jest bezwartościowa? Lyra nie pamiętała, czy pisał coś wprost na ten temat; musiałaby przejrzeć książkę, żeby to sprawdzić. Co się zaś tyczy Simona Talbota – w Nieustającym oszustwie jego wyobraźnia przez cały czas wysuwała się na pierwszy plan, w uroczy, choć nieco bezduszny sposób bawiąc się prawdą. Efekt był oszałamiający i olśniewający, jakby nie istniały żadne obowiązki, konsekwencje ani fakty.

Westchnęła ciężko. Przytrzymywała alethiometr lekko obiema rękami, czuła jego znajomy ciężar, błądziła kciukami po żłobkowanych pokrętłach i popatrywała, jak światło lampy odbija się w jego tarczy.

– Ja się naprawdę starałam, Pan – powiedziała półgłosem. – Ty zresztą też, przez pewien czas, dopiero później zabrakło ci zaangażowania. Co zrobimy? To nie może tak trwać. Dlaczego tak mnie nienawidzisz? Dlaczego ja nienawidzę ciebie? Dlaczego nie możemy się nawzajem znieść?

Nie była już śpiąca, lecz rozbudzona i nieszczęśliwa.

– Teraz to i tak już bez znaczenia – dodała szeptem.

Usiadła prosto i mocniej chwyciła alethiometr. Istniały dwie zasadnicze różnice pomiędzy nową metodą odczytu a starą, klasyczną. Pierwsza dotyczyła układu wskazówek na tarczy. W podejściu klasycznym użytkownik powinien sformułować pytanie poprzez ustawienie trzech wskazówek na trzech różnych symbolach i w ten sposób precyzyjnie określić przedmiot swojego zainteresowania. Nowe zalecenia były jednak inne: wszystkie trzy wskazówki należało nakierować na jeden wybrany symbol. Klasycznie kształceni użytkownicy alethiometrów uważali tę metodę za odrażająco sprzeczną z konwencją i tradycją, a na dodatek także niestabilną: zamiast rzetelnej, metodycznej analizy opartej na wytyczonych przez wskazówki trzech punktach podparcia, skacząca dziko z miejsca na miejsce igła odsłaniała nieprzewidywalny chaos znaczeń.

Druga różnica była związana z odmiennym postrzeganiem roli użytkownika. W metodzie klasycznej zalecano jednoczesne odprężenie umysłu i zachowanie czujności. Wytrenowanie obu tych cech łącznie wymagało sporej praktyki, zwłaszcza że użytkownik musiał część uwagi poświęcić na wertowanie ksiąg objaśniających wielorakość znaczeń symboli. W nowej metodzie księgi stawały się zbędne. Użytkownik miał zupełnie zatracić się w procesie odczytu i wprowadzić w stan pasywnego widzenia, w którym nic nie było ustalone i wszystko było równie prawdopodobne. Z tego właśnie powodu zarówno Hannah, jak i Lyra zarzuciły próby nowej metody krótko po ich podjęciu: obie miały po nich potworne mdłości.

Siedząc teraz w łóżku i rozmyślając o tym, Lyra była pełna obaw.

– Czy sprawy mogą pójść bardzo źle? – wyszeptała. – Mogłabym się zagubić i nigdy już nie wrócić…

Owszem, ryzyko istniało. Wobec braku ustalonego punktu widzenia i solidnego oparcia doświadczenie mogło przypominać tonięcie we wzburzonym morzu.

Wzdrygała się przed tym, ale ostatecznie desperacja zwyciężyła. Nastawiła wszystkie trzy wskazówki na symbol konia – nie wiedząc, dlaczego to robi. Ścisnęła alethiometr w dłoniach, zamknęła oczy i rzuciła się umysłem w przepaść jak nurek skaczący z urwiska.

– Nie szukam oparcia… – mamrotała. – Płynę z prądem… zespalam się z nim… niech przepływa przeze mnie na wskroś w jedną stronę, w drugą… nie ma nic stałego… wszystko płynie…

Rysunki na tarczy alethiometru wybiegły jej na spotkanie, przemknęły obok, zaczęły się oddalać. W jednej chwili zawisła głową w dół, w następnej szybowała pod niebem, a jeszcze chwilę później spadała w przerażającą otchłań. Obrazy, które znała doskonale przez pół życia, łypały na nią złowrogim, obcym wzrokiem albo kryły się we mgle. Unosiła się, dryfowała i koziołkowała, nie mając się czego chwycić. To przepadała w mroku, to wypływała w olśniewający blask. Była na bezkresnej równinie rozpostartej pod olbrzymim księżycem i najeżonej skamieniałymi symbolami. Była w lesie rozbrzmiewającym krzykami zwierząt, wrzaskiem ludzi i szeptem przerażonych duchów. Bluszcz wspiął się na niebo, oplótł słońce i ściągnął je w dół, na łąkę, na której rozjuszony czarny byk tupał i prychał gniewnie.

Płynęła swobodnie przez to wszystko, wolna od wszelkich ludzkich odczuć. Rozgrywały się przed nią kolejne sceny – banalne, romantyczne, makabryczne – a ona śledziła je z zaciekawieniem, ale bez emocji. Zastanawiała się, czy śni i czy ma to jakieś znaczenie, rozmyślała o tym, jak odróżnić to, co znaczące, od tego, co trywialne i przypadkowe.

– Nie wiem! – wyszeptała.

Nagle zaczęła odczuwać straszliwe mdłości, nieuchronny skutek stosowania nowej metody. Pośpiesznie odłożyła alethiometr i zaczęła głęboko oddychać, aż nudności ustąpiły.

Musiał istnieć jakiś lepszy sposób. Coś z pewnością się działo, trudno jednak było stwierdzić, co to dokładnie jest. Zastanowiła się, o co by zapytała, gdyby miała przy sobie przynajmniej część ksiąg i mogła skonsultować się z dawnymi autorytetami w kwestii sformułowania pytania i interpretacji odpowiedzi. Odpowiedź przyszła od razu: zapytałaby o kota ze snu. Czy to był dajmon Willa, a jeśli tak, to jakie jest znaczenie tej wizji?

Na tę myśl poczuła się jednak nieswojo. Sceptycyzm Brandego i Talbota kazał jej – na dwa różne sposoby, ale bez cienia wątpliwości – odrzucić świat snów i magicznych sensów. To była dziecinada, pozbawione wartości bzdury. Czymże jednak był alethiometr, jeśli nie przepustką do tego właśnie świata?

Odczuwała przeraźliwe rozdwojenie jaźni. Ale przecież ten kot koloru cienia na oświetlonym księżycem trawniku…

Ponownie sięgnęła po alethiometr i tym razem nastawiła wszystkie trzy wskazówki na rysunek ptaka, symbolizujący – ogólnie rzecz biorąc – dajmony. Ze zmrużonymi oczami zamknęła dłonie na położonym na kolanach przyrządzie, przytrzymując go zupełnie luźno, bez zbędnego napięcia, i spróbowała przywołać atmosferę tamtego snu – co wcale nie było takie trudne, bo uczepił się jej umysłu niczym delikatna woń perfum: pamiętała, jak dajmon, pewny siebie i szczęśliwy, podszedł do niej, jak podstawił łebek do pogłaskania, jak jego sierść zdawała się wprost naładowana uwielbieniem. Pamiętała, że od razu rozpoznała Kirjavę i wiedziała, że może jej dotknąć, ponieważ kochała Willa, a on musiał być gdzieś w pobliżu…

Scena zmieniła się w mgnieniu oka. Lyra, nadal pogrążona w transie, znalazła się w jakimś eleganckim budynku, w korytarzu, którego okna wychodziły na widoczny w dole wąski dziedziniec, gdzie wielgachna limuzyna mieniła się w promieniach zimowego, popołudniowego słońca. Ściany korytarza miały w tym świetle kolor bladozielony.

I znowu był tam ten koci dajmon!

Albo… To mógł być zwyczajny kot, który tym razem po prostu siedział nieruchomo i spokojnie się jej przyglądał. Nie Kirjava. Gdy Lyra – rozpalona jednocześnie nadzieją i rozczarowaniem – ruszyła w jego stronę, kot wstał, odwrócił się i wszedł przez otwarte drzwi do jakiegoś pomieszczenia. Poszła za nim. Po drugiej stronie zobaczyła pokój pełen książek, w którym młody mężczyzna trzymał w rękach alethiometr. Mężczyzną tym był…

– Will! – powiedziała na głos.

Nie mogła się powstrzymać: czarne włosy, mocno zarysowana szczęka, układ ramion znamionujący napięcie… Ale wtedy podniósł na nią wzrok i zorientowała, że to ktoś inny, mężczyzna w podobnym co ona wieku, szczupły, arogancki, z ognistym spojrzeniem. Jego dajmon – który nie był kotem, tylko krogulcem – przysiadł na oparciu krzesła i świdrował ją spojrzeniem żółtych ślepi. Gdzie się podziała Kirjava? Lyra rozejrzała się po pokoju, ale kot zniknął.

Pomiędzy nią i młodym mężczyzną przeskoczyła iskra podejrzliwego rozpoznania, która dla każdego z nich znaczyła co innego: on zorientował się, że ma przed sobą dziewczynę, której jego pracodawca, Marcel Delamare, z jakiegoś powodu pilnie szuka i która jest w posiadaniu alethiometru jego ojca – ona zaś rozpoznała w nim odkrywcę nowej metody odczytywania wskazań przyrządu.

Zanim zdążył się poruszyć, Lyra sięgnęła do klamki i zamknęła dzielące ich drzwi.

Zamrugała, pokręciła głową i wylądowała z powrotem w swoim ciepłym łóżku w Pstrągu. Była wstrząśnięta, zadziwiona, kręciło jej się w głowie. Jaki on był podobny do Willa! Ten pierwszy moment, ta eksplozja radości w piersi! A później to paskudne rozczarowanie i zaraz po nim niespokojne ukłucie zaskoczenia, że wie, co to za miejsce, kim jest ten człowiek i co robi. I gdzie się podziała kotka? Co tam w ogóle robiła? Czyżby celowo zaprowadziła ją do tego mężczyzny?

Nie zwróciła uwagi, że Pan siedzi spięty na fotelu obok łóżka i bacznie ją obserwuje.

Odłożyła alethiometr na stolik nocny, wzięła do ręki kartkę i ołówek i czym prędzej – bo senna wizja już rozpływała się w jej pamięci – zapisała wszystko, co zdołała zapamiętać.

Pantalaimon przyglądał jej się jeszcze przez minutę albo dwie, by w końcu zwinąć się cicho w kłębek na fotelu. Od dobrych kilku nocy nie dzielił poduszki z Lyrą.

***

Nie poruszył się, dopóki nie skończyła pisać i nie zgasiła światła, a i potem odczekał jeszcze chwilę, aż po jej miarowym oddechu zorientował się, że zasnęła. Wtedy wyciągnął mały, zaczytany notesik z książki, w której go ukrył, ścisnął go mocno w zębach i wskoczył na parapet.

Wcześniej obejrzał dokładnie okno: było zamykane na zwykłą metalową zapadkę i zamiast przesuwać się do góry, uchylało się w bok jak drzwi, nie potrzebował więc pomocy Lyry, żeby je otworzyć. Sekundę później siedział na kamiennym zewnętrznym parapecie, skąd przeskoczył na pobliską jabłonkę, zbiegł na ziemię, smyknął przez trawnik, przetruchtał po moście i już po chwili biegł po rozległej Port Meadow w stronę odległej dzwonnicy kościoła Świętego Barnaby, której jasna sylwetka odcinała się od ciemnego nieba. Przemknął przez stadko drzemiących kuców, które poruszyły się nerwowo – całkiem możliwe, że to na grzbiet jednego z nich wskoczył przed rokiem i wbił mu pazurki w grzbiet, aż biedne, spanikowane zwierzę ruszyło galopem przed siebie, by w końcu zrzucić go, zataczającego się ze śmiechu, w trawę. O tej jego eskapadzie Lyra nie miała pojęcia.

Tak samo jak nie wiedziała nic o notesiku, który niósł w zębach. Zapełniony nazwiskami i adresami notatnik pochodził z plecaka doktora Hassalla. Pan postanowił go ukryć, ponieważ dostrzegł w nim coś, na co Lyra nie zwróciła uwagi, a potem co rusz dochodził do wniosku, że właściwy moment, by jej o tym powiedzieć, jeszcze nie nadszedł.

Biegł i biegł – lekkostopy, niezmordowany, bezszelestny – aż dotarł nad kanał przy wschodnim skraju łąki. Zamiast jednak rzucać się wpław i ryzykować zniszczenie notesiku, przemknął przez trawy do mostku prowadzącego do Walton Well Road i Jericho. Od tej pory musiał zachować większą ostrożność: północ jeszcze nie wybiła, sporo pubów było nadal otwartych i gdyby zagłębił się w miasto, byłby doskonale widoczny w plamach żółtego światła z ulicznych lamp na skrzyżowaniach.

Zamiast tego trzymał się więc ścieżki holowniczej. Biegł szybko, często przystawał, żeby rozejrzeć się i ponasłuchiwać, aż w końcu dotarł do furtki z żelaznych prętów po lewej stronie ścieżki. W okamgnieniu przecisnął się przez nią i znalazł na terenie huty Eagle Ironworks, której ogromne hale zamajaczyły mu nad głową. Wąską ścieżką dotarł do drugiej, podobnej furtki przy końcu Juxon Street, przy której stał rząd małych ceglanych szeregowców przeznaczonych dla pracowników huty i pobliskiej stalowni Fell Press. Przed furtką zatrzymał się jednak i przycupnął w cieniu zabudowań, ponieważ po drugiej stronie, na ulicy, stało dwóch mężczyzn pogrążonych w rozmowie.

W końcu jeden z nich otworzył drzwi domu, pożegnali się i chwiejne kroki drugiego zaczęły się oddalać w kierunku Walton Street. Pan odczekał jeszcze minutę, po czym przecisnął się między prętami i wskoczył na niski mur wokół ostatniego z domów.

Przysiadł przy okienku piwnicznym, zza którego sączyło się słabe światło, przez przydymioną i zakurzoną szybę nie sposób było jednak zajrzeć do środka. Nasłuchiwał męskiego głosu – i wkrótce go usłyszał: jedno, dwa zdania wypowiedziane chrypliwym, swobodnym tonem. Odpowiedział mu inny głos, wyższy i bardziej dźwięczny. Byli więc w domu i pracowali. Więcej nie musiał wiedzieć.

 

Zapukał w okno. Głosy od razu ucichły. Ciemna sylwetka wskoczyła na parapet od wewnątrz, wyjrzała na dwór, po czym przesunęła się w bok, żeby mężczyzna mógł otworzyć okno.

Pan wśliznął się do środka i zeskoczył na kamienną posadzkę piwnicy. Przywitał się z dajmonem-kotką o sierści tak absolutnie czarnej, że zdawała się pochłaniać światło. Było wściekle gorąco. Na środku stał rozpalony, huczący piec, a całe pomieszczenie – ciemne od sadzy i gęsto oplecione pajęczynami – przypominało połączenie kuźni z laboratorium chemicznym.

– Witaj, Pantalaimonie – odezwał się mężczyzna. – Dawno się nie widzieliśmy.

– Dobry wieczór, panie Makepeace – odparł Pan, wypuściwszy notatnik z pyszczka. – Jak się pan miewa?

– Przynajmniej mam zajęcie – odparł Makepeace. – Przyszedłeś sam?

Miał około siedemdziesięciu lat, twarz pożłobioną głębokimi bruzdami i skórę pocętkowaną albo ze starości, albo od przesycającego powietrze dymu. Pan i Lyra poznali Sebastiana Makepeace’a przed kilku laty, przy okazji osobliwego epizodu, w którym udział wzięła również pewna wiedźma i jej dajmon. Od tamtej pory odwiedzili go kilkakrotnie i przywykli do jego ironicznych uwag i nieopisanego bałaganu w jego laboratorium, a także nauczyli się doceniać jego wiedzę o różnych ciekawych zjawiskach i życzliwą cierpliwość jego dajmona, Mary. Mary i Makepeace wiedzieli z kolei, że Lyra i Pan mogą się rozdzielać – wiedźma, której podstęp doprowadził do ich pierwszego spotkania, była niegdyś kochanką Makepeace’a, ten szczególny talent wiedźm nie stanowił więc dla niego sekretu.

– Tak – przytaknął Pan. – Lyra… Lyra śpi. Chciałem was o coś zapytać, ale nie chciałbym przeszkadzać…

Makepeace nałożył na dłoń sfatygowaną rękawicę i przesunął stojący na piecu żelazny tygiel.

– To się musi chwilę pogrzać – wyjaśnił. – Siadaj, chłopcze. Ja sobie zapalę i pogadamy.

Wyjął z szuflady krótkie cygaro i je przypalił. Pan, który lubił zapach ziela fajkowego, zastanawiał się, czy zdoła wyczuć jego aromat w gęstej atmosferze pracowni.

Alchemik przysiadł na taborecie i spojrzał dajmonowi w oczy.

– Słucham – powiedział – co jest w tym notatniku?

Pan wziął go w zęby i mu go podał, po czym opowiedział o morderstwie nad rzeką i późniejszych wydarzeniach. Makepeace słuchał w skupieniu. Siedząca u jego stóp Mary nie odrywała oczu od Pana.

– Powodem, dla którego postanowiłem najpierw go ukryć, a potem przynieść tutaj – dodał na zakończenie Pantalaimon – jest fakt, że znalazłem w nim pańskie nazwisko. Lyra go nie zauważyła, ale ja tak. W notesie są nazwiska i adresy wielu ludzi.

– Daj, niech spojrzę.

Makepeace założył okulary. Jego dajmon wskoczył mu na kolana i razem zaczęli uważnie przeglądać zawarty w notesiku spis ludzi, ich dajmonów i adresów zamieszkania. Każdy wpis został dokonany innym charakterem pisma. Nie były ułożone alfabetycznie, raczej – na co Pan zwrócił uwagę już wcześniej – geograficznie, od wschodu ku zachodowi, od miejsca zwanego Chorezmem do Edynburga, z licznymi europejskimi miastami po drodze. Pan przeglądał potajemnie notesik już ze trzy albo cztery razy, ale do tej pory nie znalazł nic, co by łączyło te wszystkie miejsca.

Tymczasem alchemik sprawiał wrażenie, jakby szukał w nim pewnych konkretnych osób.

– Z Oksfordu tylko pan jest wymieniony – poinformował go Pantalaimon. – Ciekaw byłem, czy ta lista będzie dla pana znajoma. I czy domyśla się pan, dlaczego ten człowiek miał ją przy sobie.

– Mówisz, że on i jego dajmon też potrafili się rozdzielać?

– Tak, zrobili to tuż przed tym, jak umarł. Dajmon podfrunął do mnie na drzewo i poprosił o pomoc.

– Dlaczego nie powiedziałeś Lyrze o tym notatniku?

– Jakoś się… nie złożyło.

– To niefortunne. Powinieneś go jej dać, jest bardzo cenny. Taki spis ma swoją specjalną nazwę: clavicula adiumenti.

Makepeace wskazał dwie tłoczone litery widoczne u dołu wewnętrznej strony tylnej okładki, przy samym grzbiecie: C.A. Oprawa notesu była tak powycierana i sfatygowana, że niełatwo było je dostrzec. Następnie przekartkował notatnik, zatrzymał się mniej więcej w połowie, z kieszonki kamizelki wyjął krótki ołówek i coś nim zapisał, uprzednio obróciwszy notes bokiem.

– Co to znaczy? – zainteresował się Pantalaimon. – Clavicula… I kim są ci ludzie? Zna ich pan wszystkich? Ja nie umiałem ich ze sobą powiązać.

– To mnie nie dziwi.

– A co pan tam napisał?

– Dopisałem brakujące nazwisko.

– Dlaczego bokiem?

– Inaczej nie zmieściłoby się na stronie. Jeszcze raz powiem: daj notatnik Lyrze i razem do mnie przyjdźcie. Wtedy wam wyjaśnię, co to znaczy. Ale musicie być przy tym obecni oboje.

– To nie będzie łatwe – przyznał Pan. – Ostatnio prawie ze sobą nie rozmawiamy, stale się kłócimy… To okropne, ale nie umiemy przestać.

– O co się kłócicie?

– Ostatni raz, dzisiaj wieczorem, posprzeczaliśmy się o wyobraźnię. Powiedziałem, że brakuje jej wyobraźni, a ona się zezłościła.

– Jesteś tym zaskoczony?

– Nie. Właściwie to nie.

– A dlaczego spieraliście się o wyobraźnię?

– Już nawet nie wiem… Przypuszczam, że różnie rozumiemy to słowo.

– Nie zrozumiesz istoty wyobraźni, dopóki nie uświadomisz sobie, że najważniejsze w niej nie jest wymyślanie różnych rzeczy, tylko percepcja. O co jeszcze się kłócicie?

– O różne rzeczy. Lyra się zmieniła, czyta książki, które… Słyszał pan o Gottfriedzie Brandem?

– Nie. Ale nie mów mi, co o nim myślisz. Powiedz raczej, co Lyra by o nim powiedziała.

– Hm… No dobrze, spróbuję. Brande jest filozofem. Nazywają go „Mędrcem z Wittenbergi”, przynajmniej niektórzy. Napisał długaśną powieść zatytułowaną Hiperchorezmijczycy; nawet nie wiem, co to znaczy, bo w treści ani razu nie odwołuje się do tytułu.

– Ten tytuł oznacza mieszkańców ziem położonych za Chorezmem, krainą ciągnącą się na wschód od Morza Kaspijskiego…

– Cho… Jak? Wydaje mi się, że ta nazwa jest w spisie.

Makepeace zajrzał do notesu i pokiwał głową.

– Rzeczywiście, jest. Jak Lyra ocenia tę powieść?

– Jest nią… zauroczona. Odkąd tylko…

– Nie, nie: powiedziałeś mi, co ty o niej myślisz. A ja proszę, żebyś powiedział, jaka byłaby opinia Lyry.

– Rozumiem. Powiedziałaby, że ta powieść porusza bardzo obszerny zakres tematów i ma wielką siłę wymowy… przedstawia kompletny, wiarygodny świat… nie przypomina żadnej innej znanej jej książki… to zupełnie nowe… nowe spojrzenie na ludzką naturę, które zdruzgotało wszelkie jej uprzednie przekonania… pokazuje życie z zupełnie nowej perspektywy… Pewnie coś w tym guście, tak przypuszczam.

– Kpisz sobie z niej.

– Nic na to nie poradzę. Nie cierpię tej książki. Bohaterowie to potworni egoiści, ślepi na wszelkie ludzkie uczucia. Są albo aroganccy i apodyktyczni, albo służalczy i kłamliwi, a jeśli nie, to w najlepszym razie fircykowaci, pretensjonalni i beznadziejni… Jedyną wartościową rzeczą na świecie jest rozum. Autor jest racjonalny aż do obłędu, nic innego się dla niego nie liczy. Wyobraźnia to coś pozbawionego znaczenia i godnego pogardy. Cały opisany przez niego wszechświat jest… jałowy jak pustynia.

– Skoro jest filozofem, to dlaczego właściwie napisał powieść? Czyżby uważał ją za formę właściwą dla filozofii?

– Napisał więcej książek, ale to z tej zasłynął. Innych nie czytaliśmy… to znaczy, Lyra nie czytała.

Alchemik strzepnął popiół z cygara prosto do pieca i zapatrzył się w ogień. Siedząca obok niego Mary miała przymknięte oczy i mruczała miarowo.

– Znaliście kiedyś człowieka i dajmona, którzy by się wzajemnie nienawidzili? – zapytał po chwili milczenia Pantalaimon.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?