Tajemna wspólnota

Tekst
Z serii: Księga prochu #2
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dlaczego nie tuli w taki sposób swojego dajmona? – nie mógł się nadziwić Malcolm. Nagle uświadomił sobie coś, co już wcześniej zwróciło jego uwagę: Lyra i Pantalaimon nie lubili się nawzajem. Poczuł gwałtowne uczucie zaskoczenie. Zrobiło mu się ich żal.

– Posłuchaj – odezwał się – moi rodzice mają pub w Godstow. Nazywa się Pstrąg. Na pewno mogłabyś tam zamieszkać, przynajmniej na czas ferii.

– A mogłabym tam pracować?

– To znaczy… Czy mogłabyś tam w spokoju się uczyć? – spytał skonsternowany Malcolm.

– Nie – odparła ze wzgardą w głosie, której próżno by szukać w jej oczach. – Pracować w barze, w kuchni… Żeby opłacić swój pobyt.

Nagle Malcolm zrozumiał, jak bardzo jest dumna i jak silnie wstrząsnęły nią słowa mistrza o tym, że skończyły się pieniądze.

– Jeśli zechciałabyś robić coś takiego, to rodzice z pewnością byliby zachwyceni – odparł.

– W takim razie zgoda.

Malcolm lepiej niż ktokolwiek inny zdawał sobie sprawę z naturalnego uporu cechującego Lyrę. Zastanawiał się jednak, ilu ludzi dostrzegało samotność malującą się na jej twarzy, gdy na moment przestawała się pilnować.

– Nie traćmy czasu – zaproponował. – Pójdziemy tam od razu, jeszcze dziś, gdy tylko będziesz gotowa.

– Trzeba uprzątnąć… – Machnięciem ręki ogarnęła bałagan w pokoju. – Nie mogę tego tak zostawić.

– Odłóż książki na półki, przestaw meble na miejsce… To wystarczy. Sypialnia też tak wygląda?

– Tak: ubrania wywleczone na podłogę, łóżko do góry nogami…

Ścisnęło ją w gardle, oczy jej się zaszkliły. Jak by nie patrzeć, było to paskudne najście.

– Albo wiesz co? Ja poodkładam książki i papierzyska – zaproponował Malcolm. – Odstawię też meble, dam sobie radę, a ty idź i spakuj jakieś ubrania. Łóżkiem się nie przejmuj, powiemy Billowi, że ci goście od przeprowadzek okazali się złodziejaszkami i na przyszłość powinien mieć więcej oleju w głowie, żeby takich nie wpuszczać. – Z wieszaka przy drzwiach zdjął bawełnianą torbę na zakupy. – Mogę do tego przełożyć rzeczy z plecaka?

– Oczywiście. Pójdę po ubrania.

Malcolm podniósł pierwszą z brzegu książkę.

– Czytasz to? – zapytał.

To było Nieustające oszustwo Simona Talbota.

– Tak. Chociaż nie wiem, co o niej myśleć.

– Taka opinia powinna mu się spodobać.

Włożył do torby trzy teczki, obie książki, flakoniki i pudełka; jeszcze tego samego wieczora zamierzał je umieścić w sejfie u Hannah. Potem będzie musiał się skontaktować z Oakley Street, mało znanym wydziałem tajnych służb, któremu oboje z Hannah podlegali, a następnie udać się do Ogrodu Botanicznego, gdzie na pewno czekają na nieszczęsnego doktora Hassalla i jego okazy, próbki czy co tam ze sobą przywiózł.

Wstał i zaczął układać książki na półkach. Chwilę później wróciła Lyra.

– Gotowa? Poustawiałem książki byle jak, obawiam się, że będziesz je musiała później uporządkować.

– Dziękuję. Cieszę się, że byłeś ze mną, kiedy tu wróciłam. Udało mi się ich oszukać z plecakiem, ale nie miałam pojęcia, jakie to obrzydliwe uczucie… kiedy pomyślę, że dotykali moich ubrań…

Pan od dłuższej chwili rozmawiał półgłosem z Astą. Malcolm zdawał sobie sprawę, że Asta później streści mu całą rozmowę. Pan również o tym wiedział. Podobnie jak Lyra.

– Mam lepszy pomysł – powiedział Malcolm. – Nic nie powiemy Billowi. Od razu by chciał dzwonić na policję, a my musielibyśmy mu tłumaczyć, dlaczego nie może tego zrobić. Na pewno zapamiętałby całą sytuację i później się nad nią głowił. Lepiej nic nie mówić. A jeśli będzie o coś pytał, to owszem, przyszli ludzie od przeprowadzek, ale pomylili datę.

– Gdybyśmy wciągnęli w to policję, szybko dodaliby dwa do dwóch, zorientowaliby się, że wiem o morderstwie… Ale skąd wiedzieli o plecaku? Nikt nas nie śledził.

– Mają alethiometr.

– To muszą też mieć dobrego analizatora. Trafili pod konkretny adres, bardzo trudno jest wyczytać z alethiometru takie szczegóły. Muszę założyć, że jestem stale obserwowana. Obrzydlistwo.

– To prawda. Chodź, na razie trzeba cię odprowadzić do Godstow.

***

Państwo Polsteadowie przyjęli Lyrę bardzo serdecznie. Od razu zgodzili się, żeby zamieszkała w Pstrągu, dali jej wygodny pokój, przystali na jej propozycję, że może im pomagać w kuchni lub w barze (w zależności od tego, gdzie okaże się bardziej potrzebna) i w ogóle sprawiali wrażenie najżyczliwszych rodziców na świecie.

– Jak by nie patrzeć, to on cię stąd zabrał – powiedziała pani Polstead, stawiając przed Lyrą na kuchennym stole garnek z duszoną wołowiną – więc wypada, żeby to on odprowadził cię z powrotem. Po prawie dwudziestu latach!

Była wysoka, karnacją trochę przypominała Malcolma i miała błyszczące niebieskie oczy.

– Ja się o tym wszystkim dopiero teraz dowiedziałam – przyznała Lyra. – O tym, że Malcolm mnie stąd zabrał i tak dalej. Byłam za mała, żeby cokolwiek pamiętać. Gdzie jest ten klasztor, gdzieś niedaleko?

– Blisko, po drugiej stronie rzeki. Ale to już zupełna ruina. Mocno ucierpiał podczas powodzi, nie opłacało się go remontować. Poza tym tamtej nocy zginęło sporo sióstr i zostało ich za mało, żeby klasztor mógł żyć dawnym życiem. Nie pamiętasz pewnie siostry Fenelli? Ani Benedicty? Nie, za malutka byłaś.

Lyra pokręciła głową z pełnymi ustami.

– Benedicta była tam przełożoną – ciągnęła pani Polstead – ale to Fenella najczęściej się tobą opiekowała. Nie było na świecie drugiej tak przemiłej starszej pani. Malcolm ją uwielbiał. Kiedy po powrocie dowiedział się, że nie żyje, był zdruzgotany. Ech, myślałam, że mu nigdy nie wybaczę tego, że tak zniknął bez uprzedzenia… Mało oczu sobie nie wypłakałam! Oczywiście doszliśmy do wniosku, że utonął, razem z tobą i Alice. Tylko jedno nas pocieszało: nigdzie nie znaleźliśmy jego kanoe. Pomyśleliśmy, że może zdążył do niego wskoczyć, i czepialiśmy się rozpaczliwie tego okrucha nadziei, aż w końcu wrócił: poobijany, posiniaczony, postrzelony, wyczerpany…

– Postrzelony? – powtórzyła Lyra. Pałaszowała z zapałem, ale znacznie bardziej głodna była szczegółów historii Malcolma.

– W rękę. Do dziś ma bliznę. Był wykończony, przespał potem chyba ze trzy dni. Trochę to nawet odchorował, pewnie wszystko przez tę brudną wodę. Jak mięso, smakuje ci? Dołożyć ci ziemniaków?

– Jest przepyszne, dziękuję. Jednego w tym wszystkim nie rozumiem: dlaczego o niczym nie wiedziałam? Rozumiem, że nie mogłam niczego zapamiętać, ale dlaczego nikt mi nic nie powiedział?

– Dobre pytanie. Myślę, że z początku największym problemem, znaczy, z punktu widzenia kolegium, było zapewnienie ci opieki. Stare, zalatujące stęchlizną gmaszysko, dookoła sami naukowcy, którym dzieci nigdy wcześniej nie plątały się pod nogami i którzy nie bardzo wiedzieli, co się właściwie stało, a Alice nie zamierzała im niczego tłumaczyć. Co ci opowiadał Mal o tym dniu, kiedy razem z lordem Asrielem zanieśli cię do Jordana?

– Dopiero dziś po południu pierwszy raz o tym usłyszałam, jeszcze nie całkiem to do mnie dociera… Alice od wieków była dla mnie „panią Lonsdale”. Zawsze była przy mnie, kiedy dorastałam, pilnowała, żebym nie chodziła brudna, uczyła mnie dobrych manier i myślałam… No nie wiem. Chyba myślałam, że od zawsze pracuje w kolegium.

– Skądże. Powiem ci, jak ja się dowiedziałam. Jakieś pół roku po powodzi stary mistrz Kolegium Jordana, doktor Carne, zaprosił nas do siebie. Nie mieliśmy z Regiem pojęcia, o co może chodzić, ale pewnego popołudnia wystroiliśmy się odświętnie i poszliśmy. Było lato. Mistrz przyjął nas w ogrodzie, poczęstował herbatą i o wszystkim opowiedział. Wyglądało na to, że Mal i Alice wszystko zaplanowali: zabrali cię do lorda Asriela, gdzie, jak przypuszczali, miałaś być bezpieczna. Nigdy w życiu nie słyszałam o równie bezmyślnym przedsięwzięciu i wyraźnie powiedziałam Malowi, co myślę o jego nierozwadze, ale tak naprawdę to byłam z niego dumna. Nadal jestem. Tylko za żadne skarby mu o tym nie mów. Ale mniejsza z tym. Lord Asriel powołał się na prawo… ochrony… azylu…

– Azylu akademickiego.

– Właśnie. Zażądał go dla ciebie i zapowiedział mistrzowi, że będzie musiał zrobić z ciebie akademiczkę, żebyś mogła z niego skorzystać. Doktor Carne spojrzał na Mala i Alice, przytopionych, zmordowanych, zakrwawionych i brudnych jak siedem nieszczęść i zapytał: „A ci dwoje?”. Na co lord Asriel odparł: „Hołub ich jak najcenniejszy skarb” i wyszedł. Doktor Carne wziął sobie jego słowa do serca. Posłał Mala do Radcliffe School, gdzie opłacił mu czesne, a potem przyjął go na studia do Jordana. Alice nie rwała się do nauki, ale ponieważ była z natury bystra i przenikliwa, mistrz ją zatrudnił i zaczęła się tobą opiekować. Młodo wyszła za mąż za Roberta Lonsdale’a, cieślę. Śliczny chłopak, porządny, godny zaufania. Zginął w wypadku na budowie i Alice przed dwudziestką owdowiała. Nie wiem o wszystkim, co wydarzyło się podczas ich rejsu tym przeklętym kanoe, Malcolm nie opowiedział mi pewnie nawet połowy, zawsze powtarza, że nie chce mnie straszyć, ale jedno wiem: bardzo się z Alice zaprzyjaźnili. Stali się praktycznie nierozłączni, na ile było to możliwe, oczywiście, zważywszy że Mal poszedł do szkoły.

– To wcześniej nie byli przyjaciółmi?

– Raczej śmiertelnymi wrogami. Ona z niego drwiła, a on jej nie zauważał. Serdecznie się nie znosili. Alice potrafiła być wredna, jest od niego o cztery lata starsza, nie zapominaj, a w tym wieku to bardzo dużo. Drażniła się z nim, dokuczała mu… Raz ją nawet musiałam pogonić, ale Mal nigdy się nie skarżył, chociaż zaciskał kurczowo usta, o tak, kiedy zanosił jej brudne naczynia do pozmywania. Tamtej zimy załapała się do pracy w klasztorze: pomagała przy tobie, żeby ulżyć trochę starej, biednej siostrze Fenelli. No, pięknie się uwinęłaś z tą wołowiną. Dokładkę?

 

– Nie, dziękuję. Tego mi właśnie było trzeba.

– A może zapiekaną śliwkę? Podlałam je leciutko likierem.

– Brzmi smakowicie. Poproszę.

Pani Polstead nałożyła śliwek i polała je śmietaną kremówką. Lyra zerknęła na Pantalaimona, ciekawa, czy zwrócił na to uwagę (zanim się między nimi ochłodziło, często drwił z jej żarłoczności), ale on siedział na podłodze pogrążony w rozmowie z dajmonem gospodyni, starym, posiwiałym borsukiem.

Pani Polstead usiadła.

– Malcolm wspominał o nowym mistrzu w Jordanie – powiedziała. – Podobno brzydko cię potraktował.

– Prawdę mówiąc, trudno mi to stwierdzić. Mam taki mętlik w głowie, wszystko dzieje się tak szybko… No bo jeżeli pieniądze na moje utrzymanie faktycznie się skończyły, jak on twierdzi, to nie bardzo mogę z tym polemizować, ponieważ nie wiem na ten temat nic więcej niż to, co sam mi powiedział. Czy… ehm… czy Malcolm mówił, że mistrz kazał mi się wyprowadzić?

Pierwszy raz Lyra nazwała doktora Polsteada „Malcolmem” i przez moment czuła się z tym niezręcznie.

– Tak. To naprawdę podłe. Kolegium jest bogate jak sam Ali Baba, nie potrzebują twoich pokoików dla żadnego zakichanego studenta. Żeby cię tak po prostu wyrzucić z miejsca, w którym mieszkałaś przez całe życie…

– Tak czy inaczej, to on tam rządzi, a ja… no nie wiem, wszystko jest takie skomplikowane. Gubię się w tym. Pomyślałam, że jak mocniej stanę na nogi…

– Możesz tu zostać, jak długo zechcesz, Lyro. Miejsca mamy pod dostatkiem, a dodatkowa para rąk zawsze się przyda. Dziewczyna, która miała się u nas zatrudnić na okres świąteczny, poszła zamiast tego do Boswella. Życzę jej powodzenia.

– Pracowałam u nich dwie zimy temu. Nie miałam żadnych przerw.

– Dziewczyny myślą, że to takie cudowne, nic, tylko perfumy, balsamy i inne cuda wianki. A to po prostu zwykła ciężka praca.

Lyra zdała sobie sprawę, że pracując u Boswella, z pewnością sprzedawała produkty fabryki należącej do ojca Miriam – tyle że nie znała jeszcze wtedy Miriam, więc nie zwróciła na to uwagi. Nagle świat studenckich przyjaźni i całe spokojne, skromne życie w Świętej Zofii zdały jej się bardzo odległe.

– Pomogę przy zmywaniu – zaproponowała.

Chwilę później nurzała się już po łokcie w mydlinach – i czuła się jak w domu.

***

Tej nocy przyśnił jej się kot na zalanym księżycową poświatą trawniku. Z początku nie zwróciła na niego uwagi, dopóki w którymś momencie – był to wstrząs, który omal jej nie obudził, a z całą pewnością obudził Pantalaimona – nie rozpoznała w nim Kirjavy, dajmona Willa: kotka przeszła po trawie i otarła się łebkiem o wyciągniętą do niej rękę. Will nie zdawał sobie sprawy, że ma dajmona, dopóki Kirjava nie została wydarta z jego serca na brzegu krainy umarłych, tak jak Pan został oddzielony od Lyry. Śniącej Lyrze wydało się że przypomina sobie fakty, które znała z przeszłości – albo może z przyszłości – i których znaczenie było równie obezwładniające jak radość, jaką odczuwali pospołu z Willem. Była w tym śnie także czerwona budowla z dziennika i Lyra wiedziała już, co jest środku! Rozumiała, dlaczego musi się do niej udać! Te informacje stanowiły nieodłączną część wszelkiej posiadanej przez nią wiedzy. W tym śnie/wspomnieniu miała wrażenie, że zaledwie poprzedniego dnia wałęsali się po świecie mulef. Był to czas otulony i przepojony miłością tak wielką, że złapała się na tym, że płacze we śnie, a gdy się obudziła, poduszkę miała mokrą od łez.

Pan patrzył na nią z bliska. Milczał.

Usiłowała sobie przypomnieć wszystkie senne obrazy, te jednak zanikały z każdą chwilą i ostatecznie została jej tylko ta intensywna, upajająca, wszystko przenikająca miłość.

***

Malcolm zadzwonił do drzwi Hannah. Dwie minuty później siedzieli już przed kominkiem i opowiadał jej o morderstwie, portfelu, plecaku i Lyrze w Pstrągu. Nie przerywała mu, dobrze relacjonował fakty, układał je w najlepszej kolejności z punktu widzenia całej historii, każdemu nadawał należytą wagę.

– Co masz w tej torbie? – zapytała, gdy skończył.

– A właśnie. – Postawił sobie torbę między nogami. – Przede wszystkim: te papiery. Nie miałem czasu ich przejrzeć, ale jeszcze dziś wieczorem porobię fotogramy. Do tego dwie książki: anatolijski podręcznik botaniki i to coś.

Hannah wzięła od niego drugą książkę. Została kiepsko oprawiona, a potem nieporadnie podreperowana, papier był szorstki i kruchy, skład – wybitnie amatorski. Nosiła ślady intensywnego czytania: okrywające ją deseczki wyświeciły się od dotyku dłoni, wiele stron miało ośle uszy, na wielu poczyniono też dopiski ołówkiem, w tym samym języku.

– Wygląda jak tomik poezji – orzekła Hannah – ale nie znam tego języka.

– To tadżycki – odparł Malcolm – i rzeczywiście jest to wiersz, epicki poemat Dżahan i Ruchsana. Nie potrafię go przeczytać, ale tyle zrozumiałem.

– A ten drugi plik papierów? – Hannah wskazała dziennik doktora Straussa, relację z jego podróży w głąb pustyni Karamakan.

– Wydaje mi się, że to jest klucz do całości. Po drodze do ciebie zaszedłem na chwilę do pubu Lamb and Flag i przeczytałem to. Radzę ci zrobić to samo, to nie potrwa długo.

Wyraźnie zaintrygowana Hannah wzięła od niego plik kartek.

– Mówisz, że nieszczęśnik był botanikiem?

– Jutro pójdę do Ogrodu Botanicznego, zobaczę, co mi powiedzą. W plecaku były jeszcze takie małe flakoniki… o, zobacz, tu są… i pudełka z czymś, co wygląda jak nasiona.

Hannah podniosła jedno z pudełeczek do światła, obwąchała je i odczytała etykietkę.

Ol. R. tajikiae… Ol. R. chashmiae… Ciężko się to czyta. Ol. to pewnie olejek, oleum po łacinie… A R. to Rosa.

– Też tak przypuszczam.

– A to według ciebie są nasiona? – Potrząsnęła jednym z pudełeczek. Zagrzechotało.

– Tak myślę. Nie miałem czasu ich otworzyć.

– Zajrzyjmy do środka.

Pudełeczko było szczelnie zamknięte i otworzenie go wymagało mnóstwa cierpliwości, ale w końcu Hannah ostrożnie wysypała na dłoń jego zawartość: kilkadziesiąt drobnych, szaroburych, nieregularnych nasionek.

R. lopnoriae – odczytał Malcolm etykietę na pudełku. – Ciekawe… Wyglądają znajomo?

– Powiedziałabym, że jak nasiona róży, chociaż na ten trop mogły mnie naprowadzić inne skojarzenia. Tylko że one naprawdę wyglądają jak nasiona róży. Co w tym ciekawego?

– Nazwa tej odmiany. Fakt, że botanik nosił przy sobie jakieś nasiona, nie jest szczególnie niezwykły, ale coś mnie dręczy… Uważam, że to robota dla Oakley Street.

– Zgadzam się. W sobotę będę się widziała z Glenys na nabożeństwie żałobnym Toma Nugenta. Porozmawiam z nią.

– Dobrze. Sprawa jest wystarczająco poważna, żeby skutkować morderstwem i kradzieżą. Co wiesz na temat Łob-nor, Hannah?

– To jezioro, prawda? Czy pustynia? Gdzieś w Chinach. Nigdy tam nie byłam, ale parę miesięcy temu słyszałam, jak ktoś wspomniał tę nazwę w kontekście… Co to mogło być?

– Jest tam instytut naukowy, głównie meteorologiczny, ale pracują w nim też specjaliści z innych dyscyplin. W niewyjaśnionych okolicznościach stracili kilkunastu ludzi, którzy po prostu zniknęli bez śladu. Chodzą słuchy, że ma to coś wspólnego z Prochem.

– Już sobie przypomniałam: Charlie Capes mi o tym mówił.

Charles Capes był kapłanem Kościoła anglikańskiego oraz sekretnym sprzymierzeńcem Oakley Street. Znalazł się w niebezpiecznym położeniu. Za apostazję groziły surowe kary, a od wyroków sądów kościelnych nie było apelacji. Oskarżonemu pozostawała tylko jedna linia obrony: przemożny diabelski wpływ. Przekazując informację Oakley Street, Capes ryzykował karierę, wolność, a niewykluczone, że i życie.

– Czyli Magisterium interesuje się Łob-nor – podsumował Malcolm. – Różami zapewne też.

– Chcesz to wszystko zanieść do Ogrodu Botanicznego?

– Tak, tylko wcześniej pofotogramuję wszystkie dokumenty. Hannah…

– Tak?

– Będziemy musieli powiedzieć Lyrze o Oakley Street. Grozi jej wielkie niebezpieczeństwo, powinna wiedzieć, że ma gdzie szukać pomocy i ochrony. Oakley Street może jej zapewnić jedno i drugie.

– Niewiele brakowało, a byłabym jej powiedziała już dzisiaj. Oczywiście nie zrobiłam tego, ale uważam, że masz rację. Powinniśmy tak zrobić. Wiesz co… Cała ta historia przypomina mi tamten plecak sprzed lat, który mi przyniosłeś. Ten należący do Gerarda Bonneville’a. Ileż tam było bezcennych materiałów! W życiu nie widziałam drugiej takiej skarbnicy. No i jeszcze alethiometr.

– A właśnie, skoro o alethiometrach mowa… Nie podoba mi się, że tamci zdołali tak szybko namierzyć Lyrę i plecak. To chyba nieczęsto się udaje, prawda?

Hannah zrobiła zatroskaną minę.

– Poniekąd potwierdza to nasze wcześniejsze domysły – powiedziała. – Od miesięcy mówi się o nowym sposobie odczytywania wskazań alethiometru. Nadzwyczaj nieszablonowym, po części wręcz eksperymentalnym. Wymaga zupełnego odrzucenia stosowanej w metodzie klasycznej filozofii jednego wyróżnionego punktu widzenia. Nie potrafię dokładnie tego objaśnić, bo kiedy raz tego spróbowałam, ogarnęły mnie potworne mdłości, ale wygląda na to, że jeśli opanuje się tę metodę, odpowiedzi uzyskuje się znacznie szybciej i prawie bez pomocy ksiąg.

– Dużo ludzi ją stosuje?

– W Oksfordzie nikt, o ile mi wiadomo. Jest tu traktowana dość nieufnie. Większości odkryć w tej dziedzinie dokonano w Genewie. Mają tam młodego człowieka, ponoć niezwykle utalentowanego. Nigdy byś się nie domyślił, jak się…

– A Lyra? Opanowała tę nową metodę?

– Wydaje mi się, że też próbowała raz, może dwa, ale bez powodzenia.

– Przepraszam, przerwałem ci. Czegóż to miałbym się nigdy nie domyślić?

– Jak się nazywa ten młodzieniec z Genewy. Olivier Bonneville.

9. Alchemik

9 Alchemik

Przeczytawszy dziennik doktora Straussa, Hannah zgodziła się z sugestią Malcolma, by jak najszybciej dostarczyć go do rąk ludzi z Oakley Street. Malcolm zarwał więc noc i sporządził fotogramy wszystkich dokumentów z plecaka Hassalla, a także kart tytułowych obu książek. Schował rolki filmu do lodówki i przed piątą rano położył się do łóżka.

– Czy ona nadal ma pistolet? – zapytała Asta, zanim jeszcze zasnęli.

Tak jak każdy agent wyższej rangi, Hannah musiała przejść kurs walki wręcz i raz do roku zdać egzamin ze strzelania z broni krótkiej. Mogła wyglądać na siwowłosą akademiczkę – i faktycznie nią była, ale była również uzbrojona i umiała z tej broni zrobić użytek.

– Trzyma go w sejfie – odparł Malcolm – i na pewno wolałaby go stamtąd nie wyjmować.

– Powinna go mieć bardziej pod ręką.

– To ją przekonaj. Mnie się nie udało.

– Co zrobimy w sprawie Oliviera Bonneville’a?

– W tej chwili możemy sobie co najwyżej o nim podumać. Czyżby syn? Bonneville mógł mieć syna. Kolejna rzecz, którą warto by sprawdzić. Zobaczymy, co Oakley Street ma do powiedzenia na ten temat.

***

Po śniadaniu zaniósł filmy zaufanemu technikowi do wywołania i poszedł High Street do Ogrodu Botanicznego. Szary, posępny dzień niósł w powietrzu posmak deszczu. Rozświetlone okna budynku biurowego lśniły jasno na tle rosnącego za nim potężnego cisu.

Sekretarka najpierw poinformowała go, że pani dyrektor jest zajęta i będzie musiał umówić się na spotkanie. Kiedy jednak powiedział, że jego wizyta ma związek z doktorem Roderickiem Hassallem, zupełnie zmieniła nastawienie.

– Wie pan, gdzie on jest? – zapytała, wyraźnie poruszona. Jej dajmon, mały boston terier, zjeżył grzbiet i skamlał cichutko.

– O tym właśnie chcę porozmawiać z panią dyrektor.

– Naturalnie. Przepraszam na chwilę.

Sekretarka wstała od biurka i weszła do gabinetu; dajmon plątał jej się pod nogami. Po chwili wyszła i powiedziała:

– Profesor Arnold przyjmie pana.

– Dziękuję – odparł Malcolm i wszedł. Sekretarka zamknęła za nim drzwi.

Dyrektorką okazała się kobieta w wieku około czterdziestu lat, szczupła, jasnowłosa i surowa. Stała obok biurka. Jej dajmon, koliber, zawisł na chwilę w powietrzu, zanim usadowił się jej na ramieniu.

– Co pan wie o Rodericku Hassallu? – zapytała bez zbędnych wstępów.

– Miałem nadzieję, że pani coś mi o nim powie – odparł Malcolm. – Moja wiedza na jego temat ogranicza się do tego, co jest tutaj. – Położył torbę z papierami na schludnym blacie biurka. – Znalazłem ją na przystanku autobusowym, tak jakby ktoś ją tam zostawił i zapomniał. Nikogo nie było w pobliżu, ale odczekałem chwilę, żeby zobaczyć, czy ktoś się o nią nie upomni. Kiedy nikt się nie pojawił, postanowiłem sprawdzić, do kogo należy. W środku jest portfel.

 

Profesor Arnold wyjęła portfel z torby i pobieżnie przejrzała jego zawartość.

– Zorientowałem się, że to państwa pracownik – ciągnął Malcolm – więc pomyślałem, że przyniosę to tutaj.

– Na przystanku, powiedział pan… Gdzie dokładnie?

– Przy Abingdon Road, w kierunku do centrum.

– Kiedy?

– Wczoraj rano.

Dyrektorka odłożyła portfel i wyjęła jedną z teczek z dokumentami. Przekartkowała papiery, wyjęła pozostałe dwie teczki i również je przejrzała. Malcolm czekał, co powie. W końcu podniosła wzrok i zmierzyła go badawczym spojrzeniem.

– Przepraszam, sekretarka nie przekazała mi pańskiego nazwiska…

– W ogóle o nie nie spytała. Nazywam się Malcolm Polstead, jestem akademikiem z Kolegium Durham. Kiedy wymieniłem nazwisko doktora Hassalla, sekretarka była wyraźnie wstrząśnięta. Powiem szczerze, że pani w tej chwili wygląda podobnie. Rozumiem, że te dokumenty są prawdziwe, tak? Te karty biblioteczne, identyfikatory uczelniane… Doktor Hassall naprawdę istnieje i pracuje u was?

– Przepraszam, doktorze… doktorze, tak?

Malcolm skinął głową.

– Doktorze Polstead, proszę usiąść. Zupełnie się czegoś takiego nie spodziewałam.

Usiadł na krześle przed biurkiem. Profesor Arnold również usiadła i sięgnęła po telefon.

– Muszę się napić kawy – wyjaśniła. Spojrzała na Malcolma i pytająco uniosła brwi. – Bądź tak miła, Joan, i przynieś nam dwie kawy – powiedziała do słuchawki, kiedy skinął głową.

Jeszcze raz wzięła do ręki portfel i tym razem wyjęła z niego wszystkie karty, wizytówki, karteluszki i pieniądze i rozłożyła je schludnie na bibułowej podkładce.

– Dlaczego nie… – Zawiesiła głos, zawahała się, zaczęła jeszcze raz: – Nie przyszło panu do głowy, żeby iść z tym na policję?

– Od razu zajrzałem do portfela w poszukiwaniu nazwiska właściciela. Kiedy znalazłem identyfikator z uniwersytetu, pomyślałem, że wszystkim oszczędzę czasu i zachodu, jeśli przyniosę torbę od razu tutaj. Poza tym nie będę ukrywał, że powodowała mną ciekawość. Grzebiąc w portfelu, natrafiłem na nazwę miejsca, w którym sam spędziłem kiedyś trochę czasu. Zacząłem się zastanawiać, czym zajmuje się doktor Hassall.

– Co to za miejsce?

– Łob-nor.

Profesor Arnold była już nie tyle zaciekawiona, co raczej zaniepokojona. I podejrzliwa.

– Co pan tam robił? – zapytała. – Przepraszam, to zabrzmiało jak oskarżenie…

– Szukałem grobowca. Jestem historykiem i od dawna interesuję się dziejami Jedwabnego Szlaku. Grobowca wprawdzie nie znalazłem, ale dzięki innym odkryciom, których dokonałem, podróż nie była wcale stratą czasu. Mogę zapytać, co doktor Hassall robił w Azji Środkowej?

– Jest botanikiem, rzecz jasna, więc… Mamy tam swój ośrodek badawczy, współfinansowany przez uniwersytety w Edynburgu i Lejdzie. Doktor Hassall w nim pracował.

– Ale dlaczego właśnie tam? Nie przypominam sobie, żeby akurat w okolicach Łob-nor roślinność była szczególnie bujna: ot, jakieś topole, trochę trawy, trochę tamaryszków, jeśli się nie mylę…

– Przede wszystkim chodzi o warunki klimatyczne… Dziękuję, Joan, postaw ją tam. Warunki bardzo specyficzne, trudne do odtworzenia w krainach leżących dalej na północ i zachód, a zwłaszcza tutaj, na skraju wielkiego oceanu. Druga sprawa to gleba, zawierająca pewne nietypowe minerały. Do tego dochodzi lokalna wiedza botaniczna: uprawia się tam kwiaty, które… nie udałyby się nigdzie indziej na świecie.

– A co z doktorem Hassallem? Wrócił już do Oksfordu? Zastanawiam się, chociaż oczywiście nie chciałbym być nazbyt wścibski, co tak panią zaniepokoiło.

– Właśnie o niego się niepokoję. Doktor Hassall zaginął. Przypuszczaliśmy, że nie żyje.

– Naprawdę? Od kiedy?

– Od paru tygodni. Wtedy zniknął ze Stacji.

– Z jakiej stacji?

– Tak nazywamy nasz instytut badawczy w Taszbułaku.

– Nad Łob-nor, tak? A doktor Hassall tak po prostu zniknął?

Profesor Arnold, która robiła się coraz bardziej nerwowa, zabębniła palcami w biurko. Malcolm zauważył, że ma krótkie paznokcie, nieco przybrudzone ziemią, jakby tuż przed spotkaniem z nim pracowała w ogrodzie.

– Proszę mi wybaczyć, doktorze Polstead, jeżeli ma pan wrażenie, że unikam konkretów i odpowiadam wymijająco na pańskie pytania. Problem polega na tym, że łączność ze Stacją jest powolna i zawodna. Wygląda na to, że myliliśmy się co do losu doktora Hassalla. Cieszę się, że przyniósł nam pan te wszystkie… rzeczy, bardzo się cieszę, ponieważ to może oznaczać, że doktor mimo wszystko żyje. Spodziewałabym się jednak, że… o ile to właśnie on przywiózł je do Oksfordu, ma się rozumieć… że przyjdzie do nas osobiście, to byłoby naturalne… Po prostu nie bardzo sobie wyobrażam, dlaczego ktoś miałby zostawić coś takiego na przystanku. Bo jestem przekonana, że sam doktor Hassall nigdy by tego nie zrobił. Ktoś inny musiał… Nie, nie pojmuję tego. Oby tylko nie został… Bardzo panu dziękuję, doktorze Polstead, za… za przyniesienie tej torby…

– Co zamierza pani zrobić?

– Z czym, z tymi rzeczami?

Dyrektorka wyraźnie czegoś się bała – a dodatkowo bała się z tym zdradzić przed nim, obcym człowiekiem. Jej dajmon się nie poruszył, nie zamknął nawet oczu, tylko wpatrywał się w Malcolma z uroczystą powagą. Malcolm nie odwrócił wzroku, starał się wyglądać zwyczajnie, nieszkodliwie, jak człowiek skory do pomocy.

– Chodzi o róże, prawda? – zapytał.

Dyrektorka zamrugała gwałtownie. Jej dajmon odwrócił łebek i schował dziób w jej włosach.

– Skąd ten pomysł?

– Dwa powody. Pierwszy to okazy i próbki znajdujące się w torbie: nasiona kwiatów i olejek różany. Drugi to ta sfatygowana książka w czerwonej oprawie, tadżycki epos zatytułowany Dżahan i Ruchsana. Opowiada o dwojgu kochankach szukających ogrodu różanego. Czy badania doktora Hassalla miały coś wspólnego z różami?

– Tak, ale na tym moja wiedza się kończy. Musi pan zrozumieć, nadzoruję dziesiątki projektów: prace magisterskie, studia doktoranckie, badania prowadzone zarówno tutaj, jak i w Taszbułaku… do tego dochodzi moja własna praca naukowa…

Była jednym z najgorszych kłamców, jakich Malcolm miał okazję spotkać. Zrobiło mu się jej żal. Wstrząśnięta jego słowami musiała na gwałt zaimprowizować jakąś strategię obronną.

– Nie będę pani dłużej zajmował czasu. Dziękuję za wszystkie wyjaśnienia. A gdyby z jakiegoś powodu chciała się pani ze mną skontaktować…

Położył na biurku swoją wizytówkę.

– Dziękuję, doktorze Polstead.

Uścisnęli sobie ręce.

– Proszę się odezwać, gdyby się pani czegoś dowiedziała. Czuję się teraz osobiście zainteresowany losem doktora Hassalla.

Wyszedł i przysiadł na chwilę w ogrodzie. Słabiutkie słońce złociło nagie gałęzie krzewów. Nieco dalej, przy szklarniach, dwóch młodych ludzi wykonywało jakieś ogrodnicze zabiegi.

– Trzeba jej było powiedzieć – odezwała się Asta.

– Wiem, ale wtedy wciągnęlibyśmy w to Lyrę. Na dodatek wmieszałaby się policja, a to jeden z policjantów go zabił.

– Daj spokój, Mal, przecież ten, którego Pan widział, nie działał oficjalnie. Jest skorumpowany. Policja powinna się dowiedzieć i o nim, i w ogóle o całej sprawie.

– Masz absolutną słuszność, a mnie dręczą z tego powodu wyrzuty sumienia.

– Ale?

– Niedługo jej powiemy. Powiemy im obojgu.

– Kiedy?

– Gdy tylko będziemy więcej wiedzieli.

– A jak zamierzamy się do tego zabrać?

– Jeszcze nie wiem.

Asta zamknęła oczy. Malcolm żałował, że Lyra musiała samotnie podjąć ryzyko zabrania plecaka z dworca – ale kto miałby jej pomóc? On na pewno nie. Nie wtedy. Kiedy jesteś świadkiem morderstwa i postanawiasz zataić ten fakt przed policją, zostajesz z tym sam.

Obok niego na drewnianym siedzisku ławki leżała Asta znieruchomiała w pozie sfinksa, z półprzymkniętymi powiekami, a jego myśli znów zbłądziły ku Lyrze. Zastanawiał się, jak jej się żyje w Pstrągu, na ile będzie tam bezpieczna… Tuzin innych pytań tłoczył się wokół tego jednego, najważniejszego, któremu na razie wolał się bliżej nie przyglądać. Czy naprawdę przeszła dogłębną przemianę od tamtej wzgardliwej, nadąsanej pannicy sprzed paru lat, którą próbował uczyć? Gdzie się podziała jej dawna zuchwałość? Skąd tyle w niej wahania i powściągliwości? Sprawiała wrażenie samotnej i nieszczęśliwej, mówiąc oględnie. Do tego ta osobliwa oziębłość w stosunkach z własnym dajmonem… Kiedy jednak przysiedli w knajpce, rozmawiali szczerze, prawie jak spiskowcy. Prawie jak przyjaciele. A jak się cieszyła z faktu, że udało jej się ukryć przedmioty z plecaka! Była wtedy taka radosna, taka cudownie beztroska.