Tajemna wspólnota

Tekst
Z serii: Księga prochu #2
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Nowym mistrzem został doktor Werner Hammond, który nie był uczonym z Jordana czy nawet z Oksfordu, tylko biznesmenem ze świata farmaceutyki. Zrobił zacną karierę naukową w dziedzinie chemii, zanim został prezesem jednego z gigantów farmaceutycznych i znacząco poszerzył swoje wpływy (a także powiększył dochody), po czym – całkiem niedawno – wrócił do środowiska akademickiego. Nikt nie mógł twierdzić, że tam nie pasuje: nienaganne wykształcenie, biegła znajomość pięciu języków, takt, dobre maniery, dogłębne obeznanie z historią i tradycją Jordana – wszystko to przemawiało na jego korzyść. Tylko niektórzy ze starszych akademików uważali, że jest aż nazbyt idealny, i zastanawiali się, czy stanowisko przełożonego kolegium ma być prawdziwym zwieńczeniem jego kariery, czy tylko kolejnym szczeblem na drodze do czegoś jeszcze wspanialszego.

Jedynym aspektem Jordana, którego Hammond zupełnie nie rozumiał, była Lyra. Nigdy nie spotkał kogoś równie niezwykłego jak ta młoda, opanowana osóbka pomieszkująca w kolegium niczym dziki ptak, którego po tym, jak postanowił uwić gniazdo w załomie dachu kaplicy, wśród gargulców, wszyscy inni mieszkańcy traktowali z opiekuńczą czułością. Był ogromnie ciekaw, jak do tego doszło: rozpytywał w tej sprawie, rozmawiał z kolegialną starszyzną, aż w końcu, na tydzień przed zakończeniem trymestru, wysłał Lyrze zaproszenie na kolację w rezydencji mistrza w następny wieczór po Uczcie Fundatorskiej.

Zaproszenie trochę ją zaskoczyło, ale jej nie zaniepokoiło. To zrozumiałe, że doktor Hammond chciał z nią porozmawiać – albo raczej posłuchać, co będzie miała do powiedzenia. Ona zaś z pewnością mogła mu powiedzieć wiele rzeczy, która będą dla niego interesujące. Zdumiała się nieco, gdy pan Cawson poinformował ją, że ma być jedynym gościem; zarazem kamerdyner nie umiał powiedzieć nic bliższego o zamiarach mistrza.

Doktor Hammond – szczupły, szpakowaty, w okularach bez oprawek i pięknie skrojonym szarym garniturze – przywitał ją nadzwyczaj serdecznie. Jego dajmon – siedzący na dywaniku przed kominkiem drobny, wytworny ryś – w naturalny sposób wciągnął Pantalaimona w sympatyczną pogawędkę. Mistrz poczęstował Lyrę sherry i zaczął wypytywać o studia, wcześniejsze wykształcenie i życie codzienne w Kolegium Świętej Zofii. Z zainteresowaniem wysłuchał jej relacji o studiach nad alethiometrem prowadzonych pod okiem lady Hannah Relf i zrewanżował się opowieścią o tym, jak poznał lady Hannah w Monachium, gdzie spotkali się przy okazji podróży w interesach. Ogromnie ją poważał, zwłaszcza że odegrała kluczową rolę w skomplikowanych negocjacjach zakończonych zawarciem niezwykle istotnej umowy handlowej z jakimś zapomnianym zakątkiem Bliskiego Wschodu.

Dziwne, pomyślała Lyra, to zupełnie niepodobne do Hannah.

Postanowiła ją później o to zapytać.

Przy kolacji (podanej przez jedną z osobistych służących mistrza, której Lyra nigdy wcześniej nie widziała) próbowała go podpytać o jego wcześniejszą karierę, przeszłość biznesową i tym podobne sprawy. Prawdę mówiąc, podtrzymywała rozmowę wyłącznie z uprzejmości: doszła już do wniosku, że doktor Hammond jest inteligentny i uprzejmy, ale raczej nudny. Troszeczkę jeszcze ciekawiło ją, czy jest kawalerem, czy wdowcem, nigdzie bowiem nie było widać żadnej pani Hammond. Poprzedni mistrz był wprawdzie starym kawalerem, ale żaden oficjalny przepis nie zabraniał mistrzom ożenku. Sympatyczna żona i młoda rodzina wniosłyby odrobinę przyjemnego ciepła w chłodne mury kolegium. Doktor Hammond prezentował się niczego sobie, a z pewnością wciąż był jeszcze wystarczająco młody, by posiadać takie pożądane dodatki do swojego gospodarstwa. Z wielką wprawą unikał jednak odpowiedzi na zadawane przez Lyrę pytania, nie dając przy tym w żaden sposób do zrozumienia, że uważa je za natrętne czy wścibskie.

W końcu podano deser i cel wieczornego spotkania stał się oczywisty.

– Lyro – zagadnął mistrz – chciałbym z tobą porozmawiać o pozycji, jaką zajmujesz w Kolegium Jordana.

Lyra poczuła ledwie wyczuwalny dreszcz, jakby ziemia zadygotała.

– Jest nadzwyczaj niecodzienna – ciągnął spokojnym tonem doktor Hammond.

– To prawda – przyznała. – Mam ogromne szczęście. Ojciec mnie tu umieścił, jeśli można tak powiedzieć, a mieszkańcy… cóż, jakoś tolerują moją obecność.

– Ile masz lat? Dwadzieścia jeden?

– Dwadzieścia.

– Twój ojciec – powtórzył doktor Hammond. – Lord Asriel.

– Zgadza się. Był akademikiem Kolegium Jordana. Doktor Carne, pański poprzednik, został kimś na kształt mojego opiekuna prawnego.

– Poniekąd. Chociaż ten układ nigdy nie został sformalizowany.

Te słowa zaskoczyły Lyrę. Dlaczego doktor Hammond zadał sobie trud sprawdzenia tego faktu?

– A jakie to ma znaczenie? – spytała ostrożnie. – Zwłaszcza teraz, po jego śmierci?

– Żadnego. Może mieć jednak wpływ na przyszły rozwój wydarzeń.

– Chyba nie rozumiem…

– Wiesz, jakie jest źródło pieniędzy, które idą na twoje utrzymanie?

Kolejne minitrzęsienie ziemi.

– Wiem, że mój ojciec zostawił jakieś pieniądze. Nie wiem, ani jak duża jest to suma, ani gdzie jest przechowywana. Nigdy się tym nie interesowałam. Uważałam, że zostało to… jakoś załatwione. To znaczy… Wydaje mi się, że… Mogę zapytać, dlaczego w ogóle o tym rozmawiamy, doktorze Hammond?

– Dlatego, że kolegium i ja jako jego przełożony jesteśmy w stosunku do ciebie in loco parentis, jeśli można się tak wyrazić. Chociaż oczywiście nie w sensie formalnym, bo nigdy nie byłaś in statu pupillari. Moim obowiązkiem jest więc doglądać twoich spraw do czasu, gdy osiągniesz pełnoletniość. Rzeczywiście, była pewna suma pieniędzy przeznaczona na opłacanie kosztów twojego utrzymania, mieszkania i tak dalej, nie została jednak zdeponowana przez twojego ojca, lecz przez doktora Carne’a.

– Naprawdę? – Lyrze zrobiło się okropnie głupio, tak jakby było to coś, z czego zawsze powinna była zdawać sobie sprawę, a fakt, że o niczym nie wiedziała, dowodził zaniedbania z jej strony.

– Nie powiedział ci? – domyślił się mistrz.

– Ani słowa. Powtarzał, że jestem pod dobrą opieką i nie muszę się o nic martwić. Nie martwiłam się więc. Prawdę mówiąc, zawsze odnosiłam wrażenie, że całe kolegium się mną… opiekuje, tak jakby. Czułam się tu jak w domu. Byłam bardzo młoda, w takim wieku nie zadaje się pytań… Więc to przez cały czas były jego pieniądze? Nie mojego ojca?

– Popraw mnie, jeśli się mylę, ale twój ojciec prowadził życie niezależnego akademika i żył raczej z dnia na dzień, czyż nie? Po czym zniknął bez śladu, gdy miałaś… ile to… trzynaście lat?

– Dwanaście – odparła ze ściśniętym gardłem Lyra.

– Dwanaście. To właśnie wtedy doktor Carne stworzył ten fundusz dla ciebie. Nie był bogaczem, ale wystarczyło. Doglądający go prawnicy kolegialni z rozwagą inwestowali pieniądze, regularnie opłacali koszty twojego utrzymania i jakoś to szło, ale musisz wiedzieć, Lyro, że zyski z tego kapitału były niewystarczające i doktor Carne systematycznie uzupełniał fundusz z własnych oszczędności. Tak czy inaczej, te pieniądze się skończyły.

Lyra odłożyła łyżkę. Crème caramel nagle wydał jej się niejadalny.

– Jak to… Przepraszam, to dla mnie wstrząs.

– Naturalnie. Rozumiem.

Pan wskoczył jej na kolana. Przeczesała palcami jego sierść.

– To znaczy, że… muszę odejść?

– Studiujesz na drugim roku?

– Tak.

– Czyli musiałabyś dokończyć ten rok i zrobić jeszcze jeden… Szkoda, że nikt cię nie uprzedził. Wiedziałabyś, czego się spodziewać.

– Powinnam była sama się tym zainteresować.

– Byłaś dzieckiem. Dla dzieci wiele rzeczy jest oczywistych. To nie twoja wina i byłoby skrajną niesprawiedliwością narażanie cię na konsekwencje, których nijak nie mogłaś przewidzieć. Dlatego mam dla ciebie propozycję. Kolegium Jordana sfinansuje ci do końca naukę w Świętej Zofii. Jeżeli chodzi o mieszkanie w czasie wolnym od nauki, to oczywiście do zakończenia studiów możesz mieszkać tutaj, w Jordanie, który i tak jest twoim jedynym domem. O ile mi wiadomo, masz do dyspozycji własny pokój i osobną sypialnię?

– Tak – przytaknęła Lyra. Jej głos zabrzmiał ciszej, niż się spodziewała.

– To będzie pewien problem… Widzisz, pokoje w tej klatce schodowej są nam pilnie potrzebne dla naszych studentów, młodych mężczyzn. Zawsze takie właśnie było ich przeznaczenie. W twoich pokojach moglibyśmy ulokować dwóch studentów, którzy obecnie muszą pomieszkiwać poza terenem kolegium, co jest sytuacją daleką od ideału. Moglibyśmy od biedy poprosić cię, byś odstąpiła jeden pokój któremuś z tych młodych ludzi, jednakże kwestie stosowności… skromności, rzec by można… uniemożliwiają takie rozwiązanie.

– Ale w tej klatce schodowej już mieszkają studenci, zawsze mieszkali i nikt nigdy nie twierdził, że jest w tym coś niestosownego.

– W tej samej klatce, ale nie na tym samym piętrze. To nie przejdzie, Lyro.

– Na dodatek i tak bywam tu tylko w czasie ferii. – Głos Lyry brzmiał coraz bardziej rozpaczliwie. – Podczas nauki mieszkam w Świętej Zofii.

– Naturalnie, jednakże obecność twoich rzeczy w pokoju uniemożliwiłaby młodemu mężczyźnie należyte objęcie go w posiadanie. Oto ciąg dalszy mojej propozycji: jest taki pokoik nad kuchnią, mały, przyznaję, wykorzystywany obecnie jako składzik. Kwestor sprowadzi do niego niezbędne wyposażenie, abyś mogła z niego korzystać. Będziesz mogła tu mieszkać aż do zakończenia studiów, tak jak mieszkałaś przez całe życie. My ze swojej strony pokryjemy koszty najmu pokoju i posiłków w czasie ferii. Musisz mieć świadomość, że tak to właśnie będzie wyglądało w przyszłości.

– Rozumiem.

– Pozwolisz, że zapytam… Masz jeszcze jakąś rodzinę?

 

– Nie.

– A twoja matka…

– Zniknęła w tym samym okresie co ojciec.

– Nie masz żadnych krewnych z jej strony?

– O nikim nie słyszałam. Chociaż… Możliwe, że miała brata. Ktoś mi tak kiedyś mówił. Nie wiem jednak nic na jego temat. Nigdy się ze mną nie kontaktował.

– Ach tak. Przykro mi.

Lyra spróbowała nabrać trochę deseru, ale ręka tak bardzo jej się trzęsła, że szybko odłożyła łyżeczkę.

– Napijesz się kawy? – zaproponował doktor Hammond.

– Nie, dziękuję. Chyba już pójdę. Dziękuję za kolację.

Doktor Hammond wstał – oficjalny, elegancki i współczujący w swoim pięknym szarym garniturze. Jego dajmon stanął obok. Lyra wzięła Pantalaimona na ręce i również wstała.

– Mam się od razu wyprowadzić? – zapytała.

– Przed końcem ferii, jeśli to możliwe.

– Dobrze. Tak zrobię.

– Jeszcze jedno, Lyro. Przyzwyczaiłaś się jadać kolację w auli, traktować gościnę w kolegium jak coś oczywistego, swobodnie przychodzić do Jordana i z niego wychodzić, jakbyś sama była jednym z akademików. Kilka osób zwróciło mi uwagę, a ja przychylam się do ich zdania, że takie zachowanie byłoby teraz nie na miejscu. Zamieszkasz wśród służących i w pewnym sensie będziesz żyła jak jedna z nich, dlatego nie powinnaś być traktowana jak członkini społeczności naukowej.

– Naturalnie – przytaknęła Lyra.

To musiał być sen, nic innego.

– Cieszę się, że to rozumiesz. Będziesz musiała przemyśleć wiele spraw. Gdybyś uznała, że rozmowa ze mną może ci jakoś pomóc, albo gdybyś chciała o coś zapytać, o cokolwiek, nie wahaj się ani chwili.

– Dziękuję, doktorze Hammond, będę o tym pamiętać – zapewniła Lyra. – Bez cienia wątpliwości wiem teraz, gdzie moje miejsce. Wiem również, kiedy będę musiała stąd odejść. Przykro mi tylko, że tak długo byłam ciężarem dla kolegium. Gdyby doktor Carne umiał wyłożyć mi naturę rzeczy tak jasno i klarownie jak pan, być może znacznie wcześniej zdałabym sobie z tego sprawę. Oszczędziłabym wtedy panu kłopotu i zażenowania wynikłych z obecnej sytuacji. Dobranoc.

Zrobiła przy tym minę niewiniątka, otworzyła szeroko oczy i użyła swojego najbardziej beznamiętnego głosu – i w duchu ucieszyła się, że nadal doskonale się sprawdzają, bo doktor Hammond nie miał zielonego pojęcia, jak zareagować.

Odpowiedział lekkim, sztywnym ukłonem. Lyra wyszła bez słowa.

***

Wolnym krokiem wracała do domu. Obchodząc dziedziniec dookoła, przystanęła i spojrzała w okienko swojej sypialni przytulone do masywnej, kanciastej wieży portierni.

– No cóż – mruknęła.

– To było okrutne.

– Czy ja wiem? Skoro pieniądze się skończyły…

– Nie o tym mówię. Wiesz, co miałem na myśli. To o tej służącej.

– Nie ma nic złego w byciu służącą.

– No dobrze: chodzi mi o te „kilka osób”. Nie wierzę, żeby którykolwiek z tutejszych akademików chciał, by tak nas potraktowano. On po prostu próbował zrzucić z siebie winę.

– Wiesz, co mi teraz na pewno nie pomoże, Pan? Biadolenie. Naprawdę.

– Wcale nie biadoliłem, tylko…

– Cokolwiek robiłeś, przestań. Mamy poważniejsze powody do zmartwień, jak choćby nasze lokum. Kojarzę ten pokoik nad kuchnią, tam nawet nie ma okna! Ale prawda jest taka, że powinniśmy byli wcześniej się ocknąć, Pan. Nigdy nie myśleliśmy o pieniądzach, co najwyżej o kieszonkowym za polerowanie sreber, a przecież ktoś musiał za to wszystko płacić: czynsz, posiłki… To kosztuje. Ktoś przez te wszystkie lata za nas płacił, a my się nad tym nie zastanawialiśmy.

– Ale tamci patrzyli, jak pieniądze się kończą, i milczeli. Powinni nam byli powiedzieć.

– To prawda, powinni byli. Tak jak my powinniśmy byli zapytać, kto za nas płaci. Chociaż jestem przekonana, że poprzedni mistrz powiedział, że lord Asriel zostawił pod dostatkiem pieniędzy. Tak, jestem tego absolutnie pewna.

Jakby wszystkie jej członki osłabły, potknęła się dwa albo trzy razy na schodach w drodze do swojego pokoju. Czuła się poobijana i roztrzęsiona. Kiedy położyła się do łóżka, a Pan zwinął się obok niej na poduszce, od razu zgasiła lampę. Długo leżała bez ruchu, zanim wreszcie zasnęła.

7. Hannah Relf

7 Hannah Relf

Następnego dnia rano onieśmielona i podenerwowana Lyra zupełnie nie miała ochoty schodzić na śniadanie. Zakradła się dyskretnie do jadalni dla służby i wzięła sobie porcję owsianki. Nie rozglądała się na boki, a sporadyczne powitania kwitowała uśmiechem i skinieniem głowy.

Czuła się, jakby obudziła się skuta łańcuchami, z których nie może się wyzwolić, i wszędzie musi je ze sobą nosić niczym jakąś oznakę wstydu.

Po śniadaniu błąkała się po portierni. Nie chciało jej się wracać na górę, do pokoików, które przez lata były jej domem. Była też zbyt apatyczna i przygnębiona, żeby zrobić to, co zapowiadała w rozmowie z Dickiem: pójść do sortowni i zapytać o pracę.

Słysząc wołanie portiera, odwróciła się w jego stronę.

– List do ciebie, Lyro – powiedział. – Odbierzesz od razu czy później?

– Od razu. Dziękuję.

Koperta była całkiem zwyczajna, a nazwisko Lyry skreślono wyraźnym, zamaszystym charakterem pisma, w którym rozpoznała rękę Hannah Relf. W jej piersi wezbrało źródełko błogiej wdzięczności, ponieważ uważała doktor Relf za prawdziwą przyjaciółkę – które jednak zmroziła przerażająca myśl: co będzie, jeśli doktor Relf każe jej od tej pory płacić za lekcje alethiometru? Skąd weźmie na to pieniądze?

– Otwórz, głuptasie – powiedział Pan.

– Jasne.

Treść liściku brzmiała następująco:

Droga Lyro, czy mogłabyś przyjść do mnie dziś po południu? To ważne. Hannah Relf.

Otępiała Lyra zagapiła się na kartkę. Dziś? To znaczy kiedy? Przecież żeby list doszedł, musiałaby go wysłać wczoraj. Tymczasem data na liście była dzisiejsza.

Obejrzała kopertę. Nie zauważyła wcześniej, że nie ma na niej znaczka, tak jak nie zauważyła dopisku „Doręczyć osobiście” w lewym górnym rogu.

– Bill? – zagadnęła portiera, zajętego układaniem reszty poczty w przegródkach regału. – Kiedy to przyszło?

– Pół godziny temu. Goniec przyniósł.

– Dzięki.

Schowała list do kieszeni, przeszła przez dziedziniec i trafiła do Ogrodu Akademików. Drzewa były w większości bezlistne, rabaty kwiatowe puste i martwe, tylko ogromny cedr żył, choć i on wyglądał, jakby spał. Był to jeden z tych szarych, bezwietrznych dni, kiedy nawet cisza sama w sobie zdaje się zjawiskiem meteorologicznym, nie wynikiem niedziania się niczego, lecz prawdziwym bytem, przerastającym ogrody, kolegia i całe życie.

Lyra wspięła się po kamiennych schodach na skarpę na końcu ogrodu, skąd roztaczał się widok na Radcliffe Square, i usiadła na stojącej tam od wieków ławce.

– Jedno jest pewne – odezwał się Pantalaimon.

– Co takiego?

– Nie powinniśmy ufać zamkowi w drzwiach naszego pokoju.

– Nie rozumiem. Dlaczego?

– Bo nie powinniśmy ufać jemu.

– Poważnie?

– Poważnie. Wczoraj wieczorem nic nie zapowiadało tego, co nam ostatecznie powiedział, taki był układny i przymilny… To hipokryta.

– Co mówił jego dajmon?

– Gładkie, protekcjonalne uprzejmości. Nic ważnego.

– Wiesz, nie mamy wielkiego wyboru – zauważyła Lyra. Słowa przychodziły jej z trudem. – Nasze pokoje są mu potrzebne, a my właściwie nie jesteśmy częścią kolegium. Pieniądze się skończyły, więc musi… musi spróbować… Sama nie wiem, Pan. Takie to wszystko beznadziejne… A teraz jeszcze martwię się, co Hannah chce mi powiedzieć.

– To głupie.

– Wiem, że to głupie, ale ta świadomość nic a nic mi nie pomaga.

Pan przekradł się na kraniec ławki, skąd przeskoczył na niski mur wokół ogrodu. Trzydzieści stóp niżej rozciągał się brukowany Radcliffe Square. Lyra poczuła ukłucie strachu, do którego jednak za żadne skarby świata by się nie przyznała. Pantalaimon udał, że się zatacza, potyka i balansuje na krawędzi, a kiedy Lyra nie zareagowała, przypadł na brzuchu do korony muru i przyjął pozę sfinksa – z wyciągniętymi w przód łapami, wysoko uniesionym łebkiem i wzrokiem utkwionym w dal.

– Kiedy nas stąd wygnają, to na dobre – powiedział. – Nie będzie dla nas powrotu. Staniemy się tu obcy.

– Wiem. Dużo o tym myślałam.

– I co zrobimy?

– Kiedy?

– Kiedy to się skończy. Po tym, jak stąd odejdziemy.

– Znajdziemy pracę i jakiś kąt do spania.

– Czyli będzie łatwo.

– Wiem, że nie będzie łatwo. Chociaż nie, wcale tego nie wiem, może się okazać, że pójdzie nam jak z płatka. Ale każdego to czeka. Każdy musi kiedyś opuścić dom i rozpocząć własne życie.

– Większość ludzi ma tak, że zawsze mogą do tego domu wrócić, będą w nim mile widziani i ktoś chętnie wysłucha opowieści o tym, jak im się wiedzie.

– I dobrze. Ale my jesteśmy inni. Zawsze byliśmy inni, dobrze o tym wiesz. Jest jedna rzecz, której na pewno nie zrobimy: nie będziemy się nad sobą użalać. Nie będziemy się skarżyć. Nie będziemy biadolić, jak nieuczciwie nas potraktowano. Bo on zachował się w porządku: pozwoli nam tu zostać jeszcze przez ponad rok, mimo że pieniądze się skończyły, a na dodatek opłaci naszą naukę w Świętej Zofii. To bardzo szczodry gest. A co do reszty… Wszystko w naszych rękach. Prędzej czy później musiało się tak stać. Nie mogliśmy tu przecież mieszkać do końca życia, prawda?

– Niby dlaczego? Jesteśmy ozdobą kolegium. Powinni być z nas dumni.

Na te słowa Lyra musiała się uśmiechnąć, choćby tylko na chwilę.

– Ale możesz mieć rację z naszym pokojem, Pan. Chodzi mi o zamek w drzwiach.

– Mhm.

– Alethiometr…

– Nie tylko. Musimy pamiętać, że nie jesteśmy już u siebie w domu.

– Nie tylko alethiometr? Co jeszcze masz na myśli?

– Plecak – odparł stanowczo Pan.

– No tak! Oczywiście!

– Gdyby ktoś przyszedł się rozejrzeć i go znalazł…

– Pomyślałby, że go ukradliśmy.

– Albo gorzej: gdyby wiedział o morderstwie…

– Potrzebna nam lepsza kryjówka. Sejf z prawdziwego zdarzenia.

– Hannah ma sejf.

– Wiem, ale co jej powiemy?

Pan długo milczał.

– Pani Lonsdale – powiedział w końcu.

– Alice. To kolejna dziwna sprawa. Tyle rzeczy zmienia się jednocześnie… Jakby lód pękał nam pod stopami.

– Musieliśmy już wcześniej wiedzieć, że ma na imię Alice.

– Na pewno, ale kiedy on zwrócił się do niej po imieniu…

– Może są kochankami.

Ta wypowiedź, jako zbyt niemądra, nie zasługiwała na reakcję.

Przesiedzieli bez słowa jeszcze parę minut. W końcu Lyra wstała.

– Chodź – powiedziała – popracujemy trochę nad bezpieczeństwem naszych rzeczy.

Ruszyli z powrotem do swojego lokum.

***

Podczas odwiedzin u Hannah Relf – które wypadały raz w tygodniu w okresach nauki i całkiem często w czasie ferii – Lyra zwykle zabierała alethiometr ze sobą, ponieważ stanowił przedmiot ich studiów. Kiedy dzisiaj myślała o tym, z jaką beztroską zabrała go na wyprawę do Arktyki, a potem do innych światów, albo o tym, jak lekkomyślnie dała go sobie ukraść i jak do spółki z Willem musieli go wykraść z powrotem, wiele przy tym ryzykując, zdumiewała się swoją pewnością siebie i ogromem szczęścia, jakie jej wtedy dopisało. Zwłaszcza że chwilowo jednego i drugiego bardzo jej brakowało.

Wprowadziwszy pewne poprawki w skrytce na plecak i przestawiwszy stół na dywanik, żeby zniechęcić intruza do szczegółowych poszukiwań, sprawdziła jeszcze raz, że alethiometr spoczywa bezpieczny w plecaku wraz z portfelem Hassalla, po czym udała się spacerem do domu lady Hannah w Jericho.

– Na pewno nie może chodzić o kolejny wykład – powiedziała.

– Nie sądzę też, żebyśmy mieli jakieś kłopoty.

Mimo wczesnej popołudniowej pory Hannah pozapalała światła i pokój gościnny – przez kontrast z posępną szarością dnia na zewnątrz – wydawał się sympatycznie pogodny. Lyra nie umiałaby zliczyć, ile razy była już w tym pokoju: Pan z Jesperem, dajmonem Hannah, siedzieli przed kominkiem i rozmawiali półgłosem, a one ślęczały nad tuzinem – lub więcej! – prastarych ksiąg, po raz kolejny wypróbowywały alethiometr albo po prostu gadały o tym i owym. Lyra zdała sobie sprawę, że uwielbia tę uczoną, łagodną damę, uwielbia zarówno ją samą, jak i cały jej sposób na życie.

– Siadaj, moja droga – powiedziała Hannah. – Nie martw się, nie ma ku temu powodów. Jest jednak coś, o czym musimy porozmawiać.

 

– To mnie właśnie niepokoi – przyznała Lyra.

– Widzę. Ale na początek opowiedz mi o Wernerze Hammondzie. Wiem, że wczoraj byłaś u niego na kolacji. Co ci powiedział?

Lyra nie powinna być zaskoczona: Hannah była z natury bystra i do tego stopnia przenikliwa, że chwilami robiło to niepokojące wrażenie – a przynajmniej robiłoby, gdyby Lyra nie wiedziała o jej biegłości w posługiwaniu się alethiometrem. Mimo wszystko pytanie lekko nią wstrząsnęło.

Zrelacjonowała całe spotkanie najobszerniej jak umiała. Hannah słuchała z uwagą i nie przerywała, dopóki Lyra nie skończyła.

– Powiedział jeszcze jedną rzecz – dodała Lyra na zakończenie. – Teraz mi się przypomniało. Powiedział, że państwo się znacie, poznaliście się w jakichś dyplomatycznych okolicznościach. Nie mówił nic konkretnego, chociaż chwalił pani inteligencję. Naprawdę go pani zna?

– Owszem, poznaliśmy się. I dość się na niego napatrzyłam, żeby wiedzieć, że muszę zachować najwyższą ostrożność.

– Dlaczego? Jest nieuczciwy? Niebezpieczny? O co chodzi? Naprawdę nie rozumiem. Mam wrażenie, jakby podłoga usunęła mi się spod nóg. Nie mogłam dyskutować z jego słowami, wstrząs był zbyt silny… Co pani o nim wie?

– Powiem ci o kilku rzeczach, które powinnam zachować dla siebie. Zrobię to, bo dobrze cię znam i wiem, że dochowasz tajemnicy, gdy o to poproszę, a także dlatego, że grozi ci niebezpieczeństwo… Oho, goście. Czekałam na nich.

Hannah wstała na dźwięk dzwonka przy drzwiach wejściowych. Lyra osunęła się na oparcie krzesła. Miała dreszcze, kręciło jej się w głowie. W przedpokoju rozległy się głosy i do saloniku weszła Hannah w towarzystwie…

– Doktor Polstead – powiedziała Lyra. – I… pani Lonsdale? Pani też?

– Alice, niemądra gąsko. Alice – odparła pani Lonsdale. – Wszystko się zmienia.

– Witaj, Lyro – przywitał się doktor Polstead. – Nie wstawaj, ja sobie przycupnę tutaj.

Pan schował się za nogami Lyry. Doktor Polstead usadowił się na sofie obok Alice. W niedużym wnętrzu wydawał się nazbyt ogromny: szeroka, rumiana twarz, serdeczny uśmiech… Nadawałby się na farmera, pomyślała Lyra. Jego włosy miały rudozłoty odcień, dokładnie taki sam jak sierść jego kociego dajmona. Kiedy oparł łokcie na kolanach i splótł palce, Lyra stwierdziła, że dłonie też ma bardzo duże i odniosła wrażenie, że zaraża się od niego niezdarnością – mimo że nigdy nie widziała, żeby zachował się niezdarnie. Przypomniała sobie ten krótki okres przed kilku laty, gdzie przydzielono mu ją w charakterze uczennicy: wykładał jej geografię i historię gospodarczą i poniósł spektakularną klęskę. Oboje byli zażenowani fiaskiem całego przedsięwzięcia, a zarazem żadne z nich nie chciało się do tego przyznać. Doktor Polstead – jako ten dorosły – powinien był szybciej zareagować i zakończyć ten eksperyment, ale Lyra miała świadomość, że bywa zuchwała i trudna w obejściu i w tej sytuacji ponosi znaczną część winy za rozwój wypadków. Zwyczajnie do siebie nie pasowali, nic nie można było na to poradzić i ostatecznie nie pozostało im nic innego, jak się pożegnać. Od tamtej pory byli wobec siebie uprzedzająco grzeczni i zachowywali wszelkie pozory życzliwości, w skrytości ducha zaś cieszyli się, że nie muszą ze sobą przebywać częściej, niż to absolutnie konieczne.

Pamiętała jednak, co dzień wcześniej powiedziała o nim Alice, widziała też, że oboje najwidoczniej przyjaźnią się z Hannah… A ona była dotychczas przeświadczona, że nie mieli nawzajem pojęcia o swoim istnieniu. O tak, ostatnie dni odsłoniły wiele intrygujących związków i znajomości.

– Nie wiedziałam, że się znacie – przyznała.

– Przyjaźnimy się od… ile to będzie… od dziewiętnastu lat – odparł doktor Polstead.

– To alethiometr mi powiedział, jak znaleźć Malcolma – powiedziała Hannah. Weszła właśnie do pokoju, niosąc tacę z herbatą i ciasteczkami. – Miał wtedy jakieś jedenaście lat.

– Znaleźć go? To znaczy, że go pani szukała, tak?

– Szukałam czegoś, co zaginęło, i alethiometr wskazał mi Malcolma, który znalazł zgubę. I tak jakoś wyszło, że zostaliśmy przyjaciółmi.

– Rozumiem – powiedziała Lyra.

– Miałem wielkie szczęście – wtrącił doktor Polstead. – Co zdążyłyście już sobie powiedzieć?

– Lyra opowiedziała mi o wczorajszej kolacji u mistrza. Powiedział jej, że wbrew temu, co przypuszczała, jej utrzymanie było opłacane z pieniędzy doktora Carne’a, nie zaś z funduszu ustanowionego przez jej ojca. Mistrz nie chciał, żebyś o tym wiedziała, ale to prawda: to on za wszystko płacił. Twój ojciec nie zostawił ani pensa.

– A pani o tym wiedziała? Od samego początku?

– Owszem, wiedziałam. Nic nie mówiłam, bo tego życzył sobie mistrz. Poza tym…

– Muszę przyznać, że trochę mnie to wkurza – nie wytrzymała Lyra. – Przez całe życie ktoś coś przede mną ukrywał. Nie powiedziano mi, że Asriel jest moim ojcem, a pani Coulter moją matką. Wyobraźcie sobie, jakie to uczucie, dowiedzieć się o tym w sytuacji, gdy cały świat wiedział już wcześniej i tylko ja jedna wyszłam na niczego nieświadomą idiotkę. Nie wiem, co powiedział ci doktor Carne, Hannah, nie wiem, jaką złożyłaś mu obietnicę, ale nie powinnaś była tego przede mną zatajać. Naprawdę nie powinnaś była. Miałam prawo wiedzieć. To by mnie otrzeźwiło. Zaczęłabym myśleć o pieniądzach, zadawać pytania i w końcu dowiedziałabym się, że bardzo niewiele ich zostało. I wtedy podczas wczorajszej kolacji nie przeżyłabym takiego szoku.

Nigdy przedtem nie zwracała się w ten sposób do swojej starej przyjaciółki, ale wiedziała, że ma rację – i Hannah również była tego świadoma, bo tylko pokiwała zwieszoną głową.

– W obronie Hannah – odezwał się doktor Polstead – powiem tylko, że nie mieliśmy pojęcia, co planuje nowy mistrz.

– Nie powinien był tego robić – powiedziała Alice. – Od samego początku mu nie ufałam, odkąd tylko się pojawił.

– To prawda, nie powinien – zawtórowała jej Hannah. – Nawiasem mówiąc, Lyro, Alice chciała ci o wszystkim powiedzieć znacznie wcześniej, jeszcze za życia starego mistrza. Do niej nie możesz mieć pretensji.

– Sprawa i tak musiałaby wyjść na jaw – podjął doktor Polstead – kiedy skończysz dwadzieścia jeden lat i będziesz oficjalnie pełnoletnia. Wiedziałem, że Hannah zamierza z tobą porozmawiać, zanim do tego dojdzie, ale nowy mistrz pokrzyżował nam szyki.

– Jakim nam? – powtórzyła Lyra. – I o co tu w ogóle chodzi? Przykro mi, doktorze Polstead, ale naprawdę nie rozumiem: pan też ma z tym coś wspólnego? A to, co wczoraj pani Lonsdale, to znaczy Alice, o panu powiedziała? To także mnie zaskoczyło, i to z tego samego powodu: pan też wie na mój temat coś, czego ja nie wiem, i to nie jest w porządku. Jaka jest pańska rola?

– To jedna z rzeczy, które zamierzamy ci dzisiaj wytłumaczyć – odparł. – Dlatego Hannah mnie zaprosiła. Mam zacząć? – zapytał, odwróciwszy się do gospodyni, która skinęła głową. – Jeżeli pominę coś istotnego, Hannah z pewnością mi przypomni.

Lyra, bardzo spięta, spróbowała usadowić się wygodniej. Pantalaimon wskoczył jej na kolana. Alice przyglądała się im obojgu z poważną miną.

– Wszystko zaczęło się w okresie, o którym wspomniała Hannah – zaczął doktor Polstead – kiedy to najpierw ja znalazłem coś, co było przeznaczone dla niej, a potem ona znalazła mnie. Miałem jedenaście lat i mieszkałem z rodzicami w gospodzie Pstrąg, w Godstow…

Lyra nie spodziewała się usłyszeć tak niezwykłej opowieści. Słuchając doktora Polsteada, czuła się jak na szczycie wysokiej góry, gdy wiatr rozwiewa kłęby mgły i odsłania panoramę, której istnienia zaledwie chwilę wcześniej nie sposób było nawet się domyślać. Niektóre części tej historii były dla niej zupełnie nowe i nieznane, ale były i takie, które już wcześniej majaczyły jej jak fantasmagorie we mgle, a które teraz jawiły się jasno i wyraźnie, jakby padło na nie światło słońca. Napłynęło wspomnienie księżycowej nocy, w którą ktoś spacerował po ogrodzie, tulił Lyrę do piersi i szeptał jej do ucha; towarzyszyła mu wielka, stąpająca bezszelestnie pantera śnieżna. I inne wspomnienie, inny ogród w mrokach nocy, tym razem ze światłami wśród drzew, rozbrzmiewający radosnym śmiechem, i mała łódka. Kolejne wspomnienie: burza i głośne dobijanie się do drzwi w ciemnościach.