Tajemna wspólnotaTekst

Z serii: Księga prochu #2
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Może ta właśnie rana była jednym z powodów, dla których tak bardzo się od siebie oddalili. Nigdy się nie zaleczyła. A Lyra nie miała wśród żywych nikogo innego, z kim mogłaby o tym porozmawiać – poza Serafiną Pekkalą, królową wiedźm, ale wiedźmy w ogóle były inne, a poza tym nie widziała Serafiny od tamtej podróży do Arktyki przed laty.

Zaraz, przecież…

– Pan? – szepnęła.

W żaden sposób nie dał po sobie poznać, że ją słyszy. Na pozór spał kamiennym snem, ale ona wiedziała, że to nieprawda.

– Pan – podjęła, cały czas szepcząc – powiedziałeś coś o tym zamordowanym mężczyźnie, tym, o którym piszą w tym dzienniku, Hassallu… Wspomniałeś, że on i jego dajmon umieli się rozdzielać?

Cisza.

– Musiał odnaleźć swojego dajmona po tym, jak dotarł do skraju tej pustyni… Karamakan przypomina te miejsca, do których udają się młode wiedźmy i do których ich dajmony nie mają wstępu. Może są więc inni ludzie…

Pan nie poruszył się ani nie odezwał.

Znużona Lyra odwróciła wzrok, który przypadkiem padł na coś leżącego na podłodze, przy regale. Była to książka, którą wcześniej podparła otwarte okno, a którą zdegustowany Pan zrzucił później na ziemię. Ale przecież odkładała ją potem na półkę, prawda? Może zrzucił ją drugi raz.

Wstała, żeby ponownie odstawić ją na miejsce.

– Dlaczego nie wyrzucisz tego śmiecia? – zapytał na ten widok Pan.

– Bo ta książka nie jest śmieciem. I wolałabym, żebyś nie rzucał nią po pokoju jak rozpuszczony bachor tylko dlatego, że ci się nie podoba.

– To trucizna, która cię niszczy.

– Przestań. Dorośnij wreszcie.

Położyła książkę na stole. Pan zjeżył się, zeskoczył na podłogę i usiadł na dywanie. Patrzył na Lyrę, zamiatając ogonem to w jedną, to w drugą stronę. Wprost emanował pogardą. Lyra wzdrygnęła się lekko, ale nie cofnęła opartych na książce dłoni.

Więcej się do siebie nie odezwali. Lyra położyła się do łóżka. Pantalaimon spał na fotelu.

6. Pani Lonsdale

6 Pani Lonsdale

Nie mogła zasnąć, cały czas myślała o dzienniku i tajemniczym słowie akterrakeh. Miało coś wspólnego z podróżą do czerwonej budowli, może także z rozdzieleniem człowieka i dajmona, ale zmordowanej Lyrze cała ta historia wydawała się pozbawiona sensu. Mężczyzna, który został zabity, umiał się oddalić od swojego dajmona, a z notatek doktora Straussa wynikało, że podróż przez pustynię jest niemożliwa dla ludzi, którzy tego nie potrafią. Czyżby zatem akterrakeh w jednym z lokalnych języków oznaczało właśnie rozdzielenie?

Najlepszym sposobem na przemyślnie tej sprawy byłaby rozmowa z Pantalaimonem, który jednak stał się zupełnie nieprzystępny. Czytanie o pozbawionych dajmonów wędrowcach z Taszbułaku wzburzyło go, rozzłościło albo przeraziło (bądź też wywołało wszystkie te emocje jednocześnie) tak samo jak Lyrę, potem jednak doszła jeszcze gwałtowna reakcja na książkę, której szczerze nie znosił. Wiele było kwestii, które potrafiły ich poróżnić, ale ta stanowiła jedną z największych kości niezgody.

Hiperchorezmijczycy, powieść niemieckiego filozofa Gottfrieda Brandego, była niezwykle modna wśród bystrych młodych ludzi w całej Europie, a nawet poza jej granicami. Stała się prawdziwym fenomenem wydawniczym: dziewięćset stron, niemożliwy do wymówienia tytuł, bezkompromisowa surowość stylu, absolutny brak wątku romantycznego, a mimo to sprzedała się w milionach egzemplarzy i odcisnęła piętno na całym pokoleniu. Opowiadała o młodym człowieku, który wyruszył w świat z zamiarem zabicia Boga – i udało mu się. Ale jej najbardziej niezwykłym aspektem, czymś, co odróżniało ją od wszystkich innych znanych Lyrze lektur, był fakt, że w opisanym przez Brandego świecie ludzie nie mieli dajmonów. Byli zupełnie sami.

Podobnie jak wielu innych czytelników, Lyra również była zauroczona książką Brandego i zahipnotyzowana mocą jego opowieści. W głowie huczały jej potężne jak uderzenia młota deklaracje głównego bohatera, który stanowczo odrzucał wszystko, co próbowałoby stanąć na drodze czystego rozumu. Nawet jego poszukiwanie Boga i zamiar Jego zabicia zostały poparte skrajnie rzeczową argumentacją: istnienie takiego bytu było irracjonalne, a zatem racjonalny stawał się zamysł pozbycia się go. W powieści nie było żadnych przenośni, metafor ani porównań. Kiedy na koniec bohater stał wśród gór i patrzył na wschód słońca, co pod piórem innego pisarza mogłoby symbolizować świt nowej, oświeconej epoki, wolnej od ciemnoty i przesądów, narrator ze wzgardą odrzucał tego rodzaju pospolity symbolizm. Odnoszące się do świtu ostatnie zdanie w książce brzmiało: „Był tylko tym, czym był, niczym więcej”.

Wśród rówieśników Lyry zdanie to stało się swoistym probierzem postępowego światopoglądu. Modne było lekceważenie wszelkich przesadnych reakcji emocjonalnych, niedoszukiwanie się dodatkowych znaczeń w prostych faktach i odrzucanie wszelkiej argumentacji opartej na czymkolwiek innym niż czysta logika: „Rzeczy są tylko tym, czym są, i niczym więcej”. Lyra również niejednokrotnie używała tego sformułowania – a wtedy czuła, jak Pan odwraca się od niej ze wzgardą.

Kiedy przebudzili się rankiem po lekturze dziennika doktora Straussa, niezgoda co do Hiperchorezmijczyków wciąż tliła się między nimi, żywa i bolesna.

– Co w ciebie wstąpiło przez ten ostatni rok, Pan? – spytała Lyra, ubierając się. – Kiedyś taki nie byłeś. Oboje byliśmy inni, mogliśmy się nie zgadzać w jakichś sprawach, ale bez takiego nieustającego, monumentalnego focha…

– Naprawdę nie widzisz, jak ta poza, którą przyjmujesz, na ciebie wpływa? – wszedł jej w słowo Pantalaimon, stojący słupka na regale.

– Jaka znowu poza? O czym ty mówisz?

– Ten człowiek ma zgubny wpływ na ludzi. Nie widzisz, co się dzieje z Camillą? Albo z tym chłopakiem z Balliola, jak mu… Guy… jakiś tam… Odkąd zaczęli czytać tych całych Hipochondryków czy jak to się tam nazywa, stali się nadzwyczaj nieuprzejmi i aroganccy. Zupełnie przestali zwracać uwagę na swoje dajmony, jakby nie istniały. U ciebie dostrzegam to samo, ten sam rodzaj absolutyzmu…

– Że co? Bzdury gadasz! Nie chcesz nic wiedzieć o tej książce, a mimo to wydaje ci się, że masz prawo ją krytykować…

– Nie prawo, tylko obowiązek! Zamykasz swój umysł, Lyro. Przecież to oczywiste, że wiem o tej przeklętej książce, wiem o niej dokładnie tyle samo, co ty! A prawdopodobnie nawet więcej, bo kiedy ją czytałaś, to w odróżnieniu od ciebie nie próbowałem odciąć się od zdrowego rozsądku i poczucia tego, co słuszne, a co nie.

– Nadal złościsz się o to, że w tej powieści nie ma dajmonów?

Pantalaimon spiorunował Lyrę wzrokiem i zeskoczył na biurko. Cofnęła się. Chwilami była wybitnie świadoma tego, jak ostre zęby ma kuna leśna.

– Co mi zrobisz? – zapytała. – Będziesz mnie gryzł tak długo, aż przyznam ci rację?

– Naprawdę tego nie widzisz? – zapytał ponownie.

– Widzę książkę, która moim zdaniem jest niezwykle przenikliwa i frapująca intelektualnie. Pociągają mnie w niej rozsądek, racjonalizm, logika… Chociaż nie, „pociągają” to złe słowo: one do mnie przemawiają. Przekonują mnie. I to nie jest z mojej strony jakiś gwałtowny spazm emocjonalny, to wyłącznie racjonalna…

– Cokolwiek wiąże się z emocjami, to musi być od razu spazm, tak?

– Twoje zachowanie…

– Nie, Lyro. Nie słuchasz mnie. Mam wrażenie, że nic nas już nie łączy. Nie mogę patrzeć, jak przeobrażasz się w rozgoryczone monstrum, dla którego wszystko sprowadza się do chłodnej logiki. Zmieniasz się, Lyro, a mnie się ta zmiana nie podoba. Do licha, kiedyś umieliśmy przestrzegać się nawzajem przed takimi…

– I twoim zdaniem to jest wina jednej przeczytanej przeze mnie powieści?

– Nie, także wina tego całego Talbota. Ma na ciebie równie zły wpływ, chociaż działa nieco inaczej, bardziej tchórzliwie.

– Talbota? Simona Talbota? Zdecydujże się, Pan, do diabła ciężkiego! Nie ma chyba dwóch bardziej różnych myślicieli. Przecież Brande i Talbot to kompletne przeciwieństwa. Talbot utrzymuje, że prawda nie istnieje, a Brande…

– Nie przyswoiłaś sobie tego rozdziału w Nieustającym oszustwie?

– Jakiego rozdziału?

– Tego, który razem z tobą musiałem przecierpieć w zeszłym tygodniu. Widzę, że nie zapisał ci się zbytnio w pamięci; mnie musiał. Chodzi o rozdział, w którym Talbot udaje, że dajmony są tylko… jak on to ujął… psychologiczną projekcją, a nie realnym, niezależnym bytem. Pamiętasz? Wszystko to pięknie wyłożone, poparte argumentami, ubrane w urocze, eleganckie słowa, dowcipne i okraszone efektownymi paradoksami. Kojarzysz już?

– Ale ty naprawdę nie jesteś niezależnym bytem, przecież wiesz. Gdybym umarła…

– To tak jak ty, głupia krowo. Gdybym umarł, ty też byś umarła. Trafiony, zatopiony.

Lyra odwróciła się plecami. Złość odebrała jej mowę.

Najnowsza książka Simona Talbota, filozofa z Oksfordu, wywołała ożywioną debatę na uniwersytecie. O ile Hiperchorezmijczycy okazali się przebojem wydawniczym, który krytycy mogli zbyć lekceważeniem jako przeznaczoną dla młodzieży bzdurkę, o tyle Nieustające oszustwo trafiło w gusta specjalistów od literatury, chwalących je za elegancję stylistyczną i inteligentny żart. Talbot był radykalnym sceptykiem, dla którego prawda, a nawet cała rzeczywistość były tylko – niby tęcza – zjawiskami wtórnymi, epifenomenami pozbawionymi głębszego znaczenia. W jego skrzącej się dowcipem prozie wszystko, co stałe, lite i niewzruszone, rozpadało się, rozpływało i płynęło swobodnie jak rtęć ze stłuczonego barometru.

– Wcale nie są różni – odezwał się znowu Pantalaimon. – To awers i rewers tej samej monety.

– Tylko przez to, co piszą na temat dajmonów, a właściwie czego nie piszą, tak? Nie składają wam należytego hołdu, więc…

 

– Powinnaś się posłuchać, Lyro. Coś się z tobą stało, coś złego, jakby ktoś rzucił na ciebie urok. Ci autorzy są niebezpieczni!

– Przesądy – prychnęła Lyra.

Nagle poczuła autentyczną wzgardę do Pantalaimona. Natychmiast się za to znienawidziła, ale nic nie mogła na to poradzić.

– Nie potrafisz na nic spojrzeć chłodno i beznamiętnie, od razu musisz miotać obelgi – ciągnęła. – To dziecinada, Pan. Stale doszukujesz się złych, magicznych intencji za każdym argumentem, którego nie potrafisz odeprzeć. Kiedyś doceniałeś wartość klarownego postrzegania świata, a dziś tkwisz w oparach przesądów i czarów. Boisz się tego, czego nie rozumiesz.

– Ależ rozumiem, rozumiem doskonale. Kłopot w tym, że ty nie rozumiesz. Bierzesz tych dwóch szarlatanów za wybitnych filozofów. Dajesz im się zahipnotyzować. Czytasz wypisywane przez nich obu brednie i wydaje ci się, że to szczytowe osiągnięcia ludzkiej myśli. A oni kłamią, Lyro. Obaj kłamią. Talbotowi wydaje się, że kiedy pomacha trochę tymi swoimi paradoksami, to doprowadzi do zniknięcia prawdy. A Brande próbuje osiągnąć ten sam cel poprzez uparte zaprzeczanie faktom. Chcesz wiedzieć, co według mnie leży u podstaw twojego zauroczenia tymi dwoma?

– Cały ty: znowu mówisz o czymś, co nie istnieje. Ale mów, proszę, śmiało, mów, co chcesz.

– Z twojej strony jest to coś więcej niż po prostu zajęcie stanowiska w sporze: ty im naprawdę wierzysz, przynajmniej częściowo. Wierzysz w to, co piszą ten Niemiec i ten drugi jegomość. W tym rzecz. Na pozór bystra z ciebie dziewczyna, ale w rzeczywistości jesteś tak cholernie naiwna, że dajesz się zwieść ich łgarstwom.

Zbita z tropu Lyra pokręciła głową i rozłożyła bezradnie ręce.

– Nie wiem, co powiedzieć. Wiem natomiast, że to, w co wierzę, w co nie wierzę, a w co wierzę tylko częściowo, to tylko i wyłącznie moja sprawa i niczyja inna. Otwieranie okien do ludzkich dusz…

– Ale ja jestem tobą! – Pantalaimon okręcił się w miejscu i znów wskoczył na regał, skąd spojrzał na Lyrę pałającymi ogniem ślepkami. – A ty celowo zapominasz – dodał ze złością i wyrzutem.

– Teraz naprawdę nie mam pojęcia, o co ci chodzi – przyznała skonsternowana Lyra.

– Zapominasz o wszystkim, co ważne, i usiłujesz wierzyć w rzeczy, które nas zabiją.

– Wcale nie – odparła Lyra, z trudem hamując gniew. – Nic nie rozumiesz, Pan. Mnie po prostu interesuje to, jak myślą inni. Jestem ciekawa innych punktów widzenia. Na tym właśnie polega studiowanie, między innymi. Próbujesz postrzegać idee oczami innych ludzi. Uczysz się, jakie to uczucie, wierzyć w to, co oni.

– To podłe.

– Ale co? Filozofia?

– Jeżeli filozofia twierdzi, że nie istnieję, to owszem, jest podła. Bo ja istnieję. Wszystkie dajmony istnieją, tak jak istnieje mnóstwo innych rzeczy, czy też raczej „bytów”, jak by powiedzieli wasi filozofowie. Wasza wiara w bzdury nas zabije.

– Zrozum, kiedy nazywasz to bzdurą, nie podejmujesz najmniejszego wysiłku intelektualnego, nie próbujesz się tym zainteresować. Nie sięgasz po żadne racjonalne argumenty, tak jakbyś od razu, na starcie, kapitulował. Równie dobrze mógłbyś rzucać kamieniami.

Pan odwrócił się tyłem. Bez słowa zeszli na śniadanie. Zapowiadał się kolejny cichy dzień. Wcześniej Pantalaimon chciał powiedzieć Lyrze coś na temat notatnika znalezionego w plecaku, tego z nazwiskami i adresami, ale teraz postanowił zachować to dla siebie.

***

Po śniadaniu Lyra obejrzała stertę rzeczy do prania, westchnęła ciężko i wzięła się do roboty. W Kolegium Świętej Zofii była pralnia z mnóstwem pralek, w których młode damy mogły osobiście prać swoje ubrania – uznano, że będzie to korzystniejsze dla kształtowania ich charakterów, niż gdyby wyręczała je w tym służba, tak jak w wypadku studentów płci męskiej w Jordanie.

Wylądowała w pralni sama, bo koleżanki w większości rozjeżdżały się do domów na święta i zabierały ze sobą rzeczy do prania. W przeszłości status Lyry – sieroty, której jedynym domem było męskie kolegium – wzbudzał współczucie przyjaciółek, które zapraszały ją na Boże Narodzenie do siebie. Mogła wtedy zobaczyć, jak wygląda prawdziwy dom rodzinny, i przekonać się, jak to jest być mile witaną, dawać i dostawać prezenty i być uwzględnianą w rodzinnych wyjściach i innych rozrywkach. Czasem trafił się jakiś brat, z którym mogła poflirtować, kiedy indziej czuła się zupełnie obco w obliczu powszechnej bliskości i przesadnej wesołości, zdarzało się też, że musiała się mierzyć z mnóstwem wścibskich pytań o jej niezwykłą przeszłość. Zawsze jednak z przyjemnością wracała do cichego, spokojnego Kolegium Jordana, w którym na święta zostawało paru akademików i garstka służby. To był jej dom.

Akademicy – zaprzątnięci swoją pracą naukową – traktowali Lyrę życzliwie, ale z dystansem. Służący dbali o ważne sprawy bieżące, takie jak to, żeby nie głodowała, umiała się zachować albo miała jak zapracować na kieszonkowe, chociażby przy polerowaniu sreber. Jedną ze służących w Jordanie, z którą relacje Lyry uległy znaczącej zmianie z upływem czasu, była pani Lonsdale, nazywana gospodynią. W innych kolegiach takie stanowisko w ogóle nie istniało – do obowiązków pani Lonsdale należało między innymi dbanie o to, żeby mała Lyra nie chodziła brudna, była schludnie ubrana, wiedziała, kiedy powiedzieć „proszę” i „dziękuję” i tak dalej – ale też żadne inne kolegium nie miało swojej Lyry.

Odkąd jej podopieczna nauczyła się sama ubierać i nabyła dość ogłady, żeby jako tako radzić sobie wśród ludzi, pani Lonsdale wyraźnie złagodniała. Była wdową (owdowiała bardzo młodo i nie miała dzieci) i do tego stopnia stała się częścią kolegium, że trudno je było sobie wyobrazić bez jej obecności. Nikt nigdy nie próbował precyzyjnie określić jej roli ani spisać wszystkich jej obowiązków i teraz także byłoby to niemożliwe. Nawet nowy kwestor, który podjął taką próbę, ostatecznie wycofał się z wdziękiem i pogodził się z władzą pani Lonsdale. Wiedział – podobnie jak wiedzieli to wszyscy służący, akademicy i sam mistrz – że nigdy nie pragnęła władzy samej w sobie, a swoje wpływy wykorzystywała wyłącznie do umocnienia pozycji kolegium i dbania o Lyrę. Sama Lyra, obecnie prawie dwudziestoletnia, również zaczęła zdawać sobie z tego sprawę.

Nabrała więc zwyczaju odwiedzania pani Lonsdale: od czasu do czasu zachodziła do jej saloniku, by poplotkować, poprosić o radę albo sprezentować jej jakiś drobiazg. Gospodyni język miała tak samo cięty jak dawniej, w dodatku pewnych rzeczy Lyra nie mogła jej powiedzieć, ale – na ile było to możliwe – zaprzyjaźniły się. Lyra zauważyła również, że pani Lonsdale (podobnie jak wielu innych ludzi, którzy w dzieciństwie wydawali jej się wielcy, wszechpotężni i ponadczasowi) wcale nie jest taka stara; wciąż jeszcze mogłaby mieć dzieci. Chociaż było oczywiste, że tego tematu akurat nie będą w rozmowach poruszały.

Wróciła do Jordana z naręczem czystych rzeczy, odbyła tę wędrówkę ponownie, tym razem z zapasem książek na przerwę trymestralną, po czym udała się na targ, gdzie za część pieniędzy zarobionych na polerowaniu sreber kupiła bombonierkę, i wybrała się do pani Lonsdale w odwiedziny w porze, gdy miała pewność, że zastanie gospodynię przy herbatce w salonie.

– Dzień dobry, pani Lonsdale – powiedziała i cmoknęła ją w policzek.

– A cóż to się stało? – zagadnęła pani Lonsdale.

– Nic.

– Coś się święci, mnie nie oszukasz. Ten Dick Orchard cię bałamuci?

– Nie. – Lyra usiadła. – Zerwałam z nim.

– Przystojny chłopak z niego.

– Owszem, nie przeczę. Ale po prostu skończyły nam się tematy do rozmowy.

– O tak, to się zdarza. Wstaw wodę, kochaniutka.

Lyra postawiła stary, poczerniały czajnik na żelaznym stojaku nad ogniem. Pani Lonsdale otworzyła tymczasem bombonierkę.

– Ach, cudownie! – zachwyciła się. – Trufle od Maidmenta. Aż dziw, że jeszcze im jakieś zostały po Uczcie Fundatorskiej. Ale, ale… Co u ciebie, moja droga? Opowiedz mi o swoich bogatych, wytwornych znajomych.

– Niektórzy nie są już tacy bogaci jak dawniej – odparła Lyra.

Opowiedziała o kłopotach ojca Miriam i o tym, jak pan Cawson naświetlił jej drugą stronę medalu.

– Woda różana… – powtórzyła pani Lonsdale. – Moja babcia robiła wodę różaną. Miała taki wielgachny miedziany rondel. Napełniała go płatkami róż, dolewała źródlanej wody, gotowała całość i destylowała parę, czy jak to się mówi: przepuszczała ją przez całe mnóstwo szklanych rurek, aż ta znów zmieniła się w wodę, i gotowe. Robiła też wodę lawendową. Na mój gust masa niepotrzebnej roboty, kiedy można tanio kupić wodę kolońską u Boswella.

– Pan Cawson dał mi flakonik tej swojej wyjątkowej wody różanej. Jest bardzo… nie wiem, jak to ująć… intensywna. Stężona.

– To olejek. Olejek różany. Chociaż może nie, może to coś innego.

– Pan Cawson nie umiał mi powiedzieć, dlaczego tak trudno ją ostatnio kupić, ale twierdził, że doktor Polstead będzie wiedział.

– To dlaczego go nie zapytasz?

– No… – Lyra się skrzywiła.

– Mówże!

– Pan Polstead raczej za mną nie przepada.

– Skąd ten pomysł?

– Parę lat temu próbował mnie uczyć, a ja prawdopodobnie byłam dla niego niemiła.

– Jak to, prawdopodobnie?

– No, po prostu nie dogadywaliśmy się. Wydaje mi się, że trzeba lubić swojego nauczyciela, a jeśli nie lubić, to przynajmniej czuć, że coś nas z nim łączy. A mnie z panem Polsteadem nie łączy nic. Czuję się niezręcznie w jego towarzystwie i mam wrażenie, że on też tak ma.

Pani Lonsdale nalała herbaty. Poplotkowały trochę o kuchennych intrygach w Jordanie – o zapiekłym konflikcie między szefem kuchni i naczelnym cukiernikiem; o niedawno kupionym przez panią Lonsdale zimowym płaszczu i o tym, że Lyrze też by się takowy przydał; o innych przyjaciółkach Lyry ze Świętej Zofii i łączącym je podziwie dla przystojnego pianisty, który właśnie koncertował w mieście.

Raz czy drugi przeszło Lyrze przez myśl, żeby powiedzieć pani Lonsdale o morderstwie, portfelu i plecaku, ale gryzła się w język. W tej sprawie mogła liczyć tylko na Pantalaimona, a wyglądało na to, że w najbliższym czasie nie będą ze sobą wiele rozmawiać – na żaden temat.

Pani Lonsdale zerkała od czasu do czasu na dajmona Lyry, który leżał na podłodze i udawał, że śpi. Lyra wiedziała, co gospodyni sobie myśli: skąd ten chłód pomiędzy wami? Dlaczego ze sobą nie rozmawiacie?

Nie był to jednak temat, który mogła swobodnie poruszyć w obecności Pantalaimona – i szczerze tego żałowała, bo miała świadomość, że pani Lonsdale z pewnością poczyniłaby jakieś przenikliwe i rozsądne uwagi.

Rozmawiały o wszystkim i o niczym przez dobrą godzinę. Lyra zamierzała się właśnie pożegnać i wyjść, gdy ktoś zastukał do drzwi salonu, po czym – ku jej wielkiemu zdumieniu – otworzył je, nie czekając na zaproszenie. Zdumienie jej jeszcze wzrosło, gdy w niespodziewanym gościu rozpoznała doktora Polsteada.

Po czym wydarzyło się kilka rzeczy jednocześnie.

Wstrząśnięty Pan nagle usiadł i wskoczył Lyrze na kolana. Machinalnie objęła go ramionami. Doktor Polstead dopiero teraz zorientował się, że pani Lonsdale ma gościa.

– Ach, to ty, Lyro… najmocniej przepraszam…

Lyra odniosła wrażenie, że doktor Polstead przyjaźni się z panią Lonsdale, ma zwyczaj swobodnie wchodzić do jej salonu i spodziewał się zastać ją samą.

– Przepraszam, Alice – zwrócił się do gospodyni. – Wpadnę kiedy indziej.

– Nie wygłupiaj się, Mal – zbeształa go pani Lonsdale. – Siadaj.

Ich dajmony – jej pies i jego kot – szturchnęły się nosami w poufałym, przyjaznym geście. Pan piorunował je wzrokiem; pod palcami Lyry jego sierść zdawała się przesycona niemal jantarycznym ładunkiem.

– Nie – uparł się doktor Polstead. – To nic pilnego. Zobaczymy się później.

Było widać, że w obecności Lyry czuje się wyraźnie zakłopotany. Jego dajmon z osobliwą natarczywością wpatrywał się w Pantalaimona, który drżał na kolanach Lyry.

Doktor Polstead odwrócił się i wyszedł – barczysta sylwetka z trudem mieściła się we framudze – i jego dajmon wyszedł razem z nim. Kiedy drzwi się za nimi zamknęły, ładunek jantaryczny wyciekł z futerka Pana jak woda z miski.

– Pan? – zagadnęła. – O co chodzi? Co się z tobą dzieje?

– Później ci powiem – mruknął.

– Alice? – Lyra spojrzała pytająco na panią Lonsdale. – Mal? O co tu chodzi?

– Już ty się tym nie interesuj.

Lyra nigdy przedtem nie widziała, żeby coś wprawiło gospodynię w zakłopotanie, i byłaby gotowa przysiąc, że jest to zwyczajnie niemożliwe. Tymczasem pani Lonsdale próbowała ukryć rumieniec: odwróciła się do kominka i dorzuciła do ognia.

 

– Nie wiedziałam, że ma pani na imię Alice – dodała Lyra.

– Powiedziałabym ci, gdybyś zapytała.

– I jeszcze Mal… To do niego nie pasuje. Wiedziałam, że jego imię zaczyna się na M, ale spodziewałam się raczej „Matuzalema”.

Pani Lonsdale już się otrząsnęła. Usiadła prosto i złożyła dłonie na podołku.

– Malcolm Polstead – zaczęła – to najdzielniejszy i najlepszy z mężczyzn, jakich dane ci będzie poznać. Gdyby nie on, nie byłoby cię tutaj.

– Co ma pani na myśli? – zdziwiła się Lyra.

– Wielokrotnie mu powtarzałam, że powinniśmy ci o tym powiedzieć, ale jakoś się nie złożyło.

– Ale o czym? O co chodzi?

– O coś, co wydarzyło się, kiedy byłaś bardzo, bardzo malutka.

– Słucham?!

– Pozwól mi najpierw z nim porozmawiać.

Lyra się nachmurzyła.

– Jeśli to mnie dotyczy, to powinniście mi byli powiedzieć.

– Wiem. Zgadzam się z tobą.

– Dlaczego więc…

– Zostaw to mnie. Porozmawiam z nim.

– Ile to pani zajmie, kolejne dwadzieścia lat?

Dawna pani Lonsdale odparłaby: „Nie mów do mnie takim tonem, dziecko”, i klapsem podkreśliła wagę swoich słów. Nowa pani Lonsdale, ta cała Alice, tylko z rezygnacją pokręciła głową.

– Nie – odparła. – Chętnie opowiem ci całą tę historię, ale on musi wyrazić zgodę.

– Widać, że jest to sprawa w jakiś sposób dla niego krępująca. Zapewniam jednak, że znacznie bardziej krępująca jest dla mnie. Nie powinno się mieć tajemnic przed kimś, kogo te tajemnice dotyczą.

– Nie ma w tym niczego zdrożnego. Wstrzymaj konia, Lyro.

Lyra posiedziała jeszcze chwilę, ale sympatyczny nastrój spotkania ulotnił się bezpowrotnie, więc w końcu cmoknęła gospodynię w policzek na pożegnanie i wyszła.

Kiedy przechodziła przez ciemny czworokątny dziedziniec kolegium, przyszło jej do głowy, żeby zajść do Kolegium Durham i stawić czoło doktorowi Polsteadowi. Ledwie jednak przeszło jej to przez myśl, siedzący jej na ramieniu Pan zadygotał.

– A właśnie – przypomniała sobie. – Powiesz mi teraz, co tam wcześniej zaszło. I nie chcę słyszeć żadnych wymówek.

– Wejdźmy najpierw do domu.

– Dlaczego?

– Nigdy nie wiadomo, kto może słuchać.

Zegar kolegium wybijał szóstą, gdy Lyra zamknęła za sobą drzwi swojego starego saloniku. Upuściła Pantalaimona na dywan, a sama zapadła się w wysiedziany fotel i włączyła stojącą na stoliku lampkę. Pokój wokół nich ożył w ciepłym świetle.

– Słucham.

– Kiedy w nocy wyszedłem się powłóczyć… nie poczułaś czegoś? Nie obudziłaś się?

Lyra cofnęła się pamięcią do tamtego momentu.

– Coś poczułam. Przez chwilę. Później pomyślałam, że to wtedy byłeś świadkiem morderstwa.

– Nie. Wiem, że to nie był ten moment, bo poczułbym, że się budzisz. To było późnej, kiedy już wracałem z portfelem zabitego do Świętej Zofii. Wtedy właśnie się… no… ktoś mnie widział.

Serce Lyry nagle stało się bardzo ciężkie. Wiedziała, że kiedyś ta chwila nadejdzie.

Pantalaimon zadrżał na widok wyrazu jej twarzy.

– Rzecz w tym – dodał pośpiesznie – że to nie był człowiek.

– Co ty wygadujesz, u licha? Jak nie człowiek, to kto?

– Dajmon. Inny dajmon, który tak jak ja umie się oddzielić od człowieka.

Lyra pokręciła głową. W słowach Pana nie było krzty sensu.

– Nie ma innych istot takich jak my – przypomniała. – Poza wiedźmami. No i tym zamordowanym mężczyzną. To był dajmon wiedźmy?

– Nie.

– Gdzie to się stało?

– W Parku Uniwersyteckim. To była…

– Była? A więc to „ona”?

– …kotka. Dajmon doktora Polsteada, zapomniałem, jak ma na imię. Dlatego teraz tak się…

Lyrze zaparło dech w piersi. Zaniemówiła.

– Nie wierzę – wykrztusiła dopiero po chwili. – Po prostu nie wierzę. Oni też umieją się rozdzielić?

– Była sama. I mnie zobaczyła. Nie byłem pewien, że to właśnie ona, dopóki doktor Polstead nie wszedł do pokoju. Widziałaś, jak na mnie spojrzała; może ona też nie była pewna, dopóki mnie nie zobaczyła.

– Ale jak to możliwe, że…

– Ludzie wiedzą, że rozdzielenie jest możliwe. Inni ludzie. Ten napadnięty też wiedział. Jego dajmon nakłonił mnie, żebym się do niego zbliżył, i powiedział mu, że jestem tam sam. Bez swojego człowieka. Ten mężczyzna od razu zrozumiał. Kazał mi zabrać portfel i zanieść go… tobie.

Kolejny cios w serce Lyry, gdy dotarło do niej, co zobaczył dajmon doktora Polsteada.

– Kotka widziała, jak wracałeś z portfelem do kolegium. Pomyślała, że go ukradłeś. Mają nas za złodziei!

Zapadła się głębiej w fotelu i ukryła twarz w dłoniach.

– Nic na to nie poradzimy – zauważył Pantalaimon. – Najważniejsze, że my wiemy, że nie jesteśmy złodziejami. A oni będą musieli nam uwierzyć.

– Ot tak, po prostu? Kiedy im powiemy?

– W takim razie powiedzmy pani Lonsdale. Alice. Ona nam uwierzy.

Znużona Lyra nie miała siły mówić.

– Wiem, że to nie jest dobry moment… – zaczął Pan, ale zawiesił głos.

– Co ty nie powiesz… Och, Pan!

Nigdy w życiu nie czuła się tak zawiedziona – i Pantalaimon to widział.

– Lyro, ja…

– Zamierzałeś mi o tym w ogóle powiedzieć?

– Ależ tak, oczywiście. Tylko że…

– Mniejsza z tym. Lepiej już nic nie mów. Muszę się przebrać. Naprawdę, naprawdę, naprawdę wolałabym mieć inne problemy na głowie.

Apatycznie przedreptała do sypialni i wybrała sukienkę. Zanim znów będą mogli z Pantalaimonem porozmawiać, czekała ich kolacja z mistrzem kolegium.

***

Podczas ferii albo w takie wieczory jak ten kolacje w Kolegium Jordana miały znacznie mniej oficjalny charakter niż w czasie nauki. Czasem – chociaż zależało to od liczby uczestników – nie podawano ich nawet w auli, tylko w niewielkiej jadalni nad stołówką.

Lyra i tak zwykle wolała jadać ze służbą. Jednym z przywilejów związanych z jej niecodziennym statusem w Jordanie była możliwość obracania się w dowolnych kręgach składających się na skomplikowany ekosystem kolegium. Przeciętny akademik mógłby się czuć nieswojo w towarzystwie portierów czy pomocy kuchennych, tymczasem Lyra czuła się przy nich tak samo swobodnie jak wśród ogrodników, złotych rączek, przełożonych służby w rodzaju pana Cawsona i pani Lonsdale, a nawet mistrza kolegium i jego gości. Goście ci – politycy, biznesmeni, wysocy rangą urzędnicy służby cywilnej i dworzanie – często bywali źródłem wiedzy i doświadczenia zupełnie innych niż wyspecjalizowani w swoich dziedzinach akademicy, którzy wprawdzie posiedli wiedzę głęboką, lecz wąską.

Przybysze z zewnątrz często byli zaskoczeni obecnością młodej dziewczyny, ogromnie pewnej siebie i żądnej wysłuchania wszystkiego, co mogli mieć do powiedzenia na temat świata. Lyra nauczyła się ich słuchać i reagować na ich słowa w taki sposób, by za każdym razem dopuszczali się drobnych niedyskrecji i mówili nieco więcej, niż zamierzali. Była zdumiona tym, jak wielu spośród tych mądrych, bywałych w świecie mężczyzn (i kobiet) zdaje się rozkoszować świadomością zdradzania małych sekrecików, odsłaniania tajników manewrów politycznych albo fuzji biznesowych. Sama do niczego nie wykorzystywała zdobytej w ten sposób wiedzy, zdawała sobie jednak sprawę, że czasami przysłuchujący się takiej rozmowie akademik, być może filozof albo ekonomista, był jej w duchu wdzięczny za wyciągnięcie od gościa takiej tajemnicy, której sam nie zdołałby przeniknąć.

Jedyną osobą, którą wyraźnie niepokoiły jej dyplomatyczne talenty (a chwilami nawet sama jej obecność), był mistrz Kolegium Jordana – nowy mistrz, jak niektórzy wciąż o nim myśleli (i zapewne zawsze już mieli myśleć). Stary mistrz, który w sposób szczególny opiekował się Lyrą i zawsze stawał w obronie jej wyjątkowego statusu – mogła mieszkać w kolegium, chociaż do niego nie należała, a gdy przebywała poza jego murami, mogła liczyć na jego wsparcie – zmarł przed rokiem: bardzo stary, wielce szanowany, a nawet powszechnie kochany.