Tajemna wspólnota

Tekst
Z serii: Księga prochu #2
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Małe? Ależ dziękuję ci, Dicku – żachnęła się Lyra. – Gdybym wiedziała, że masz kłopoty finansowe, poprosiłabym o szklankę wody.

– Gdzie Rachel? – zapytała Ellen.

Dick usiadł.

– Wziąłem ci małe – powiedział – bo czytałem niedawno taki artykuł, z którego wynikało, że kobiety nie powinny pić za dużo na raz. Ale jest dla nich zbyt mocne, mąci im w głowach i budzi w nich szalone żądze.

– Rozumiem – odparła Lyra. – Mógłbyś sobie ze mną nie poradzić.

– Ja to jeszcze pół biedy, ale bałem się o przypadkowych świadków.

– Rachel wyszła? – dopytywała się dziewczyna, próbując wypatrzeć przyjaciółkę w tłumie.

– Wyglądasz dziś jak rasowy Gipcjanin – powiedziała Lyra do Dicka.

– Jak się ma atuty, to trzeba je eksponować.

– Tak to nazywasz?

– Pamiętasz, że mój dziadek jest Gipcjaninem? Giorgio Brabandt. Też przystojniak, jak ja. Pod koniec tygodnia będzie w Oksfordzie, mogę was sobie przedstawić.

– Mam tego dość – powiedziała dziewczyna do Billy’ego.

– Daj spokój, Ellen…

– Wychodzę z Rachel. Możesz iść z nami albo zostać, jak wolisz.

Dajmon dziewczyny, siedzący jej na ramieniu szpak, zatrzepotał skrzydełkami, gdy wstała od stołu. Billy spojrzał pytająco na Dicka, a kiedy ten odpowiedział wzruszeniem ramion, również wstał.

– To na razie, Dick. Cześć, Lyro – powiedział i wyszedł w ślad za Ellen.

– Popatrz, popatrz… – powiedział Dick. – Zostaliśmy sami.

– Opowiedz mi o tej sortowni. Co tam robisz?

– To główna sortownia na całą południową Anglię. Przesyłki przyjeżdżają pociągami pocztowymi w opieczętowanych workach. My te worki otwieramy i sortujemy przesyłki według regionów. Potem wrzuca się je do kolorowych skrzynek, każdy region ma swój kolor, i ładuje je do innych pociągów albo do zeppelinów pocztowych do Londynu.

– I tak przez cały dzień?

– Dniem i nocą, non stop. Dlaczego cię to interesuje?

– Mam swoje powody. Może ci je zdradzę, a może nie. Na której jesteś zmianie?

– W tym tygodniu na nocki. Zaczynam o dziesiątej.

– Czy pracuje u was taki mężczyzna, wysoki, barczysty… W poniedziałek, to znaczy wczoraj, pracował na nocnej zmianie i coś mu się stało w nogę…

– Osobliwe pytanie. Pracują u nas setki ludzi, zwłaszcza o tej porze roku.

– No tak, domyślam się…

– Tak się jednak składa, że chyba wiem, o kogo może ci chodzić. Jest taki jeden skurczybyk, paskudny jak cię mogę. Nazywa się Benny Morris. Ktoś dzisiaj mówił, że Benny spadł z drabiny i złamał nogę. Szkoda, że nie kark. Ale owszem, pracował wczoraj na nockę, przynajmniej przez pierwsze pół zmiany, bo potem się zmył. Tak przynajmniej myślę, po północy nikt go już nie widział. A dziś po południu słyszałem, że złamał nogę czy coś…

– Łatwo jest niepostrzeżenie wymknąć się z sortowni?

– Nie przez główną bramę, tam na pewno ktoś by cię zobaczył. Ale zawsze można przeskoczyć przez ogrodzenie albo przeleźć przez jakąś dziurę. O co ci chodzi, Lyro?

Bindi, dajmon Dicka, bez wysiłku wskoczyła na ławkę i teraz wpatrywała się w Lyrę błyszczącymi czarnymi ślepiami. Pan siedział na stole, tuż obok jej łokcia. Oba dajmony z uwagą śledziły rozmowę ludzi.

Lyra pochyliła się nad blatem.

– Wczoraj w nocy, właściwie już dzisiaj, bo było po północy, jakiś mężczyzna przelazł przez furtkę w ogrodzeniu sortowni od strony działek – zaczęła, zniżając głos. – Zszedł nad rzekę, gdzie spotkał się z drugim mężczyzną, ukrytym w cieniu drzew. Kiedy ścieżką od strony dworca nadszedł trzeci, tamci dwaj rzucili się na niego, zabili go i ukryli zwłoki w sitowiu. Dziś rano ciała już nie było; wiem, bo poszliśmy sprawdzić.

– Skąd o tym wszystkim wiecie?

– Widzieliśmy to na własne oczy.

– To dlaczego nie poszliście z tym na policję?

Cały czas patrząc Dickowi w oczy, Lyra pociągnęła solidny łyk piwa. Odstawiła szklankę.

– Nie możemy tego zrobić – odparła – i mamy ku temu dobry powód.

– Ale co wyście w ogóle robili w takim miejscu w środku nocy?

– Podkradaliśmy pasternak. To nieważne, grunt, że tam byliśmy i wszystko widzieliśmy.

Bindi spojrzała na Pana, który odpowiedział jej obojętnym spojrzeniem niewiniątka, jakiego Lyra by się nie powstydziła.

– Widzieli was? Tamci dwaj, o których mówiłaś…

– Gdyby nas zobaczyli, dopadliby nas i też próbowali zabić. Ale do czego zmierzam: nie spodziewali się, że napadnięty mężczyzna im się postawi, tymczasem on wyciągnął nóż i ciął jednego z nich w nogę.

Dick aż zamrugał z zaskoczenia i wyprostował się lekko.

– I mówisz, że widzieliście, jak tamci zepchnęli zwłoki do rzeki?

– Może nie do rzeki, ale w gąszcz sitowia. Potem poszli w stronę kładki przy gazowni. Ten zdrowy pomagał rannemu iść.

– Skoro tylko zepchnęli ciało w sitowie, to musieli potem wrócić i pozbyć się go na dobre. Każdy mógłby je tam znaleźć: nad rzeką bawią się dzieci, co rusz ktoś przechodzi ścieżką… Przynajmniej za dnia.

– Woleliśmy nie czekać, aż wrócą.

– Oczywiście.

Lyra dopiła piwo.

– Jeszcze jedno? – zapytał Dick. – Tym razem przyniosę ci duże.

– Nie, dziękuję. Zaraz będę musiała iść.

– A ten drugi mężczyzna, nie ten napadnięty, tylko ten, który czekał w zasadzce… Widzieliście, jak wyglądał?

– Nie, nie za dobrze. Ale słyszeliśmy jego głos. I właśnie dlatego – Lyra rozejrzała się i upewniła, że w dalszym ciągu nikt im się nie przygląda – nie możemy iść na policję. Słyszeliśmy, jak jeden policjant z kimś rozmawiał, i to był ten sam głos! Dokładnie ten sam. To policjant zabił tamtego człowieka.

Dick złożył usta jak do gwizdnięcia, ale nie wydał żadnego dźwięku. Napił się.

– Rozumiem – przyznał. – Niezręczna sytuacja.

– Nie wiem, co robić, Dick.

– Najlepiej nic nie rób. Po prostu zapomnij o całej sprawie.

– Nie mogę.

– To dlatego, że cały czas o niej myślisz. Spróbuj pomyśleć o czym innym.

Lyra pokiwała głową. Lepszej rady od Dicka nie dostanie.

Nagle coś przyszło jej do głowy.

– W okresie świątecznym sortownia zatrudnia pracowników tymczasowych, prawda?

– Owszem. A co, szukasz zajęcia?

– Może.

– No to idź do biura i zapytaj. Praca fajna, chociaż ciężka, uprzedzam. Nie będziesz miała czasu na zabawę w detektywa.

– Nie o to chodzi, chciałabym po prostu poczuć atmosferę tego miejsca. Zresztą to i tak by było tylko na krótko.

– Na pewno nie chcesz się jeszcze napić?

– Na pewno.

– A jakie masz plany na resztę wieczoru?

– Sprawy do załatwienia, książki do przeczytania…

– Zostań, będzie fajnie. Przepłoszyłaś tamte dziewczyny i teraz co, zostawisz mnie samego?

– Wcale ich nie przepłoszyłam!

– Daj spokój, spietrały się, że hej!

Zakłopotana Lyra zaczęła się rumienić. Ze zgrozą przypomniała sobie, jak bardzo była niemiła dla tamtych dwóch dziewcząt. A przecież tak łatwo byłoby się z nimi zaprzyjaźnić.

– Kiedy indziej, Dick – odparła, choć mówienie chwilowo przychodziło jej z trudem.

– Obiecanki cacanki – mruknął Dick.

W jego głosie nie było jednak żalu ani urazy. Wiedział, że znalezienie innej dziewczyny na wieczór nie zajmie mu wiele czasu – dziewczyny, która nie miała powodów do wstydu i dobrze się czuła ze swoim dajmonem. I rzeczywiście będzie fajnie, tak jak zapowiedział.

Przez chwilę Lyra zazdrościła tej nieznanej dziewczynie: Dick był świetnym, uprzejmym, miłym towarzyszem, do tego naprawdę ponadprzeciętnie przystojnym. Zaraz jednak przypomniała sobie, że już po kilku tygodniach bliższej znajomości zaczęła czuć, że ją ogranicza. Były takie sfery jej życia, które dla niej miały ogromne znaczenie, dla niego zaś zdawały się nie istnieć, tak wielką okazywał im obojętność. Wiedziała, na przykład, że nigdy nie będzie mu mogła opowiedzieć o Pantalaimonie i o tym, jak zostali rozdzieleni.

Wstała, ale zanim wyszła, pochyliła się do Dicka i go pocałowała – czym zupełnie go zaskoczyła.

– Nie będziesz musiał długo czekać – powiedziała.

Uśmiechnął się. Bindi i Pan szturchnęli się nosami, a potem Pan wskoczył Lyrze na ramię, przeszli przez bar i wyszli na zimną ulicę.

Lyra odruchowo skręciła w lewo, ale zawahała się, zastanowiła i przeszła na drugą stronę ulicy, kierując się do Kolegium Jordana.

– Co teraz? – spytał Pantalaimon, gdy pomachała portierowi w oknie.

– Plecak.

Bez słowa weszli na górę, do swojego starego pokoju. Lyra zamknęła drzwi na klucz, włączyła grzejnik, odwinęła dywan i podważyła deskę. Wszystko wyglądało tak, jak kiedy stąd wychodzili.

Wyciągnęła plecak ze skrytki, przeniosła go na fotel, bliżej lampy, i zaczęła odpinać sprzączki. Pantalaimon przycupnął obok na małym stoliku. Lyra miała ochotę mu powiedzieć, jak nieswojo się czuje, dręczona wyrzutami sumienia przemieszanymi ze smutkiem i niepohamowaną ciekawością, ale rozmawianie stało się takie trudne…

– Komu o tym powiemy? – zapytał.

– To zależy od tego, co znajdziemy w środku.

– Dlaczego?

– Sama nie wiem, może to nie będzie miało żadnego związku. Po prostu…

Lyra zawiesiła głos.

Odrzuciwszy klapę plecaka, znalazła na wierzchu schludnie złożoną koszulę, która niegdyś była biała, i sweter ze zgrzebnej granatowej wełny – jedno i drugie mocno sfatygowane. Pod nimi leżały sandały na sznurkowej podeszwie, również bardzo znoszone, oraz metalowe pudełko wielkości sporej Biblii, owinięte dwiema grubymi gumkami. Było ciężkie, a gdy obracała je w dłoniach, jego zawartość nie przemieszczała się w środku i nie wydawała żadnych dźwięków. Pierwotnie puszka zawierała tureckie ziele fajkowe, ale namalowany na niej fabryczny deseń prawie zupełnie się wytarł.

 

Otworzywszy ją, Lyra znalazła kilka niedużych buteleczek i zalakowanych tekturowych pudełek gęsto obłożonych watą bawełnianą.

– Pewnie jakieś próbki botaniczne – domyśliła się.

– To wszystko? – spytał Pantalaimon.

– Nie, jest jeszcze jakaś jakby… kosmetyczka…

Wyblakła płócienna kosmetyczka zawierała brzytwę, pędzel do golenia i prawie pustą tubkę pasty do zębów.

– Jest tam coś jeszcze. – Pan zajrzał do plecaka.

Lyra namacała książkę… nie, dwie książki. Wyjęła je i z rozżaleniem stwierdziła, że zostały napisane w językach, których nie zna. Jedna z nich, sądząc po ilustracjach, mogła być podręcznikiem do botaniki, druga zaś – gdyby oceniać po układzie tekstu na stronicach – jakimś długim poematem.

– To nadal nie wszystko – upierał się Pan.

Lyra wyjęła leżący na samym dnie plecaka plik papierów. Były w nim trzy lub cztery nadbitki artykułów z periodyków botanicznych, mały sfatygowany notatnik, który na pierwszy rzut oka zawierał nazwiska i adresy ludzi z całej Europy i nie tylko, oraz niewielki plik zmiętych, poplamionych, zapisanych ołówkiem kartek. Artykuły były napisane po niemiecku i po łacinie, za to odręczne zapiski sporządzono po angielsku.

– To jak? – zapytał Pantalaimon. – Czytamy?

– Oczywiście. Ale nie tutaj, tu jest fatalne światło. Nie mam pojęcia, jak kiedyś mogliśmy tu pracować.

Lyra złożyła kartki i schowała je do wewnętrznej kieszeni na piersi. Odłożyła rzeczy do plecaka, a plecak do schowka pod podłogą, po czym otworzyła drzwi, gotowa do wyjścia.

– Ja też będę mógł je przeczytać? – zapytał Pantalaimon.

– Pan, na litość boską!

W drodze powrotnej do Świętej Zofii nie odzywali się do siebie.

5. Dziennik doktora Straussa

5 Dziennik doktora Straussa

Lyra przyrządziła sobie gorący chocolatl i usiadła przy stoliku obok kominka. Przysunęła lampkę i zaczęła przeglądać wyjęty z plecaka rękopis. Składało się nań kilkanaście kartek poliniowanego papieru, zapisanych ołówkiem i najprawdopodobniej wydartych z zeszytu. Pan usiadł na stole – demonstracyjnie daleko od ręki Lyry, a zarazem dostatecznie blisko, żeby swobodnie czytać.

Z DZIENNIKA DOKTORA STRAUSSA

Taszbułak, 12 września

Czen, poganiacz wielbłądów, twierdzi, że był kiedyś na Karamakan i dotarł do samego serca pustyni. Zapytałem go, co tam jest. Odparł, że tego miejsca strzegą kapłani. Takiego właśnie słowa użył, było jednak widać, że szuka innego, które lepiej by wyrażało ich naturę. Jak żołnierze, powiedział, ale kapłani.

Czego strzegli? Budowli. Czen nie umiał powiedzieć, co było w środku, nie wpuścili go.

Co to była za budowla? Jak wyglądała? Jakie miała rozmiary? Duża, odparł, jak ogromna wydma piaskowa, największa na świecie, zbudowana z czerwonego kamienia i bardzo stara. Nie wyglądała na dzieło człowieka. Jak wobec tego wyglądała, jak wzgórze? Jak góra? Nie, miała regularne kształty. Jak budowla. Z czerwonego kamienia. Ale nie jak dom. Jak świątynia zatem? Wzruszył ramionami.

W jakim języku rozmawiali strażnicy? We wszystkich, odparł Czen. (Przypuszczam, że ma na myśli wszystkie języki, które sam zna, a tych jest wcale niemało: podobnie jak wielu innych poganiaczy wielbłądów porozumiewa się w tuzinie języków, z perskim i mandaryńskim włącznie).

Taszbułak, 15 września

Znów widziałem się z Czenem. Zapytałem go, po co zapuścił się na Karamakan. Odpowiedział, że od dziecka słyszał opowieści o legendarnych skarbach, jakie można tam znaleźć. Wielu próbowało, ale większość szybko się poddawała, zanim jeszcze na dobre zagłębiła się w pustynię, z powodu bólu podróży akterrakeh – tak to wymawiają.

Zapytałem, jak on radził sobie z bólem. Myślałem o złocie, odparł.

I co, zapytałem, znalazłeś złoto?

Spójrz na mnie, powiedział wtedy. Spójrz na nas.

Jest chudy jak szczapa. Ma zaklęśnięte policzki i głęboko zapadnięte oczy okolone setką zmarszczek. Pustynny pył wgryzł mu się w skórę dłoni. Jego ubrania powstydziłby się nawet strach na wróble. Jego dajmon, szczur pustynny, jest prawie bezwłosy, a jego nagą skórę pokrywają sączące się liszaje. Inni poganiacze unikają Czena, jakby się go bali, jemu zaś samotność wyraźnie odpowiada. Ostatnio poganiacze zaczęli unikać także i mnie, prawdopodobnie przez to, że utrzymuję z nim kontakt. Wiedzą o jego umiejętności rozdzielania się z dajmonem, budzi to w nich lęk i niechęć.

Zapytałem, czy nie boi się o swojego dajmona. Co by zrobił, gdyby szczurzyca zaginęła?

Szukałby jej w Al-Chan al-Azraq. Słabo znam arabski. Hassall wyjaśnił mi, że znaczy to „Błękitny Hotel”. Zdumiałem się, ale Czen obstawał przy swoim: zgadza się, powiedział, Al-Chan al-Azraq, Błękitny Hotel. Gdzie znajduje się ten Błękitny Hotel, zapytałem więc, ale nie umiał mi powiedzieć. To miejsce, do którego udają się dajmony, wyjaśnił. Był zresztą przekonany, że szczurzyca wcale by tam nie poszła, bo pragnęła złota nie mniej niż on sam. To chyba był żart, bo przy tych słowach wybuchnął śmiechem.

Lyra spojrzała na Pantalaimona i stwierdziła, że ten w skupieniu wpatruje się w stronicę. Wróciła do lektury.

Taszbułak, 17 września

Im dłużej je badamy, tym bardziej prawdopodobne jest, że Rosa lopnoriae jest odmianą macierzystą, a pozostałe, R. tajikiae i inne, odmianami potomnymi. Interesujące nas zjawiska optyczne zdecydowanie najsilniej występują w przypadku ol. R. lopnoriae, której trudność uprawy rośnie wraz z oddalaniem się od Karamakan. Nawet kiedy postaraliśmy się w innym miejscu odtworzyć wszystkie warunki uprawy – tj. skład gleby, temperaturę, wilgotność itd. – w sposób praktycznie identyczny jak na K., okazy R. lopnoriae nie rozwijają się prawidłowo i wkrótce usychają. Coś nam umyka. Inne odmiany musiały zostać uzyskane w drodze intensywnego krzyżowania, żeby zachować choć część zalet R. lop po przeniesieniu uprawy w inne miejsca.

Pojawia się pytanie, w jaki sposób należy to wszystko opisać. Oczywiście pierwsze ukażą się artykuły w periodykach naukowych, ale nie wolno nam przeoczyć innych, bardziej dalekosiężnych implikacji. Gdy tylko wiedza na temat róż się upowszechni, rozpoczną się gorączkowe poszukiwania i próby wykorzystania ich potencjału, a wtedy my z naszą małą placówką badawczą w najlepszym razie zostaniemy zepchnięci na margines, w najgorszym zaś – znikniemy bez śladu. Podobny los czeka wszystkich okolicznych hodowców róż. Nie koniec na tym: zważywszy na naturę objawienia obserwowanego w procesie optycznym, należy się spodziewać zaognienia sytuacji religijnej i politycznej, paniki i fali prześladowań. Jest to równie pewne jak fakt, że po dniu nastaje noc.

Taszbułak, 23 września

Poprosiłem Czena, żeby był moim przewodnikiem na wyprawie w głąb Karamakan. Obiecałem mu złoto. Rod Hassall pójdzie z nami. Lękam się tej ekspedycji, lecz nie sposób jej już uniknąć. Spodziewałem się, że trudno będzie przekonać Cartwrighta do wydania zgody na tę podróż, ale udzielił mi gorącego poparcia. Równie dobrze jak my zdaje sobie sprawę, jaka jest stawka w tej grze. Zresztą sytuacja na miejscu i tak jest dramatyczna.

Taszbułak, 25 września

Doszły nas plotki o zamieszkach w Chulanszanie i Akdżarze, zaledwie 150 kilometrów na zachód stąd. Tamtejsze ogrody różane zostały spalone lub rozkopane przez ludzi z gór – tak się przynajmniej mówi. Do tej pory myśleliśmy, że tego rodzaju turbulencje ograniczają się do Azji Mniejszej, ale skoro sięgnęły tak daleko… To zła wiadomość.

Jutro ruszamy na Karamakan, o ile tylko będzie to możliwe. Cariad błaga mnie, bym tego nie robił, dajmon Hassalla również. Boją się, to zrozumiałe. Na Boga, ja też się boję.

Karamakan, 26 września

Ból jest przeokrutny, nie do opisania, przytłaczający i bezlitosny – ale też nie do końca jest po prostu bólem. To raczej coś na kształt przeszywającej serce udręki i smutku, choroba, strach i śmiertelna rozpacz w jednym. Wszystkie te aspekty łączą się i mieszają z różną intensywnością. Ból czysto fizyczny zelżał po mniej więcej półgodzinie; nie sądzę, bym był w stanie dłużej go znieść. Jeśli zaś chodzi o Cariad… To zbyt bolesne, nie potrafię o tym mówić. Co ja najlepszego zrobiłem? Co zrobiłem jej, mojej duszy? Te jej szeroko otwarte, wstrząśnięte oczy, kiedy się na nią obejrzałem…

Nie. Nie dam rady o tym pisać.

To najgorsza rzecz, jaką zrobiłem w życiu – i zarazem najkonieczniejsza. Oby istniała jakaś przyszłość, w której znów będziemy mogli być razem. I oby Cariad mi wybaczyła.

To był koniec strony. Zaczytana Lyra poczuła jakiś ruch tuż obok opartej na stole ręki: to Pantalaimon odsunął się od niej i położył na samym krańcu stołu, zwrócony do niej tyłem. Ścisnęło ją w gardle, tak że nie byłaby w stanie wykrztusić ani słowa – nawet gdyby wiedziała, co powiedzieć.

Przymknęła na chwilę oczy, a potem czytała dalej:

Zapuściliśmy się na 4 kilometry w głąb pustyni. W tej chwili odpoczywamy, żeby nabrać nieco sił. Iście piekielne miejsce. Hassall z początku bardzo cierpiał, ale otrząsnął się szybciej ode mnie. Za to Czen jest wesoły jak skowronek, tyle że dla niego oczywiście to nie jest pierwszy raz.

Krajobraz skrajnie surowy. Ogromne wydmy, z których szczytu widać tylko następne wydmy, a za nimi kolejne. Koszmarne gorąco. Miraże majaczą na obrzeżach pola widzenia, a wszystkie dźwięki w jakiś sposób ulegają wzmocnieniu. Dujący nad pustynią wiatr wydaje nieznośne skrzypienia i chroboty, jakby miliony insektów żyły tuż pod cieniutką górną warstwą piasku, a także pod naszą skórą. Kiedy człowiek nie patrzy, mrowie tych odrażających stworzeń gryzie, żuje, szarpie i rozdziera nie tylko nasze trzewia, ale samą materię świata. Ale w rzeczywistości nie ma tu żadnego życia, zwierzęcego ani roślinnego. Tylko nasze wielbłądy pozostają niewzruszone.

Miraże – jeśli tym rzeczywiście są – znikają, kiedy spojrzy się prosto na nie, po czym natychmiast się odtwarzają, gdy tylko odwrócimy wzrok. Przywodzą na myśl wizerunki rozjuszonych bogów albo diabłów zastygłych w groźnych pozach. Trudno to wytrzymać. Hassall też cierpi. Czen powtarza, że powinniśmy prosić te bóstwa o przebaczenie; w tym celu próbował nas nauczyć odpowiedniej modlitwy wyrażającej skruchę i przeprosiny. Twierdzi, że miraże to aspekty Simurgha, jakiegoś monstrualnego ptaka. Bardzo trudno go zrozumieć.

Czas ruszać w dalszą drogę.

Karamakan, później

Posuwamy się bardzo wolno. Zatrzymaliśmy się na noc, wbrew radom Czena, który zalecał dalszy marsz. Zwyczajnie nie mamy siły, musimy odpocząć, dojść do siebie. Czen ma nas obudzić przed świtem, żebyśmy mogli wędrować w najchłodniejszej porze dnia. Ach, Cariad, Cariad…

Karamakan, 27 września

Okropna noc. Prawie nie spałem, dręczony koszmarami o torturach, rozczłonkowywaniu i wypruwaniu wnętrzności; zmuszony byłem patrzeć na te potworności, niezdolny uciec, zamknąć oczy ani pomóc. Co rusz budził mnie mój własny krzyk, a wtedy bałem się ponownie zasnąć – i nic nie mogłem poradzić na to, że jednak zasypiałem. Mój Boże, mam tylko nadzieję, że Cariad tak nie cierpi. Hassall jest w podobnym stanie jak ja. Czen obruszył się i położył spać dalej od obozowiska, żebyśmy go nie budzili.

Obudził nas, gdy zapowiedź świtu ledwie, ledwie rozjaśniła wschodni widnokrąg. Na śniadanie zjedliśmy suszone figi i paski suszonego wielbłądziego mięsa. Wyruszyliśmy, zanim zrobiło się gorąco.

To tam, powiedział w południe Czen.

Pokazywał na wschód, gdzie, jak mniemam, znajduje się sam środek pustyni Karamakan. Zmrużyliśmy z Hassallem oczy, osłoniliśmy je przed słońcem, wytężyliśmy wzrok, ale niczego nie zobaczyliśmy.

Jest popołudnie, najgorętsza pora dnia. Zatrzymaliśmy się na odpoczynek. Hassall zbudował z koców improwizowane schronienie, wszyscy leżymy w uzyskanym w ten sposób skrawku cienia. Czen również. Pospałem trochę. Bez snów. Wielbłądy podkulają nogi, zamykają oczy i z niezmąconym spokojem zapadają w drzemkę.

 

Zgodnie z zapewnieniami Czena ból się zmniejszył, pozostała jednak głęboka, sięgająca serca rana, źródło nieustannych cierpień ducha. Czy to się kiedyś skończy?

Karamakan, 27 września, wieczór

Znowu w drodze. Piszę, siedząc na grzbiecie wielbłąda. Czen nie jest już pewien, czy podążamy we właściwym kierunku, a gdy go zapytać, dokąd, odpowiada, dalej, przed siebie. Mówi, że od wczoraj tego nie widział; kiedy pytam, co ma na myśli, nie umie dokładnie powiedzieć. Przypuszczam, że chodzi mu o czerwoną budowlę, ale ani ja, ani H. jej nie widzieliśmy. W ogóle niczego nie widzieliśmy poza nieskończoną, nieznośną monotonią piasku.

Nie sposób ocenić przebyty przez nas dystans, z pewnością nie jest zbyt duży, ale jeszcze dzień drogi i na pewno znajdziemy się w samym środku tego pustkowia.

Karamakan, 28 września

Noc lepsza, chwała Bogu. Sny skomplikowane, pomieszane, ale mniej krwawe. Spałem jak zabity, dopóki Czen nie obudził nas przed świtaniem.

Teraz ją widzimy. Z początku wyglądała jak miraż, mieniła się, falowała, unosiła nad horyzontem, ale w końcu wyrosła jej lita podstawa i teraz budowla mocno stoi na ziemi. Jej obecność jej niepodważalna. Przypomina twierdzę albo hangar na ogromny statek powietrzny. Z tej odległości nie widać szczegółów, żadnych drzwi, okien, umocnień, nic: to po prostu ogromny prostopadłościan w kolorze ciemnoczerwonym. Piszę te słowa tuż po południu. Wczołgaliśmy się do postawionego przez H. tymczasowego schronu, szukamy wytchnienia od potwornego upału. Teraz drzemka, a po przebudzeniu ostatni etap.

Karamakan, 28 września, wieczór

Dotarliśmy do budowli i napotkaliśmy kapłanów/żołnierzy/strażników. Zdają się pełnić wszystkie te trzy funkcje naraz. Nie noszą broni, ale są muskularni i sprawiają groźne wrażenie. Nie wyglądają na Europejczyków, Chińczyków, Tatarów ani Moskwian. Jasna skóra, czarne włosy, okrągłe oczy. Najwięcej chyba mają z Persów. Nie mówią po angielsku, w każdym razie nie zareagowali, gdy z Hassallem próbowaliśmy ich zagadnąć. Czen porozumiewa się z nimi bez przeszkód w języku, który dla mnie brzmi jak tadżycki. Są ubrani w proste koszule i luźne spodnie z ciemnoczerwonej bawełny w takim samym odcieniu jak budowla. Noszą skórzane sandały. Wydają się nie mieć dajmonów, ale obaj z Hassallem zbyt wiele już przeszliśmy, żeby nas to przerażało.

Za pośrednictwem Czena zapytaliśmy, czy możemy wejść do budynku. Natychmiastowe, bezwzględne NIE. Zapytaliśmy więc, co jest w środku. Naradzili się i odpowiedzieli, że nam nie powiedzą. Zadaliśmy jeszcze kilka pytań, na które usłyszeliśmy kolejne nic niewnoszące odpowiedzi, ale w końcu uzyskaliśmy pewną wskazówkę, gdy jeden z nich, bardziej rozmowny od swoich kompanów, wygłosił dłuższą, bo trwającą całą minutę, i pośpieszną przemowę skierowaną do Czena. W wartkim potoku słów wyłowiliśmy z Hassallem powtarzający się kilkakrotnie wyraz gül, który w wielu środkowoazjatyckich językach oznacza różę. Podczas tej tyrady Czen kilkakrotnie spoglądał na nas, ale po jej zakończeniu powiedział tylko: Nic z tego. Nie możemy tu zostać. Nic z tego.

Co tamten powiedział na temat róż?, zapytaliśmy. Czen tylko pokręcił głową.

Mówił w ogóle o różach?

Nie. Nic z tego. Musimy stąd odejść.

Strażnicy przyglądali się nam bacznie, patrzyli na przemian to na nas, to na Czena.

Wpadłem na pomysł, żeby spróbować innego podejścia. Pomny faktu, że Rzymianie dotarli przecież do Azji Środkowej, zacząłem się zastanawiać, czy przetrwały tu jakieś szczątki ich języka. Nie chcemy skrzywdzić was ani waszych ludzi, powiedziałem po łacinie. Chcielibyśmy się dowiedzieć, czego tu strzeżecie.

Natychmiastowe zrozumienie i reakcja. Ten wygadany od razu odpowiedział mi w tym samym języku: Co przywozicie jako zapłatę?

Nie wiedzieliśmy o konieczności zapłaty, odparłem. Niepokoimy się, ponieważ nasi przyjaciele zaginęli. Przypuszczamy, że mogli przybyć tutaj. Czy widzieliście tu innych podróżnych takich jak my?

Widujemy wielu podróżnych. Jeżeli przybywają akterrakeh i mają czym zapłacić, mogą wejść. Tylko wtedy jest to możliwe. Ale jeżeli wejdą, nie mogą już wyjść.

Możecie nam zatem powiedzieć, czy nasi przyjaciele są w tym czerwonym budynku?, zapytałem.

Na co on odparł: Jeżeli są tutaj, nie ma ich tam, a jeśli są tam, nie ma ich tutaj.

Brzmiało to jak rutynowa formułka, która przez częste powtarzanie straciła wszelki sens, ale przynajmniej dowiedziałem się, że inni zadawali już podobne pytania. Drążyłem więc dalej.

Wspomniałeś o zapłacie, powiedziałem. Za róże?

A za cóżby innego?

Może za wiedzę?

Nasza wiedza nie jest przeznaczona dla was.

Jaka zapłata byłaby odpowiednia?

Życie, brzmiała niepokojąca odpowiedź.

Jeden z nas musi umrzeć?

Wszyscy umrzemy.

Niezbyt mi to pomogło, rzecz jasna. Zadałem więc inne pytanie.

Dlaczego nie da się hodować waszych róż poza tą pustynią?

Jedyną odpowiedzią było wzgardliwe spojrzenie. Potem strażnik odszedł.

Słyszałeś o kimś, zwróciłem się do Czena, kto wszedł do środka?

Był taki jeden człowiek, odparł. Nie wrócił. Nikt nie wraca.

Sfrustrowani wycofaliśmy się z Hassallem do naszego małego schronu, żeby się naradzić. Odbyliśmy dyskusję bezowocną, przykrą i monotonną. Ograniczały nas dwa wyraziste imperatywy: z jednej strony, musieliśmy koniecznie zbadać te róże, z drugiej zaś – zbadanie ich było absolutnie niemożliwe bez wejścia do budowli i pozostania w niej na zawsze.

Przeanalizowaliśmy więc problem z większą starannością. Z czego wynika konieczność zbadania róż? Z tego, co mogą nam powiedzieć o naturze Prochu. Jeżeli Magisterium dowie się o tym, co jest na Karamakan, zrobi wszystko, by powstrzymać upowszechnienie tej wiedzy. Przybędzie tutaj i zniszczy czerwoną budowlę wraz z całą zawartością, a z pewnością ma wystarczająco dużo żołnierzy i uzbrojenia, żeby tego dokonać. Niedawne kłopoty w Chulanszanie i Akdżarze to bez wątpienia ich dzieło. Są coraz bliżej.

Dlatego właśnie musimy to zrobić. Jeden z nas musi w tym celu wejść do środka, drugi zaś wrócić z wiedzą, którą do tej pory zgromadziliśmy. Innego wyjścia nie ma. A jednak to nie wchodzi w grę.

W dalszym ciągu nigdzie nie ma śladu naszych dajmonów. Zapasy pożywienia i wody są na wyczerpaniu. Nie możemy tu zbyt długo tkwić.

Dopisek na samym końcu został skreślony innym charakterem pisma:

Tego samego wieczora, nieco później, wróciła Cariad Straussa: wyczerpana, przerażona, wstrząśnięta. Następnego dnia weszli ze Straussem do czerwonej budowli, a ja i Czen wróciliśmy. Nadciągają kłopoty. Zgodziłem się z Tedem Cartwrightem, że powinienem natychmiast wyruszyć w drogę powrotną, zabierając ze sobą wszelką zgromadzoną wiedzę. Modlę się do Boga, żebym odnalazł Strellę. I żeby mi wybaczyła. R. H.

Lyra odłożyła kartki na stół. Kręciło jej się w głowie. Miała wrażenie, jakby mignęło jej przed oczami jakieś dawno zapomniane wspomnienie, rzecz niezwykłej wagi pogrzebana pod tysiącami dni zwyczajnego życia. Co mogło tak na nią podziałać – wizja czerwonej budowli? Otaczająca ją pustynia? Strażnicy mówiący po łacinie? To coś tkwiło w niej tak głęboko, że nie miała nawet pewności, czy to fakt, czy sen, czy może tylko wspomnienie snu albo nawet wspomnienie bajki, którą tak bardzo uwielbiała w dzieciństwie, że dopominała się, by raz za razem opowiadano ją jej na dobranoc, a potem w pewnym momencie po prostu o niej zapomniała. W każdym razie wiedziała coś o tej czerwonej budowli na pustyni – i nie miała pojęcia, co to takiego.

Pantalaimon zwinął się w kłębek na stole i spał – albo przynajmniej udawał, że śpi. Rozumiała go. Słowa doktora Straussa, kiedy opisywał rozdzielenie ze swoim dajmonem, Cariad, musiały w nim obudzić wspomnienie ohydnej zdrady, jakiej Lyra dopuściła się na brzegu krainy umarłych, kiedy to porzuciła Pana i udała się na poszukiwanie ducha swojego przyjaciela Rogera. Dręczące ją wyrzuty sumienia i wstyd nie osłabną ani na jotę aż do dnia jej śmierci, bez względu na to, jak bardzo miałby być odległy.