Tajemna wspólnotaTekst

Z serii: Księga prochu #2
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Ścieżka prowadziła do przerzuconej nad rzeką kładki. Po jej drugiej stronie rozciągało się St Ebbes, gąszcz zabudowanych szeregowcami wąskich uliczek wokół gazowni.

– A więc to tam się udawał – odezwał się Pan.

– Mógł nawet o tym nie wiedzieć, po prostu szedł ścieżką.

– I pewnie stamtąd przyszedł ten drugi, ten, który nie przybył z sortowni.

– Dalej można iść, dokąd tylko zechcesz, można przepaść bez śladu w St Ebbes albo pójść dalej, na St Aldate’s, Carfax… Wszędzie.

– Nie dowiemy się, dokąd szedł. Nie mamy szans zgadnąć.

Oboje dobrze wiedzieli, dlaczego stoją przy wejściu na kładkę i rozmawiają w ten sposób: żadne z nich nie wyrywało się do oglądania miejsca, w którym zamordowano tego człowieka.

– Mimo wszystko powinniśmy to zrobić – powiedziała w końcu Lyra.

– Powinniśmy – zgodził się z nią Pan. – Chodźmy.

Zawrócili i ruszyli z powrotem wzdłuż rzeki w stronę wierzby i dębu, gdzie sitowie gęstniało, a ścieżka stawała się błotnista. Lyra rozglądała się od niechcenia, ale nigdzie nie widziała niczego groźnego ani złowieszczego. Nieco dalej nad rzeką bawiły się dzieci, parę osób pracowało na działkach, a z naprzeciwka szło dwoje starszych ludzi: trzymali się za ręce i nieśli siatki z zakupami.

Minęli się ze starszym państwem, którzy uśmiechem i skinieniem głowy odpowiedzieli na „Dzień dobry” Lyry, i znaleźli się w cieniu dębu. Pantalaimon przeskoczył z ramienia Lyry na pień i dalej, na gałąź, na której przycupnął w nocy, po czym zeskoczył na ziemię i zaczął przemykać w trawie w stronę wierzby. Lyra ruszyła za nim, wypatrując na ziemi śladów walki. Wszędzie widziała tylko trawę i zdeptane błoto, niczym nieróżniące się od trawy i błota na innych odcinkach ścieżki.

– Nikt nie idzie? – zapytała.

Pan wskoczył jej na ramię i rozejrzał się.

– Kobieta z dzieckiem i siatką z zakupami przechodzi w tej chwili przez kładkę. Nikogo więcej nie widać.

– Rozejrzyjmy się w sitowiu. To było mniej więcej tutaj, zgadza się?

– Tak. Dokładnie w tym miejscu.

– Potem zabójca zaciągnął ofiarę do wody, tak?

– Właściwie w gąszcz sitowia, nie do samej wody. W każdym razie nie od razu, nie kiedy patrzyłem. Bo potem jeszcze mógł wrócić.

Lyra zeszła ze ścieżki na zarośniętą nabrzeżną pochyłość. Sitowie rosło tu wysokie, stromizna była spora i zboczywszy zaledwie na sześć stóp ze ścieżki, Lyra straciła z oczu całą łąkę. Ślizgała się okropnie, wiedziała, że buty będzie miała potwornie ubłocone, ale w końcu złapała równowagę, przykucnęła i spojrzała na ziemię z bliska. Sitowie było częściowo wygniecione i połamane: coś tu ciągnięto po błocie. Coś wielkości dorosłego człowieka.

Nigdzie jednak nie było widać ciała.

– Nie możemy za długo się tu kręcić – zauważyła, wspiąwszy się z powrotem na ścieżkę. – Ktoś mógłby nabrać podejrzeń.

– W takim razie chodźmy na dworzec.

Kiedy przechodzili obok sortowni, wielki dzwon Kolegium Kardynalskiego wybił jedenastą, a Lyra przypomniała sobie o rozpoczynającym się właśnie wykładzie – ostatnim w tym trymestrze – na którym powinna być. Wiedziała jednak, że Annie i Helen na pewno na niego pójdą, więc później pożyczy od nich notatki. A może ten nieśmiały przystojniak z Kolegium Magdaleny znów usiądzie z tyłu, tak jak przedtem? Mogłaby jednak pójść, usiąść obok niego i zobaczyć, co z tego wyniknie. Wszystko wróciłoby do normy.

Tyle że dopóki miała w kieszeni klucz do skrytki, nie mogło być mowy o normalności.

– Dawniej to ty byłaś impulsywna, a ja musiałem cię hamować – zauważył Pantalaimon. – Zmieniliśmy się.

Lyra pokiwała głową.

– Świat się zmienia… Moglibyśmy zaczekać, aż tamten policjant skończy służbę, i wrócić na St Aldate’s. Na przykład wieczorem, koło szóstej. Nie mogą przecież wszyscy na posterunku być w zmowie, na pewno znajdzie się jakiś uczciwy funkcjonariusz. Tu nie chodzi o jakąś drobną kradzież w sklepie, tylko o morderstwo.

– Wiem. Widziałem.

– Może niepotrzebnie utrudniamy śledztwo i pomagamy mordercy? To by było złe.

– Jest coś jeszcze – powiedział Pantalaimon.

– Tak?

– Kiedyś byłaś optymistką, uważałaś, że cokolwiek zrobimy, ostatecznie wyjdzie nam na dobre. Nawet pobyt na północy cię nie zmienił. A teraz jesteś ostrożna, zalękniona… Stałaś się pesymistką.

Lyra wiedziała, że Pan ma rację, ale nie powinien mówić tego takim oskarżycielskim tonem, jakby doszukiwał się w tym jakiejś jej winy.

– Byłam młoda – odparła, nie znajdując lepszych słów.

Nie odpowiedział.

Nie odzywali się do siebie, dopóki nie znaleźli się na dworcu – wtedy Lyra zawołała Pantalaimona, który od razu wskoczył jej na ręce. Posadziła go sobie na ramieniu.

– Patrz do tyłu – powiedziała – i miej oczy szeroko otwarte. Ktoś może nas obserwować.

Pan odwrócił się i usadowił wygodnie. Lyra weszła na schody prowadzące do wejścia.

– Nie idź od razu do skrytek – poradził jej półgłosem. – Zajrzyj do kiosku, przejrzyj czasopisma. Ja będę czuwał. Przekonamy się, czy ktoś patrzy.

Skinęła głową i zaraz za drzwiami skręciła w lewo, do stoiska z prasą. Kartkowała kolejne pisma ilustrowane, a Pantalaimon przyglądał się wszystkim mężczyznom i kobietom stojącym w kolejkach po bilety, pijącym kawę przy stolikach, oglądającym rozkłady jazdy i rozpytującym o coś w biurze informacji.

– Wszyscy są czymś zajęci – zameldował w końcu. – Nie widzę nikogo, kto by się kręcił po próżnicy.

– Mogę iść? – spytała Lyra. Klucz do skrytki miała pod ręką, w kieszeni.

– Idź. Ale nie śpiesz się, staraj się zachowywać naturalnie. Po drodze spójrz na zegar albo na tablicę przyjazdów i odjazdów…

Lyra odłożyła przeglądane czasopismo i odwróciła się tyłem do stoiska. Miała wrażenie, że spoczęła na niej chyba z setka par oczu, ale z udawaną nonszalancją przeszła na drugą stronę hali kasowej, do skrytek bagażowych.

– Na razie wszystko gra – powiedział Pan. – Nikt nie patrzy. Działaj!

Skrytka numer 36 była umieszczona na wysokości talii. Lyra przekręciła klucz w zamku i otworzyła drzwiczki. W środku leżał sfatygowany płócienny plecak.

– Oby nie był za ciężki – mruknęła.

Wyjęła plecak ze schowka. Klucz zostawiła w drzwiach.

– Szkoda, że nie umiemy robić tego, co Will – dodała.

Pan wiedział, co miała na myśli: Will Parry potrafił na zawołanie stawać się niewidzialny. Swoją umiejętnością zaskoczył nawet wiedźmy z dalekiej północy, które stosowały tę samą technikę: do tego stopnia ograniczały i tłamsiły wszystko, co było w nich interesującego, że ludzie przestawali je zauważać. Will ćwiczył się w tej sztuce przez całe życie. Dzięki temu uchodził uwagi policjantów i pracowników opieki społecznej, którzy mogliby się zainteresować, dlaczego nie jest w szkole, a wtedy puszczone przez nich w ruch procedury doprowadziłyby do rozdzielenia Willa z ukochaną matką, dręczoną przez przeróżne urojone lęki i obsesje.

Kiedy opowiedział Lyrze o tym, jak wygląda jego życie i jak trudno jest pozostać niezauważonym, w pierwszej chwili nie mogła się nadziwić, że ktoś w ogóle jest w stanie żyć tak samotnie. Jego odwaga poruszyła ją do głębi, w ogóle natomiast nie zdziwiła się Lyra na wieść o tym, że wiedźmy nadzwyczaj wysoko oceniają tę jego umiejętność.

Zastanawiała się – często jej się to zdarzało – co w tej chwili robi Will, jak teraz wygląda, czy jego matka jest bezpieczna…

– Na razie wszystko w porządku – mruknął uspokajająco Pantalaimon – ale lepiej przyśpiesz trochę. Na schodach stoi jakiś mężczyzna i się nam przygląda.

Wyszli na dziedziniec przed dworcem, gdzie taksówki i autobusy wysadzały pasażerów i zabierały nowych. Myśląc o Willu, Lyra nie zwróciła uwagi, gdzie się znaleźli.

– Jak wygląda? – spytała półgłosem.

– Wysoki. W czarnej wełnianej czapce. Jego dajmon wygląda jak mastyf.

Lyra przyśpieszyła kroku, kierując się w stronę Hythe Bridge Street i centrum miasta.

– Co teraz robi?

– Nadal nas obserwuje…

Najszybciej wróciłaby do Jordana najkrótszą drogą, to było zrozumiałe, ale droga najkrótsza byłaby zarazem najbardziej niebezpieczna: przez całą Hythe Bridge Street, a potem także George Street Lyra byłaby stale na widoku.

– Widzi nas?

– Teraz nie, hotel nas zasłania.

– Trzymaj się mocno.

– Co zamierzasz…

Lyra przebiegła znienacka przez ulicę i zgięta w pół przecisnęła się pod barierką odgradzającą pirsy, przy których rozładowywano barki z węglem. Nie zwracając uwagi na ludzi, którzy się za nią odwracali, okrążyła żuraw parowy, obiegła od tyłu siedzibę Zarządu Dróg Wodnych, przebiegła na drugą stronę wąskiej uliczki i zanurkowała w głąb George Street Mews.

– Nie widzę go – poinformował Pan, wykręciwszy szyję.

Lyra wypadła na Bulwarks Lane – zaułek pomiędzy dwoma wysokimi murami był tak wąski, że wyprostowanymi rękami mogłaby dotknąć obu ścian jednocześnie. W tym miejscu była całkowicie niewidoczna; nikt by jej tu nie pomógł, gdyby wpadła w tarapaty. Dotarła jednak bez przeszkód do końca uliczki i skręciła ostro w lewo, w kolejną wąską dróżkę, biegnącą na tyłach kościoła Świętego Piotra i wychodzącą na New Inn Hall Street, przez którą przewalały się tłumy kupujących z okolicznych sklepów.

– Świetnie nam idzie – powiedział Pantalaimon.

Hop przez ulicę i nura w Sewy’s Lane, zawilgocony zaułek przy hotelu Clarendon. Jakiś mężczyzna bez szczególnego pośpiechu wysypywał śmieci do dużego pojemnika; jego dajmon, maciora, leżał obok na ziemi i ogryzał rzepę. Kiedy biegnąca Lyra przeskoczyła nad świnią, mężczyzna zatoczył się w tył i wypuścił trzymany w zębach niedopałek papierosa.

 

– Ej, ty! – zawołał, ale Lyra zdążyła już wybiec na Cornmarket, główną ulicę handlową w mieście, pełną pieszych i pojazdów dostawczych.

– Rozglądaj się – poleciła bez tchu Pantalaimonowi.

Przebiegła na drugą stronę Cornmarket i wpadła w uliczkę obok Golden Cross Inn, prowadzącą na Kryty Bazar.

– Muszę odsapnąć – powiedziała. – Ten plecak jest diabelnie ciężki.

Spokojnym krokiem przeszła przez bazar, obserwując wszystkich ludzi przed sobą i zostawiając Pantalaimonowi pilnowanie tyłów. Już niedaleko: do Market Street, pięćdziesiąt jardów dalej w lewo w Turl Street i tam będzie Kolegium Jordana. Została niespełna minuta drogi. Panując nad każdym mięśniem z osobna, nieśpiesznie podeszła do portierni.

Ledwie znaleźli się z Panem w środku, ze stróżówki wychynęła jakaś postać.

– Lyra! Witaj. Jak ci się studiuje?

Był to krzepki, rumiany i zawsze życzliwy doktor Polstead, historyk. Nie miała ochoty z nim rozmawiać. Kilka lat temu odszedł z Jordana i przeniósł się do Kolegium Durham, po drugiej stronie Broad Street, czasem jednak miał do załatwienia jakieś sprawy w swojej starej placówce.

– Dobrze, dziękuję – odparła beznamiętnym tonem.

Przez portiernię przechodziła akurat grupa studentów w drodze na wykład lub ćwiczenia. Lyra udała, że ich nie widzi, oni zaś wszyscy bez wyjątku się na nią obejrzeli – czego zresztą się spodziewała. Zaniemówili nawet na moment, jakby onieśmieleni jej widokiem.

Jeszcze zanim na dobre zniknęli, doktor Polstead znudził się oczekiwaniem na bardziej wyczerpującą odpowiedź ze strony Lyry i wdał się w rozmowę z portierem. Lyra wyszła.

Dwie minut później siedzieli z Panem w jej pokoiku na szczycie klatki schodowej numer jeden. Sapnęła z ulgą, odęła policzki, zrzuciła plecak na podłogę i zamknęła drzwi na klucz.

– No – powiedział Pantalaimon – klamka zapadła.

4. Kolegialne srebra

4 Kolegialne srebra

– Co się stało? – zapytał Marcel Delamare.

Znajdował się w swoim gabinecie w La Maison Juste, a osobą, do której zwracał się z żądaniem wyjaśnień, był młody, całkiem zwyczajnie ubrany mężczyzna o ciemnych włosach, szczupłej, zdradzającej napięcie sylwetce i posępnej twarzy, który rozsiadł się wygodnie na sofie z wyciągniętymi do przodu nogami i rękami w kieszeniach. Jego dajmon, krogulec, patrzył spode łba na Delamare’a.

– Kiedy zatrudniasz partaczy…

– Odpowiedz na pytanie.

Gość wzruszył ramionami.

– Spaprali sprawę. Okazali się niekompetentni.

– Czy on nie żyje?

– Na to wygląda.

– Ale nic przy nim nie znaleźli. Nie miał przy sobie… torby? Teczki jakiejś?

– Aż takich szczegółów nie widzę, ale nie wydaje mi się.

– Spójrz jeszcze raz. Wysil się.

Młody człowiek machnął leniwie ręką, jakby odpędzał od siebie ten pomysł. Miał półprzymknięte oczy, lekko zmarszczoną minę i cieniutką warstewkę potu na białym czole.

– Źle się czujesz? – spytał Delamare.

– Wiesz, jak ta nowa metoda na mnie działa. To duże obciążenie dla nerwów.

– Dlatego tak dużo ci płacimy. Zresztą przecież zabroniłem ci z niej korzystać. Nie ufam jej.

– Dobrze, spojrzę, niech ci będzie. Spojrzę, tylko nie w tej chwili. Najpierw muszę trochę dojść do siebie. Ale jedno ci powiem od razu: ktoś widział.

– Co widział, naszą akcję? Kto?

– Nie mam pojęcia. Naprawdę nie umiem powiedzieć. Wiem tylko, że ktoś tam jeszcze był i wszystko widział.

– Nasi sprawcy się zorientowali?

– Nie.

– Coś jeszcze możesz mi powiedzieć?

– Nic więcej nie wiem. Nie sposób wiedzieć coś więcej. Chociaż…

Młodzieniec zamilkł. Sekretarz generalny, przyzwyczajony do jego kaprysów, czekał cierpliwie.

– Chociaż myślę, że to mogła być ona – podjął w końcu jego gość. – Ta dziewczyna. Nie widziałem jej, zaznaczam, ale to mogła być ona.

Mówiąc to, obserwował Delamare’a, który usiadł przy biurku, skreślił zdanie albo dwa na papierze z firmowym nagłówkiem, po czym złożył kartkę i nałożył skuwkę na pióro.

– Proszę, Olivierze – powiedział. – Zanieś to do banku. Potem odpocznij. Podjedz trochę. Musisz mieć siłę.

Młody mężczyzna rozłożył kartkę i przeczytał, co na niej napisano, a następnie schował ją i wyszedł bez słowa. Zauważył jednak coś, czego nigdy przedtem nie widział: na wzmiankę o dziewczynie wargi Marcela Delamare’a zadrżały.

***

Lyra odłożyła plecak na podłogę i opadła ciężko na stary fotel.

– Dlaczego się schowałeś, kiedy pojawił się pan Polstead? – zapytała.

– Wcale się nie schowałem – zaoponował Pantalaimon.

– Schowałeś się. Na dźwięk jego głosu natychmiast czmychnąłeś mi pod płaszcz.

– Po prostu nie chciałem przeszkadzać. Dalej, otwórzmy go i zobaczmy, co jest w środku – powiedział Pan, oglądając plecak z bliska i szturchając nosem sprzączki. – Na pewno należał do niego, to ten sam zapach. Zupełnie inny niż woda kolońska od ojca Miriam.

– Teraz nie możemy się tym zająć – zauważyła Lyra. – Mamy dwadzieścia minut, żeby wrócić do Świętej Zofii na spotkanie z doktor Lieberson.

Spotkanie z opiekunem naukowym, obowiązkowe dla każdego studenta pod koniec trymestru, miało być okazją do oceny jego postępów, upomnienia go, by bardziej przykładał się do obowiązków, pochwalenia za dobrą pracę oraz przedstawienia zalecanych lektur na ferie świąteczne. Lyra nigdy jeszcze nie przegapiła takiego spotkania, ale jeżeli teraz się nie pośpieszy…

Wstała. Pan ani drgnął.

– Powinniśmy go ukryć – powiedział.

– Co ty gadasz? Tu będzie bezpieczny, nikt tu nie przychodzi.

– Mówię serio. Pomyśl o tym człowieku z ubiegłej nocy: komuś tak bardzo zależało na tym plecaku, że był gotowy dla niego zabić.

Lyra musiała mu przyznać rację. Odwinęła wytarty dywan: pod deskami podłogi była nieduża pusta przestrzeń, w której już wcześniej zdarzało im się chować różne rzeczy. Dziura była dość ciasna, ale w końcu udało im się wepchnąć w nią plecak i nakryć podłogę dywanem. Kiedy Lyra zbiegała po schodach, zegar Kolegium Jordana wybijał za kwadrans dwunastą.

***

Dotarła na spotkanie minutę przed czasem i musiała się poddać ocenie doktor Lieberson zgrzana i zarumieniona. Wyglądało na to, że pracowała solidnie i zaczynała rozumieć zawiłości śródziemnomorskiej i bizantyjskiej polityki, aczkolwiek zawsze istniało niebezpieczeństwo pomylenia powierzchownej znajomości faktów z fundamentalnym rozumieniem reguł rządzących owymi faktami. Lyra, która całkowicie zgadzała się z doktor Lieberson, z zapałem kiwała głową; sama lepiej by tego nie ujęła.

Jej opiekunka – młoda kobieta o krótko przyciętych włosach, z dajmonem w ciele szczygła – posłała jej sceptyczne spojrzenie.

– Nie zaniedbaj lektur – ostrzegła ją. – Frankopan jest niezły. Hughes-Williams ma świetny rozdział o handlu w Lewancie. I nie zapominaj…

– Właśnie, pani doktor, handel w Lewancie… Przepraszam, że pani przerwałam, ale czy tam zawsze handlowano różami, perfumami i tym podobnymi towarami?

– Także zielem fajkowym, odkąd tylko zostało odkryte. W średniowieczu głównym źródłem olejku różanego była Bułgaria. Handel z Bułgarią ucierpiał jednak na skutek wojen bałkańskich, a następnie ceł nałożonych przez Imperium Osmańskie na wszelkie towary przewożone przez Bosfor. Poza tym klimat nieco się zmienił, bułgarscy ogrodnicy zaczęli mieć kłopot z uprawą najlepszych odmian i tak oto centrum handlu różami stopniowo odsunęło się na wschód.

– A wie pani, z czego wynikają obecne problemy tej branży?

– Nie wiedziałam, że ta branża ma problemy.

Lyra pokrótce streściła rozmowę z Miriam, włącznie z informacją o kłopotach z dostawami dla fabryki jej ojca.

– Ciekawe – przyznała doktor Lieberson. – Sama widzisz, że historia trwa bez przerwy. Dzieje się na naszych oczach. Przypuszczam, że źródłem dzisiejszych kłopotów są lokalne uwarunkowania polityczne, ale zainteresuję się tym bliżej. A tobie życzę miłej przerwy świątecznej.

***

Zakończenie pierwszego trymestru, zwanego Michaelmas, świętowano tradycyjnymi obrzędami, które różnie wyglądały w różnych kolegiach. W Świętej Zofii generalnie krzywo patrzono na wszelkie rytuały, a gdy odrobina pompy była absolutnie nie do uniknięcia, jakby z łaski serwowano nieco bardziej uroczystą kolację niż na co dzień. Zupełnie inaczej wyglądało to w Kolegium Jordana, gdzie na koniec trymestru wydawano wystawną Ucztę Fundatorską. Za młodu Lyra zawsze niecierpliwie jej wyczekiwała – nie dlatego, że była na nią zaproszona (bo nie była), ale dlatego, że mogła przy okazji zarobić parę gwinei za polerowanie sreber. Zadanie to stało się tradycją samą w sobie, więc po szybkim obiedzie z przyjaciółkami w Świętej Zofii (Miriam wyraźnie odzyskała dobry humor), Lyra pośpieszyła do Jordana i tamtejszej spiżarni, gdzie pan Cawson, kamerdyner, przygotowywał naczynia na ucztę – wykładał z kredensów misy, talerze, puchary i wielką puszkę proszku do czyszczenia sreber.

Pan Cawson – przełożony całej służby w Jordanie – nadzorował przebieg wszystkich ceremonii w kolegium, odpowiadał za organizację uroczystych kolacji, pilnował przygotowania srebrnej zastawy, dbał także o palarnię i dostępne w niej luksusy. Kiedyś przerażał Lyrę bardziej niż ktokolwiek inny w Oksfordzie, ostatnio jednak coraz częściej przejawiał oznaki zgoła nieoczekiwanego człowieczeństwa.

Usiadła przy wyłożonym zielonym suknem stole, zanurzyła wilgotną szmatkę w puszce z proszkiem i polerowała misy, talerze i puchary tak długo, aż ich powierzchnia zdawała się rozpływać w świetle lamp naftowych.

– Dobrze ci idzie – pochwalił ją pan Cawson, obracając w dłoniach jedną z mis i podziwiając jej nieskazitelny blask.

– Ile jest warta ta cała zastawa? – zagadnęła Lyra. Wzięła do ręki największe z naczyń, płaski półmisek o średnicy dwóch stóp z miseczkowatym zagłębieniem pośrodku.

– Jest bezcenna – odparł kamerdyner. – Nie do zastąpienia. Dziś nie można już kupić takich rzeczy, bo się ich po prostu nie produkuje. Utracono umiejętność ich wytwarzania. To, na przykład – wskazał trzymany przez Lyrę półmisek – ma trzysta czterdzieści lat i grubość dwóch gwinei. Nie sposób mu przypisać wartości monetarnej. – Westchnął ciężko. – Zresztą dzisiejsza uczta to prawdopodobnie ostatnia okazja, żeby go użyć.

– Naprawdę? A do czego on w ogóle służy?

– Nigdy nie byłaś na całej Uczcie Fundatorskiej, Lyro, mam rację? Wiele razy jadałaś w auli, zasiadałaś przy głównym stole, ale nigdy nie uczestniczyłaś w Uczcie od początku do końca. Zgadza się?

– Nikt mnie nie zapraszał, to by było niestosowne – odparła z namaszczeniem Lyra. – Zresztą i tak nie wpuszczono by mnie później do palarni.

– Hm – mruknął pan Cawson. Jego twarz niczego nie wyrażała.

– Dlatego nigdy nie widziałam, żeby ten wielgachny półmisek się do czegoś przydał. Co się na nim podaje, trufle na deser?

– Spróbuj go postawić.

Lyra położyła półmisek na zielonym suknie. Przekrzywił się na zaokrąglonym dnie i znieruchomiał w niezręcznie koślawej pozycji.

– Wydaje się mało praktyczny – zauważyła.

– Bo nie stawia się go na stole, tylko trzyma w rękach. To naczynie na wodę różaną.

– Na wodę różaną? – Zaciekawiona Lyra podniosła wzrok na kamerdynera.

– Otóż to. Po podaniu mięs, a przed zmianą talerzy na deserowe, obchodzimy salę z misami napełnionymi wodą różaną. Mamy cztery takie naczynia, to jest z nich najpiękniejsze. Dżentelmeni i ich goście mogą zanurzyć w pachnącej wodzie chusteczki, opłukać palce, cokolwiek zechcą… Sęk w tym, że nie możemy już nigdzie dostać wody różanej. Na tegoroczną Ucztę jeszcze nam wystarczy, ale na tym koniec.

– Ale dlaczego nie można jej kupić? Przecież róże rosną dosłownie wszędzie, w ogrodzie mistrza jest ich pełno! Moglibyście sami robić wodę różaną, to nie może być trudne.

– Nie zrozum mnie źle, angielskiej wody różanej jest na rynku pod dostatkiem – odparł pan Cawson. Zdjął masywną butlę z półki nad drzwiami. – Ale to rzadzizna, brakuje jej charakteru. Najlepsza woda różana pochodzi z Lewantu i krain leżących jeszcze dalej na wschód. Proszę, powąchaj.

Odkorkował butlę. Lyra pochyliła się nad nią i odkryła skoncentrowany aromat wszystkich róż, jakie kiedykolwiek rozkwitły na świecie, słodycz tak potężną i obezwładniającą, że przekraczała wszelkie granice słodyczy i z wielkiej złożoności przechodziła płynnie w królestwo prostoty, czystości i piękna. To był zapach światła słonecznego.

 

– Ach! – zachwyciła się. – Teraz rozumiem, co ma pan na myśli. Tylko tyle zostało?

– To wszystko, co udało mi się zdobyć. Chociaż wydaje mi się, że pan Ellis, szambelan w Kolegium Kardynalskim, ma jeszcze kilka butelek. Pan Ellis to bardzo skryty i ostrożny człowiek, ale spróbuję wkraść się w jego łaski.

Pan Cawson miał zwyczaj przemawiać tonem tak oschłym, że Lyra nigdy nie była pewna, kiedy żartuje, a kiedy mówi serio. Sprawa wody różanej wydała jej się jednak zbyt intrygująca, by łatwo odpuścić.

– A jak pan powiedział, że skąd pochodzi ta naprawdę dobra woda różana?

– Z Lewantu, głównie z Syrii i Turcji, o ile mi wiadomo. Podobno można je jakoś odróżnić, ale ja tego nie potrafię. To nie wino, z tokajem czy porto jest inaczej: każdy kieliszek skrywa wielkie bogactwo smaku i kiedy człowiek nauczy się je rozpoznawać, nigdy nie pomyli nawet roczników, nie mówiąc już o marce wina. Tylko że w przypadku wina mamy do dyspozycji język i kubki smakowe, prawda? Całe usta biorą w tym udział. A w przypadku wody różanej jest tylko zapach… Mimo to nie wątpię, że są tacy, którzy potrafią je rozróżniać.

– Dlaczego brakuje olejku na rynku?

– Przypuszczalnie przez mszyce. No dobrze, Lyro, wszystko wypolerowałaś?

– Jeszcze tylko ten lichtarz mi został. Niech mi pan powie, panie Cawson, kto jest waszym dostawcą wody różanej? U kogo się zaopatrujecie?

– U Sidgwicka, tak się nazywa firma. A skąd u ciebie to nagłe zainteresowanie?

– Mnie wszystko interesuje.

– Istotnie, zapomniałem już… No dobrze, dam ci coś. – Kamerdyner wyjął z szuflady flakonik wielkości małego palca Lyry i podał go jej. – Odkorkuj – polecił – i trzymaj nieruchomo.

Wykonała jego polecenie, a wtedy on z absolutnym spokojem i najwyższą ostrożnością napełnił flakonik wodą różaną z butli.

– Proszę bardzo. Tyle na pewno możemy odżałować. Należy ci się, zwłaszcza że nie jesteś zaproszona na ucztę i nie masz wstępu do palarni.

– Dziękuję panu!

– No, a teraz zmykaj. Aha, jeszcze jedno: gdybyś chciała się dowiedzieć czegoś więcej o Lewancie, Oriencie i tym podobnych, zwróć się do doktora Polsteada z Kolegium Durham.

– Dobry pomysł. Dziękuję, panie Cawson.

Wyszła ze spiżarni wprost w zimowe popołudnie i bez szczególnego entuzjazmu spojrzała w stronę Kolegium Durham po drugiej stronie Broad Street. Doktor Polstead na pewno był u siebie; mogłaby przejść przez ulicę, zapukać do niego, a on przyjąłby ją życzliwie, zaprosił, żeby usiadła, i zaczął niekończącą się opowieść o zawiłościach lewantyńskiego handlu. Po pięciu minutach zaczęłaby żałować, że do niego przyszła.

– To jak? – spytała Pantalaimona.

– Nie – odparł. – Kiedy indziej do niego pójdziemy. A o plecaku i tak nie możemy mu powiedzieć. Kazałby nam odnieść go na policję, my byśmy się upierali, że nie możemy i…

– Pan? O co chodzi?

– Ale z czym?

– Co przede mną ukrywasz?

– Nic. Chodźmy do domu, zajrzyjmy do plecaka.

– Nie teraz, to może poczekać. Nie zapominaj, że mamy konkretną robotę do wykonania. Jeżeli dziś zaczniemy, później będziemy mieli mniej pracy.

– No to chociaż zabierzmy plecak ze sobą.

– Nie! Zostanie tam, gdzie jest. To bezpieczna kryjówka. Niedługo i tak wrócimy do Jordana na przerwę trymestralną, a gdybym trzymała go w Świętej Zofii, stale byś mnie nagabywał, żeby w nim grzebać.

– Ja cię nie nagabuję.

– Żałuj, że się nie słyszysz.

Kiedy wrócili do Kolegium Świętej Zofii, Pantalaimon udał, że kładzie się spać, a Lyra sprawdziła bibliografię do swojego ostatniego eseju. Trochę jeszcze podumała nad plecakiem, a potem włożyła ostatnią czystą sukienkę i zeszła na kolację.

Przy duszonej baraninie przyjaciółki usiłowały ją namówić na wspólne wyjście na koncert w ratuszu, gdzie młody, niezwykle przystojny pianista miał grać Mozarta. W innych okolicznościach byłaby to propozycja niezwykle kusząca, Lyrze jednak co innego zaprzątało głowę. Zjadła jeszcze pudding ryżowy, po czym wymknęła się z jadalni, włożyła płaszcz i poszła na Broad Street, do pubu White Horse.

Młode damy rzadko same chadzały do pubów, ale Lyrze w obecnym stanie daleko było do damy. Poza tym szukała kogoś – i właśnie w pubie dość szybko go znalazła. Sala barowa w White Horse była mała i wąska, więc Lyra – chcąc się upewnić, że poszukiwany przez nią człowiek jest na miejscu – musiała przepchnąć się przez wieczorny tłum urzędników na sam koniec lokalu, do znajdującej się tam małej, zacisznej salki. W okresie regularnej nauki na uniwersytecie pub byłby pełen studentów, ponieważ (w odróżnieniu od niektórych innych lokali) w White Horse miasto swobodnie mieszało się z uczelnią. Trymestr miał się jednak ku końcowi i studenci poznikali, by wrócić dopiero w połowie stycznia. Tego wieczora Lyra nie reprezentowała jednak uczelni, lecz miasto. W stu procentach.

W salce siedział już Dick Orchard w towarzystwie Billy’ego Warnera i dwóch nieznanych Lyrze dziewczyn.

– Cześć, Dick – powiedziała Lyra.

Rozpromienił się na jej widok. Był całkiem przystojny. Miał czarne, kręcone, lśniące włosy, duże oczy o ciemnych tęczówkach i bardzo białych białkach, wyraziste rysy i zdrową skórę o złotawym odcieniu. Taka twarz doskonale prezentowałaby się na fotogramie, nie byłoby w niej nic niewyraźnego ani zamazanego. Poza tym za każdym przyjmowanym przez nią wyrazem kryła się naturalna skłonność do śmiechu albo przynajmniej rozbawienia. Szyję miał – na gipską modłę – przewiązaną niebiesko-białą apaszką w grochy. Jego dajmonem była mała, szczupła lisica, która z wyraźną przyjemnością wstała na widok Pantalaimona: ci dwoje zawsze się lubili. Kiedy Lyra miała dziewięć lat, podziwiała Dicka – podówczas przywódcę gangu chłopców kręcących się przy bazarze – za to, że umiał pluć najdalej ze wszystkich. Całkiem niedawno zaś wdali się w krótki, lecz namiętny romans, który – co ważne – zakończyli na przyjacielskiej stopie. Jego widok sprawił jej ogromną przyjemność, której jednak, rzecz jasna, nie zamierzała okazywać w obecności innych dziewcząt.

– Gdzieś ty się podziewała? – zagadnął Dick. – Od tygodni cię nie widziałem.

– Załatwiałam różne sprawy, spotykałam się z ludźmi, czytałam.

– Cześć, Lyro – odezwał się Billy, sympatyczny chłopak, który kręcił się przy Dicku, odkąd razem chodzili do podstawówki. – Co słychać?

– Cześć, Billy. Znajdzie się tam dla mnie miejsce?

– Kto to? – zainteresowała się jedna z dziewczyn.

Pozostali udali, że jej nie słyszą. Billy posunął się na ławce, robiąc miejsce Lyrze.

– Ej! – odezwała się druga z dziewcząt. – Co ty sobie wyobrażasz, że się tak wtrącasz?

Lyra także i jej słowa puściła mimo uszu.

– Nie pracujesz już na bazarze, Dick? – zapytała.

– Nie. Chrzanić taką robotę, całe to przewalanie kartofli i układanie główek kapusty. Zahaczyłem się w sortowni pocztowej. Co ci wziąć, Lyro?

– Badgera – odparła, bardzo z siebie zadowolona. Nie pomyliła się co do nowego miejsca pracy Dicka.

Dick wstał i przecisnął się obok jednej z dziewczyn.

– Co ty robisz, Dick? Co to za jedna?

– Moja dziewczyna – odparł Dick z czymś na kształt leniwego rozbawienia w oczach.

Lyra nie spuściła wzroku, wytrzymała jego spojrzenie z dumą, spokojnie, jakby przyznając się do winy. Kiedy Dick odszedł od stolika, dziewczyna, która go zagadnęła, zabrała swoją torebkę i ruszyła za nim, biadoląc płaczliwym tonem. Lyra nie zaszczyciła jej nawet jednym spojrzeniem.

– Jak on cię nazwał? – zainteresowała się druga z dziewcząt. – Laura?

– Lyra.

– To jest Ellen – przedstawił swoją towarzyszkę Billy. – Pracuje w centrali telefonicznej.

– Aha – powiedziała Lyra. – A co u ciebie, Billy?

– Zaczepiłem się u Acotta na High Street.

– Sprzedajesz fortepiany? Nie wiedziałam, że umiesz grać.

– Nie umiem. Ja je tylko dźwigam. Dzisiaj, na przykład, jest koncert w ratuszu. Mają tam fatalny fortepian, więc wypożyczyli od nas inny, lepszy. We trzech go taszczyliśmy, ale cóż, jakość kosztuje. A co tam u ciebie, egzaminy pozdawane?

– Jeszcze nie.

– Jakie egzaminy? – zainteresowała się druga dziewczyna. – Ty studiujesz?

Lyra skinęła głową. Wrócił Dick z półkwaterką badgera. Druga z dziewcząt zniknęła.