Tajemna wspólnotaTekst

Z serii: Księga prochu #2
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

2. Ich ubrania pachniały różami

2 Ich ubrania pachniały różami

Lyrę obudziło bicie uczelnianego zegara: była ósma. Przez pierwszych parę minut wynurzania się na powierzchnię snu, zanim wtrąciła się jakaś świadoma myśl, odbierała same przecudne wrażenia – wśród nich ciepło ciała dajmona owiniętego wokół jej szyi. Ta zmysłowa wzajemna czułość stanowiła część jej życia, odkąd sięgała pamięcią.

Leżąc tak, usilnie starała się nie myśleć, ale myśli były jak nieuchronnie napierający przypływ. Napływające ze wszystkich stron strużki świadomości – trzeba dokończyć esej, zrobić pranie, jak najszybciej zejść na śniadanie, bo po dziewiątej nie będzie czego szukać w jadalni – nieubłaganie podmywały piaskowy zamek rozespania. I największa, najgłębsza fala: Pantalaimon i ich narastające wyobcowanie. Coś ich rozdzieliło i żadne z nich nie wiedziało, co to takiego. Problem polegał na tym, że mieli tylko siebie nawzajem, żeby zwierzać się ze swoich trosk – i dokładnie tego nie mogli w tej chwili zrobić.

Odrzuciła przykrycie i wstała. Zadrżała z zimna – w Świętej Zofii oszczędzano na ogrzewaniu. Szybko ochlapała się w małej misce w odrobinie ciepłej wody, która długo tłukła się i zapierała w rurach, zanim łaskawie raczyła chlupnąć z kranu, po czym włożyła tartanową spódniczkę i jasnoszarą bluzę – praktycznie jedyne czyste rzeczy, jakie jej zostały.

Przez cały ten czas Pan leżał na poduszce i udawał, że śpi. Kiedy byli młodsi, nigdy się tak nie zachowywał. Nigdy.

– Pan – odezwała się znużonym głosem Lyra.

Musiał z nią iść – i wiedziała, że w końcu to zrobi. Wstał, przeciągnął się i pozwolił się posadzić na jej ramieniu.

Lyra wyszła z pokoju i zaczęła schodzić na parter.

– Udawajmy, że ze sobą rozmawiamy – zasugerował szeptem Pan.

– Nie jestem przekonana, czy udawanie to dobry pomysł na życie.

– Lepszy taki niż żaden. Chcę ci opowiedzieć, co widziałem w nocy. To ważne.

– Dlaczego nie powiedziałeś mi od razu po powrocie?

– Bo spałaś.

– Wcale nie spałam. Nie bardziej niż ty w tej chwili.

– W takim razie jak to możliwe, że nie wiedziałaś, że mam ci coś ważnego do powiedzenia?

– Wiedziałam. Poczułam, że coś się wydarzyło, ale spodziewałam się, że będę się musiała wykłócać z tobą, żebyś mi powiedział, więc sam rozumiesz…

Pantalaimon milczał. Lyra dotarła na dół i wyszła z budynku. Owionął ją wilgotny chłód poranka. Ze dwie inne dziewczyny szły w stronę jadalni, znacznie więcej stamtąd wracało – po śniadaniu, dziarskie i gotowe do pracy, rozchodziły się do biblioteki i na zajęcia.

– Ech, sama nie wiem… – mruknęła Lyra. – Męczy mnie ta cała sytuacja. Powiesz mi po śniadaniu.

Weszła po schodach do jadalni. Nałożyła sobie płatków owsianych, przeszła z miseczką do wolnego miejsca przy jednym z długich stołów i zasiadła do posiłku. Otaczały ją rówieśniczki, które właśnie kończyły swoją jajecznicę, owsiankę albo grzanki. Niektóre były radośnie rozgadane, inne znudzone, zmęczone lub zamyślone, kilka czytało listy lub po prostu statecznie spożywało śniadanie. Wiele z nich znała z imienia, część tylko z widzenia; niektóre traktowała jak przyjaciółki, ceniąc ich życzliwość lub inteligencję; inne mogłaby nazwać zaledwie znajomymi; były też i takie – snobistyczne, aroganckie lub oschłe – których nie uważała może za nieprzyjaciółki, lecz była absolutnie pewna, że nigdy ich nie polubi. W tej akademickiej społeczności, wśród inteligentnych, pracowitych i rozplotkowanych studentek, czuła się bardziej w domu niż gdziekolwiek indziej. Powinna być szczęśliwa.

Dolewając mleka i mieszając owsiankę, zwróciła uwagę na dziewczynę siedzącą naprzeciwko. Miriam Jacobs była ładną brunetką, wystarczająco inteligentną i bystrą, żeby przy minimalnym nakładzie sił całkiem nieźle radzić sobie z odbębnianiem obowiązków akademickich. Była nieco próżna, ale zarazem dostatecznie pogodna i dobroduszna, by cierpliwie znosić kpiny z tej cechy charakteru. Jej dajmon – wiewiórka imieniem Syriax, wczepiona w jej włosy – wyglądał na wstrząśniętego. Miriam, pochłonięta czytaniem listu, pobladła i zakryła dłonią usta.

Nikt inny tego nie zauważył.

Dziewczyna odłożyła list na stół.

– Miriam? – zagadnęła ją Lyra, pochyliwszy się nad stołem. – Co się stało?

Miriam zamrugała, westchnęła ciężko, jakby budziła się z głębokiego snu, i zepchnęła sobie list na podołek.

– To list z domu – wyjaśniła. – Nic takiego.

Dajmon przegramolił się na jej kolana, a ona podjęła misterną próbę udawania przed koleżankami, że zupełnie nic się nie stało. Jej wysiłek poszedł na marne, bo i tak nikt nie patrzył w jej stronę.

– Na pewno nie mogę ci jakoś pomóc? – zapytała Lyra.

Pan dołączył do Syriaksa pod stołem. Dziewczęta wyczuwały, że ich dajmony rozmawiają, i wiedziały, że cokolwiek Syriax powie Pantalaimonowi, Lyra wkrótce się o tym dowie. Miriam posłała jej bezradne spojrzenie. Była o krok od wybuchnięcia płaczem.

Lyra wstała od stołu.

– Chodź ze mną – powiedziała.

Miriam była w stanie, w którym każdy okruch determinacji, obojętne skąd pochodzący, był jak kamizelka ratunkowa na wzburzonym morzu. Wyszła za Lyrą z jadalni pokornie jak jagnię za matką, tuląc dajmona do piersi i nie zadając żadnych pytań.

– Robi mi się niedobrze od owsianki, zimnych grzanek i przesmażonej jajecznicy – powiedziała Lyra. – W takiej sytuacji możemy zrobić tylko jedną rzecz.

– Jaką? – zainteresowała się Miriam.

– Idziemy do George’a.

– Ale ja mam wykład…

– Nie. To wykładowca ma wykład, nie ty. I nie ja. Mam ochotę na jajka na bekonie. Chodź, idziemy. No, ruszaj się. Byłaś w harcerstwie?

– Nie.

– Ja też nie. Nie wiem, dlaczego o to zapytałam.

– Muszę napisać esej…

– Znasz kogoś, kto nie musi? Tysiące młodych dam i dżentelmenów mają zaległe eseje do napisania, wręcz nie wypada takowego nie mieć. A George czeka. Poszłybyśmy do Cadeny, ale jest jeszcze zamknięta. Pośpieszmy się, zimno jest. Chcesz wziąć płaszcz?

– Tak, chętnie… Tylko szybko.

Wbiegły na górę, żeby zabrać wierzchnie ubrania. Płaszczyk Lyry – zielony, przymały i wymemłany – prezentował się zupełnie inaczej niż idealnie skrojony, granatowy, kaszmirowy płaszcz Miriam.

– Gdyby ktoś pytał, dlaczego nie byłaś na wykładzie, seminarium czy gdzieś tam jeszcze, możesz powiedzieć, że byłaś przygnębiona i twoja przemiła przyjaciółka Lyra zabrała cię na spacer – powiedziała Lyra.

Wyszły przez portiernię.

– Nigdy nie byłam u George’a – przyznała Miriam.

– Nie gadaj… To niemożliwe.

– Wiem, gdzie to jest, ale… Sama nie wiem, chyba po prostu myślałam, że to nie miejsce dla nas.

Znajdująca się na Krytym Bazarze restauracja George’a cieszyła się ogromną popularnością wśród handlarzy i robotników z całej okolicy.

– Bywam tam od dziecka – odparła Lyra. – Naprawdę od dziecka. Kręciłam się przy drzwiach tak długo, aż ktoś mi dał bułkę, żeby mnie spławić.

– Poważnie? Nie żartujesz?

– Bułkę albo fangę w nos, zależy. Trochę tam nawet pracowałam: zmywałam naczynia, parzyłam kawę i herbatę. Miałam wtedy jakieś… dziewięć lat?

– I twoi rodzice ci na to… O Boże, przepraszam. Bardzo cię przepraszam.

Znajomi Lyry wiedzieli o jej rodzicach tylko tyle, że oboje wywodzili się ze znamienitych rodów i zmarli, gdy była dzieckiem. Domyślano się, że ich śmierć była dla niej wstrząsem, było więc całkowicie zrozumiałe, że Lyra nie chce o tym rozmawiać – co tylko sprzyjało snuciu domysłów.

Miriam była skrajnie zakłopotana.

– To było później, już kiedy byłam w Kolegium Jordana – odparła pogodnie Lyra. – Gdyby tamci się dowiedzieli, ludzie z Jordana, znaczy, byliby pewnie zaskoczeni, ale szybko by o tym zapomnieli i mogłabym dalej tam pracować. Właściwie i tak robiłam, co chciałam.

– To znaczy, że nikt nie wiedział, co robisz?

– Tylko pani Lonsdale, gospodyni. No, ona była groźna. Stale mnie rugała, chociaż wiedziała, że nie na wiele się to zda. A ja, kiedy musiałam, umiałam być bardzo grzeczna.

– Jak długo byłaś… To znaczy, ile miałaś lat… Nie, przepraszam. Nie chciałam być wścibska.

– Pierwsze wspomnienie, jakie mam, to kiedy trafiłam do Kolegium Jordana. Nie wiem, ile mogłam mieć wtedy lat, chyba byłam jeszcze niemowlęciem. Przyniósł mnie wysoki mężczyzna. Był środek burzowej nocy, waliły pioruny, grzmiało i lało jak z cebra. Mężczyzna jechał konno, a mnie zawinął w połę swojego płaszcza. Załomotał pistoletem w drzwi. Drzwi się otworzyły, za nimi było ciepło i jasno i mężczyzna komuś mnie oddał. Wydaje mi się, że jeszcze mnie pocałował na pożegnanie, a potem dosiadł konia i odjechał. To był pewnie mój ojciec.

Miriam była pod wrażeniem. Prawdę mówiąc, Lyra nie miała pewności co do udziału konia w całej historii, ale spodobał jej się ten wątek.

– Jakie to romantyczne… – zachwyciła się Miriam. – To naprawdę twoje pierwsze wspomnienie?

– Tak. Najdawniejsze. Od tamtej pory po prostu… mieszkałam w Jordanie. A ty? Co pamiętasz z dzieciństwa?

– Zapach róż – odparła bez zastanowienia Miriam.

– W jakimś ogrodzie?

– Nie, w fabryce mojego ojca, takiej, w której robi się mydło i inne rzeczy. Siedziałam tacie na barana, byliśmy w rozlewni. Ten zapach był tak słodki, tak intensywny… Kiedy ubrania robotników nim nasiąkły, ich żony musiały je potem prać, żeby się go pozbyć.

Lyra wiedziała o tym, że Miriam wywodzi się z bogatej rodziny, która swoją zamożność zawdzięcza mydłu, perfumom i innym tego rodzaju dobrom. Miriam zawsze miała pokaźną kolekcję perfum, wonnych olejków i szamponów, a jej przyjaciółki chętnie wypróbowywały wszystkie nowe specyfiki.

 

Nagle dotarło do niej, że Miriam płacze. Przystanęła i ujęła ją pod rękę.

– Miriam, co się dzieje? Chodzi o ten list?

– Tata zbankrutował! – wyszlochała roztrzęsiona Miriam. – To koniec. O tym właśnie napisali mi w liście. Teraz już wiesz.

– To okropne!

– Nie mamy… nie mogą… muszą sprzedać dom, a ja będę musiała przerwać studia… Nie stać ich na…

Miriam nie była w stanie dłużej mówić. Lyra objęła ją ramionami i zapłakana przyjaciółka wtuliła się w nią z wdzięcznością. Czując w nozdrzach zapach szamponu, Lyra zastanawiała się, czy on również zawiera róże.

– Ćśś… Wiesz przecież, że są różne stypendia, zapomogi dla studentów… Wcale nie będziesz musiała rezygnować ze studiów, zobaczysz!

– Ale wszystko się zmieni! Rodzice będą musieli wszystko sprzedać i przeprowadzić się do… nie wiem dokąd… Danny będzie musiał rzucić studia w Cambridge i… To będzie straszne!

– Na pewno brzmi to gorzej, niż faktycznie wygląda – zapewniła przyjaciółkę Lyra. Kątem oka widziała, że Pan szepcze coś do ucha Syriaksowi, i wiedziała, że próbuje go pocieszyć w podobny sposób. – Oczywiście masz pełne prawo być wstrząśnięta, dowiedziałaś się o tym niespodziewanie, przy śniadaniu, z listu… Ale uwierz mi, ludzie wychodzą z gorszych opresji, naprawdę. I czasem sprawy ostatecznie przybierają znacznie lepszy obrót, niżby się można spodziewać. Założę się, że nie będziesz musiała przerywać studiów.

– Ale wszyscy się dowiedzą…

– I co z tego? Nie ma się czego wstydzić. Wszyscy mamy krewnych, którym od czasu do czasu przydarzają się różne rzeczy i nie ma w tym naszej winy. Za to jeżeli wykażesz się odwagą w obliczu przeciwności losu, ludzie będą cię podziwiać.

– W sumie to nie taty wina.

– No właśnie – potaknęła Lyra, chociaż nie miała pojęcia, jak wygląda prawda. – Pamiętasz, jak uczyli nas na historii ekonomii o cyklach w gospodarce? Takim rzeczom człowiek nie jest w stanie się oprzeć.

– To się po prostu wydarzyło. – Miriam grzebała w kieszeni. – Nikt nie mógł tego przewidzieć. – Wyjęła zmięty list i zaczęła czytać na głos: – „Dostawcy okazali się skrajnie nieodpowiedzialni. Tato co rusz jeździł do Latakii, ale nie udało mu się znaleźć nowych źródeł zaopatrzenia. Wygląda na to, że wielkie koncerny medyczne wykupują całe zapasy i nic nie można na to poradzić. To naprawdę okropne…”.

– Dostawcy czego? – zainteresowała się Lyra. – Róż?

– Tak. Skupują róże od tamtejszych ogrodników, żeby je potem destylować czy coś… Żeby uzyskiwać olejek. Tak, olejek różany.

– Angielskie róże by im nie wystarczyły?

– Zdaje się, że nie. To muszą być róże stamtąd.

– A lawenda? Lawendy jest przecież w bród.

– Ale oni… Nie wiem, nie znam się na tym!

– Ludzie zapewne stracą pracę – mówiła Lyra, gdy naprzeciwko Biblioteki Bodlejańskiej skręciły w Broad Street. – Ci, których ubrania pachniały różami.

– Najprawdopodobniej tak. Jejku, to okropne!

– Owszem, okropne, ale dasz sobie radę. Zaraz sobie usiądziemy i spokojnie się zastanowimy, nakreślimy plan działania, przemyślimy wszystkie możliwości. Od razu lepiej się poczujesz, zobaczysz.

U George’a Lyra zamówiła jajka na bekonie i pół kwarty herbaty. Miriam upierała się, że tylko napije się kawy, ale Lyra kazała George’owi przynieść jeszcze drożdżówkę z dżemem porzeczkowym.

– Jeśli ona jej nie zje – zapowiedziała – ja zjem.

– Nie karmią was w ogóle w tym kolegium, czy jak? – spytał George.

Jego ręce poruszały się z niewiarygodną prędkością – Lyra nie znała drugiego człowieka, który by tak szybko kroił, smarował, nalewał, solił i rozbijał jajka. W młodości zachwycała się jego umiejętnością równoczesnego wbicia trzech jaj na patelnię jedną ręką bez uronienia choćby kropli białka, uszkodzenia żółtka albo wrzucenia okrucha skorupki. Kiedyś sama spróbowała tej sztuki: zmarnowała dwa tuziny jaj i dostała lanie, na które – musiała to uczciwie przyznać – zasłużyła. Od tamtej pory minęło sporo czasu i George traktował ją z większym szacunkiem, chociaż nadal nie nauczyła się tej sztuczki.

Pożyczyła teraz od niego ołówek i kartkę papieru, którą podzieliła na trzy kolumny. Pierwszą zatytułowała: „Co trzeba zrobić”, drugą: „Czego trzeba się dowiedzieć”, a trzecią: „Czym się nie martwić”. Następnie wspólnie z Miriam i oboma dajmonami zaczęli wypełniać rubryki różnymi pomysłami, które przychodziły im do głowy przy jedzeniu. Miriam zjadła drożdżówkę i jeszcze zanim zapełniły kartkę wyraźnie się ożywiła.

– Widzisz? – powiedziała Lyra. – Zawsze warto wpaść do George’a. Śniadania w Kolegium Świętej Zofii są takie… szlachetne. W Jordanie…

– Na pewno nie były takie skąpe jak u nas.

– Kedgeree, cynaderki na ostro albo solone śledzie, wszystko serwowane w wielgachnych srebrnych garach. Trzeba szanować nawyki młodych dżentelmenów. Taka dieta jest nawet w porządku, ale nie na co dzień.

– Dziękuję ci, Lyro, miałaś rację – powiedziała Miriam. – Już mi lepiej.

– Co teraz zamierzasz?

– Spotkam się z doktor Bell. Potem napiszę list do domu.

Doktor Bell – moralistka Miriam, pełniąca rolę jej mentorki i przewodniczki duchowej – była kobietą szorstką w obejściu, lecz w gruncie rzeczy życzliwą. Z pewnością będzie wiedziała, na jaką pomoc ze strony kolegium można liczyć.

– Świetnie – powiedziała Lyra. – Powiesz mi później, co z tego wynikło.

– Na pewno – obiecała Miriam i wyszła.

Lyra posiedziała jeszcze chwilę, pogadała z George’em, z przykrością odrzuciła złożoną przez niego ofertę pracy podczas ferii świątecznych, dopiła herbatę. W końcu zostali z Pantalaimonem sami.

– Co ci powiedział? – zapytała Lyra, mając na myśli dajmona Miriam.

– Miriam przejmuje się głównie tym, co pomyśli jej chłopak. Nie wie, jak mu powiedzieć, boi się, że przestanie ją lubić, kiedy się okaże, że nie jest bogata. To jakiś arystokrata, studiuje w Kolegium Kardynalskim.

– Tyle czasu przegadałyśmy, a ona ani słowem nie wspomniała mi o tym, co ją najbardziej martwi? To mi się nie podoba. – Lyra zgarnęła swój sfatygowany płaszcz. – A jeśli on naprawdę tak właśnie myśli, to nie jest jej wart. Przepraszam cię, Pan – dodała, czym zaskoczyła zarówno dajmona, jak i siebie samą. – Chciałeś mi opowiedzieć o tym, co widziałeś w nocy, ale wcześniej nie miałam dla ciebie czasu.

Pomachała George’owi na pożegnanie.

– Byłem świadkiem morderstwa – powiedział Pantalaimon.

3. Bagaż z przechowalni

3 Bagaż z przechowalni

Lyra stanęła jak wmurowana. Znajdowali się przed sklepem z kawą, przy wejściu na Kryty Bazar. Powietrze było przesycone wonią świeżo palonej kawy.

– Co powiedziałeś?

– Widziałem, jak dwóch mężczyzn napadło i zabiło trzeciego. Przy działkach, niedaleko sortowni pocztowej…

Ruszyli powoli Market Street, kierując się z powrotem do kolegium. Pantalaimon opowiedział Lyrze całą historię.

– Ten zamordowany musiał wiedzieć o możliwości rozdzielenia człowieka i jego dajmona – dodał na zakończenie. – Jego dajmon potrafił się od niego oddalić. Musiał mnie chyba zauważyć, jak przysiadłem na gałęzi, bo podfrunął prosto do mnie… Nie poszło mu łatwo, był ranny, ale w ogóle się nie bał ani nic. Jego człowiek też się nie bał, że widzi samego dajmona. Tak jakby wiedział.

– Mówiłeś coś o jego portfelu… Gdzie teraz jest?

– Na regale z książkami, obok słownika niemieckiego.

– A co ten człowiek dokładnie powiedział?

– Powiedział tak: „Weź go, nie może wpaść w ich ręce… Teraz wszystko zależy od ciebie i… od twojego…”. I skonał.

– Wszystko zależy od nas, tak? – mruknęła Lyra. – Musimy go obejrzeć.

***

Znalazłszy się w jej pokoju w kolegium, włączyli grzejnik gazowy, usiedli przy stole i zapalili małą lampkę jantaryczną, bo pod poszarzałym niebem niewiele zostało dziennego światła.

Lyra wzięła portfel z półki. Wyglądał całkiem zwyczajnie: składany, bez zatrzasku, niewiele większy niż jej dłoń. Tłoczona skóra musiała dawniej przypominać marokin, ale z czasem wytarła się i nabrała tłustawej gładkości; pierwotnie była też chyba brązowa, lecz z wiekiem sczerniała, a teraz w kilku miejscach nosiła dodatkowo ślady zębów Pantalaimona. Miała też wyraźny zapach: delikatny, trochę cierpki, trochę korzenny… Jak połączenie męskiej wody po goleniu i woni potu. Pan aż zamachał łapką przed nosem. Lyra starannie obejrzała portfel w poszukiwaniu monogramu, ale niczego takiego nie znalazła.

Otworzyła go. W środku na pierwszy rzut oka też wszystko wyglądało normalnie. Znalazła cztery banknoty – łącznie sześć dolarów i sto franków, a więc kwotę niezbyt wielką. Z sąsiedniej przegródki wyjęła powrotny bilet kolejowy z Paryża do Marsylii.

– Był Francuzem? – podsunął Pantalaimon.

– Jeszcze nie wiem. Patrz, jest zdjęcie.

W następnej przegródce tkwił wymacany i wybrudzony dokument tożsamości z fotogramem przedstawiającym mężczyznę w wieku około czterdziestu lat, z czarnymi kręconymi włosami i cienkim wąsikiem.

– To on – powiedział Pan.

Dokument został wydany przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych Jego Królewskiej Mości niejakiemu Anthony’emu Johnowi Roderickowi Hassallowi, obywatelowi brytyjskiemu, którego data urodzin wskazywała, że ma trzydzieści osiem lat. Fotogram dajmona przedstawiał niedużego ptaka drapieżnego, podobnego do jastrzębia. Pan patrzył na oba zdjęcia z wielkim zainteresowaniem i żalem.

Następny przedmiot z portfela Lyra rozpoznała z łatwością, ponieważ sama nosiła taki w torebce: była to karta czytelnika z Biblioteki Bodlejańskiej.

– Wygląda na to, że był z uniwersytetu – zdumiał się Pan. – A to co takiego?

Kolejna karta, wydana przez Wydział Botaniki, potwierdzała, że doktor Roderick Hassall jest pracownikiem Katedry Roślinoznawstwa.

– Dlaczego go napadli? – spytała Lyra, nie oczekując wcale odpowiedzi. – Wyglądał na bogatego? Miał coś przy sobie? O co im chodziło?

– Mówili… – Pantalaimon wytężył pamięć. – Jeden z nich, ten, który go zabił, był zaskoczony, że zabity nie miał przy sobie torby. Tak jakby spodziewał się ją przy nim znaleźć. Ale tego drugiego, tego, który został ranny, zupełnie to nie zainteresowało.

– A ten zamordowany miał przy sobie torbę czy nie? Albo walizkę? Aktówkę? Cokolwiek…

– Nie. Nic nie miał.

Lyra wyjęła z portfela wielokrotnie składany i rozkładany karteluszek, podklejony taśmą na zgięciach i opatrzony napisem laissez-passer.

– Co to? – zainteresował się Pan.

– Chyba coś w rodzaju paszportu…

Dokument, wydany przez Ministerstwo Bezpieczeństwa Wewnętrznego Wysokiej Porty Imperium Osmańskiego z siedzibą w Konstantynopolu, stwierdzał (po francusku, angielsku i anatolijsku) że Anthony John Roderick Hassall, botanik z Oksfordu w Brytonii, ma prawo swobodnie podróżować po terytoriach królestw Imperium Osmańskiego, a przedstawiciele wszelkich władz są zobowiązani – gdyby zaszła taka konieczność – do udzielenia mu pomocy i zapewnienia ochrony.

– Jak duże jest Imperium Osmańskie? – spytał Pantalaimon.

– Ogromne. Obejmuje Turcję, Syrię, Liban, Egipt, Libię i sięga jeszcze tysiące mil na wschód. Tak mi się wydaje. Patrz, jest jeszcze jeden papier…

– I jeszcze jeden, tam obok.

Pierwszy z dokumentów wydał Chanat Turkiestanu obejmujący Baktrię i Sogdianę, drugi zaś prefektura Sin Kiang w Niebiańskim Cesarstwie Kitaju. Oba w podobny sposób stwierdzały mniej więcej to samo co osmański laissez-passer.

– Oba już straciły ważność – zauważyła Lyra.

– Ten z Sin Kiangu ma wcześniejszą datę niż turkiestański. To znaczy, że jechał z tamtej strony i zajęło mu to… trzy miesiące. Szmat drogi.

– Jest tu coś jeszcze…

Palce Lyry wymacały kolejną karteczkę, ukrytą w wewnętrznej przegródce portfela. Kiedy wyjęła ją i rozłożyła, zobaczyła coś zupełnie innego od wcześniejszych dokumentów: anglojęzyczną ulotkę reklamową linii żeglugowej zachwalającą rejs do Lewantu na pokładzie SS Zenobia. Imperial Orient Line obiecywała wizytę w „romantycznej krainie wiecznego słońca”.

– „…w świecie jedwabi i perfum” – czytał dalej Pan – „dywanów, słodkich przysmaków i damasceńskich mieczy, błysku pięknych oczu pod gwiaździstym niebem…”.

– „Zatańcz przy romantycznej muzyce Carlo Pomeriniego i jego Salonowej Orkiestry Serenadowej” – podjęła Lyra. – „Zobacz, jak szepczący blask księżyca kładzie się na spokojnych wodach Morza Śródziemnego, i poczuj upojny dreszcz…”. Jak niby blask księżyca miałby szeptać? „Rejs do Lewantu z Imperial Orient to twoja przepustka do świata cudów…”. Zaraz. Pan, spójrz na to!

 

Na odwrocie znajdował się rozkład rejsów, w którym podano daty przybicia do brzegu w różnych portach i wypłynięcia z nich w morze. Statek miał wypłynąć z Londynu w czwartek 17 kwietnia, by w sobotę 23 maja wrócić do Southampton, zaliczywszy po drodze czternaście miast. Ktoś zakreślił kółkiem poniedziałek 11 maja, dzień, w którym Zenobia miała przybyć do Smyrny. Prosta kreska łączyła kółeczko wokół tej daty z nagryzmolonymi obok słowami: „Café Antalya, plac Sulejmana, godz. 11.00”.

– Umówione spotkanie! – wykrzyknął Pantalaimon.

Przeskoczył ze stołu na półkę nad kominkiem i tam stanął słupka, wsparty przednimi łapkami o ścianę, żeby spojrzeć na zawieszony na ścianie kalendarz.

– Czekaj, to nie ten rok, dni tygodnia się nie zgadzają… To ma być w przyszłym roku! Tego spotkania jeszcze nie było! Co zrobimy?

– Hm… – mruknęła Lyra. – Powinniśmy iść z tym na policję. Chyba nie ma co do tego wątpliwości, prawda?

– Słusznie. – Pan zeskoczył z powrotem na stół. Obrócił dokumenty, żeby wygodniej mu się je czytało. – Nic więcej nie ma w portfelu?

– Chyba nie. – Lyra jeszcze raz przeszukała portfel, wciskając palce w głąb przegródek. – A nie, zaczekaj… coś tu jest… Jakaś moneta?

Odwróciła portfel do góry nogami i potrząsnęła. Ze środka wypadła jednak nie moneta, tylko klucz z okrągłą przywieszką opatrzoną numerem 36.

– To wygląda jak… – zaczął Pan.

– Tak. Widzieliśmy już takie. Nawet sami taki mieliśmy. Kiedy to było?

– W zeszłym roku… na dworcu kolejowym…

– Przechowalnia bagażu! Zostawił coś w skrytce na bagaż.

– Torbę, którą tamci spodziewali się przy nim znaleźć!

– I która pewnie nadal tam jest.

Spojrzeli po sobie szeroko otwartymi oczami.

Lyra pokręciła głową.

– Powinniśmy pójść z tym na policję – powtórzyła. – Zrobiliśmy to, co każdy by zrobił na naszym miejscu: sprawdziliśmy, do kogo należał portfel. A teraz… teraz…

– Moglibyśmy też zanieść go do Ogrodu Botanicznego, do Katedry Roślinoznawstwa. Ktoś stamtąd powinien znać tego człowieka.

– To prawda, ale my już wiemy, że on nie żyje. Dlatego to sprawa dla policji. Nie mamy wyboru, Pan.

– Mhm. Chyba masz rację.

– Nie widzę jednak powodu, dla którego nie mielibyśmy sobie zapisać paru rzeczy, które odkryliśmy: dat rejsu, dnia spotkania w Smyrnie…

Lyra zanotowała szczegóły.

– To już na pewno wszystko? – zapytał Pantalaimon.

– Tak. Postaram się teraz powkładać wszystko na miejsce, a potem pójdziemy na posterunek.

– Po co to robimy, zapisujemy te rzeczy? Po co, tak naprawdę?

Lyra spojrzała przeciągle na Pana, zanim znów skupiła się na portfelu.

– Z ciekawości – odparła. – To wszystko nie nasza sprawa. Tylko że wiemy, skąd portfel wziął się w sitowiu, więc to jednak jest nasza sprawa.

– Poza tym ten człowiek powiedział, że teraz wszystko zależy od nas.

Lyra schowała portfel do kieszeni, wyłączyła grzejnik, zamknęła drzwi na klucz i udali się na główny posterunek policji przy St Aldate’s.

***

Dwadzieścia pięć minut później czekali w recepcji. Sierżant dyżurny obsługiwał akurat mężczyznę, który ubiegał się o pozwolenie na wędkowanie i nie dawał sobie wytłumaczyć, że takie dokumenty wydaje straż rzeczna, a nie policja. Wykłócał się o swoje z takim uporem, że Lyra przysiadła na jedynym krześle i przygotowała się na to, że będzie tak czekać do obiadu.

Siedzący jej na kolanach Pantalaimon rozglądał się bacznie. Kiedy dwóch innych policjantów wyszło z pokoju w głębi budynku i zatrzymało się w recepcji na pogawędkę, Lyra nagle poczuła wbijające się jej w dłoń pazurki.

Nie zareagowała, wiedząc, że Pan za chwilę i tak jej powie, co się stało. I rzeczywiście: płynnym ruchem wspiął się jej na ramię i szepnął do ucha:

– To tego człowieka widziałem w nocy. To zabójca. Jestem pewien.

Miał na myśli wyższego i bardziej barczystego z dwójki rozmówców.

– Nie, normalne nadgodziny – mówił właśnie do kolegi. – Wszystko oficjalnie, w zgodzie z przepisami. Ręczę.

Miał nieprzyjemny głos, chrapliwy, lekko bełkotliwy i mówił z liverpoolskim akcentem.

– Skoro jest pan najzupełniej pewien – powiedział w tej samej chwili wędkarz do sierżanta dyżurnego – to chyba nie mam wielkiego wyboru. Ale chcę to mieć na piśmie.

– Proszę przyjść po południu, wtedy mój kolega na dyżurze wystawi panu stosowny dokument – odparł sierżant i mrugnął porozumiewawczo do pozostałej dwójki.

– Tak właśnie zrobię. Nie odpuszczę.

– Absolutnie. Tak trzymać. Panienko? – Sierżant zwrócił się do Lyry. – W czym mogę pomóc?

Patrzył na Lyrę. Dwaj stojący w recepcji policjanci również jej się przyglądali.

– Nie wiem, czy dobrze trafiłam – odparła, wstając – ale skradziono mi rower.

– Bardzo dobrze pani trafiła. Proszę wypełnić ten formularz. Zobaczymy, co da się zrobić.

Lyra wzięła podany jej dokument.

– W tej chwili trochę się śpieszę… Mogę go wypełnić i przynieść później?

– Kiedy tylko sobie pani zażyczy.

Sprawa skradzionego roweru nie wydała się sierżantowi szczególnie interesująca, odwrócił się więc do kolegów i włączył do ich rozmowy o nadgodzinach. Chwilę później Lyra i Pantalaimon znaleźli się z powrotem na ulicy.

– To co teraz? – zapytał dajmon.

– Jak to, co teraz? Idziemy do przechowalni bagażu!

***

Najpierw jednak Lyra postanowiła rozejrzeć się nad rzeką. Idąc przez Carfax w stronę zamku, jeszcze raz szczegółowo omówili z Panem całą sprawę. Byli przy tym uprzedzająco grzeczni i słuchali siebie nawzajem z wręcz przesadną uważnością. Przechodnie na ulicy, klienci w sklepach, rozmówcy Lyry na Krytym Bazarze – wszyscy zachowywali się zupełnie naturalnie w towarzystwie swoich dajmonów. Dajmon George’a, właściciela restauracji, był ekscentryczną szczurzycą, która siedziała w kieszeni na piersi jego fartucha i zgryźliwie komentowała wszystko, co działo się dookoła. Lyra zapamiętała ją już z dzieciństwa, zawsze taka była – i zawsze doskonale dogadywała się z George’em. Tylko Lyra i Pantalaimon byli ze sobą nieszczęśliwi.

Starali się więc ze wszystkich sił. Poszli na działki, obejrzeli furtkę w ogrodzeniu sortowni, przez którą przegramolił się drugi z napastników, prześledzili ścieżkę, którą od strony dworca przybyła ofiara. Był dzień targowy, więc oprócz szczęku przetaczanych na bocznicach wagonów i wizgu wiertarki albo szlifierki w budynku poczty, gdzie ktoś prowadził jakieś naprawy, było słychać także dobiegające z odległych zagród porykiwanie bydła. Wszędzie kręcili się ludzie.

– Ktoś może nas obserwować – zauważyła Lyra.

– To nie jest wykluczone.

– Chodź, przespacerujmy się. Jakbyśmy bujali w obłokach.

Rozejrzała się bez pośpiechu. Znajdowali się pomiędzy ogródkami działkowymi i rzeką, na rzadko koszonej łące, gdzie latem ludzie wyprawiali się na przechadzki i pikniki, grali w piłkę albo przychodzili wykąpać się w rzece. Lyra nie znała tych okolic zbyt dobrze, wychowała się pół mili dalej na północ w towarzystwie urwisów i rozrabiaków z Jericho. Stoczyła wiele bitew z gangami tubylców z St Ebbes, zanim jeszcze wyprawiła się w głąb Arktyki, a potem do innego świata. Nawet teraz – jako dwudziestoletnia wykształcona kobieta i studentka Świętej Zofii – odczuwała atawistyczny lęk przed przebywaniem na terytorium wroga.

Ruszyła przed siebie wolnym krokiem, przez gąszcz traw, nad rzekę, usiłując sprawiać wrażenie, jakby robiła wszystko, tylko nie szukała miejsca zbrodni. Przystanęli na widok pociągu z węglem, który wolniutko toczył się z prawej strony w kierunku drewnianego mostu nad rzeką – pociągi nie jeździły tędy zbyt szybko. Węglarki zaturkotały na moście i pociąg zjechał na lewo, na lokalną linię prowadzącą do gazowni, a z niej na bocznicę przy głównym gmachu, w którym dniem i nocą huczały piece.

– Pan? – zagadnęła Lyra. – Gdyby nie został napadnięty, to dokąd by dotarł? Dokąd prowadzi ta ścieżka?

Stali na południowym skraju ogródków działkowych, w miejscu, z którego Pantalaimon pierwszy raz zobaczył napastników ukrywających się w cieniu wierzby. Oba drzewa – wierzba i dąb – znajdowały się w tej chwili jakieś sto jardów od nich, pomiędzy nimi a rzeką. Gdyby mężczyzna nie padł ofiarą napaści, przeszedłby nadbrzeżną ścieżką dalej, gdzie rzeka zakręcała w lewo. Nie roztrząsając tego dłużej, Lyra i Pan ruszyli w tę stronę, ciekawi, co znajdą.