Bursztynowa lunetaTekst

Z serii: Mroczne materie #3
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

1. Zaczarowana śpiąca

2. Balthamos i Baruch

3. Padlinożercy

4. Ama i nietoperze

5. Adamantowa wieża

6. Rozgrzeszenie wyprzedzające

7. Mary, sama

8. Wódka

9. W górę rzeki

10. Koła

11. Ważki

12. Przełom

13. Tialys i Salmakia

14. Poznaj prawdę

15. Kuźnia

16. Statek intencyjny

17. Olej i laka

18. Przedmieścia umarłych

19. Lyra i jej śmierć

20. Wspinaczka

21. Harpie

22. Szeptacze

23. Bez wyjścia

24. Pani Coulter w Genewie

25. Saint-Jean-les-Eaux

26. Otchłań

27. Platforma

28. Północ

29. Bitwa na równinie

30. Chmurny Szczyt

31. Koniec Absolutu

32. Poranek

33. Marcepan

34. Teraz już jest

35. Za górami, za lasami

36. Złamana strzała

37. Wydmy

38. Ogród Botaniczny

Slajdy

Podziękowania


Tytuł oryginału: His Dark Materials, Volume III. The Amber Spyglass

Copyright © 2000 by Philip Pullman

Copyright for the Polish translation © 2019 by Wydawnictwo MAG

Redakcja: Anna Włodarkiewicz

Korekta: Elwira Wyszyńska

Ilustracja na okładce: Dark Crayon

Opracowanie graficzne okładki: Piotr Chyliński

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Tomek Laisar Fruń

Wydawca:

Wydawnictwo MAG

ul. Krypska 21 m. 63, 04-082 Warszawa

tel./fax 228 134 743

www.mag.com.pl

Wydanie II

ISBN 978-83-66409-77-4

Warszawa 2019

Wyłączny dystrybutor:

Dressler Dublin sp. z o. o.

ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Maz.

tel. 227 335 010

www.dressler.com.pl

Skład wersji elektronicznej

pan@drewnianyrower.com

Wyśpiewujcie jego łaskę, chwalcie jego moc,

Którego szata światłem jest, a baldachimem noc;

Rydwan jego gniewu burzowe chmury toczy,

Na skrzydłach gromu mknie, trakt przed nim się mroczy.

Robert Grant, z Hymns Ancient and Modern

Wy gwiazdy,

czy nie od was pochodzi upodobanie kochanka

w twarzy ukochanej? Czy jego wgląd wewnętrzny

w jej czysty wzrok nie z gwiazd czystości się bierze?

Rainer Maria Rilke, Trzecia elegia duinejska

(przeł. A. Lam)

Delikatny opar unosi się ze wszystkiego, co żyje.

Noc jest zimna, delikatna i pełna aniołów

Ścierających życie na proch. Fabryki są rozświetlone,

Nikt nie słyszy dzwonu.

Nareszcie jesteśmy razem, choć daleko od siebie.

John Ashbery, The Ecclesiast,

ze zbioru Rivers and Mountains

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

1
Zaczarowana śpiąca

Z ciemnej lasu gęstwiny

Wychodziły zwierzęta,

Zbliżały się, łasiły.

William Blake

(przeł. Z. Kubiak)

W ocienionej rododendronami dolinie, niedaleko granicy wiecznego śniegu, gdzie strumień mętny od roztopów toczył swoje wody, a gołębie i makolągwy furkotały wśród olbrzymich sosen, znajdowała się jaskinia, od góry osłonięta skalnym występem, od dołu zaś na wpół ukryta w gąszczu grubych, ciężkich liści.

Las rozbrzmiewał mnóstwem dźwięków: pluskaniem strumyka pomiędzy kamieniami, szumem wiatru wśród sosnowych igieł, bzyczeniem owadów, pokrzykiwaniem drobnych ssaków nadrzewnych i ptasimi trelami. Od czasu do czasu mocniejszy powiew poruszał gałęziami cedru lub jodły, które trąc o siebie, pojękiwały jak wiolonczela.

Olśniewający blask słońca prześwietlał na wskroś leśną gęstwinę. Snopy cytrynowozłotej światłości przeszywały listowie i kładły się cętkami na poszyciu na przemian z plamami brązowo-zielonych cieni, pozostając przy tym w nieustannym ruchu. Stale też zmieniały natężenie, gdy snująca się w koronach drzew mgła cedziła światło, przemieniała je w perłową poświatę i okrywała wilgocią szyszki, chwilę później skrzące się na gałęziach. Zgromadzona w chmurach wilgoć gęstniała czasem w drobne krople ni to mgiełki, ni to mżawki, która wśród pośpiesznego szmeru milionów igieł raczej spływała, niż spadała w dół.

Biegnąca wzdłuż strumienia wąska ścieżka prowadziła z wioski – a właściwie z położonego u wylotu doliny skromnego skupiska chat pasterskich – do na wpół zrujnowanej świątyni nieopodal czoła lodowca, gdzie stale wiejące od gór wiatry targały wyblakłe jedwabne proporce, a pobożni wieśniacy składali w ofierze placki owsiane i suszoną herbatę. Na skutek niezwykłego współoddziaływania światła, lodu i mgieł nad górną częścią doliny stale rozpościerały się tęcze.

Jaskinia leżała nieco powyżej ścieżki. Dawno temu mieszkał w niej święty mąż: medytował tam, pościł i modlił się, i właśnie przez wzgląd na pamięć o nim po dziś dzień otaczano ją czcią. Jaskinia miała około trzydziestu stóp głębokości i suche dno – idealnie nadawałaby się na legowisko wilka albo niedźwiedzia, lecz mimo to przez lata zamieszkiwały ją tylko ptaki i nietoperze.

Jednakże stwór przykucnięty w tej chwili przy wejściu, strzygący uszami i strzelający czarnymi ślepiami na boki, nie był ani ptakiem, ani nietoperzem. Światło słońca kładło się jak gęsty, ciężki kożuch na jego lśniącym złotym futrze, kiedy obracał w małpich dłoniach sosnową szyszkę, pazurami zrywał z niej łuski i wygrzebywał ze środka słodkie nasiona.

Za jego plecami, tuż poza zasięgiem promieni słonecznych, pani Coulter podgrzewała wodę w rondelku ustawionym na kuchence naftowej. Kiedy jej dajmon wydał z siebie ostrzegawczy pomruk, podniosła wzrok.

Ścieżką szła dziewczynka z wioski. Pani Coulter ją znała: Ama od kilku dni przynosiła jej jedzenie. Zaraz po przybyciu w tę okolicę pani Coulter dała jasno do zrozumienia, że jest kobietą świętą, bez reszty oddaną medytacji i modlitwie, która przysięgła nigdy nie rozmawiać z mężczyzną. Ama była jedyną osobą, na której odwiedziny przystała.

Tym razem jednak dziewczynka nie przyszła sama: towarzyszący jej ojciec zatrzymał się w pewnej odległości i czekał, podczas gdy Ama wspięła się do jaskini.

Przy wejściu ukłoniła się nisko.

– Ojciec przysyła mnie z modlitwą o twoją pomyślność.

– Witaj, moje dziecko.

Dziewczynka złożyła u stóp pani Coulter zawiniątko opakowane w wyblakłą bawełnę, po czym wyciągnęła przed siebie rękę z bukietem kwiatów – garścią zawilców przewiązanych bawełnianą nitką, i zaczęła mówić z nerwowym pośpiechem. Pani Coulter miała pewne pojęcie o języku zamieszkujących tutejsze góry tubylców, ale nie mogła się zdradzić z tym, ile dokładnie rozumie z ich przemów. Z uśmiechem dała więc znać dziewczynce, żeby umilkła, i wskazała na dajmony: złotowłosa małpka wyciągnęła przed siebie łapę, a dajmon Amy, motyl, trzepotał skrzydełkami coraz bliżej i bliżej, aż w końcu przysiadł na zrogowaciałym palcu wskazującym. Małpka przysunęła go ostrożnie do ucha, a wtedy pani Coulter poczuła napływającą do jej umysłu cieniutką strużkę zrozumienia, objaśniającą znaczenie słów dziewczynki. Wieśniacy byli bardzo zadowoleni, że święta schroniła się w ich jaskini, niepokoiły ich jednak pogłoski o tym, jakoby przywiodła ze sobą towarzysza, ponoć bardzo silnego i niebezpiecznego. Tego właśnie się lękali: czy ów kompan był sługą pani Coulter czy jej panem? Czy ona sama miała złe zamiary? Co ją sprowadziło w te rejony? Czy długo zamierzała tu zabawić? Ama przekazała jej te pytania pełna obaw.

 

Chłonąc jej słowa poprzez dajmona, pani Coulter wpadła na zupełnie nowy pomysł, jak odpowiedzieć. Mogłaby powiedzieć Amie prawdę. Nie całą prawdę, ma się rozumieć, ale częściową. Ta myśl ją rozbawiła, zdołała jednak ukryć wesołość i odparła:

– Owszem, jest ze mną ktoś jeszcze, ale nie macie żadnych powodów do obaw. To moja córka, która zasnęła pod wpływem magii. Przybyłyśmy tutaj, aby ukryć się przed czarownikiem, który rzucił na nią zaklęcie. Opiekuję się nią, chronię ją i próbuję uleczyć. Jeżeli chcesz, możesz wejść i ją zobaczyć.

Pod wpływem łagodnego głosu pani Coulter Ama nieco się uspokoiła, chociaż nie wyzbyła się całkiem strachu; ba, na wzmiankę o czarowniku jej nabożny lęk jeszcze się nasilił. Jednakże złota małpka tak delikatnie obchodziła się z jej dajmonem, a ona sama była tak bardzo zaciekawiona, że ostatecznie ruszyła w ślad za panią Coulter w głąb jaskini.

Jej ojciec zrobił krok naprzód, jego dajmon w postaci wrony zamachał skrzydłami, ale ostatecznie nie ruszyli się ze ścieżki.

Pani Coulter zapaliła świeczkę, ponieważ światło dnia nie sięgało zbyt daleko, i zaprowadziła Amę aż pod tylną ścianę jaskini. Szeroko otwarte oczy dziewczynki błyszczały w półmroku, a jej dłonie poruszały się nieustannie, powtarzając ochronny gest: kciukiem jednej dłoni dotykała palca wskazującego drugiej i na odwrót, kciuk-palec, kciuk-palec, bez przerwy, żeby zmylić złe duchy.

– Widzisz? – zagadnęła pani Coulter. – Jest zupełnie niegroźna. Nie ma się czego bać.

Ama przyjrzała się postaci w śpiworze: była to dziewczynka starsza od niej o jakieś trzy, może cztery lata, o włosach w odcieniu, jakiego Ama nigdy przedtem nie widziała – płowoblond, jak lwia grzywa. Mocno zaciskała usta i z całą pewnością spała głębokim snem, ponieważ jej dajmon leżał bez przytomności, owinięty wokół jej szyi. Przypominał mangustę, chociaż był od niej mniejszy i miał niezwykły, rudozłoty kolor. Złota małpka delikatnie pogładziła go po łebku, między uszami. Niby-mangusta poruszyła się niespokojnie i zamiauczała chrapliwie. Dajmon Amy, który tymczasem zmienił się w mysz, wtulił się w jej szyję i zalękniony wyglądał spomiędzy jej włosów.

– Opowiedz ojcu, co widziałaś – mówiła dalej pani Coulter. – Nie ma tu żadnych złych duchów, a ja opiekuję się córką, na którą rzucono zaklęcie usypiające. Proszę cię jednak, Amo, uprzedź ojca, że musi to zachować w tajemnicy. Nikt poza wami dwojgiem nie może się dowiedzieć, że Lyra tu jest. Gdyby czarownik poznał miejsce jej pobytu, natychmiast by ją odnalazł i unicestwił, a wraz z nią mnie i wszystko dookoła. Dlatego cicho sza! Możesz powiedzieć tylko ojcu, nikomu więcej.

Uklękła obok Lyry, odgarnęła wilgotny kosmyk włosów z jej śpiącej buzi i, pochyliwszy się, pocałowała córkę w policzek. Podniosła na Amę spojrzenie smutnych, kochających oczu i uśmiechnęła się do niej z taką odwagą i współczuciem, że dziewczynce łzy napłynęły do oczu.

Pani Coulter wzięła ją za rękę i razem wyszły z jaskini. Z dołu obserwował je podenerwowany ojciec Amy. Pani Coulter złożyła dłonie i ukłoniła mu się, na co z wyraźną ulgą odpowiedział podobnym gestem. Jego córka – ukłoniwszy się kobiecie i zaczarowanej śpiącej dziewczynce – odwróciła się i zbiegła po zboczu w gęstniejącym zmierzchu. Na dole oboje z ojcem złożyli jeszcze jeden pokłon, zawrócili i ruszyli w drogę powrotną. Wkrótce zniknęli w półmroku zalegającym wśród potężnych rododendronów.

Pani Coulter zakrzątnęła się przy kuchence: woda w rondelku prawie zdążyła się zagotować. Przykucnąwszy, kobieta skruszyła do wrzątku trochę suchych liści – dwie szczypty zaczerpnęła z jednego woreczka, trzecią z innego – i dodała trzy krople jasnozłotego oleju. Szybko zamieszała płyn, odmierzyła w myślach pięć minut, po czym zdjęła naczynie z ognia i odstawiła do ostygnięcia.

Dookoła leżały porozrzucane elementy ekwipunku zabrane z obozowiska nad błękitnym jeziorem, gdzie umarł sir Charles Latrom: śpiwór, plecak z ubraniem na zmianę i przyborami toaletowymi i tak dalej. Była tam również skrzynia z płótna rozpiętego na solidnym drewnianym szkielecie, wyłożona kapokiem i zawierająca rozmaite przyrządy, oraz pistolet w kaburze.

Wywar stygł szybko w rozrzedzonym powietrzu, a gdy tylko osiągnął temperaturę ciała, pani Coulter przelała go ostrożnie do metalowego dzbanka i zaniosła w głąb jaskini. Jej małpi dajmon przestał bawić się szyszką i poszedł za nią.

Ostrożnie postawiła dzbanek na kamieniu i znów uklękła przy śpiącej Lyrze. Złota małpka przykucnęła po drugiej stronie dziewczynki, gotowa złapać Pantalaimona, gdyby ten się obudził.

Włosy Lyry były wilgotne od potu, jej oczy poruszały się gwałtownie pod powiekami. Zaczynała się budzić. Pani Coulter, która chwilę wcześniej, całując ją, poczuła na skórze trzepotanie jej rzęs, wiedziała, że zostało jej niewiele czasu. Jedną dłoń podłożyła pod głowę dziewczynki, drugą odgarnęła jej z czoła mokre kosmyki włosów. Lyra rozchyliła lekko usta i cicho jęknęła. Pantalaimon wtulił się w jej pierś. Małpka nie odrywała od niego oczu, niespokojnie miętosząc skraj śpiwora w drobnych czarnych palcach, ale wystarczyło jedno spojrzenie pani Coulter, żeby puściła śpiwór i odsunęła się na szerokość dłoni.

Pani Coulter delikatnie uniosła Lyrę, która najpierw bezwładnie zwiesiła głowę w bok, a potem gwałtownie nabrała powietrza w płuca i z wysiłkiem uniosła ciężkie powieki. Oczy miała półprzymknięte, trzepotała rzęsami.

– Roger... – wymamrotała. – Rogerze, gdzie jesteś... Nie widzę...

– Ćśś – wyszeptała jej matka. – Ćśś, kochanie. Masz, wypij to.

Przytknąwszy dzbanek do ust Lyry, przechyliła go, żeby kroplą naparu zwilżyć jej wargi. Język dziewczynki zareagował odruchowo, zlizał tę odrobinę płynu, a wtedy pani Coulter z najwyższą ostrożnością wlała jej do ust więcej cieczy. Za każdym razem czekała, aż Lyra przełknie, zanim podała jej następny łyczek.

Trwało to kilka minut, ale w końcu dzbanek został opróżniony i pani Coulter ponownie ułożyła córkę na śpiworze. Gdy tylko głowa dziewczynki spoczęła na ziemi, Pantalaimon znów owinął się jej wokół szyi. Jego rudozłota sierść była tak samo wilgotna jak jej włosy. Oboje zasnęli.

Złotowłosa małpka na palcach przemknęła ku wejściu do jaskini, usiadła i wróciła do obserwowania ścieżki. Pani Coulter zamoczyła szmatkę w miednicy z zimną wodą, obmyła twarz córki, po czym rozpięła śpiwór i przetarła jej także ręce, szyję i ramiona, ponieważ Lyra była rozpalona. Na koniec wzięła do ręki grzebień i delikatnie wyczesała kołtuny z włosów, odgarnęła kosmyki opadające dziewczynce na czoło i odsunęła je na boki.

Nie zapinała ponownie śpiwora, żeby rozgorączkowanej Lyrze było chłodniej, i zajęła się przyniesionym przez Amę zawiniątkiem. Znalazła w nim kilka płaskich chlebków, kostkę sprasowanej herbaty i trochę ugotowanego kleistego ryżu zawiniętego w duży liść. Nastał czas, żeby rozpalić ognisko, noce w górach bywały zjadliwie zimne. Metodycznie zabrała się do pracy: zestrugała trochę suchych wiórów, ułożyła drewno w palenisku, zapaliła zapałkę. O właśnie, kolejna sprawa, którą powinna przemyśleć: kończyły jej się zapałki, podobnie zresztą jak zapas nafty do kuchenki. Od tej pory będzie musiała strzec ognia dniem i nocą.

Jej dajmon był wyraźnie niezadowolony. Nie podobało mu się to, co robiła w jaskini, a kiedy próbował wyrazić swoje zaniepokojenie, odepchnęła go. Odwrócił się więc tyłem, każdym skrawkiem swojej sylwetki wyrażając wzgardę. Zajęty oskubywaniem szyszki, odrzucał niepotrzebne łuski w ciemność. Pani Coulter nie zwracała na niego najmniejszej uwagi: z wprawą krzątała się przy ognisku, aż w końcu mogła nastawić w rondelku wodę na herbatę.

Niemniej jednak nie pozostała całkowicie obojętna na sceptycyzm dajmona. Krusząc ciemnoszarą bryłkę herbaty do wody, sama zastanawiała się nad tym, co też właściwie najlepszego robi i czy już całkiem zwariowała, a także – tę myśl w kółko obracała w głowie – co będzie, gdy Kościół się o wszystkim dowie. Złotowłosa małpka miała rację: pani Coulter ukrywała nie tylko Lyrę, lecz także samą siebie.

* * *

Z ciemności wynurzył się przerażony mały chłopiec.

– Lyro... Lyro... – powtarzał szeptem, z nadzieją w głosie. – Lyro...

Za jego plecami majaczyły inne postaci, jeszcze bardziej mgliste niż on sam i zupełnie milczące. Wyglądały podobnie jak jego naturalni towarzysze, nie miały jednak twarzy, które można by zobaczyć, ani głosów, które można by usłyszeć. Głos chłopca ani na moment nie wznosił się ponad poziom szeptu, jego twarz zaś była mroczna i zamazana, jakby na wpół zapomniana.

– Lyro... Lyro...

Co to było za miejsce?

Rozległa równina pod ciemnym jak żelazo niebem, z którego nie padał ani jeden promień światła, ze wszystkich stron otulona mgłą. Goła ziemia była twardo ubita, jak pod naciskiem milionów stóp, a przecież stopy te ważyły nie więcej niż piórka. Może więc to czas tak ją sprasował – chociaż czas w tym miejscu zastygł nieruchomo. A zatem może taka była natura tego miejsca, ostatniego ze wszystkich miejsc, kresu wszystkich światów.

– Lyro...

* * *

Dlaczego się tam znaleźli?

Zostali uwięzieni. Ktoś popełnił zbrodnię, nikt jednak nie wiedział, co to za zbrodnia. Nikt też nie znał ani sprawcy, ani sędziego.

Dlaczego chłopiec nawoływał Lyrę po imieniu?

Nadzieja.

Kim byli?

Duchami.

Lyra nie mogła ich dotknąć. Nawet kiedy starała się ze wszystkich sił, jej zdumione dłonie przenikały na wskroś przez postać stojącego przed nią i wzywającego ją błagalnie chłopca.

– Roger... – powiedziała. Z jej ust dobył się ledwie szept. – Ach, Rogerze, gdzie jesteś? Co to za miejsce?

– To świat umarłych, Lyro – odparł. – Nie wiem, co robić... Nie wiem, czy utknąłem tu już na zawsze. I nie wiem, czy zrobiłem coś złego, bo zawsze starałem się raczej być dobry, ale nie podoba mi się tu, boję się, nie cierpię tego miejsca...

Lyra odparła:

– Wy...

2
Balthamos i Baruch

Tchnienie mi twarz owionęło, włosy się na mnie zjeżyły[1].

Księga Joba

– Cicho – powiedział Will. – Po prostu bądźcie cicho. Nie przeszkadzajcie mi.

Było to tuż po tym, jak Lyra została uprowadzona, tuż po tym, jak Will zszedł ze szczytu góry, tuż po tym, jak wiedźma zabiła jego ojca. Zapalił blaszaną latarenkę znalezioną w plecaku ojca wraz z suchymi zapałkami, które posłużyły mu teraz do jej zapalenia, i przykucnąwszy w zagłębieniu pod skałą, otworzył plecak Lyry.

Sięgnąwszy zdrową ręką do środka, wymacał zawinięty w aksamit alethiometr i go wyjął. Urządzenie zalśniło w świetle latarenki, a on pokazał je dwóm stojącym obok postaciom, sylwetkom, które same siebie nazywały aniołami.

– Umiecie coś z niego odczytać?

– Nie – zabrzmiał głos w odpowiedzi. – Chodź z nami. Musisz z nami pójść. Zabierzemy cię do lorda Asriela.

– Kto wam kazał śledzić mojego ojca? Powiedzieliście wcześniej, że o tym nie wiedział, ale to nieprawda – mówił zapalczywym tonem Will. – Powiedział mi, że mam się spodziewać waszego przybycia. Wiedział więcej, niż sądziliście. Kto was przysłał?

– Nikt nas nie przysyłał. Przybyliśmy z własnej woli. Chcemy służyć lordowi Asrielowi. A ten człowiek, który zginął, co chciał, żebyś zrobił z nożem?

– Kazał mi go zanieść lordowi Asrielowi – odparł Will po chwili wahania.

 

– Wobec tego chodź z nami.

– Nie. Najpierw muszę odnaleźć Lyrę.

Zawinął alethiometr w aksamit i schował do swojego plecaka, który następnie starannie zapiął. Dla ochrony przed deszczem zakutał się w gruby płaszcz ojca, przykucnął i utkwił wzrok w dwóch stojących przed nim cieniach.

– Zawsze mówicie prawdę? – zagadnął.

– Tak.

– To powiedzcie mi, jesteście silniejsi od ludzi czy słabsi?

– Słabsi. Ty masz prawdziwe ciało, my nie. Mimo to musisz pójść z nami.

– Nie. Skoro jestem od was silniejszy, to wy musicie mnie słuchać, nie odwrotnie. Poza tym mam nóż. Dlatego wam rozkazuję: pomóżcie mi znaleźć Lyrę. Nie obchodzi mnie, ile to potrwa. Najpierw ją odszukam, a dopiero potem udam się do lorda Asriela.

Dwie postaci przez chwilę milczały, po czym odeszły na stronę, żeby się naradzić. Will nie słyszał ani słowa.

W końcu wróciły.

– Dobrze – usłyszał ich odpowiedź. – Popełniasz błąd, ale nie pozostawiasz nam wyboru. Pomożemy ci odszukać to dziecko.

Starał się, jak mógł, przebić wzrokiem półmrok i lepiej im się przyjrzeć, ale deszcz zalewał mu oczy.

– Podejdźcie bliżej – polecił. – Chcę was obejrzeć.

Postaci się przybliżyły, ale jednocześnie stały się jakby mniej wyraźne.

– Czy za dnia będę was lepiej widział?

– Nie, gorzej. Nie zajmujemy wysokich miejsc w anielskiej hierarchii.

– No dobrze. Jeżeli ja was nie widzę, to inni też was nie zobaczą. Pozostaniecie w ukryciu. A teraz idźcie się rozejrzeć, może uda się wam ustalić, gdzie podziała się Lyra. Nie mogła odejść daleko. Była tu taka kobieta... Zabrała ją. Teraz są razem. Udajcie się na poszukiwania. Po powrocie powiecie mi, co znaleźliście.

Aniołowie wzbili się wprost w burzowe niebo i zniknęli, a Will poczuł nagle, jak na barkach spoczęło mu ciężkie, ponure brzemię. Już przed szarpaniną z ojcem był poważnie osłabiony; teraz czuł się całkowicie wyczerpany. Miał ochotę zamknąć powieki, ciężkie i obolałe od płaczu.

Naciągnął kaptur na głowę, przycisnął plecak do piersi i w okamgnieniu zasnął.

* * *

– Nie ma jej – zabrzmiał głos.

Will usłyszał go w czeluściach snu i z wysiłkiem zaczął się budzić. W końcu (zajęło mu to niemal całą minutę, tak głęboko pogrążył się we śnie) zdołał otworzyć oczy. Był jasny poranek.

– Gdzie jesteście? – zapytał.

– Przy tobie – odparł anioł. – Tutaj.

Słońce dopiero wzeszło, kamienie, mchy i porosty lśniły ostro i wyraziście w porannym świetle, Will jednak nikogo nie widział.

– Uprzedzałem, że za dnia trudniej będzie nas dostrzec – zabrzmiał znów głos. – Jesteśmy najlepiej widoczni w półmroku przedświtu lub zmierzchu, nieco gorzej w ciemnościach, a najsłabiej za dnia. Razem z moim towarzyszem przeszukaliśmy całe zbocze, ale nie znaleźliśmy ani tej kobiety, ani dziecka. U stóp góry rozpościera się natomiast błękitne jezioro, nad którym musiała obozować. Znaleźliśmy tam martwego mężczyznę oraz wiedźmę pożartą przez Widmo.

– Martwego mężczyznę? Jak wygląda?

– Po sześćdziesiątce, pulchny, gładkoskóry. Szpakowaty. Elegancko ubrany. Bije od niego słabnąca woń intensywnych perfum.

– Sir Charles – domyślił się Will. – To on. Najwidoczniej pani Coulter go zabiła. Zawsze to jakiś pozytyw.

– Zostawiła trop. Mój towarzysz nim podążył. Wróci, kiedy odkryje, dokąd się udała. Ja tymczasem zostanę przy tobie.

Will wstał i rozejrzał się dookoła. Po burzy powietrze zrobiło się przejrzystsze, poranek był rześki i pogodny i przez to rozpościerająca się przed nim scena wydała mu się w dwójnasób przygnębiająca. Nieopodal leżały zwłoki kilkunastu wiedźm, które eskortowały jego i Lyrę na spotkanie z jego ojcem. Padlinożerny kruk z okrutnym dziobem szarpał twarz jednej z nich, a w górze kołował już inny, większy ptak, jakby wybierał ofiarę, na której zamierza ucztować. Will powiódł wzrokiem kolejno po wszystkich ciałach: nie było wśród nich Serafiny Pekkali, osobistej przyjaciółki Lyry i królowej klanu wiedźm. Nagle coś mu się przypomniało: czy tuż przed zmierzchem Serafina nie odłączyła się od towarzyszek, żeby zająć się innym niecierpiącym zwłoki zadaniem? Mogła nadal żyć.

Ta myśl dodała mu otuchy. Przepatrzył horyzont w poszukiwaniu Serafiny, ale wszędzie widział tylko błękit nieba i ostre skały.

– Gdzie jesteś? – zapytał anioła.

– Za tobą – zabrzmiał głos. – Jak zawsze.

Will spojrzał w lewo, skąd dobiegły słowa, ale niczego nie zobaczył.

– Czyli jesteś niewidzialny. A czy ktoś poza mną może cię usłyszeć?

– Jeżeli będę szeptał, to nie – odparł z przekąsem anioł.

– Jak ci na imię? Wy w ogóle macie jakieś imiona?

– Owszem, mamy. Ja nazywam się Balthamos. Mój towarzysz to Baruch.

Will zaczął się zastanawiać, co dalej. Kiedy człowiek wybierze jedną z wielu dróg postępowania, wszystkie inne zostają zdmuchnięte jak płomyki świec, jakby nigdy nie istniały. W tej chwili wszystkie stojące przed nim możliwości istniały jednocześnie – ale gdyby chciał utrzymać ten stan, musiałby nic nie robić. Musiał więc dokonać wyboru.

– Zejdziemy w dolinę – postanowił. – Nad jezioro. Może znajdę tam coś, co mi się przyda. Poza tym i tak chce mi się pić. Będę szedł tak, jak mi się wydaje, że powinienem. Gdybym błądził, powiesz mi.

Dopiero po paru dobrych minutach marszu pozbawionym ścieżki kamienistym zboczem zdał sobie sprawę, że ręka przestała go boleć. Prawdę mówiąc, odkąd się obudził, w ogóle o niej nie myślał.

Przystanął i spojrzał na kawałek szorstkiego materiału, którym ojciec owinął mu dłoń po bójce. Na tkaninie, natłuszczonej balsamem, którym posmarowano ranę, nie było śladu krwi. Widok ten był tak budujący – po długim okresie nieprzerwanego krwawienia z rany po odciętych palcach – że z radości serce omal nie wyskoczyło Willowi z piersi.

Poruszył na próbę palcami – owszem, zabolało, ale był to ból innego rodzaju: nie głęboki i wysysający życie jak jeszcze dzień wcześniej, lecz słabszy, przytępiony, jak ból rany, która się goi.

To jego ojciec to sprawił. Kiedy zaklęcie wiedźm zawiodło, on go uzdrowił.

Podniesiony na duchu Will ruszył dalej.

Dotarcie na dno doliny zajęło mu trzy godziny; po drodze anioł kilkakrotnie korygował jego kurs. Zanim znaleźli się nad jeziorem, spragnionemu Willowi język stawał już kołkiem. Gruby, nieprzewiewny płaszcz okrutnie mu ciążył, ale gdy tylko go zrzucił, od razu poczuł, jak słońce pali go w odsłonięte ręce i kark. Odrzucił plecak, przebiegł ostatnie kilka jardów dzielące go od jeziora i padł jak długi, twarzą wprost w lodowatą wodę, przełykając ją wielkimi haustami. Była tak zimna, że rozbolały go zęby i kości czaszki.

Zaspokoiwszy pragnienie, usiadł i się rozejrzał. Poprzedniego dnia był w takim stanie, że niewiele do niego docierało, teraz jednak docenił intensywny kolor wody i wyraźnie słyszał wydawane przez insekty ostre, przenikliwe dźwięki.

– Balthamosie?

– Zawsze przy tobie.

– Gdzie jest ten martwy mężczyzna?

– Za tym wysokim kamieniem na prawo od ciebie.

– Są w pobliżu jakieś Widma?

– Nie, nie ma.

Will zgarnął plecak i płaszcz, ruszył wzdłuż brzegu i wspiął się na wskazany przez Balthamosa głaz. W jego cieniu ktoś rozbił małe obozowisko, po którym zostało pięć lub sześć namiotów i ślad po ognisku. Will z najwyższą ostrożnością podszedł bliżej, na wypadek gdyby ktoś przeżył i się ukrywał.

W obozowisku panowała jednak absolutna, głęboka cisza, ledwie naruszana owadzim brzęczeniem. W namiotach nic się nie poruszało. Powierzchnia jeziora była spokojna, jedyne zmarszczki rozchodzące się po tafli wody wzbudził sam Will chwilę wcześniej, pijąc. Wzdrygnął się, gdy coś zielonego przemknęło mu koło stopy, ale była to tylko mała jaszczurka.

Namioty uszyto z maskującej tkaniny, przez co wyraźnie odcinały się od matowoczerwonych skał w okolicy. Zajrzał do pierwszego z nich i stwierdził, że jest pusty. Z drugim rzecz miała się podobnie, za to w trzecim natrafił na cenne znalezisko: menażkę i pudełko zapałek. Znalazł również kawałek jakiejś ciemnej materii, długi i szeroki mniej więcej jak jego przedramię. W pierwszej chwili wziął go za skrawek skóry, dopiero w świetle słońca rozpoznał suszone mięso.

Miał przy sobie nóż, prawda? Odkroił cienki plasterek. Mięso było gumowate i lekko słonawe, ale poza tym nadzwyczaj smaczne. Schował je wraz z zapałkami i menażką do plecaka i przeszukał pozostałe namioty. Niczego więcej nie znalazł.

Największy z namiotów zostawił sobie na koniec.

– Czy to tam leży martwy mężczyzna? – rzucił w powietrze.

– Tak – przytaknął Balthamos. – Został otruty.

Will ostrożnie obszedł namiot, kierując się do wejścia, które znajdowało się od strony jeziora. Obok przewróconego krzesełka kempingowego leżały zwłoki mężczyzny w świecie Willa znanego jako sir Charles Latrom, w świecie Lyry zaś jako lord Boreal; złodzieja alethiometru, którego kradzież doprowadziła Willa do delikatnego noża. Za życia sir Charles był uprzejmy, nieuczciwy i bardzo wpływowy – teraz zaś był martwy. Jego twarz zastygła wykrzywiona w paskudnym grymasie i Will najchętniej w ogóle by jej nie oglądał, ale rzut oka do wnętrza namiotu pozwolił mu stwierdzić, że znajduje się tam mnóstwo rzeczy wartych zabrania. Przestąpił więc nad ciałem i wszedł do środka, żeby wszystko spokojnie obejrzeć.

Jego ojciec, żołnierz i odkrywca, dokładnie wiedziałby, co zabrać. Will musiał zgadywać. Wybrał małą lupę w metalowym pudełku, ponieważ mogła mu się przydać do rozpalania ognisk, dzięki czemu zużywałby mniej zapałek; motek mocnego sznurka; metalową manierkę na wodę, znacznie lżejszą od bukłaka z koziej skóry, który dotychczas taszczył; blaszany kubeczek; małą lornetkę; rulon złotych monet, długi jak męski kciuk i owinięty w papier; apteczkę; tabletki do odkażania wody; paczkę kawy; trzy opakowania prasowanych suszonych owoców; torebkę owsianych sucharków; sześć batoników Kendal Mint; zestaw haczyków na ryby i szpulkę żyłki; i wreszcie notes, dwa ołówki i małą latarkę elektryczną.

Wrzucił to wszystko do plecaka, odkroił sobie jeszcze jeden plasterek mięsa, napełnił wodą z jeziora najpierw żołądek, a następnie manierkę, i zwrócił się do Balthamosa:

– Myślisz, że coś jeszcze mi się przyda?

– Odrobina zdrowego rozsądku byłaby nie od rzeczy – usłyszał w odpowiedzi. – Zdolność rozpoznawania prawdziwej mądrości i skłonność do jej poszanowania.

– A ty jesteś mądry?

– Znacznie mądrzejszy od ciebie.

– Skąd miałbym to wiedzieć? Nie umiem tego ocenić. Jesteś człowiekiem? Bo brzmisz jak człowiek.

– Nigdy nie byłem człowiekiem. Baruch był. Teraz jest aniołem.

– Czyli... – Will oderwał się od pochłaniającego go zajęcia, to znaczy układania rzeczy w plecaku w taki sposób, żeby najcięższe przedmioty znalazły się na dnie, podniósł głowę i poszukał anioła wzrokiem. Niczego nie zobaczył. – Czyli Baruch był człowiekiem – podjął – a potem... Czy po śmierci ludzie zostają aniołami? Tak to działa?

– Nie zawsze. Najczęściej nie. Bardzo rzadko.