Sztuka zwycięstwa. Wspomnienia twórcy NIKETekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Sztuka zwycięstwa. Wspomnienia twórcy NIKE
Sztuka zwycięstwa. Wspomnienia twórcy NIKE
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 72,80  58,24 
Sztuka zwycięstwa. Wspomnienia twórcy NIKE
Sztuka zwycięstwa. Wspomnienia twórcy NIKE
Sztuka zwycięstwa. Wspomnienia twórcy NIKE
Audiobook
Czyta Wojciech Żołądkowicz
34,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Moim wnukom – żeby wiedziały

W umyśle początkującego istnieje mnóstwo możliwości, lecz w umyśle eksperta jest ich niewiele.

Shunryu Suzuki, Umysł zen, umysł początkującego

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

ŚWIT

Wstałem najwcześniej ze wszystkich, przed ptakami, przed słońcem. Wypiłem filiżankę kawy, pochłonąłem grzankę, włożyłem szorty i bluzę, a potem zasznurowałem moje zielone buty do biegania. Wreszcie wymknąłem się po cichu tylnymi drzwiami.

Rozciągnąłem mięśnie czworogłowe i dwugłowe ud, potem odcinek lędźwiowy kręgosłupa i jęknąłem, stawiając pierwsze, niechętne kroki w chłodnej mgle. Dlaczego zawsze tak trudno jest zacząć?

Nie było samochodów, nie było ludzi, żadnych oznak życia. Byłem całkiem sam i cały świat miałem dla siebie – może tylko drzewa, co dziwne, wydawały się świadome mojej obecności. Cóż, taki jest Oregon: tu drzewa po prostu wiedzą i stają za tobą murem.

Jak tu pięknie, myślałem, rozglądając się. Tak cicho, spokojnie, zielono – byłem dumny, mogąc nazywać Oregon moim domem, dumny, że przyszedłem na świat w małym Portlandzie. Lecz jednocześnie czułem coś jakby żal. Oregon bowiem, choć piękny, dla wielu ludzi był miejscem, w którym nic wielkiego nigdy się nie wydarzyło i zapewne się nie wydarzy. Jeżeli my, oregończycy, słynęliśmy z czegokolwiek, to chyba z owego starego szlaku oregońskiego, który musieliśmy pokonać, by tu dotrzeć. To jednak były dawne dzieje; od tamtej pory w naszym stanie panował spokój.

Najlepszy nauczyciel, jakiego kiedykolwiek miałem, i jeden z najwspanialszych ludzi, jakich miałem szczęście spotkać, często wspominał o szlaku. „To nasze dziedzictwo”, warczał po swojemu. Nasz charakter, nasze przeznaczenie – nasze DNA. „Tchórze nigdy nie wyruszyli tą ścieżką”, mówił, „a słabi pomarli w drodze – zostaliśmy tylko my”.

My. Mój nauczyciel wierzył, że na owym szlaku ujawniła się rzadka odmiana pionierskiego ducha: poczucie nieskończonych możliwości splecione z wytłumioną skłonnością do pesymizmu. Naszym zadaniem, zadaniem współczesnych oregończyków, było podtrzymanie tej tradycji.

Kiwałem głową z szacunkiem, słuchając jego wywodów. Uwielbiałem go. Ale czasem, włócząc się po okolicy, myślałem: Jezu, przecież to zwyczajna droga gruntowa.

Jednakże owego mglistego, pamiętnego ranka w 1962 roku i ja niosłem w sobie świeże wspomnienie o niełatwym szlaku: wróciłem do domu po siedmiu długich latach. Osobliwe to było uczucie, gdy znowu niemal co dnia smagały mnie znajome deszcze. Na powrót mieszkałem z rodzicami i siostrami bliźniaczkami pod jednym dachem, spałem w łóżku, które znałem od dzieciństwa, lecz czułem się obco. Nocami leżałem na plecach, spoglądając na podręczniki z uczelni i błękitne wstążki medali zdobytych jeszcze w szkole średniej, zastanawiając się: czy to nadal ja?

Przyspieszyłem nieco. Krągłe obłoczki moich oddechów mieszały się z tumanem mgły. Rozkoszowałem się chwilą fizycznego przebudzenia, owym cudownym momentem, w którym umysł nie jest jeszcze całkiem jasny, za to stawy w kończynach zaczynają się rozluźniać, a ciało jakby się topi – sztywność zmienia się w płynność.

Prędzej, pomyślałem. Prędzej.

W papierach byłem już dorosłym człowiekiem. Skończyłem dobry college – University of Oregon. Najlepsza szkoła biznesu – Stanford – dała mi dyplom magistra. Przetrwałem roczną służbę w Armii Stanów Zjednoczonych – najpierw w Fort Lewis, a potem w Fort Eustis. Z mojego życiorysu wynikało jasno, że jestem wykształconym człowiekiem, wyszkolonym żołnierzem, dwudziestoczteroletnim mężczyzną w pełni sił... Dlaczego więc wciąż czuję się jak dzieciak? – zachodziłem w głowę.

Co gorsza, jak ten sam nieśmiały, blady, chudy jak patyk dzieciak, którym zawsze byłem.

Może dlatego, że jeszcze niczego w życiu nie doświadczyłem, zwłaszcza z tych rzeczy, które powszechnie uważa się za kuszące czy podniecające. Nie miałem w ustach papierosa. Nie próbowałem narkotyków. Nie złamałem żadnej zasady, nie wspominając o prawie. To były lata sześćdziesiąte, czas buntu, a ja byłem bodaj jedyną osobą w Ameryce, która jeszcze się nie zbuntowała. Nie mogłem sobie przypomnieć, żebym choćby raz zerwał się z łańcucha, uczynił coś nieoczekiwanego.

Nie byłem nawet z dziewczyną.

Powód, dla którego tyle czasu poświęcałem na rozmyślania o tym, kim nie jestem, był prosty: znałem ten temat na wylot. Znacznie trudniej było mi określić, kim lub czym jestem i kim mógłbym się stać. Podobnie jak wszyscy moi znajomi, pragnąłem sukcesu, jednakże w przeciwieństwie do nich nie wiedziałem, co by to mogło oznaczać. Pieniądze? Być może. Żona? Dzieci? Dom? Jasne, jeśli tylko dopisze mi szczęście. Uczono mnie, żebym właśnie do takich celów aspirował – i jakąś cząstką siebie instynktownie to robiłem. Jednakże w głębi duszy szukałem czegoś innego, czegoś więcej. Żyłem w bolesnym poczuciu, że dano nam niewiele czasu, mniej niż się spodziewamy, może tylko tyle, ile trwa ta poranna przebieżka – i za wszelką cenę chciałem sprawić, żeby mój czas okazał się znaczący. Bym spędził go w drodze do celu. Twórczo. Istotnie. A nade wszystko – odmiennie.

Pragnąłem zostawić po sobie ślad.

Pragnąłem zwyciężyć.

Nie, niezupełnie. Po prostu nie chciałem przegrać.

I właśnie wtedy to się stało. Gdy moje młode serce biło jak młot, gdy różowe płuca rozciągały się i kurczyły rytmicznie jak skrzydła ptaka, gdy drzewa zmieniły się w rozmazaną, zielonkawą plamę, miałem wizję i wiedziałem już, czym pragnę uczynić moje życie: niech będzie jak sport, jak zabawa, jak gra.

Tak, pomyślałem, to jest to. Oto właściwe słowo. Zawsze podejrzewałem, że sekret szczęścia i esencja piękna oraz prawdy, a może i cała wiedza o nich, której nam potrzeba, kryją się w owej ulotnej chwili, gdy piłka zawisa w powietrzu, gdy dwaj bokserzy wyczuwają bliskość ostatniego gongu, gdy biegacze pędzą ku mecie, a tłum kibiców podrywa się z miejsc. W ułamku sekundy przed końcem, gdy decydują się losy wygranej, nadchodzi chwila radosnej pewności – i tego właśnie pragnąłem. Czymkolwiek była, chciałem, by stała się całym moim życiem.

Marzyłem niekiedy, by zostać wybitnym pisarzem, wybitnym dziennikarzem, wybitnym mężem stanu, lecz tak naprawdę największym z moich marzeń było to o karierze wybitnego sportowca. Niestety, los uczynił mnie dobrym, ale nie wybitnym biegaczem. Miałem dwadzieścia cztery lata i byłem gotów pogodzić się z tym faktem. Studiując w Oregonie, sporo biegałem i w trzech z czterech sezonów nawet się wyróżniałem, ale na tym koniec. Teraz, połykając co sześć minut kolejną milę i patrząc, jak wschód słońca rozpala igły na najniższych gałęziach sosen, zadałem sobie pytanie: A gdyby tak istniał sposób, aby nie będąc sportowcem, czuć to, czego doświadczają sportowcy? Żeby bawić się, a nie pracować? A może raczej cieszyć się pracą tak bardzo, by stała się zabawą.

Świat z trudem łapał oddech, przytłoczony ciężarem wojen, bólu, powszechnego pesymizmu. Codzienna walka o przetrwanie – często niesprawiedliwa – odbierała ludziom siły. Może więc, dumałem, jedyną odpowiedzią jest podążanie za wielkim, niemal niedorzecznym marzeniem. Niech będzie zabawne, niech będzie stworzone dla mnie, a będę je ścigał z zaangażowaniem i niezłomnością prawdziwego sportowca. Bo przecież, czy się to komuś podoba czy nie, życie jest grą. Ktokolwiek zaprzeczy tej prawdzie, odmówi udziału w zabawie, prędzej czy później zostanie gdzieś na bocznym torze – a tego nie chciałem. Nie chciałem tego bardziej niż czegokolwiek innego.

Idąc tym tropem, powróciłem, jak zawsze, do mego Szalonego Pomysłu. Być może, myślałem, być może wystarczy przyjrzeć mu się raz jeszcze. Być może mój Szalony Pomysł po prostu... zadziała?

Być może.

Nie, nie, zmitygowałem się zaraz, znowu przyspieszając kroku. Biegłem tak prędko, jakbym kogoś ścigał, a jednocześnie sam był ścigany. On zadziała. Na Boga, to ja sprawię, że zadziała. Żadne „być może”.

Poczułem nagle, że się uśmiecham; ba, omal nie roześmiałem się w głos. Mokry od potu, mknąc lekko, bez wysiłku, jak nigdy dotąd, niemal widziałem w oddali mój Szalony Pomysł – lśnił pięknie i wcale nie wyglądał aż tak niedorzecznie. Nie wyglądał nawet jak pomysł. Wyglądał jak miejsce. Wyglądał jak osoba albo siła życiowa, która istniała na długo przede mną, oddzielna, ale i będąca cząstką mnie. Czekała na mnie, ale i ukrywała się przede mną. Wiem, że pewnie brzmi to trochę górnolotnie, może nawet szaleńczo... Ale naprawdę właśnie tak się wówczas czułem.

A może i nie? Może to tylko moja pamięć wyolbrzymia ów moment objawienia albo zlewa liczne chwile w jedno wielkie „eureka!”. A może całe to objawienie było tylko ubocznym skutkiem euforii biegacza? Sam nie wiem. I nie będę wiedział. Wiele wspomnień z tamtych dni, miesięcy i lat gdzieś umknęło, jak krągłe obłoczki pary, które wydmuchiwałem rytmicznie tamtego ranka. Twarze, liczby, decyzje, które wydawały się ważne, pilne, niezmienne – wszystko to gdzieś przepadło.

Pozostała jedynie przyjemna, pocieszająca pewność, prawda, która jest dla mnie opoką i pozostanie ze mną na zawsze: gdy miałem dwadzieścia cztery lata, skrystalizował się w mojej głowie Szalony Pomysł. I choć targały mną egzystencjalne lęki, choć bałem się przyszłości i nie wierzyłem w siebie – jak wszyscy ludzie w tym wieku, rzecz jasna – to naprawdę właśnie wtedy uświadomiłem sobie, że cały świat jest zbudowany z szalonych pomysłów, że jego dzieje to nic innego jak niekończący się pochód szalonych pomysłów. Przecież wszystko to, co najbardziej ukochałem – książki, sport, demokracja, swoboda przedsiębiorczości – zaczęło się kiedyś jako czyjś szalony pomysł.

 

A skoro już o tym mowa, to trudno o ideę bardziej zwariowaną niż moja ulubiona: bieganie. Jest trudne. Bolesne. Niebezpieczne. Zwycięstwa bywają rzadkie, nigdy nie są pewne. Biegacz, czy to na owalnym torze, czy na pustej drodze, tak naprawdę nie zdąża do żadnego celu, a przynajmniej nie do takiego, który uzasadniałby tak wielki wysiłek. Czynność biegania sama w sobie jest celem. I nie chodzi o to, że nie ma wyraźnej linii mety; rzecz w tym, że każdy sam ją sobie wyznacza. Każdy też musi sam znaleźć przyjemność czy pożytek płynące z biegania. Wszystko zależy od tego, jak sobie ten wysiłek zaprezentujemy, jak zdołamy go sobie sprzedać.

Wie o tym każdy biegacz. Biegnie bez końca, mila za milą, a w gruncie rzeczy nawet nie wie dlaczego. Powtarza sobie w duchu, że ma jakiś cel, że coś gna go naprzód, lecz prawda jest taka, że nie ma wyboru, bo sama myśl o alternatywie – o zatrzymaniu się – budzi w nim śmiertelne przerażenie.

I dlatego właśnie owego ranka w 1962 roku powiedziałem sobie: Kto chce, niech nazywa twój pomysł szalonym, a ty... pędź naprzód. Nie zatrzymuj się. Nawet nie myśl o odpoczynku, dopóki nie dotrzesz do celu, i nie zastanawiaj się zbyt często nad tym, gdzie ów cel się znajduje. Cokolwiek się zdarzy, nie zatrzymuj się.

Taką oto ważną, dalekowzroczną, zaskakująco dojrzałą radę dałem sobie na początku drogi i, całkiem niespodziewanie, wziąłem ją sobie do serca. Pół wieku później jestem zdania, że to najlepsza rada – a może i jedyna – jaką można komukolwiek dać.

CZĘŚĆ PIERWSZA

Bo widzisz, u nas trzeba biec z całą szybkością, na jaką ty w ogóle możesz się zdobyć, ażeby pozostać w tym samym miejscu. A gdybyś się chciała gdzie indziej dostać, musisz biec przynajmniej dwa razy szybciej.

Lewis Carroll, Alicja w Krainie Czarów. Po drugiej stronie lustra, w przekładzie Roberta Stillera

1962

Gdy już zebrałem się na odwagę, by porozmawiać z ojcem o moim Szalonym Pomyśle, dopilnowałem, by nie poruszyć tematu o innej porze niż wczesnym wieczorem. Jeśli chodzi o tatę – to zawsze była najlepsza chwila. Zrelaksowany i najedzony rozsiadał się wtedy wygodnie w swym winylowym fotelu, w kąciku telewizyjnym. Jeszcze dziś, gdy przymknę powieki i odchylę głowę, słyszę śmiechy publiczności i głucho brzmiące tematy muzyczne z jego ulubionych seriali: Wagon Train i Rawhide.

Jego ulubieńcem był Red Buttons, który każdy odcinek swego programu rozpoczynał, śpiewając: „Ho, ho, hi, hi... dziwne rzeczy się dzieją”.

Postawiłem proste krzesło obok jego fotela, uśmiechnąłem się blado i w milczeniu zaczekałem na reklamy. Naturalnie w głowie ćwiczyłem swą przemowę bez końca, skupiając się głównie na wstępie: „Pamiętasz może, tato, ten mój Szalony Pomysł, na który wpadłem, studiując w Stanfordzie?”.

Rzeczywiście tak było, podczas jednych z ostatnich zajęć w ramach seminarium z przedsiębiorczości. Napisałem wtedy projekt badawczy na temat obuwia, który ze zwykłego zadania domowego przeistoczył się w istną obsesję. Jako biegacz wiedziałem co nieco na temat butów do uprawiania tego sportu, a jako student ekonomii nasłuchałem się o tym, jak to japońscy producenci aparatów fotograficznych przejęli sporą część rynku zdominowanego dotąd przez Niemców. W swojej rozprawie dowodziłem, że tej samej sztuki mogliby dokonać japońscy wytwórcy butów do biegania. Koncept ten najpierw mnie interesował, potem zainspirował, aż wreszcie pochłonął bez reszty. Wydawał się tak oczywisty, tak prosty, a zarazem pełen nieskończonych możliwości.

Szlifowałem mój projekt tygodniami. Niemal przeprowadziłem się do biblioteki, gdzie pochłonąłem całą dostępną literaturę poświęconą zagadnieniom importu i eksportu oraz zakładania firmy. Wreszcie, jak nam nakazano, przedstawiłem oficjalną prezentację. Studenci z mojej grupy zareagowali równie oficjalnym znudzeniem: nie zadali ani jednego pytania. Z zapałem, wręcz z pasją opowiadałem im o moim projekcie, a jedyną odpowiedzią były nieobecne spojrzenia i ciężkie westchnienia.

Profesor za to uznał, że coś jest w moim Szalonym Pomyśle – mój wysiłek nagrodził oceną A. I na tym się skończyło. Przynajmniej miało się skończyć, bo tak naprawdę nigdy nie przestałem wracać myślami do mojego projektu. Przez resztę studiów podczas każdej porannej przebieżki, aż do owego dnia, kiedy usiadłem z ojcem w kąciku telewizyjnym, nieustannie snułem plany: chciałem jechać do Japonii, znaleźć producenta butów i zarazić go Szalonym Pomysłem w nadziei, że zareaguje bardziej entuzjastycznie niż moi koledzy z uczelni, że zechce mieć za partnera w interesach nieśmiałego, bladego, chudego jak patyk dzieciaka z sennego Oregonu.

Rozważałem też, czy nie mógłbym pozwolić sobie na podróż do Japonii nieco okrężną drogą. W jaki sposób mam zostawić swój ślad na tym świecie, dumałem, skoro do tej pory nie dane mi było nawet go zobaczyć? Przed poważnymi zawodami biegacz zawsze pragnie przespacerować się po bieżni. Tak, podróż z plecakiem dookoła świata to coś, czego mi potrzeba, rozumowałem. W tamtych czasach nie mówiło się jeszcze o „liście rzeczy, jakich trzeba dokonać przed śmiercią”, ale mam wrażenie, że właśnie coś takiego zrodziło się wtedy w mojej głowie. Pragnąłem, zanim się zestarzeję i umrę albo pogrążę w detalach codzienności, odwiedzić najpiękniejsze i najbardziej zadziwiające miejsca na Ziemi.

A także te najświętsze. Naturalnie ciekaw byłem i egzotycznych potraw, i obcych języków, i nieznanych mi kultur, ale przede wszystkim kierowała mną chęć poznania, i to przez wielkie P. Pragnąłem zbliżyć się do tego, co Chińczycy nazywają tao, Grecy – logosem, hinduiści – dźnianą, a buddyści – dharmą. I do tego, co chrześcijanie nazywają duchem. Zanim rozpocznę własną, osobistą podróż, myślałem, niech najpierw pojmę sens wielkiej podróży rodzaju ludzkiego. Poznam najwspanialsze świątynie, kościoły i inne miejsca kultu, najświętsze rzeki i górskie szczyty. Być może poczuję obecność... Boga?

Tak, powiedziałem sobie w duchu. Tak. Z braku lepszego słowa – Boga.

Lecz najpierw potrzebna mi była zgoda ojca.

Co więcej, potrzebne mi były jego pieniądze.

Rok wcześniej wspominałem mu o planach wielkiej podróży i wydawało mi się, że był otwarty na ten pomysł, ale z pewnością zdążył już o nim zapomnieć. Ja zaś niewątpliwie podejmowałem ryzyko, zamierzając dorzucić do puli ów Szalony Pomysł, niedorzeczną wyprawę do... Japonii? Żeby otworzyć firmę? Brednie.

Byłem pewny, że jego zdaniem to o jeden most za daleko.

W dodatku diabelnie drogi most. Owszem, i ja miałem pewne oszczędności z czasów służby wojskowej i dorywczych prac, których się podejmowałem podczas przerw wakacyjnych. Planowałem też sprzedać samochód – wiśniowe MG, rocznik 1960, twin cam na sportowych oponach; Elvis jeździł takim w Błękitnych Hawajach. W sumie dysponowałem kwotą może tysiąca pięciuset dolarów i brakowało mi jeszcze tysiąca, o czym poinformowałem ojca. Pokiwał głową, „aha”, „hmm”, a potem już tylko odrywał wzrok od telewizora raz na jakiś czas, by na mnie spojrzeć, a ja wykładałem mu swój plan.

Pamiętasz, tato, jak rozmawialiśmy? Gdy mówiłem, że chciałbym zwiedzić świat?

Himalaje? Piramidy?

Morze Martwe, tato. Pamiętasz Morze Martwe?

Bo widzisz, cha, cha, tak sobie pomyślałem, tato, że mógłbym też zatrzymać się w Japonii. Pamiętasz może mój Szalony Pomysł? Ten z japońskimi butami do biegania? Wiesz, to może być wielka rzecz. Wielka, tato.

Szedłem na całego, starając się najlepiej, jak umiałem, choć szczerze nienawidziłem sprzedawać, a ten kupujący był wyjątkowo twardym przeciwnikiem i moje szanse były marne. Ojciec niedawno wydał setki dolarów na moją edukację, najpierw w University of Oregon, a potem w Stanfordzie. Był redaktorem naczelnym popołudniówki „Oregon Journal” i zarabiał dostatecznie dużo, żeby zapewnić nam podstawowe wygody w przestronnym białym domu przy Claybourne Street na najbardziej zacisznym przedmieściu Portlandu, zwanym Eastmoreland. Niestety, nie spał na pieniądzach.

Poza tym był rok 1962 i świat wydawał się nam znacznie większy niż dziś. Owszem, pierwsi ludzie właśnie zaczynali orbitować wokół planety, ale dziewięćdziesiąt procent Amerykanów jeszcze nigdy nie leciało samolotem. Typowy obywatel ani razu nie zapuścił się dalej niż na sto mil od drzwi swego domu, sama wzmianka o podróży dookoła świata zaś budziła grozę w każdym porządnym ojcu – a przede wszystkim w moim, którego poprzednik na stanowisku redaktora naczelnego zginął w katastrofie lotniczej.

Lecz nawet gdyby nie miały znaczenia kwestie pieniędzy i mojego bezpieczeństwa, cały ten plan był zwyczajnie niepraktyczny. Wiedziałem, że dwadzieścia sześć na dwadzieścia siedem nowo zakładanych firm upada. Ojciec też o tym wiedział, a sama myśl o tym, że miałby poprzeć takie przedsięwzięcie, stała w rażącej sprzeczności z jego najgłębszymi przekonaniami. Pod wieloma względami mój ojciec był typowym wiernym Kościoła episkopalnego, wyznawcą Jezusa Chrystusa. W skrytości jednak oddawał cześć jeszcze jednemu bóstwu: poważaniu. Dom w stylu kolonialnym, piękna żona, posłuszne dzieci – jasne, wszystko to cieszyło mego ojca, lecz jeszcze cenniejsze było dlań to, że przyjaciele i sąsiedzi wiedzieli, że to posiada. Lubił być podziwiany. Każdego dnia z przyjemnością zanurzał się w głównym nurcie życia. Spontaniczne wycieczki dookoła świata były dla niego nonsensem. Tak się przecież nie robiło. A już na pewno nie robili tak poważani synowie poważanych dżentelmenów. Może zdarzało się to innym dzieciakom. Beatnikom albo innym hipsterom.

Niewykluczone, że głównym powodem obsesji mego ojca na punkcie poważania był jego strach przed chaosem własnej duszy. Wyczuwałem to podświadomie, bo od czasu do czasu ów chaos znajdował ujście w dość gwałtowny sposób. Bez ostrzeżenia, późnym wieczorem odzywał się telefon w holu, a czyjś szorstki głos w słuchawce mówił: „Przyjedź po starego”.

Wkładałem wtedy płaszcz przeciwdeszczowy – bo jakoś tak się składało, że zawsze była to dżdżysta noc – i jechałem do klubu w centrum miasta, w którym bywał ojciec. Pamiętam ów lokal równie dobrze jak własną sypialnię: stuletni budynek, sala otoczona dębowymi regałami pełnymi książek, sięgającymi od podłogi do sufitu, do tego głębokie fotele, zupełnie jak w bibliotece wiejskiej rezydencji gdzieś w Anglii. Innymi słowy: było to miejsce niewątpliwie poważane.

Ojciec czekał na mnie zawsze przy tym samym stoliku, w tym samym fotelu. Ostrożnie pomagałem mu wstać. „Wszystko w porządku, tato?” „Jasne, w porządku”. Prowadziłem go prosto do samochodu, a potem przez całą drogę udawaliśmy, że nic się nie stało. Siedział prosto, niemal dostojnie; gawędziliśmy o sporcie, bo właśnie ten temat pomagał mi oderwać myśli od problemów, działał kojąco w chwilach stresu.

Mój ojciec także lubił sport. Sportowcy byli wszak poważani.

Z tego i tuzina innych powodów spodziewałem się, że gdy spróbuję sprzedać mu swój pomysł w zaciszu kącika telewizyjnego, nastroszy brwi i spławi mnie błyskawicznie: „Cha, cha. Szalony Pomysł. W cuda wierzysz, Buck”. (Na imię dał mi Philip, ale zawsze wołał na mnie Buck. Prawdę mówiąc, robił to, już zanim przyszedłem na świat. Matka wspominała mi kiedyś, że miał zwyczaj klepać ją po brzuchu, pytając: „Jak się dziś miewa mały Buck?”). Gdy wreszcie umilkłem, powiedziawszy wszystko, co miało go przekonać do mojego planu, ojciec pochylił się w swym winylowym fotelu i spojrzał na mnie dziwnie. A potem rzekł, że właśnie tego zawsze żałował: że nie podróżował więcej, póki był młody. Mówił dalej, bardziej skupiając się na wyprawie dookoła świata niż na Szalonym Pomyśle, a ja nie zamierzałem go naprowadzać. Nie mogłem przecież narzekać – wyglądało na to, że daje mi swoje błogosławieństwo. I niemałą gotówkę.

– Dobra – powiedział. – Dobra, Buck.

Podziękowałem mu i czym prędzej zwiałem z kącika telewizyjnego, nie czekając, aż się rozmyśli. Minęło sporo czasu, zanim z przykrym poczuciem winy uświadomiłem sobie, że być może to właśnie fakt, iż ojciec nie podróżował zbyt wiele, stał się niezbyt chwalebnym (i niewykluczone, że głównym) powodem, dla którego tak bardzo ciągnęło mnie w świat. Ta wyprawa i mój Szalony Pomysł to były moje gwarancje, że stanę się kimś innym niż on. Kimś mniej poważanym.

 

Albo inaczej: może nie mniej poważanym, ale wolnym od obsesji na punkcie poważania.

Reszta rodziny nie okazała mi podobnego wsparcia. Gdy babcia usłyszała, dokąd się wybieram, jedna pozycja w moim planie podróży wywołała jej gwałtowną reakcję.

– Japonia! – zawołała. – Ależ Buck, przecież ledwie parę lat temu Japońce próbowały nas pozabijać! Nie pamiętasz? Pearl Harbor! Marzył im się podbój świata! A niektórym do dziś się zdaje, że nie przegrali! Ukrywają się! Może wezmą cię do niewoli, Buck. Wydłubią ci oczy. Bo z tego właśnie słyną. Twoje oczy!

Kochałem matkę mojej matki, którą na co dzień nazywaliśmy mamą Hatfield, i rozumiałem jej obawy. Niewyobrażalna odległość dzieliła Japonię od Roseburga w Oregonie, prowincjonalnego miasteczka, w którym przyszła na świat i mieszkała całe życie. Sam zresztą spędzałem tam często wakacje, z nią i z dziadkiem Hatfieldem. Prawie każdego wieczoru siadaliśmy na ganku, słuchając koncertu ropuch, które starały się zagłuszyć radio, na początku lat czterdziestych niemal bezustannie przekazujące wieści z frontu.

A były to głównie złe wieści.

Japończycy, jak powtarzano nam do znudzenia, nie przegrali ani jednej wojny od dwóch tysięcy sześciuset lat i z całą pewnością nie zamierzali przegrać tej obecnej. Zbieraliśmy od nich baty w każdej bitwie, aż wreszcie w 1942 roku Gabriel Heatter z Mutual Broadcasting rozpoczął wieczorny serwis informacyjny od piskliwego okrzyku: „Dobry wieczór państwu. Dziś w serwisie mamy... dobre nowiny!”.

Amerykanie nareszcie wygrali decydującą bitwę. Krytycy zmiażdżyli Heattera za bezwstydne kibicowanie, za odrzucenie pozorów dziennikarskiego obiektywizmu, ale nienawiść do Japonii była w narodzie tak silna, że dla większości słuchaczy stał się ludowym bohaterem. Od tamtej pory wszystkie swoje występy rozpoczynał tymi samymi słowy: „Dziś w serwisie dobre nowiny!”.

To jedno z moich najwcześniejszych wspomnień: mama Hatfield i dziadek obok mnie, na ganku. Dziadek obiera scyzorykiem jabłko odmiany gravenstein, podaje mi plasterek, sam zjada drugi, podaje mi trzeci i tak dalej, aż nagle dramatycznie zwalnia ruchy. Nadchodzi pora audycji Heattera. Cicho! Ciii! Do dziś słyszę, jak chrupiemy jabłka, zapatrzeni w nocne niebo i owładnięci taką obsesją na punkcie Japończyków, że niemal spodziewaliśmy się ujrzeć myśliwce Zero śmigające gdzieś w okolicy Syriusza. Trudno się dziwić, że gdy jako pięciolatek pierwszy raz wsiadałem do samolotu, spytałem: „Tatusiu, a Japończycy nas nie zestrzelą?”.

I dlatego włosy zjeżyły mi się na karku, gdy wysłuchałem mamy Hatfield, ale grzecznie odpowiedziałem, żeby się nie martwiła, bo nic mi się nie stanie. I że przywiozę jej kimono w prezencie.

Moje siostry bliźniaczki, Jeanne i Joanne, cztery lata młodsze ode mnie, ani trochę nie interesowały się tym, dokąd się wybieram i co zamierzam.

Nawet matka, o ile pamiętam, nie odezwała się ani słowem. Zresztą rzadko to robiła. Tym razem jednak w jej milczeniu było coś nowego: aprobata, a może nawet duma.

Spędziłem kilka tygodni, czytając, planując i przygotowując się do podróży. Biegałem na długich dystansach i rozważałem każdy szczegół wyprawy, ścigając się z dzikimi gęsiami. Gdzieś czytałem, że osobniki lecące na tyłach zwartego klucza muszą wykonać w locie tylko osiemdziesiąt procent pracy, którą wykonują te ze szpicy. Każdy biegacz rozumie tę zasadę: najciężej pracują zawodnicy z czoła stawki; oni też najwięcej ryzykują.

Na długo przed rozmową z ojcem doszedłem do wniosku, że dobrze byłoby znaleźć sobie towarzysza podróży i że idealnym kandydatem będzie mój kolega ze studiów w Stanfordzie, Carter. W William Jewell College uchodził za gwiazdę koszykówki, ale z całą pewnością nie był typem zdobywcy. Nosił okulary z grubymi szkłami i lubił czytać książki – te naprawdę dobre. Łatwo się z nim rozmawiało i łatwo się przy nim milczało, a to przecież równie istotne cechy przyjaciela, jak i dobrego towarzysza podróży.

Lecz Carter roześmiał mi się w twarz. Gdy przedstawiłem mu listę miejsc, które pragnę odwiedzić – Hawaje, Tokio, Hongkong, Rangun, Kalkuta, Bombaj, Sajgon, Katmandu, Kair, Stambuł, Ateny, Jordania, Jerozolima, Nairobi, Rzym, Paryż, Wiedeń, Berlin Zachodni, Berlin Wschodni, Monachium, Londyn – odchylił się na piętach i głośno zarechotał. Najpierw zamarłem, a potem spuściłem głowę, gotów przeprosić, ale Carter, nie przestając się śmiać, wpadł mi w słowo:

– Bombowy pomysł, Buck!

Uniosłem głowę. Nie śmiał się ze mnie. Śmiał się z czystej radości. Był pod wrażeniem. Stwierdził, że trzeba mieć jaja, żeby ułożyć sobie taki plan podróży. Jaja. I naturalnie chciał się przyłączyć.

Parę dni później uzyskał zgodę rodziców i pożyczkę od ojca. Carter nie miał zwyczaju marnować czasu i sposobności. Widzisz okazję do rzutu, to rzucaj – taki był na boisku i w życiu. Powiedziałem sobie w duchu, że w podróży dookoła świata mogę się wiele nauczyć od kogoś takiego jak Carter.

Każdy z nas zabrał ze sobą walizkę i plecak, a w nich – tak jak się umówiliśmy – mieliśmy tylko to, co niezbędne. Kilka par dżinsów, kilka koszulek. Buty do biegania, buty na pustynię, okulary przeciwsłoneczne oraz suntans – tak w latach sześćdziesiątych mówiło się na portki w kolorze khaki.

Zabrałem ze sobą także jeden porządny garnitur, zielony, od Brooks Brothers, z marynarką na dwa guziki – na wypadek gdyby mój Szalony Pomysł miał wypalić.

Siódmego września 1962 roku wpakowaliśmy się z Carterem do jego starego chevroleta i z prędkością warp pomknęliśmy szosą I-5 przez dolinę Willamette na lesistym krańcu Oregonu. Chwilami miałem wrażenie, że przemykamy między korzeniami gigantycznego drzewa. Wkrótce byliśmy już w sosnowych lasach Kalifornii i pokonując kolejne zielone doliny, posuwaliśmy się coraz dalej na południe, aż wreszcie po północy dotarliśmy do spowitego mgłą San Francisco. Zatrzymaliśmy się u znajomych na kilka dni, śpiąc na podłodze, po czym zajechaliśmy do Stanfordu, by zabrać kilka rzeczy, które Carter zostawił tam na przechowanie. Wreszcie zatrzymaliśmy się, żeby kupić dwa przecenione bilety Standard Airlines na lot do Honolulu. W jedną stronę, za osiemdziesiąt dolarów.

Wydawało nam się, że minęły ledwie minuty, a już wysiadaliśmy na zapiaszczoną, asfaltową płytę lotniska Oahu. Wystarczyło jedno spojrzenie w górę, by nabrać przekonania, że to nie to samo niebo, które znaliśmy z rodzinnych stron.

Piękne dziewczęta podbiegły do nas ławą. Bose dziewczęta o łagodnych oczach, oliwkowej skórze i zdumiewających biodrach, którymi kołysały tak zamaszyście, że spódniczki z trawy muskały nasze twarze. Spojrzeliśmy z Carterem po sobie i uśmiechnęliśmy się od ucha do ucha.

Pojechaliśmy taksówką do Waikiki Beach i zameldowaliśmy się w motelu, który od brzegu oceanu dzieliła jedynie ulica. Rzuciliśmy bagaże i wskoczyliśmy w kąpielówki, a potem na wyścigi do wody!

Wrzasnąłem z uciechy i roześmiałem się, gdy tylko poczułem pod stopami piasek plaży. Zrzuciłem trampki i razem wbiegliśmy w fale. Zatrzymałem się, dopiero gdy morska piana sięgała mojej szyi. Zanurkowałem do dna, a potem się wynurzyłem i prychając i śmiejąc się, położyłem się na plecach. Gdy miałem dość pływania, chwiejnym krokiem wylazłem na brzeg i padłem na piach, uśmiechając się do ptaków i chmur. Przypuszczam, że wyglądałem jak zbieg z psychiatryka. Na twarzy Cartera, który przysiadł obok mnie, malował się mniej więcej taki sam wyraz błogości.

– Powinniśmy tu zostać – powiedziałem. – Po co się spieszyć?

– A co z naszym planem? – spytał Carter. – Co z podróżą dookoła świata?

– Plany się zmieniają.

Carter wyszczerzył zęby w uśmiechu.

– Boska myśl, Buck.

Znaleźliśmy sobie pracę: obnośną sprzedaż encyklopedii. Nic chwalebnego, przyznaję, ale cóż. Nie zaczynaliśmy roboty przed dziewiętnastą, a to oznaczało, że mieliśmy mnóstwo czasu na surfing – bo jakoś nagle nic nie było dla nas ważniejsze niż nauka śmigania po falach. Po zaledwie kilku próbach potrafiłem już ustać na desce, a po paru tygodniach szło mi całkiem dobrze. Naprawdę dobrze.

Mając płatne zajęcie, mogliśmy opuścić motel i wynająć mieszkanie – umeblowaną kawalerkę z dwoma łóżkami, z których tylko jedno było zwyczajne; drugie chowało się w ścianie i bardziej przypominało deskę do prasowania. Nie przeszkadzało mi to, bo po całym dniu surfowania i sprzedawania encyklopedii, a następnie po długiej nocy spędzonej w okolicznych barach, z powodzeniem zasnąłbym nawet na ruszcie nad ogniskiem. Na czynsz – sto dolarów miesięcznie – składaliśmy się po połowie.