Chleba, edukacji, wolności

Tekst
Z serii: Trylogia kryzysu #3
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

PETROS MARKARIS

CHLEBA,

EDUKACJI,

WOLNOŚCI

Przełożył

Przemysław Kordos

NOIR SUR BLANC

Spis treści

Karta redakcyjna

Motto

Dedykacja

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Inne książki Petrosa Markarisa

Tytuł oryginału: PSOMI, PAIDEIA, ELEFTHERIA

Opracowanie redakcyjne: ANNA BRZEZIŃSKA

Korekta: AGATA NOCUŃ, BEATA WYRZYKOWSKA

Projekt okładki: WITOLD SIEMASZKIEWICZ

Copyright © 2012 by Petros Markaris and 2013 Diogenes Verlag

AG Zürich

All rights but Greek reserved

For the Polish edition

Copyright © 2020, Noir sur Blanc, Warszawa

All rights reserved

ISBN 978-83-7392-687-5

Oficyna Literacka Noir sur Blanc Sp. z o.o.

ul. Frascati 18, 00-483 Warszawa

e-mail: ksiegarnia@noir.pl księgarnia internetowa: www.noirsurblanc.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Podzielili między siebie szaty moje, a o moją suknię rzucili losy.

Ewangelia według św. Jana, 19, 24 (za Biblią Tysiąclecia)

Pamięci Teodorosa Angelopulosa

1

Trzyma go w lewej dłoni i prawą gładzi delikatnie, gestem, jakim się rozkłada pogiętą kartkę papieru. Jej ręka drży lekko, kiedy go dotyka.

– Nie do uwierzenia. Brakowało mi ich – szepcze.

Trzyma banknot o nominale tysiąca drachm, identyczny z tym, który znamy z dawnych lat, z przedstawieniem Dyskobola dłuta Myrona.

– Mamo, za tego tysiaka to jutro nie wypijesz nawet kawy – mówi jej Katerina.

„Jutro”, czyli 1 stycznia 2014 roku. Dzisiaj jest sylwester 2013 i przygotowujemy się do krojenia noworocznej pity, razem z Kateriną, Fanisem i jego rodzicami, Sewasti i Prodromosem.

– Pomyśl, o ile bardziej satysfakcjonujące będzie zabrać do kawiarni tysiąc drachm zamiast trzech euro – odpowiada jej Adriani.

– Tak, szkoda tylko, że jedno euro będzie warte pięćset drachm.

– Nie załamuj jej – szepcze do żony Fanis.

– I tak się załamie jutro.

– No to zostaw jej to na jutro – odpowiada krótko Fanis.

– Katerino, my przeżyliśmy już to wszystko i się uodporniliśmy – wtrąca się Sewasti. – Czy wiesz, ile moja mama płaciła za jedną okę ryżu po wojnie domowej? Prodromosie, pamiętasz, ile płaciło się za okę ryżu po dewaluacji Markezinisa?

– Jak tak dalej pójdzie, to zaraz zapytasz mnie, ile dział miał krążownik „Awerof” – odpowiada jej Prodromos.

Rozmowa tu się kończy, bo Adriani wraca do kuchni po pitę i bakalie, a Katerina biegnie za nią, by pomóc, jak to ma w zwyczaju.

Osobiście trwam w zawieszeniu między dwiema opiniami i dlatego nie biorę udziału w dyskusji. Najpierw muszę się dowiedzieć, w którą stronę wychyla się mój wewnętrzny kompas. Rozumiem niepokój Kateriny związany z przejściem z euro na drachmy. Przeżyliśmy ciężkie czasy z drachmą, ale daliśmy radę, tak mówią. Zgoda, lecz tutaj mówimy o przeprowadzce z willi do kawalerki. To nie jest łatwa decyzja.

Adriani i Katerina wracają, niczym kelnerki w drogiej restauracji, gdzie każda niesie połowę potrawy.

Gdy tylko kończą nakrywać do stołu, rozlega się dzwonek do drzwi i pojawia się Zisis. Decyzja o zaproszeniu Zisisa została podjęta przez całą rodzinę, by nie był sam w sylwestra z myślami, że te grosze, które dostaje w ramach emerytury, od jutra będą jeszcze mniej warte. Tak czy inaczej, grosze nie przeszkodziły mu przynieść nam prezentu w postaci eleganckiej patery.

Jego prezent staje się hasłem do wzajemnego obdarowywania się.

– W tym roku jest symbolicznie – mówi Adriani. – To ostatnie podarunki, które kupiliśmy za euro.

– Dlatego kupiłam ci coś, czego na pewno będziesz teraz potrzebować – mówi matce Katerina i wręcza jej pakunek.

Adriani otwiera go i wyjmuje gruby portfel.

– Ma wiele przegródek, byś mogła dobrze segregować swoje drachmeczki – mówi jej Katerina ze śmiechem.

– Wracamy do pustych portfeli z wieloma kieszonkami – komentuje Adriani.

– A ty nic nie mówisz? – pytam Zisisa.

– Niby co mam powiedzieć?

– To, że nawet z bardzo ograniczonymi środkami da się jakoś przeżyć. Uczyniłeś z takiej postawy całą filozofię.

– Żyje się, ale nie jest lekko. Możesz trzymać głowę wysoko i się dzielnie uśmiechać, ale nie jest lekko.

To pierwszy raz, kiedy Lambros rzuca aluzję o tym, jak jest mu ciężko.

Pozostałe upominki są typowe dla tego dnia. Swetry, koszule, bluzy, krawaty, aż Katerina zbliża się do mnie z dużą plastikową torbą.

– To jest twój prezent, od Fanisa i ode mnie.

Patrzę na torbę i próbuję zgadnąć, co zawiera, a kątem oka widzę, jak Katerina i Fanis powstrzymują się od śmiechu. Kiedy ją otwieram, ze środka wygląda opakowanie laptopa. Moje odkrycie zbiega się z okrzykiem „Wszystkiego najlepszego!”, a ja siedzę i wpatruję się w prezent.

– Co mam z tym zrobić? – pytam niepewnym głosem.

– Najwyższy czas, żebyś miał własny sprzęt i przestał być zależny od Kuli.

– Wydaliście ostatnie euraki na komputer, by mnie uniezależnić od Kuli? Ja nic nie wiem o komputerach. Nigdy nie obsługiwałem nawet maszyny do pisania. Praktycznie zawsze byłem pracownikiem fizycznym.

– To nie jest takie trudne. Kula cię nauczy – mówi Katerina.

Teraz mi się przypomina, że gdybym został awansowany na wicedyrektora wydziału bezpieczeństwa, tobym dostał w zestawie służbowym komputer. Ale nie zostałem, ani ja, ani Gikas. Zmienił się rząd i obsadził stanowiska swoimi.

„Przepadliśmy, Kostasie. Wszystko wziąłem pod uwagę oprócz wyborów. Nie będę przed tobą ukrywać, że mam swoje dojścia, ale tutaj trzeba mieć ludzi we wszystkich partiach. A to jest praktycznie niemożliwe” – powiedział mi załamany Gikas, a ja się zastanawiałem, czy jest załamany z mojego powodu, czy ze swojego. Tak czy owak, naszą sytuację opisywało powiedzonko mojego ojca: ten, kto na coś liczy, zdycha z ręką w nocniku. Nie, żebym się aż tak zamartwiał, ale gdybym co miesiąc dostawał jeden zwitek drachm więcej, wcale bym nie narzekał.

 

Wyrzucam z głowy nieprzyjemne myśli i idę do stołu, gdzie są już wszyscy. Czas pokroić pitę. Żegnam się w momencie, gdy słyszę pierwsze dźwięki kolędy, bo telewizja nadaje program noworoczny, po czym zgodnie z obyczajem dzielę ciasto między zebranych, aby sprawdzić, komu przypadła moneta na szczęście. Zisis oznajmia:

– Tutaj, jest u mnie.

– Najlepszego, wujku Zisisie, niech ci się wiedzie w nowym roku – mówi Katerina pośród wszystkich gratulacji.

– Jeśli to dobry omen, to właśnie się zaczyna – śmieje się Zisis i przyjmuje życzenia od wszystkich z nieśmiałym uśmiechem.

– Panie, wspomnij na mnie... a to co?! – krzyczy nagle Adriani.

Ekran telewizora wypełniają latające papierki. Święto na Syntagmie, czyli na placu Konstytucji, zniknęło, nic nie widać.

– Przecież to drachmy! – krzyczy Sewasti.

Rzeczywiście, te karteczki to fałszywe drachmy: setki, tysiące i wyższe nominały.

– Z nieba lecą drachmeczki! – wykrzykuje entuzjastycznie prezenter, a ludzie zgromadzeni na placu wznoszą okrzyki i biją brawo.

– Są nienormalni. Świętują naszą katastrofę – komentuje Prodromos.

– Może pójdziemy zobaczyć to z bliska? – proponuje Sewasti.

– Chodźmy, będzie fajnie – zgadza się z ochotą Adriani.

– Mamy dwa samochody. Zmieścimy się – mówi mi Fanis, a po jego minie poznaję, że i on chce się nacieszyć widokiem. Problemem nie są jednak samochody, ale korki uliczne, jakie napotkamy po drodze na Syntagmę.

Złe przeczucia się potwierdzają, bo ruch jest duży. Skręcamy w lewo na Króla Konstantyna, by dojechać przez Regilli nieco bliżej. Na wysokości Klubu Oficerskiego zatrzymuje nas policjant drogówki.

– Niech pan nie jedzie dalej, panie inspektorze. Królowej Zofii jest zamknięta od skrzyżowania z Kumbarisa.

– A może samochody zostawić tutaj? To mój i mojego zięcia.

– Zostawiajcie, popilnuję. Usługa gratis dla kolegi po fachu – dodaje ze śmiechem, aby podkreślić, że „smarowanie”, nasz narodowy, współczesny obol, będzie trwało i za drachmy.

Jakoś się przebijamy, ale od zakrętu w Solona, a nieopodal hotelu Grande Bretagne natykamy się na ludzki mur. Stoimy przed hotelem i widzimy, jak kolejna chmura banknotów wzlatuje w niebo jak wielkie stado gołębi.

– To są peso – wyjaśnia prezenter ze sceny. – Ukłon w stronę naszych hiszpańskich przyjaciół, którzy świętują razem z nami.

Zespół intonuje hiszpańską piosenkę, a na przeciwległym chodniku grupka młodych dziewczyn zaczyna podrygiwać do rytmu ze wzrokiem utkwionym wysoko, na Grande Bretagne.

– Widzę, że się cieszycie, dziewczyny – mówi im Adriani.

– Na górze, na tarasie hotelu, jest ekipa niemiecka i nas nagrywa – wyjaśnia jej dwudziestoletnia blondynka. – Chcemy im pokazać, że mamy ich gdzieś i że z drachmą znowu będziemy świętować. Oni nie wiedzą, jak się świętuje.

– Świętujemy naszą beznadzieję. To niesamowite – komentuje Katerina.

Zisis chwyta ją za ramię.

– Kiedy nasi udawali się na przymusową emigrację po klęsce Armii Demokratycznej, świętowali swój przyszły powrót, zanim jeszcze dotarli do Taszkientu – szepcze jej do ucha, tak by inni nie słyszeli. – Kiedy jednak przybyli na miejsce, wtedy zrozumieli, jak czarne lata ich czekają.

– To nie święto, to nienawiść, wujku Zisisie – mówi Fanis. – Sto lat po pierwszej wojnie światowej po Europie znowu rozlewa się nienawiść.

Jeszcze jedna papierowa chmura uderza w niebo.

– To liry dla naszych przyjaciół Włochów. Żeby wiedzieli, że myślami jesteśmy z nimi.

Melodia się zmienia i zespół gra już szlagier włoski.

– Mogę pana o coś zapytać? – pyta mnie czarnoskóry, który stoi obok z żoną i ogląda spektakl.

– Pytaj.

– Ja z żoną zapłaciliśmy pięć tysięcy dollars, by tu przyjechać. Teraz jesteśmy w drachmie. Pięć tysięcy dollars na drachmy?

– C’est la vie – mówi mu uwieszona u jego ramienia żona.

Pytam Katerinę, która uczęszczała na zajęcia do Alliance Française w Salonikach, co to znaczy.

– Takie jest życie – tłumaczy.

Słusznie. Takie jest życie dzisiaj. A jakie będzie jutro?

2

Zisis miał rację. Nasz Taszkient zaczyna się z Nowym Rokiem. Nikt nam nie przyznał żadnych dni na adaptację, żadnego czasu, byśmy się zadomowili w naszym nowym egzystencjalnym miejscu. Nie ciążą na nas partyjne instrukcje, jak w czasach Zisisa, ale dostarczają nam ich nasi współcześni dyktatorzy zasad, środki masowego przekazu, z telewizją na czele.

Adriani od rana zamknęła się w kuchni i przygotowuje noworoczny posiłek. Ustaliliśmy, że zjemy razem, rodzice, dzieci, teściowie. Poza tym Prodromos i Sewasti jak zawsze zatrzymali się u nas, w dawnym pokoju Kateriny.

Ponieważ nie chcę się plątać Adriani pod nogami, kiedy gotuje, bo ją to wkurza i na mnie krzyczy, zasiadłem w salonie przed telewizorem. Wciąż byłem pod wrażeniem programu sylwestrowego z nieprawdziwymi banknotami tańczącymi w powietrzu, okrzykami radości, z wiwatami i brawami. Może i w taki sposób odreagowaliśmy nasze nieszczęście, ale było to mimo wszystko prawdziwe widowisko.

Coś przyciągnęło mnie przed telewizor, może nadzieja, że zobaczę dalszy ciąg wczorajszych obchodów. Nacisnąłem przycisk, ale zamiast obrazu fałszywych pieniędzy wylatujących w niebo znalazłem się naprzeciw dwóch czterdziestolatków, między którymi siedział wiceminister finansów. Zaczęli go pytać, ile dni będą zamknięte banki, czy oszczędności Greków są bezpieczne i czy państwo będzie wypłacać pensje i emerytury. Co prawda to minister uginał się pod gradem pytań, ale to mnie piekły policzki i to ja dostałem zawrotów głowy.

Prodromos dosiadł się do mnie w pewnym momencie i zaczął oglądać, również bez słowa komentarza. Wydaje się, że jest mniej odporny niż ja, bo nagle chwycił pilota i zmienił kanał. Tym razem na ekranie pojawiła się para siedemdziesięciolatków, która grzebała laskami w stercie śmieci. Kiedy się zorientowali, że są nagrywani, odwrócili się i ukryli twarze.

– To pierwsze obrazy z 2014 roku – skomentował reporter.

Na szczęście niedługo potem przyszły dzieci i atmosfera wyraźnie się rozluźniła. Adriani zrobiła pieczone jagnię z ziemniakami, Sewasti gołąbki warzywne, które są jej specjalnością, a Katerina najprostsze z dań, sałatkę.

– Fanisie, może i nasze kieszenie są puste, ale nadziewane warzywa mają się dobrze – zauważyła ze śmiechem Katerina. – Moja mama robi warzywa, twoja gołąbki. Ja też muszę się nauczyć, ale zapewne nabawię się przy tym kompleksów.

– Nie lepiej nauczyć się przepisu na ciasto z chortą albo na ryż z porem? – zapytała Sewasti. – Teraz będziemy jedli tylko takie potrawy.

– Daj spokój, Sewasti. Wystarczy już, że nam popsuła humory telewizja – powiedział Prodromos i Sewasti zamilkła.

Teraz jest dziesiąta rano pierwszego roboczego dnia roku i siedzę u siebie w biurze. Kula bada mój komputer różnymi narzędziami diagnostycznymi. Wlasopulos, który się spóźnił, zgłasza się, by złożyć życzenia.

– Wszystkiego najlepszego z okazji nowego komputera, niech panu dobrze służy. – Robi przerwę i dodaje ze śmiechem: – Tyle lat pana znam i mówię, że zawsze znajdzie pan sposób, by być oryginalnym.

– W czym ty widzisz oryginalność, drogi Wlasopulosie? W tym, że mi córka z zięciem podarowali laptopa, którego nawet nie umiem włączyć?

– Niech pan da spokój. Podczas gdy my wracamy do kartki i ołówka, który będziemy ślinić językiem, jak kiedyś mój dziadek na posterunku w Arachowie, pan się pokazuje z nowiutkim sprzętem.

– Tak, ale muszę poprosić dzieci, żeby mi dokupiły generator.

– Po co? – pyta zdziwiony.

– No jak ma działać komputer, kiedy nadejdą przerwy w dostawie prądu?

– Laptop ma baterię, panie inspektorze – wyjaśnia mi z pobłażliwym uśmiechem.

– A jak się zaczną cztero- lub pięciogodzinne przerwy, to wtedy mi mów o baterii – odcinam mu się i myślę sobie, że jednak te wczorajsze audycje wpłynęły na mnie bardziej niż święta z fruwającymi pieniędzmi.

Nasza rozmowa zostaje przerwana, ponieważ wchodzi Kula z laptopem i podłącza mi go do gniazdka.

– Tak się włącza – mówi i pokazuje guzik nad klawiaturą. – Normalnie, by wejść do systemu, potrzebne jest hasło, ale kazałam mu je zapamiętać, żeby było łatwiej. – Wyjmuje z kieszeni dżinsów karteczkę i mi ją daje. – To jest hasło. Proszę je sobie gdzieś zapisać, bo nie wiadomo, kiedy system może go od pana zażądać.

Wkładam karteczkę do kieszeni, a Kula zaczyna kurs dla początkujących. Pokazuje mi, jak działa myszka, i wskazuje na jedną z ikon na ekranie.

– Nie wiem, co to jest. Musi pan zapytać Katerinę. Resztę panu wypisałam. Proszę zacząć się nim bawić i eksplorować. Im więcej się pan będzie bawił, tym szybciej się pan nauczy. I jeszcze coś. Komputer to najmądrzejszy głupek na świecie. Zależy od pana, czy będzie mądry, czy głupi.

Jeśli zależy ode mnie, to ma przechlapane, mówię sobie. Zostanie kumplem komputera Gikasa.

Kula odchodzi, a ja chwytam za myszkę i próbuję kliknąć ikonę, ale ta mi za każdym razem ucieka. Zaczyna się między nami wytwarzać związek policjanta i zabójcy – zabójca ucieka, a ja go ścigam. Polowanie zostaje jednak przerwane, ponieważ dzwoni telefon. To Gikas.

– Minister życzy sobie nas widzieć.

– Czego od nas chce w pierwszy dzień roku? Złożyć życzenia? – pytam Gikasa po drodze. Jedziemy jego samochodem.

– Jeśli oceniać po tym jednym razie, kiedy go widziałem, wydaje mi się to nieprawdopodobne. Uważaj, jak z nim postępujesz, bo gra twardego i nie do ruszenia. To chwilowe, minie mu. Parę razy dostanie po tyłku, to mu przejdzie.

Z odpowiedzi Gikasa wnioskuję, że zastanę atmosferę zimnej wojny i za bardzo się nie mylę.

Sekretarka naszego ministra prowadzi nas do sali narad i widzę, że mamy tam komplet. Jest obecny Lambropulos z cyberprzestępstw, Peresiadis z antynarkotykowego, Esperoglu, szef sił specjalnych, oraz Gonatas, nowy dyrektor antyterrorystycznego, następca Statakosa, który odszedł na emeryturę – a my mamy wreszcie więcej spokoju.

Wymieniamy uściski dłoni i życzenia „szczęśliwego nowego roku”, chociaż akurat nikt w to szczęście nie wierzy, i przechodzimy do fazy oczekiwania. Wkrótce pojawia się komendant główny ze swoim zastępcą, więc następują kolejne powitania, życzenia i kolejne oczekiwanie.

– Robi tak umyślnie, by nas złamać i pokazać, kto tu jest szefem – komentuje Lambropulos. – Obym się mylił, ale będzie jeszcze gorzej.

Komendant i zastępca pozostawiają jego słowa bez komentarza, więc i reszta karnie milczy.

Kiedy wyczerpaliśmy resztki cierpliwości i wszystkie tematy rozmów o niczym, o równej godzinie otwierają się drzwi i pojawia się w nich minister. Mówi formalnym tonem ogólne „życzę wszystkim szczęśliwego nowego roku”, a potem siada na swoim miejscu i bacznie się nam po kolei przygląda.

– Wracam z rady ministrów, dlatego się spóźniłem – tłumaczy się, ale zaraz przyjmuje poważny ton. – Panowie, rada postanowiła o zawieszeniu wypłat na okres trzech miesięcy.

Milknie i patrzy po nas, aby zobaczyć pierwsze reakcje. Jakiej reakcji spodziewać się po ludziach, którzy doznali właśnie ostrego udaru i nie mogą poruszyć nawet palcem? Wieczne cięcia pensji i emerytur to były takie mikroudary, a teraz doznajemy poważnego na wiadomość o zawieszeniu wypłat. Na szczęście mam do wydania środki z pożyczki mieszkaniowej, mówię sobie. Jestem winny, oczywiście, dwie ostatnie raty za samochód, ale który dealer zabierze ci samochód za dwie ostatnie raty? Z pieniędzy, które mam w banku, przeżyjemy przez trzy miesiące. Jeśli będzie trzeba, to najwyżej spóźnię się z opłaceniem miesięcznego czynszu. Kto jednak mówi, że to zawieszenie potrwa tylko trzy miesiące? Słowo dane przez państwo ma taką samą wartość jak słowo właścicielki kawiarni. Trzy miesiące mogą się łatwo zamienić w trzy kwartały.

Problem z przetrwaniem będą mieli zapewne Fanis i Katerina. Pensja Fanisa to jedyne pieniądze, które wpadają do wspólnego portfela, i nie wiem, czy wytrzymają przez kwartał po tylu cięciach. Katerina zarabia grosze, którymi się dzieli z Manią. Ich wspólne biuro wsparcia psychologicznego i prawnego dla osób z uzależnieniami walczy, by stanąć na własnych nogach. Muszę porozmawiać z Adriani. Jej specjalnością jest wynajdywanie rozwiązań.

 

Patrzę na twarze wokół. Wszystkie są pochmurne, wszyscy myślimy o tym samym. Nikt tak naprawdę nie wierzy, że zawieszenie potrwa tylko trzy miesiące i że po trzech miesiącach zapłacą nam wyrównanie.

– Muszę jeszcze dodać, że banki pozostaną zamknięte, dopóki się nie unormuje procedura wymiany euro na drachmy. Można wypłacać z bankomatów do pięćdziesięciu tysięcy drachm, czyli do stu euro. Rozumiem, jakie to wszystko trudne, ale niestety musimy wytrzymać ten trudny okres – mówi minister.

Nikt nie reaguje. Słuchamy wszyscy z fatalizmem urzędników państwowych, którzy zapadli na słownego alzheimera z powodu niewartych funta kłaków wypowiedzi ministrów.

– Wszystkie siły policji są postawione w stan gotowości, abyśmy mogli zapobiec potencjalnym niepokojom. Od dzisiaj jesteście wszyscy do dyspozycji komendanta i podejmiecie służbę w zakresie, jaki on wyznaczy. – Przerywa, by zobaczyć, jak przełkniemy najbardziej cierpki z przygotowanych napojów. – Rozmawiałem w trybie wideokonferencji z kolegami z Włoch i Hiszpanii. Linia polityczna, jaką przyjęliśmy, jest wspólna dla wszystkich trzech krajów.

– Czy i oni dokonają zawieszenia wypłat? – pyta Lambropulos.

– Hiszpania tak, Włochy nie. Ale banki pozostaną na razie zamknięte we wszystkich trzech krajach. Nie mamy nic więcej do przedyskutowania. Powtarzam, że od dzisiaj jesteście do pełnej dyspozycji pana komendanta. Nie chcę, by delegacje policji europejskiej, które przylatują jutro, zastały Ateny pogrążone w chaosie. Rozumiecie, co by się działo.

Pierwszy raz spotykam się z ministrem, który nie pyta wszystkich o zdanie, ale podejmuje decyzje sam lub razem z komendantem. I oczywiście, kiedy służby są w takiej zapaści, może dojść do wybuchu w każdej chwili. Trafiliśmy na zakompleksionego osobnika i jest tylko kwestią czasu, kiedy nadepniemy na skórkę od banana i poślizgniemy się na wizji na oczach ogólnogreckiej widowni.

– Widziałeś go – mówi mi Gikas, kiedy wsiadamy do samochodu. – Radzę ci, byś się zanadto nie wychylał. Z nim nie ma żartów ani zabaw, a ja nie mam cię jak chronić. Mówię ci to, żebyś wiedział, co cię czeka.

– Co to za delegacje mają jutro przylecieć?

– Nie wiem dokładnie, ale chodzi o jakieś szychy. My do nich nie należymy, więc nas to nie dotyczy.

Mówi to z goryczą w głosie, bo odebrano mu szansę, by się wreszcie zaliczać do szych.