Wojna w blasku dnia. Księga 2

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Wojna w blasku dnia. Księga 2
Wojna w blasku dnia. Księga II
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 71,58  57,26 
Wojna w blasku dnia. Księga II
Audio
Wojna w blasku dnia. Księga II
Audiobook
Czyta Filip Kosior
37,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Spis cyklu

Nerwowe spotkanie

Czcza gadanina

Samotny świadek

Aury

Nów nad Zakątkiem

Pułapka

Wyczerpujące starcie

Utracony krąg

Sharum’ting

Nów nad Lennem Everama

Wczesne żniwa

Eunuch

Mój prawdziwy przyjaciel

Żyw

Domin Sharum

Karta redakcyjna

Okładka


Spis cyklu

1 Malowany człowiek – księga 1

2 Malowany człowiek – księga 2

3 Pustynna Włócznia – księga 1

4 Pustynna Włócznia – księga 2

5 Wojna w Blasku Dnia – księga 1

6 Wojna w Blasku Dnia – księga 2

Opowieści ze świata Arlena

1 Wielki Bazar / Złoto Brayana

Dla moich rodziców, Johna i Dolores, którzy wciąż czytają w nocy na kanapie

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes


18
Nerwowe spotkanie
333 ROK PLAGI
11 ŚWITÓW PRZED NOWIEM

Gdy Leesha ujrzała znajome zabudowania Zakątka, poczuła, jak torsje powoli zaczynają się uspokajać. Dobrze było wrócić do domu. Wioski uchodźców, zbudowane na planie wielkiego runu, były coraz bliżej.

Niespodziewanie rozległ się okrzyk i karawana się zatrzymała. Leesha wysunęła głowę przez okno. Na skraju głównego wielkiego runu stał oddział pięćdziesięciu Drewnianych Żołnierzy. Blokowali drogę na wielkich rumakach bojowych, a ich polakierowane drewniane zbroje połyskiwały w blasku słońca. Potem uwagę Leeshy przyciągnął szelest w krzakach, gdzie kryli się łucznicy. Każdy miał na sobie skórzaną zbroję i czekał z napiętym łukiem oraz dwoma zapasowymi strzałami.

Za nimi czekały setki Rębaczy, uzbrojonych we włócznie, topory lub inne atrybuty swego fachu. Rozpoznawała niektóre twarze, ale większość była obca.

– Co to ma oznaczać? – wykrzyknął Kaval, a Leesha odgadła, że dureń sięga właśnie po włócznię. Otwarła drzwi powozu na oścież, ale w pośpiechu przydepnęła suknię i upadła. Instynktownie zacisnęła dłonie na brzuchu, chroniąc dziecko. Zacisnęła zęby i podniosła się z godnością.

– Pani Leesho! – krzyknęła Wonda i zeskoczyła z konia.

Zielarka odgoniła ją niecierpliwym machnięciem dłoni. Zgodnie z oczekiwaniami wszyscy Krasjanie mieli już broń w rękach, a łucznicy sprawiali wrażenie, jakby najpierw chcieli zwolnić strzały, a potem zadawać pytania.

– Odłożyć broń! – zawołała Leesha, a jej słowa, choć nie były wzmocnione magią hora, poniosły się daleko. Donośny głos odziedziczyła po matce. Wszyscy spojrzeli prosto na nią, ale nikomu nie przyszło nawet do głowy, by posłuchać.

– Kim jesteś, że wydajesz rozkazy żołnierzom hrabiego Thamosa? – zawołał jeden z jeźdźców. W przeciwieństwie do pozostałych żołnierzy, którzy siedzieli na smukłych angieriańskich koniach, ten dosiadał pięknego destriera. Płaszcz żołnierza był zapięty na złoty łańcuch. Pióra na hełmie oznaczały, że piastuje rangę kapitana.

– Jestem Leesha córka Erny’ego, Zielarka Zakątka Wybawiciela. I będę wdzięczna, jeśli oszczędzicie mi wysiłku. Nie mam ochoty zszywać ran krewkim łucznikom, których swędzą palce na cięciwach!

– Zakątka Rębaczy – poprawił ją kapitan. – Co więcej, spóźniliście się, pani. Wasz Posłaniec przyjechał tu tydzień temu, ale nie powiedział ani słowa, że wrócicie z połową armii krasjańskiej.

Kaval parsknął śmiechem.

– Gdyby tylko jedna setna armii Wybawiciela wyruszyła w drogę, wystarczyłby tupot ich stóp, by cię zrzucić z konia, chłopcze.

Kapitan obnażył zęby, a Leesha pospiesznie stanęła między nimi.

– Trzymaj gębę na kłódkę, Mistrzu. Nie życzę sobie, byś zepsuł mi powrót do domu.

Gared i Wonda osłonili ją z obu stron. Dziewczyna szła pieszo, a Gared, wciąż dosiadający konia, przerastał najwyższych nawet jeźdźców. Na ich widok Drewniani Żołnierze zaczęli szeptać między sobą. Sława Gareda wyprzedzała go i Leesha musiała w duchu przyznać, że matka nie myliła się również i w tej kwestii. Ze wszystkich sił odepchnęła wspomnienie obojga.

– A kim wy jesteście, na Otchłań? – Gared nie krył gniewu. – Przelewałem za tę ziemię krew i nie podoba mi się, że ktoś teraz grozi mi tu bronią! Lepiej odłóżcie włócznie, bo w dupy wam je powpycham!

Kapitan uśmiechnął się.

– Te groźby na nic się wam nie zdadzą, panie Rębacz. Już tu nie dowodzicie!

– Tak? – Gared wsunął dwa palce w usta i gwizdnął przeciągle. Rębacze stojący za Drewnianymi Żołnierzami ruszyli, wymijając oddział hrabiego z obu stron. Prowadzili ich Dug i Merrem Rzeźnicy, a Leesha rozpoznała w tłumie wielu innych, jak choćby Siwego Yona oraz jego syna i wnuków, którzy wyglądali teraz na równolatków. Dostrzegła też Samma Piłę, Andego Rębacza, Tomma Klina z synami oraz Evina Rębacza z gigantycznym wilczurem.

Rębacze nikomu nie grozili, ale nie było takiej potrzeby. Najniższy z drwali przerastał o głowę najwyższego z piechurów hrabiego. Nawet jeźdźcy w zbrojach wyglądali przy nich na drobnych. Cień był już rozmiarów małego konia i wierzchowce parskały i wierzgały ze strachu, gdy przechodził obok. Gdyby to zwierzę urosło jeszcze trochę, Evin mógłby go dosiąść.

Drewniani Żołnierze zawahali się i zerknęli na kapitana w oczekiwaniu na rozkazy, ale było już za późno. Drwale otoczyli oddział i odcięli dowódcę od ludzi.

Między drzewami pojawili się kolejni drwale. Widząc ich groźne miny, łucznicy zwolnili cięciwy. Dug i Merrem podeszli do Gareda i pozdrowili go.

– Mówiliście coś, kapitanie? – Gared uśmiechnął się z satysfakcją.

Oficer wyglądał na wstrząśniętego, ale pokręcił głową i odzyskał pewność siebie. Uniósł rękę i wykonał kilka gestów. Jego ludzie opuścili włócznie, wyraźnie zadowoleni z rozkazu, ale gotowi znów pochwycić za broń.

Żołnierz zeskoczył z siodła, zdjął hełm i ukłonił się Leeshy.

– Nazywam się Gamon i jestem dowódcą gwardii hrabiego. Odprowadzimy was, pani, przed oblicze Jego Wysokości.

– Potrzeba do tego siedemdziesięciu ludzi, kapitanie Gamon? – spytała Leesha. – Czyżby serce Zakątka stało się aż tak niebezpiecznym miejscem?

– Nie musicie się, pani, niczego obawiać – zapewnił Gamon. – Niemniej uzbrojeni Krasjanie mają zakaz wstępu do Zakątka. To rozkaz hrabiego.

– Prędzej mnie Nie pochłonie, niż się rozstanę z bronią! – warknął Kaval po krasjańsku.

Leesha odwróciła się i uniosła brew.

– Proszę o wybaczenie, pani – powiedział Mistrz Ćwiczeń – ale moja włócznia to dar od Wybawiciela i nie oddam jej żadnemu chi’Sharum.

– Oddasz – odpowiedział Gamon. – W przeciwnym razie będziemy musieli ci ją odebrać, bez względu na to, kto stanie nam na drodze.

Spojrzał na Gareda i Leeshę.

– Może i jest was tu więcej, ale hrabia dowodzi tysiącem Drewnianych Żołnierzy. Czy macie ochotę na rozlew krwi tylko dlatego, że Jego Wysokość chce uchronić swych poddanych przed najeźdźcami?

Leesha potarła skroń.

– Skoro w istocie przyświeca mu taki cel, znalazł sobie dość zabawny sposób, żeby to okazać.

Pokręciła głową i dodała:

– Nie, nie chcemy rozlewu krwi.

Odwróciła się do Kavala.

– Nie oddasz mu swej włóczni, Mistrzu. Oddasz ją mnie.

– Obawiam się, że to niewiele zmienia, pani – oznajmił Gamon.

 

Leesha spojrzała na niego z wyższością.

– Będą rozbrojeni i to powinno wam wystarczyć, kapitanie. Naprawdę chcecie złapać otchłańca za rogi?

Gamon otworzył usta, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Leesha uznała to za odpowiedź i odwróciła się z powrotem do Kavala.

– Zbierz włócznie od swych ludzi, zarówno kha, jak i dal’Sharum, a potem ułóż je w moim wozie. Masz moje słowo, że zostaną wam oddane po wyjeździe z Zakątka.

Kaval zawahał się i zerknął przez ramię.

– Nie szukaj dama’ting – syknęła Leesha po krasjańsku. – Ahmann przekazał dowództwo mnie, a nie jej. Rób, co ci mówię. Szybko!

Mistrz Ćwiczeń zacisnął usta, ale ukłonił się i spełnił polecenie. Odebrał broń podwładnym i złożył ją w wozie Leeshy. Krasjanie bez wątpienia nadal mieli noże, a Coliv mnóstwo innej broni, ale cierpliwość dal’Sharum miała swoje granice. Gdyby Leesha bądź kapitan Gamon zażądali reszty ich oręża, bez wątpienia polałaby się krew.

Z tłumu wyłoniła się Darsy i zamiast dygnąć przed Leeshą, zmiażdżyła ją w potężnym uścisku, który odebrał dziewczynie dech.

– Nie masz pojęcia, jak się cieszę z twego powrotu.

Młoda Zielarka uścisnęła ją równie serdecznie. Swego czasu Darsy darzyła ją ogromną nienawiścią i choć ta wrogość już dawno należała do przeszłości, Leesha nadal nie mogła się nadziwić przemianie.

– Dobrze, kapitanie. Prosimy o zaprowadzenie przed oblicze Jego Wysokości, jeśli łaska. Mam wielką ochotę zamienić z nim kilka słów.

Żołnierz kiwnął głową, założył hełm i wspiął się na konia. Rębacze zrobili dla niego przejście, ale nadal trzymali się blisko Leeshy. Dziewczyna od dawna nie czuła się tak bezpiecznie. Dobrze było wrócić do domu.

Darsy przejęła wodze od krasjańskiego woźnicy. Ten zeskoczył, a Leesha usadowiła się na koźle, by porozmawiać z Darsy na osobności. Karawana ruszyła. Wonda jechała konno tuż przy nich, a Gared wysforował się do przodu, by naradzić się z Rębaczami.

– Dostałaś mój ostatni list? – spytała Darsy. – Nie było odpowiedzi.

Leesha pokręciła głową.

– Jesteśmy na szlaku od paru tygodni. Zapewne rozminęliśmy się z Posłańcem. Co tu się działo? Spodziewałam się, że Thamos będzie się puszył i prężył mięśnie po naszym powrocie, ale nie przyszło mi do głowy, że możemy zostać powitani przez zbrojnych! Czyżby sytuacja stała się napięta?

– Hrabia okazał się dobrym rządcą – zaprzeczyła Darsy. – Jest sprawiedliwy dla ludzi i wraz z jego przybyciem z północy zaczęło napływać zaopatrzenie. Dzięki jego robotnikom prace nad wielkimi runami i nowymi domami dla uchodźców znacznie przyspieszyły. Nowy Opiekun również się sprawdził. Jest surowszy od Jony, ale ludzie i tak go lubią. Wszystko układa się mniej więcej tak jak dawniej i w tym tempie za rok przerośniemy Angiers.

– Nic dziwnego. Przekazanie Zakątka Thamosowi było odważną decyzją ze strony księcia. Hrabia ma co prawda tysiąc ludzi pod rozkazami, ale my nadal jesteśmy od niego liczniejsi. Dopóki nie ugruntuje władzy, nie będzie nam dawał żadnych powodów do buntu. Będzie potrzebował poparcia, gdy zjawi się Naznaczony.

Darsy odkaszlnęła.

– O tym ci właśnie napisałam w liście. Naznaczony wrócił dwa tygodnie temu. Ale jest nieco... nieco inny.

Leesha spojrzała na nią bystro.

– Co masz na myśli?

– Twierdzi teraz, że nazywa się Arlen Bales – wyjaśniła Darsy. – I zrzucił szaty Opiekuna. Ubiera się teraz jak inni ludzie. Mówi, że pochodzi z miejsca zwanego Potok Tibbeta, jakiegoś zadupia gdzieś w Miln.

– Serio? – Leesha uśmiechnęła się szeroko. Czyżby Arlen wreszcie stłumił demony w duszy i odnalazł swą prawdziwą tożsamość? Ich ostatnie pożegnanie wypadło nader niezręcznie, chciała, by wyjechał, ale także w jego objęciach czuła się naprawdę bezpiecznie.

– Tak, sama widziałam – przyznała Darsy. – Ale to nie wszystko. On ma teraz, eee... moce.

– On zawsze miał moce. Runy...

– Runy to nie wszystko – przerwała jej Darsy. – Tej nocy, gdy wrócił do Zakątka, Ande Rębacz został pochlastany jak świnia na uboju. Byłam przy tym i już chciałam go pobłogosławić na spotkanie ze Stwórcą. Nie mogłam sobie poradzić z takimi ranami. Ty zresztą też nie dałabyś rady. Naznaczony jednak pomachał rękami i rany same się zamknęły. Następnego dnia Ande chodził sobie po wsi, jakby nic się nie stało.

– Pomachał rękami? Nie narysował demonią juchą runów na ciele Andego?

– Gdzieżby znowu? – Darsy była wstrząśnięta. – Tylko szaleniec mógłby bawić się juchą demona przy otwartej ranie!

– Dobra, mniejsza o to. Poprzestał na gestach czy może kreślił runy w powietrzu?

Darsy wytężyła pamięć.

– Może i coś tam kreślił. Ale ja nie znam tych symboli.

Leesha pokiwała głową.

– Chciałabym później porozmawiać z Andem.

– Równie dobrze możesz pogadać z połową Zakątka. Bo następnej nocy Naznaczony poszedł do szpitala i uzdrowił wszystkich. Nie zostawił nam nic do roboty.

– Na Stwórcę... – Leesha poznała niektóre sekrety leczenia za pomocą magii hora podczas pobytu w Lennie Everama, ale żaden nie działał tak szybko. Ów demon umysłu, z którym zmierzyły się wraz z Ineverą, kreślił runy w powietrzu, ale sama nie potrafiła powtórzyć tej sztuki, nawet z kością demona w ręku. Skąd Arlen brał tę moc? Musiał wchłonąć nieprawdopodobną ilość magii.

– No – zgodziła się Darsy. – A potem co noc wybierał się do innej wsi i robił to samo. Wszędzie opowiadają teraz historie o chorych, których ocalił, gdy śmierć pukała już do drzwi. Nadal gada, że nie jest Wybawicielem, ale mało kto go słucha. Na noc, sama zaczynam wierzyć w to, że to Wybawiciel!

– A jaka jest reakcja hrabiego? – Leesha zmarszczyła brwi.

– Zachował się wobec Naznaczonego dokładnie tak samo jak przed chwilą wobec Gareda – odparła Darsy. – Próbował pomniejszyć jego znaczenie, ale dostał po uszach. Naznaczony nie buntuje się otwarcie przeciwko niemu, ale nawet głupek widzi, że hrabia i nowy Opiekun trzęsą się ze strachu i ostrożnie dobierają słowa.

Leesha potarła skronie. Oddałaby wiele, by Arlen uporał się z jej bólem głowy.

– Coś jeszcze muszę wiedzieć?

– Podczas ostatniego Nowiu walczył z jakimś sprytnym demonem. Takim, co to włazi ludziom do głowy i prowadzi innych otchłańców do boju, generałem. Kazał później wszystkim zrobić opaski na głowy z jakimś nowym runem. Musimy je zakładać podczas Nowiu.

Z tymi słowy Darsy pokazała Leeshy swój pasek materiału. Zielarka obejrzała wymalowany run umysłu. Był identyczny z tymi, które widziała we wsiach w drodze do Zakątka. Pokiwała głową.

– To wszystko?

Darsy zaprzeczyła ruchem głowy.

– Nie przyjechał sam – dodała ciszej.

Ból głowy przybrał na sile. Leesha od razu odgadła, co Darsy próbuje jej przekazać.

– No i?

– To dziewczyna – Darsy potwierdziła domysł. – Nazywa się Renna Tanner. Mówi, że pochodzi z Potoku.

Urwała i zapatrzyła się w jakiś odległy punkt.

– Mówi też, że są zaręczeni – dodała bez emocji.

Nadal wpatrywała się w dal, czekając na reakcję Leeshy. Ludzie wciąż szeptem opowiadali o tym, jak podczas bitwy o Zakątek Drwali Arlen wpadł do Świętego Domu, wykrzykując jej imię, bo myślał, że grozi jej niebezpieczeństwo. Szeptano również o tym, że ciągle pokazywał się u jej boku i bez przerwy odwiedzał chatę Zielarki. Szeptano i spekulowano. Ponoć cała wieś modliła się, by wreszcie wziął się w garść i oświadczył Leeshy. Nikt nie wiedział, dlaczego Arlen zwleka tak długo. Leesha zresztą też się nad tym zastanawiała.

Zielarka uzmysłowiła sobie, że wstrzymuje oddech, i z trudem wypuściła powietrze z płuc. Wiedziała, że nie powinna się irytować. Byłoby to głupotą. Już dawno znużyło ją oczekiwanie na gest ze strony Arlena i sama zaczęła rozglądać się za innymi mężczyznami. Na noc, przecież jej poranne nudności były najlepszym dowodem, że dawno skreśliła Arlena. Tymczasem ku swemu zdumieniu uświadomiła sobie, że nadal go pragnie. Gdyby on również tego chciał, oddałaby mu się bez wahania.

Tymczasem Arlen bynajmniej do zbliżeń nie dążył. Utrzymywał, że człowiek, którego krew jest zbezczeszczona magią demonów, nie może założyć rodziny, a Leesha z jakiejś przyczyny kochała go przez to jeszcze bardziej. Jego ofiara wydawała się taka szlachetna. Żałowała teraz, że wiedząc o tym, rzuciła się w ramiona innego człowieka.

Ale czy Arlen mówił wówczas prawdę? Ledwie kilka miesięcy temu wyjechał i wrócił zaręczony z inną kobietą. Czyżby okłamywał Leeshę? Ta myśl obudziła w Zielarce gniew. Jak śmiał? Czyżby uznał, że jest taka słaba i tak bardzo spragniona jego miłości, że nie zniesie prawdy? Czy musiał kłamać, by rozstanie nie było takie bolesne? Co za tchórz!

Wszystkie te myśli przemknęły przez głowę Leeshy, ale nauczyła się od dama’ting, by nie pokazywać żadnych uczuć.

– W porządku – powiedziała w końcu. – Przecież on zasługuje na własne szczęście, a porządna kobieta pomoże mu się odnaleźć w życiu.

– Ale nie ona – mruknęła Darsy. Leesha spojrzała na nią z zaciekawieniem, ale ogromna Zielarka pomasowała szyję i nie wdawała się w kolejne szczegóły.

Ku zdumieniu Leeshy nie skierowali się w stronę Cmentarzyska Otchłańców, ale skręcili w kierunku innej strefy wielkiego runu. Chciała zapytać Darsy o przyczynę, gdy niespodziewanie ujrzała twierdzę hrabiego Thamosa.

Zamek nie został jeszcze ukończony, ale wzniesiono już wysoką palisadę z nasmołowanych, ustawionych ciasno pni. Ukończono również blanki i pomosty, po których chodzili żołnierze z kuszami.

Wrota otworzyły się i oczom przyjezdnych ukazał się ogromny dziedziniec, na którym bez trudu zmieściłaby się cała karawana. Strażnicy przy bramie zapraszali gestami do środka. Nie było wątpliwości, że Thamos życzył sobie, by karawana wjechała na dziedziniec, gdzie można by ją bez trudu uwięzić. Leesha przeczuwała, że Krasjanie mogą nie zostać wypuszczeni. Wiedziała, że jej krasjańska eskorta, przydzielona przez Ahmanna jako wyraz dobrej woli, to zarówno zakładnicy, jak i szpiedzy, ale zamierzała potraktować ich uczciwie. Chciała, by na własnej skórze przekonali się o serdeczności rodaków wiedźmy z Północy.

Powątpiewała jednak, czy Thamos wychodzi z podobnego założenia. Jak dotąd niejednokrotnie okazał życzliwość mieszkańcom Zakątka, ale jego zadanie polegało na czymś innym. Hrabia miał rozciągnąć władzę na Zakątek, poznać sekrety walki z demonami i wytyczyć granicę, której Krasjanom nie wolno przekroczyć. Dwór w Angiers okazywał pogardę i niechęć ludziom pustyni. Po ich ataku na Rizon nie było to myślenie bezpodstawne, ale Leesha chciała uniknąć kolejnych zatargów. Ahmann mógłby bez trudu zmiażdżyć Zakątek – a pewnie i Angiers – gdyby tylko dostał powód.

– Zatrzymaj powóz przed bramą – przykazała Leesha, a Darsy natychmiast spełniła polecenie. Reszta karawany również się zatrzymała. Zielarka zeskoczyła i otworzyła drzwi do powozu.

Elona wysunęła głowę i ujrzała zamek hrabiego. Gwizdnęła cicho.

– Widzę, że książę nie próżnował. Jest żonaty?

Leesha westchnęła. Wciąż nie mogła patrzeć na matkę.

– Mam nadzieję, że nie. Jeśli wierzyć dworskim plotkom, zaciąga do łóżka każdą młódkę, która zatrzepocze do niego rzęsami.

– Więc potrzebuje kobiety, która poukłada mu w głowie – oznajmiła Elona.

– Użyłam słowa „młódka”, matko – westchnęła Leesha. – Nie sądzę, żebyś była w jego typie.

– Nie odzywaj się tym tonem do matki! – oburzył się Erny.

Leesha spojrzała na niego i naraz zachciało jej się wrzeszczeć. Bronił Elony nawet teraz i zapewne broniłby jej, nawet gdyby wiedział o Garedzie. Na noc, a może wiedział? W przeciwieństwie do tego, co ludzie mówili, Erny dobrze znał żonę, ale Elona miała rację w innej kwestii – w istocie brakowało mu odwagi.

Leesha udała, że niczego nie usłyszała.

– Pójdę na audiencję u Jego Wysokości. Poproszę Rębaczy, by odprowadzili was do domu. Gdy będziecie mieć pewność, że nikt was nie śledzi, ukryjcie włócznie w warsztacie, gdzieś, gdzie nikt ich nie znajdzie.

Erny wydawał się oburzony brakiem reakcji Leeshy i Elony, ale kiwnął głową.

– W porządku, jest jedno idealne miejsce. Mam kadź z podwójnym dnem.

– Naprawdę? – spytała Leesha. – Czy wolno mi spytać, po co ci to?

Erny uśmiechnął się wyzywająco.

– Żeby ukryć niebezpieczne środki chemiczne przed pewną ciekawską dziewczyną.

– Od piętnastu lat mieszam znacznie gorsze rzeczy – prychnęła Leesha.

 

– No dobra – zgodził się Erny. – Ale nie było jak dotąd okazji, by to wyjawić. A zresztą – ojciec uniósł palec – poznasz moje sekrety dopiero wtedy, gdy ci na to pozwolę, młoda damo. Lepiej odnoś się do mnie z szacunkiem, jeśli chcesz się dowiedzieć, gdzie jest ukryte złoto.

– Nie blefuje – mruknęła Elona. – Jestem z nim od trzydziestu lat, a nadal nie mam pojęcia.

Podjechał do nich kapitan Gamon.

– Przecież hrabia na was czeka – powiedział niecierpliwie. – Skąd to opóźnienie?

W cieniu twierdzy hrabiego, bronionej przez kuszników, kapitan najwyraźniej odzyskał nieco wyniosłości, którą okazał podczas pierwszego spotkania na trakcie.

– Chcę najpierw odesłać rodziców do domu – wyjaśniła Leesha. – Reszta karawany może nieco odpocząć.

– Mogą odpocząć na zamku – zapewnił Gamon. – Przygotowaliśmy dla nich pokoje. Będą tam bezpieczniejsi.

– Bezpieczniejsi? – zdziwiła się Leesha.

– Wielu nowych poddanych Jego Wysokości przybyło tu ze Wschodu i dobrze pamięta krzywdy, jakie ci ludzie wyrządzili ich bliskim – przypomniał jej Gamon.

– Jestem tego świadoma. Niemniej ci ludzie są gośćmi, a nie więźniami.

Odwróciła się do Gareda oraz Rębaczy, stojących w pobliżu.

– Myślę, że Rębacze są w stanie żyć w zgodzie z grupą nieuzbrojonych Krasjan, prawda?

– Nie martw się, dziewczę! – Siwy Yon pacnął styliskiem topora o dłoń. – Każdy dureń, któremu przyjdzie do głowy wszczynanie burd, szybko tego pożałuje.

Leeshę przeszył dreszcz. Yon wyglądał na mężczyznę w średnim wieku, ale przemawiał jak starzec. Wiedziała, że Yon powoli młodnieje, ale nie oczekiwała aż takiej różnicy po paru miesiącach nieobecności. Siwizna powoli znikała z jego włosów i Yon wyglądał teraz na człowieka pod pięćdziesiątkę, a nie na siedemdziesięciolatka.

– Pewno – rzekł Dug. – Zajmiemy się tym.

Gamon pokręcił głową.

– Hrabia życzy sobie ujrzeć was oraz waszą żonę, panie Rzeźnik, a także kapitana Gareda, pana Rojera oraz pannę Wondę.

– Mnie? – zdziwiła się dziewczyna. – A czemu hrabia chciałby zobaczyć akurat mnie?

– Nie mam pojęcia – w głosie Gamona zabrzmiał obraźliwy ton. Angieriańczycy traktowali kobiety lepiej niż Krasjanie, ale różnica nie była duża. Nie podobało im się, gdy matki, żony czy kochanki mieszały się w politykę lub sprawy związane z wojskiem. Leesha otworzyła usta, by wygłosić kąśliwą ripostę, ale wyprzedził ją Gared.

– Pilnuj swego języka! – warknął. – Ta dziewczyna w pojedynkę rozwaliła więcej otchłańców niż cała ta twoja armia kurdupli.

Brwi Gamona ściągnęły się w literę V. W zamku Drewniani Żołnierze byli o wiele liczniejsi, ale przybywało też więcej Rębaczy, oficer zasznurował więc usta i nie powiedział ani słowa. Gared zaś burknął i odwrócił się do Yona.

– Pilnujcie karawany, gdy będziemy w środku. Nie trzeba im przeszkadzać, ale też nikt nie ma prawa wyjść. Miejcie oko zwłaszcza na tych w czerni.

– W porządku, chłopcze. – Yon skinął głową. – Nic się nie martw.

Rojer pojawił się potem. Wedle krasjańskiej tradycji krok za nim szła Amanvah, dalej Kaval, Coliv i Enkido, a na końcu Shamavah.

– Gdzie jest Sikvah? – spytała Leesha. – Czy nic jej nie dolega?

Amanvah syknęła z dezaprobatą i pokręciła głową.

– Udajesz, że znasz nasze zwyczaje, Leesho córko Erny’ego, ale najwyraźniej masz spore braki w swej wiedzy, skoro myślisz, że mężczyzna może zabrać Jiwah Sen na dwór.

Amanvah jak zwykle przemawiała wyniosłym tonem, ale Leesha wyczuła w nim gniew. Ukłoniła się.

– Nie zamierzałam nikogo urazić.

Dama’ting nie zareagowała.

– Jego Wysokość nie wzywał ciebie – oznajmił Gamon. – Możesz zaczekać na dziedzińcu wraz z resztą dzikusów.

Amanvah spojrzała na niego ostro. Grubiaństwo kapitana sprawiło, że jej opanowanie ustąpiło miejsca wściekłości. Kaval i Enkido napięli mięśnie, ale dama’ting machnęła dłonią, by ich zatrzymać.

– Mój ojciec to Ahmann asu Hoshkamin am’Jardir am’Kaji, Shar’Dama Ka oraz Wybawiciel, który zjednoczy ludzkość. Poczyta to sobie za wielką zniewagę, jeśli jakieś mizerne książątko każe mi czekać przed drzwiami.

– Mam gdzieś to, kto jest twoim ojcem – parsknął Gamon. – Może nim być i sam Stwórca, a i tak będziesz czekać, póki nie zostaniesz wezwana.

Delikatne brwi Amanvah ściągnęły się, ale nie powiedziała już ani słowa.

Leesha miała wrażenie, że sytuacja wymyka się spod kontroli. Odwróciła się do Evina, który zamyślony głaskał sierść swego wilczura. Zwierzę niemalże sięgało mu do ramion. W dzieciństwie dziewczyna nie przepadała za Evinem – był okrutny, samolubny i nieodpowiedzialny – ale nadejście Naznaczonego zmieniło go, tak jak wielu innych.

– Evin, odwieziesz moich rodziców do domu?

Rębacz skinął głową i wskoczył na miejsce woźnicy. Cień podbiegł do powozu, strasząc konie, które zaczęły rżeć i miotać się w uprzęży. Evin gwizdnął.

– Hej, Cień! Biegnij poszukać Callena!

Wilczur szczeknął głośno, jakby piorun zagrzmiał, i odbiegł. Evin zaś ostro ściągnął lejce, by uspokoić konie, a potem strzelił z bata i powóz ruszył. Pozostałe wozy stanęły w różnych miejscach przy drodze pod czujnym okiem Rębaczy i Drewnianych Żołnierzy. Leesha wraz z resztą weszła przez otwartą bramę.

Zamek nie został jeszcze ukończony, ale wyłożono już fundamenty i wzniesiono część jego posiadłości, gdzie toczyło się normalne życie. Przy wrotach zgromadziła się grupka Drewnianych Żołnierzy, uzbrojonych we włócznie i tarcze.

Leesha zbliżyła się do ogromnego Rębacza i szepnęła:

– Gared, jeśli hrabia zaproponuje ci jakiś tytuł i stopień wojskowy, nie zgadzaj się od razu.

– Czemu? – Gared próbował mówić równie cicho jak ona.

– Bo w ten sposób oddasz mu naszą armię, ty idioto! – odpowiedział Rojer, który zbliżył się z drugiej strony. Również się starał, by go nie usłyszano.

Gared spojrzał na niego ze złością.

– Dla ciebie też jestem tylko wielkim durniem, co? Naznaczony kazał mi cię pilnować podczas jego nieobecności, Rojer. Poprzysiągłem na słońce, że spełnię jego wolę. Broniłem cię przed demonami, Krasjanami i Stwórca jeden wie czym jeszcze.

Nagle pochylił się i Minstrel, tak dumny i wyniosły, aż się cofnął.

– Nie wspomniał jednak ani słowem, że mam godzić się na takie traktowanie, a ty pozwalałeś sobie na wiele. Naznaczony wrócił do Zakątka, a to oznacza, że moje zadanie dobiegło końca. Od tej pory uważaj na siebie, ty kaleki kurduplu, a jeśli jeszcze raz nazwiesz mnie idiotą, powybijam ci zęby.

Z tymi słowy polizał dwa palce i uniósł je wysoko, by padły na nie promienie słońca, wyglądającego zza wysokich murów twierdzy.

– Przysięgam na słońce.

Rojer był wstrząśnięty.

– Gared – odezwała się ostrożnie Leesha – masz wiele powodów do niezadowolenia, bo w istocie nie traktowaliśmy cię poważnie. Jeśli o mnie chodzi, jest mi bardzo przykro. Bywało, że obwiniałam cię o wszystko, co poszło nie tak w moim życiu, a po prawdzie nie zrobiłeś przecież nic takiego. Tysiące innych młodych chłopaków popełniło większe błędy. Przebaczam ci, bo po tysiąckroć zmazałeś swą winę.

– No pewno! – burknął Gared.

– Ale Rojer ma rację. Jeśli hrabia nada ci jakiś tytuł, Rębacze staną się częścią armii angieriańskiej.

Gared wzruszył ramionami.

– A jest inaczej? Oboje zachowujecie się tak, jakbym był głupkiem, ale mnie się wydaje, że zapomnieliście, po czyjej jesteśmy stronie. Otaczacie się Krasjanami i w ogóle nie pamiętacie, kto przyszedł nam z pomocą, gdy była najbardziej potrzebna.

– Książę Rhinebeck – rzekł Rojer. – To oczywiste jak Otchłań.

Gared pokiwał głową.

– Przecież wiem. Ale decydujące słowo należy tu do Wybawiciela. Skoro Naznaczony pozwala hrabiemu rządzić Zakątkiem, niech tak będzie. Jeśli jutro każe mi odrąbać mu łeb, zrobię to bez wahania.

– I poprą cię wszyscy Rębacze – przyznała Leesha z niechęcią.

– Tak, zgadza się. Bo oni mnie popierają. Mnie, nie ciebie, Leesh, ani też naszego skrzypka. Możecie wracać do ziółek i rzępolenia. Tą sprawą zajmą się mężczyźni.

– Niech Stwórca ma nas w swojej opiece – mruknęła Leesha, a Gared odwrócił się i ruszył szybszym krokiem.


– Zakątek zmienił się od waszego wyjazdu, pani.

Thamos zasiadał na masywnym tronie, ustawionym na podwyższeniu w sali audiencyjnej. Prace tutaj nie zostały jeszcze zakończone i nie otynkowano części murów oraz sufitu. W powietrzu unosił się pył i zapach mieszanej krety, co potęgowało ból głowy Zielarki. Pod jej stopami szeleściły świeże trociny, ale rozmiary pomieszczenia robiły wrażenie. Po ukończeniu efekt będzie olśniewający.

Książę miał na sobie pełną zbroję, a w pobliżu stała jego włócznia. Jego broda została starannie przystrzyżona, co podkreślało rysy przystojnej twarzy. Miał wąską talię i masywne ramiona. W każdym calu robił wrażenie dzielnego rycerza. Obok tronu stał służący z hełmem i tarczą, jakby Thamos liczył się z nagłym wezwaniem do walki.

Po jego prawicy stał Opiekun Hayes, ten sam, którego obiecała Araine kilka miesięcy temu. Mówiła, że jest człowiekiem uczciwym i wiernym zasadom religii, ale Angieriańczykiem do szpiku kości.

Księżna matka stała za każdą decyzją swoich synów, bez względu na to, czy o tym wiedzieli, czy nie. Leesha poznała rozmiary tej władzy podczas ostatniej wizyty w Angiers. Decyzje książąt nadzorował kontrolowany przez księżną pierwszy minister Janson, a Leesha od dawna podejrzewała, że najmłodszym synem księżna matka steruje osobiście.

Podczas ich rozmowy Araine obiecała, że wyśle Thamosa i żołnierzy, ale nie wspominała, że mianuje go hrabią.

Powinnam była to przewidzieć, pomyślała dziewczyna. Ta kobieta znów zrobiła ze mnie idiotkę.

Przed tronem ustawiono niewielki pulpit, przy którym siedział lord Arther z piórem w ręku. Na pulpicie stał kałamarz, a obok leżała otwarta księga. Kapitan Gamon stanął po prawej stronie tronu, wyprostowany i wsparty na włóczni. Stojący za nim żołnierz trzymał jego tarczę i hełm.