Pustynna włócznia. Księga 2Tekst

Z serii: Trylogia demonów #2
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Pustynna włócznia. Księga 2
Pustynna włócznia. Księga 2
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 70,98  56,78 
Pustynna włócznia. Księga 2
Pustynna włócznia. Księga 2
Audiobook
Czyta Filip Kosior
37,90  28,05 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Spis cyklu

Część II. Siły z zewnątrz

Opowieść Maricka

Kubek i talerz

Zachować pozory

Mistrz Gildii Cholls

Część III. Osądy

Nóż

Sędzia Raddock

Rada okręgu

Zaniechane szlaki

Dwór księcia Euchora

Braterstwo pośród nocy

Za każdą cenę

Część IV. Zew Otchłani

Powrót do Potoku Tibbeta

Ucieczka

Pałac Luster

Szczypta czarnoliścia

Zdziczenie

Cudowna bitwa

Wybór demona

Dotrzymane przyrzeczenie

Podziękowania

Karta redakcyjna

Okładka


Spis cyklu

1 Malowany człowiek – księga 1

2 Malowany człowiek – księga 2

3 Pustynna Włócznia – księga 1

4 Pustynna Włócznia – księga 2

5 Wojna w Blasku Dnia – księga 1

6 Wojna w Blasku Dnia – księga 2

Dla Daniego i Cassie

Część II
SIŁY Z ZEWNĄTRZ


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes


15
Opowieść Maricka
333 ROK PLAGI, ZIMA

Gdy jeźdźcy odnaleźli uchodźców, panowały już całkowite ciemności. Była ich piątka, dokładnie tak, jak mówiła zrozpaczona kobieta. Stali w zaimprowizowanym runicznym kręgu otoczonym przez hordy otchłańców. Ogniste demony ziały płomieniem, a ich wichrowi kuzyni co rusz nurkowali z nieba, wsparł ich nawet ogromny demon skalny.

Za każdym razem, gdy któryś uderzył i runy rozjarzały się blaskiem, Rojer widział szczeliny w barierze, na tyle szerokie, że demon dałby radę się przecisnąć. Dwóch młodych mężczyzn próbowało odpędzić potwory widłami, a para starszych ludzi zajmowała się tym, co bez wątpienia opóźniło ucieczkę nielicznej grupki. Młoda kobieta właśnie rodziła dziecko.

Naznaczony warknął i popędził ogiera, znów wyprzedzając resztę. Odrzucił szatę, opadła na ziemię daleko za nim. Gared i pozostali Rębacze z rykiem rzucili się do boju, wznosząc w galopie runiczne topory.

Naznaczony nakierował Nocnego Tancerza prosto na skalnego demona. Wzmocnione runami stalowe szpice, przyspawane do pancerza chroniącego koński łeb, aż zaskwierczały od magii, przebijając czarne łuski na brzuchu otchłańca. Demon został odrzucony, a Naznaczony zeskoczył z siodła, złapał stwora za róg i tłukł pięściami w runicznych rękawicach po gardzieli, aż przeciwnik w końcu padł.

Naznaczony zaś poderwał się w okamgnieniu, dopadł ognistego demona i oderwał mu żuchwę. W tej samej chwili między otchłańce wpadli Rębacze, przechwytując ogniste splunięcia runicznymi tarczami i rąbiąc demony niczym bale drewna.

Wonda i pozostałe łuczniczki włączyły się do bitwy. Zatrzymały wierzchowce kilkadziesiąt jardów za walczącymi, ściągnęły z pleców broń i wycelowały w górę. Wkrótce zaświstały pierwsze strzały i wichrowe demony jeden po drugim zaczęły spadać z nieba, z ich skórzastych ciał sterczały lotki pocisków.

Rojer ześlizgnął się z siodła i pozostawił konia przy wierzchowcach łuczniczek. Ruszył pędem do niewielkiego kręgu, grając już w biegu. Podobnie jak wykonany przez Leeshę Płaszcz Ślepoty, muzyka czyniła go stosunkowo niewidzialnym dla otchłańców i bez przeszkód przemknął przez ich szeregi. Chwilę później znalazł się już wewnątrz kręgu i natychmiast zaczął wygrywać ostre, zgrzytliwe dźwięki, by odegnać demony precz.

Młoda kobieta wrzeszczała ze strachu, widząc walczących i czarną juchę otchłańców bryzgającą w nocnym powietrzu. Jej rodzice starali się zapewnić córce wygodę, jednakże widać było po ich niezdecydowanych ruchach, iż nie mają pojęcia, co robić przy porodzie.

– Ona potrzebuje pomocy! – wykrzyknął Rojer. – Musimy ją zabrać do Zielarki!

Naznaczony oderwał się od demonów, które związał walką, i w jednej chwili znalazł się u boku Rojera. Odziany był jedynie w przepaskę biodrową, a jego wytatuowane ciało zbryzgane było demonią posoką. Rizończycy cofnęli się ze strachem, ale targana boleściami dziewczyna nawet go nie zauważyła.

– Pędź po moją sakwę z ziołami – polecił skrzypkowi, po czym klęknąwszy przy rodzącej, zbadał ją z zaskakującą delikatnością. – Odeszły jej wody, a skurcze są coraz częstsze. Nie ma czasu na poszukiwanie Zielarki.

Rojer podbiegł do Nocnego Tancerza, ale owładnięty szałem bitewnym rumak miotał się dziko, wbijając parę ognistych demonów w śnieg i błoto. Minstrel narzucił swój płaszcz na ramiona i znów ujął skrzypce. Jego szczególna magia działała w tym samym stopniu na demony co na zwierzęta, nie trzeba było długo czekać, by rumak się uspokoił, a Rojer mógł pospiesznie ściągnąć sakwę z ziołami.

Bezzwłocznie przyniósł ją Naznaczonemu, który bez chwili wahania zaczął je ucierać i mieszać z wodą. Rodzice rodzącej trzymali się z daleka, przyglądając mu się z przerażeniem, a tymczasem Rębacze szerzyli zniszczenie wśród demonów.

– Czy ty w ogóle wiesz, co robisz? – zapytał nerwowo Rojer, gdy Naznaczony ostrożnie wlewał miksturę w usta jęczącej kobiety.

– W trakcie szkolenia na Posłańca przez sześć miesięcy uczyłem się u Zielarki – odparł. – Widziałem, jak to się robi.

– Widziałeś? – zapytał Rojer.

– Co, a może sam chcesz się tym zająć? – Naznaczony zmierzył go ostrym spojrzeniem. Rojer pobladł i pokręcił głową. – To bierz te swoje cholerne skrzypki i graj, żeby przynajmniej demony dały nam spokój.

Rojer posłusznie złapał za smyczek.

Kilka godzin później, gdy odgłosy bitwy wreszcie ustały, ciszę nocy przerwał głośny płacz dziecka. Rojer spojrzał na rozwrzeszczane maleństwo i uśmiechnął się.

– Teraz to już się nie wyprzesz, gdy ludzie będą cię nazywać Wybawicielem – oznajmił.

Naznaczony spojrzał nań krzywo, ale Minstrel tylko się roześmiał.


Leesha niosła parującą tacę po schodach tawerny Smitta, a jej serce biło szybko i nerwowo. Pomysł oddania się Marickowi, którego rzeczywiście uważała za przystojnego i inteligentnego, przyszedł jej już dwukrotnie do głowy, ale za każdym razem w kluczowym momencie rezygnowała. Nie mogła się bowiem oprzeć wrażeniu, że Posłaniec przedkłada własne potrzeby nad jej, o ile w ogóle jej potrzeby dla niego istniały.

Lecz matka miała rację. Zresztą należało przyznać, że w podobnych sprawach często miewała rację, nawet jeśli wykorzystywała swą wiedzę tylko po to, by docinać innym.

Leesha miała już dosyć życia w samotności, a w głębi serca czuła, że Arlen nigdy tej pustki nie wypełni. Po raz kolejny pożałowała, że nie zastąpił go Rojer, lecz wiedziała, że to absolutnie niemożliwe. Kochała Minstrela, ale nie pociągał jej, nie umiała wyobrazić ich sobie razem w łóżku. Marick zaś udowodnił ludziom z Fortu Rizon, że jest mężczyzną, na którego można liczyć w chwili próby. Być może nadszedł czas, by zapomnieć o jego błędach z przeszłości.

 

Leesha wygładziła suknię i zaraz poczuła się głupio. Odepchnęła to uczucie i zapukała do drzwi.

– Tak? – zapytał Marick, otwierając. Nie miał na sobie koszuli, a jego skóra była mokra, właśnie wyszedł z gorącej kąpieli w balii. Na widok Leeshy szeroko otworzył oczy.

– Nie chciałam ci przeszkadzać – powiedziała. – Pomyślałam sobie, że może zjadłbyś coś ciepłego przed snem.

– Ja... Znaczy się tak, dziękuję! – Marick złapał tunikę i naciągnął na grzbiet. Leesha taktownie odwróciła wzrok, ale przed oczami nadal miała jego muskularne ciało.

Posłaniec wziął od niej tacę i odłożył na niewielki stolik przy łóżku, głęboko wciągając zapachy potraw. Uniósł pokrywkę i ujrzał porcję soczystego mięsa z ostro przyprawionymi ziemniakami i ugotowanymi na parze warzywami.

– Wkrótce w Zakątku zrobi się krucho z jedzeniem – rzekła Leesha. – Lecz zapasy Smitta wystarczą jeszcze na tę noc.

– Po prawie dwóch tygodniach spania w śniegu już samo łóżko wydaje się królewskim darem – odparł Marick. – To zaś wygląda mi na prezent od samego Stwórcy!

Z zapałem zabrał się do pałaszowania, a Leesha odkryła, że przyglądanie się, jak mężczyzna pochłania posiłek, który osobiście przygotowała, sprawia jej osobliwą przyjemność. Mgliście pamiętała podobne odczucie z czasów, gdy byli sobie przyrzeczeni z Garedem i kiedy po raz pierwszy przygotowała mu posiłek, teraz odniosła jednak wrażenie, że wszystko to miało miejsce sto lat temu, zgoła w innym życiu.

– Pyszne było – oznajmił Marick, ocierając usta rękawem.

– To tylko skromne podziękowanie za to, czego dokonałeś – odparła Leesha. – Przywiodłeś tych ludzi do bezpiecznego miejsca. Pomogłeś im, gdy znaleźli się w prawdziwej potrzebie.

– Chociaż ciebie zawiodłem? – zapytał.

Leesha spojrzała na niego ze zdziwieniem.

– Rok temu, gdy dowiedziałaś się, że w Zakątku szaleje choroba, i natychmiast musiałaś wracać do domu, zażądałem... Zażądałem nieuczciwej ceny za swoje usługi.

– Marick... – zaczęła łagodnie Leesha.

– Nie, daj mi dokończyć. Gdy jechaliśmy do Angiers, byłem w tobie zadurzony po uszy. Ba, sądziłem nawet, że przed upływem roku będziemy razem niańczyć dzieci. Ale wtedy w namiocie, gdy nie mogłem... No, nie mogłem być mężczyzną przy tobie, ja...

– Marick... – odezwała się ponownie Leesha.

– Myślałem, że oszaleję – ciągnął Posłaniec. – Poczułem, że muszę wyjechać gdzieś daleko, jak najdalej od ciebie, ale gdy tak uczyniłem, okazało się, że nadal nie mogę przestać o tobie myśleć, nawet gdy... Gdy spałem z innymi kobietami.

Odwrócił wzrok.

– Lecz gdy ujrzałem cię znowu – ciągnął – poczułem, że coś się we mnie burzy. Chciałem zatuszować tamte niepowodzenia, i to jak najszybciej, zanim coś mi znowu przeszkodzi. Potraktowałem cię niesprawiedliwie i przykro mi z tego powodu.

Leesha położyła mu dłoń na ramieniu.

– Nie jestem dzieckiem – powiedziała. – Jestem za to wszystko odpowiedzialna w tym samym stopniu co ty.

W jej słowach było więcej prawdy, niż się domyślał, lecz Leesha poczuła wstyd i przerażenie z powodu tego, co zrobiła. Wtedy, na trakcie, wydawało jej się, że postępuje słusznie i cnotliwie, lecz w rzeczywistości podała Marickowi zioła dla własnej wygody, nie przejmując się, że ten postępek zostawi głębokie ślady w psychice mężczyzny. Może Rojer miał rację, że Leesha bardziej przypominała swoją matkę, niż chciała to przyznać.

– Miło mi, że to mówisz – rzekł Marick i uścisnął jej dłoń. – Niemniej oboje wiemy, że prawda wygląda inaczej. Cieszę się, że udało ci się dotrzeć do domu. Cieszę się też, że nie musiałaś zapłacić za to cnotą.

Leesha już się pochylała ku niemu, lecz słysząc te słowa, wzdrygnęła się, gdyż Marick się mylił. W istocie zapłaciła za tamtą wyprawę cnotą, zabraną przemocą przez bandytów – cena za wędrówkę bez odpowiedniej eskorty. A wszystko to przez brak cierpliwości Maricka i jego nieumiejętność myślenia o innych.

Mężczyzna jednakże nie wyczuł zmiany w zachowaniu towarzyszki. Zachichotał tylko i pokręcił głową.

– Nie mogę wyjść z podziwu, jak rządzisz Zakątkiem! Co się stało z tą łagodną dziewczyną, która potrafiła zawrócić w głowie każdemu napotkanemu mężczyźnie? Przez jedną noc stałaś się Wiedźmą Bruną! Założę się, że nawet otchłańce się ciebie boją.

Wiedźmą Bruną? Czy tak ludzie ją teraz postrzegali? Mieli ją za samotną wariatkę, która gnębiła i zastraszała każdego człowieka w mieście? Czyżby Leesha stała się właśnie kimś takim, po tym jak przemocą odebrano jej cnotę?

Jej matka również wyczuła tę zmianę.

„Nie tak sobie wymarzyłam chwilę, kiedy stracisz swój wianek, ale czas był już najwyższy i spodziewam się, że czegoś się nauczyłaś”, powiedziała.

Leesha potrząsnęła głową, by odpędzić natrętne myśli, czując, że chwila bliskości powoli znika.

– Co teraz planujesz? – zapytała. – Pomożesz nam w szukaniu i eskortowaniu kolejnych uchodźców, czy może masz zamiar zabrać swoją grupę prosto do Angiers?

Marick spojrzał na nią ze zdziwieniem.

– Ani to, ani to – rzekł.

– Jak mam to rozumieć?

– Rizończycy są już bezpieczni, a więc pora, bym ruszył naprzód. Książę musi się dowiedzieć o ataku Krasjan, a pomoc, jakiej udzieliłem uchodźcom, wystarczająco mnie spowolniła.

– Spowolniła? – powtórzyła Leesha. – Przecież życie tych ludzi zależało od ciebie!

Marick pokiwał głową.

– Nie mogłem porzucić tych ludzi na szlaku. Teraz jednakże są bezpieczni. Ja zaś nie jestem Rizończykiem i nie ponoszę za nich odpowiedzialności.

– Ale Zakątek Wybawiciela nie może pomieścić aż tylu uciekinierów! – wykrzyknęła Leesha.

– Zamelduję o tym księciu – wzruszył ramionami Marick. – Niech to będzie jego problemem.

– Przecież to nie problem, Marick! To ludzie! Ludzie z krwi i kości!

– A czego się po mnie spodziewasz? – zdziwił się. – Że poświęcę resztę życia opiece nad nimi? Przecież Posłańcy są stworzeni do innych rzeczy.

– Cóż, cieszę się więc, że nasz związek nie skończył się wspólnym niańczeniem dzieci – parsknęła Leesha. – Korzystaj z wygód, Posłańcze.

Wzięła tacę i wyszła, trzaskając drzwiami.


– I co teraz poczniemy? – zapytał Smitt na późnym spotkaniu rady miasteczka, które zwołała Leesha, by ogłosić reszcie, iż Marick wyrusza rankiem do Angiers i zostawia uchodźców w Zakątku.

– Oczywiście należy ich przyjąć – powiedziała Leesha. – Otwórzcie przed nimi podwoje, pomóżcie im zbudować własne schronienia. Nie możemy po prostu zostawić ludzi bez jedzenia i dachu nad głową.

– Wielki run nie pomieści tylu nowych domów – oznajmił Smitt.

– To zbudujemy kolejny – rzekła Leesha. – Mamy prawie dwa tysiące rąk do pracy i całe mile lasu do wyrąbania.

– Nie chcę tu psuć runów – wtrąciła się Darsy – ale jak niby mamy wyżywić tylu ludzi w samym środku zimy? Jeśli przybędą kolejni, wkrótce będziemy musieli jeść śnieg.

Leesha zastanawiała się już nad tym problemem.

– Każda młoda kobieta w Zakątku potrafi posługiwać się łukiem – odparła. – Niech polują, a chłopcy będą zastawiać wnyki.

– Nie zaspokoisz w ten sposób wszystkich potrzeb – stwierdziła Vika.

– Korklak – powiedziała. – To zioło może i jest twarde oraz gorzkie, ale za to pożywne, a co więcej, rośnie na niemal wszystkim i nie ginie zimą. Trzeba będzie przydzielić młodsze dzieci do zbierania, a ja wymyślę sposób, jak to gotować i przyprawiać. Jeśli korklak nie wystarczy, jest również jadalna kora, a nawet owady, którymi można napełnić pusty brzuch.

– Zielsko i owady? – zapytała Elona. – Ty naprawdę chcesz, by ci ludzie jedli robale?

– Chcę dołożyć wszelkich starań, by nie cierpieli głodu, matko. Jeśli będę musiała usiąść przed nimi i zjeść parę robaków, by dać przykład, zrobię to bez wahania.

– W porządku, nie ma sprawy – odparła Elona. – Ale nie oczekuj po mnie tego samego.

– Ty będziesz miała własną rolę do odegrania – rzekła Leesha.

Elona zmierzyła córkę spojrzeniem.

– Nie zamienię domu w gospodę dla każdego wagabundy, który nadejdzie drogą.

Leesha westchnęła.

– Robi się coraz ciemniej, matko. Lepiej będzie, jak udasz się do domu. Porozmawiamy rano.

Pozostali zrozumieli, że spotkanie tym samym dobiegło końca, i jedni po drugich wyszli z pokoju w ślad za Eloną, aż w środku została tylko Leesha ze Stefny.

– Nie irytuj się – powiedziała Stefny. – Jestem pewna, że twoja matka z radością otworzy swoje drzwi Rizończykom z największymi interesami.

Leesha obrzuciła ją złowrogim spojrzeniem.

– Mama nie jest jedyną kobietą w tej osadzie, która złamała śluby – przypomniała. Najmłodszy syn Stefny, Keet, został poczęty nie przez Smitta, ale poprzedniego Opiekuna, Michela. Smitt i reszta ludzi w miasteczku nadal byli tego nieświadomi, ale Bruna, która asystowała przy porodzie, znała prawdę od początku. – Jeśli sądzisz, że sekrety Bruny umarły wraz z nią, jesteś w błędzie – ostrzegła Leesha Stefny. – Zachowaj hipokryzję dla siebie.

Żona Smitta pobladła i potulnie pokiwała głową, a potem umknęła z pokoju. Leesha uśmiechnęła się z rozbawieniem, zaraz jednak spoważniała, uświadomiła sobie bowiem, że zachowała się zupełnie jak Bruna.


Naznaczony wraz z Rojerem powrócił do Zakątka w jakiś tydzień po wyjeździe Maricka. Posłańca żegnały wiwaty i słowa uwielbienia od ludzi, których porzucał na pastwę losu. Erny oraz Rębacze wrócili parę dni wcześniej i przywiedli kilka grup uciekinierów, lecz Naznaczony w towarzystwie Minstrela wypuścił się o wiele dalej – jego powrót wyprzedziły opowieści uchodźców, których uratował.

Leesha była dumna, że Arlen i Rojer tylu ludzi ocalili przed niechybną śmiercią, lecz zarazem czuła rozpacz na myśl, że Zakątek będzie musiał wykarmić tak wielkie tłumy.

– Dotarliśmy tak blisko Rizon, jak się dało – powiedział Rojer niedługo po powrocie. Siedział w chacie Zielarki i ogrzewał dłonie kubkiem gorącej herbaty. – Myślę, że odnaleźliśmy wszystkich, którzy wyruszyli na szlak, choć nie można wykluczyć, iż wielu próbowało wędrować na przełaj. Krasjanie na dobre rozgościli się w okolicy miasta i wysyłali drogą regularne patrole.

– Zagościli tylko na jakiś czas – stwierdził Naznaczony. – Tylko patrzeć, aż znów się ruszą.

– Mam nadzieję, że wrócą na swoją cholerną pustynię – rzekł Rojer.

Naznaczony pokręcił głową.

– Nie. Podbiją Lakton, a potem skręcą na północ, prosto na Zakątek.

Leesha poczuła, że krew ścina jej się w żyłach. Rojer pobladł, jakby nagle ogarnęła go słabość.

– Skąd to wiesz? – zapytała.

– Krasjanie wierzą, że Kaji, pierwszy Wybawiciel, zjednoczył plemiona Krasji, a potem przebył pustynię, by przez następne dwie dekady podbijać ziemie na Północy – wyjaśnił Naznaczony. – Nazwał to Sharak Suun, Wojną w Blasku Dnia. A potem poprowadził ludzi do Sharak Ka, świętej wojny przeciwko demonom. Jeśli Ahmann Jardir sądzi, że jest odrodzonym Wybawicielem, będzie chciał podążyć tą samą drogą.

– Co zatem mamy zrobić? – zapytała Leesha.

– Wznieść umocnienia i stawić im czoła – odparł Naznaczony. – Bronić każdego skrawka ziemi.

– Nie – pokręciła głową Leesha. – Nie będę popierać takich pomysłów. Przecież to zabijanie ludzi, a nie demonów, Arlen! Krasjanie są ludźmi!

– Sądzisz, że o tym nie wiem? Mam przyjaciół wśród Krasjan! Możesz to samo powiedzieć o sobie?

Leesha z trudem otrząsnęła się z zaskoczenia i pokręciła głową.

– Słuchaj mnie uważnie – ciągnął Naznaczony, nieco ciszej, ale nadal z zaciekłością w głosie. – Krasjanie wierzą, że każdy mieszkaniec Północy jest kimś gorszym nawet od najpodlejszego spośród nich. Okazują łaskę przywódcom, którzy ich zdaniem mogą okazać się użyteczni, z czego zresztą robią wielkie widowisko, ale dla zwykłych ludzi nie czynią żadnych ustępstw. Zabiją lub wtrącą do niewoli każdego, kto nie zaprzysięgnie całkowitej, bezwarunkowej wierności Jardirowi i Evejah. Nie mamy wyboru, musimy walczyć!

 

– Możemy zbiec do Angiers – rzekła Leesha. – Możemy skryć się za murami miasta.

– Nie wolno im oddawać terenu. – Naznaczony pokręcił głową. – Ani skrawka, powtarzam! Dobrze znam tych ludzi. Jeśli okażemy wobec nich lęk i wycofamy się, uznają nas za słabych i będą nacierać jeszcze zacieklej.

– Nadal mi się to nie podoba – stwierdziła Leesha z uporem.

– Trudno – wzruszył ramionami Naznaczony. – Na pocieszenie mogę cię tylko zapewnić, że Krasjanie nie mają więcej niż sześć tysięcy wojowników. Problem natomiast w tym, że każdy z nich może bez trudu stawić czoła trzem Rębaczom, a zanim dotrą do Zakątka, wzmocnią swoje siły o ogromne oddziały utworzone z miejscowych niewolników.

– To jak niby mamy z nimi walczyć? – zapytał Rojer.

– Musimy się zjednoczyć – rzekł Naznaczony. – Należy podjąć rozmowy z Lakton, i to szybko, nim Krasjanie odetną szlaki, a także wysłać petycje do książąt Angiers i Miln, by zaprzestali zatargów i przyłączyli się do obrońców.

– Nie znam księcia Miln – stwierdził Rojer. – Niemniej wychowałem się na dworze Rhinebecka, mój mistrz Arrick służył jako jego herold. Dlatego wiem, że władca Angiers prędzej dogada się z otchłańcami niż z księciem Euchorem.

– A zatem będziemy musieli przekonać go osobiście – stwierdziła Leesha i spojrzała na obu mężczyzn. – Wszyscy jak tu siedzimy.

Naznaczony westchnął ciężko.

– Do Lakton wejść nie mam zamiaru. Nie jestem tam mile widziany.

– A więc opowieść mówi prawdę? – zapytał Rojer. – Szefowie doków próbowali cię zabić?

– Mniej więcej – mruknął Naznaczony.


Rojer usiadł tej nocy w muszli akustycznej i grał spokojne melodie, by ukoić uchodźców, którzy nadal mieszkali w namiotach na Cmentarzysku Otchłańców.

Wielu podeszło bliżej i wygrzewało się w blasku wielkiego runu, ulegając czarowi muzyki Rojera. Jego melodie przelewały się wśród słuchaczy, sprawiały, że zapominali, przynajmniej na krótką chwilę, o swoim zdruzgotanym życiu.

Wydawać by się mogło, że muzyka nie jest odpowiednim darem, ale mieszkańcy Zakątka nie mieli nic innego. Rojer grał więc i skrywał twarz za maską Minstrela, nie okazując ponurego nastroju, który zagościł w jego sercu.

Opiekun Jona czekał, aż Minstrel skończy grę. Święty Mąż był młodym człowiekiem, nie ukończył nawet trzydziestu lat, ale mieszkańcy Zakątka darzyli go szczerą miłością. Podobnie traktowali go uchodźcy, gdyż mało kto spośród miejscowych bardziej się troszczył o potrzeby uciekinierów, zarówno te materialne, jak i duchowe. Nie dość, że wziął na swe barki większość zadań związanych z racjonowaniem żywności i organizowaniem miejsc noclegowych dla nowo przybyłych, to jeszcze uczył się ich imion i niósł im pokrzepienie, zapewniając, że nie zostali porzuceni na pastwę losu. Przewodził modlitwom za zmarłych, szukał opiekunów dla sierot i udzielał ślubu kochankom, połączonym wspólną tragedią.

– Dziękuję za ten koncert – powiedział Jona. – Czułem, jak ich dusze wzbijają się ku niebu, gdy słuchali twojej gry. Z moją stało się to samo.

– Będę grał co noc, jeśli nie zostanę wezwany gdzieś indziej – przyrzekł Rojer.

– Niech cię Stwórca błogosławi – powiedział Jona. – Twoja muzyka dodaje wszystkim sił.

– Szkoda tylko, że ja nie czuję się od niej silniejszy – westchnął Minstrel. – Czasem mam wrażenie, że w moim przypadku działa to na odwrót.

– Nonsens – stwierdził Jona. – Siła ducha nie jest niczym ograniczona, nie jest czymś, co jeden człowiek musi stracić, by inny mógł zyskać. Stwórca wszystkich nas obdarza siłą i słabościami. Z jakiego powodu czujesz się słaby, dziecko?

– Dziecko? – zaśmiał się Rojer. – Nie należę do twej publiczności, Opiekunie. Mam swój instrument – pokazał skrzypce – a ty masz swój.

Wskazał smyczkiem ciężki, oprawiony w skórę tom Kanonu trzymany przez Jonę.

Wiedział, że jego słowa zraniły Opiekuna, który zasługiwał na więcej szacunku, ale serce Rojera było czarne z rozpaczy, a Jona nie mógł wybrać gorszej chwili na wywyższanie się. Minstrel czekał tylko, aż Święty Mąż zacznie nań krzyczeć, gotów odpowiedzieć tym samym. Ale Jona nigdy się nie unosił. Wsunął księgę do przeznaczonej na to sakwy i rozłożył dłonie, pokazując, że są puste.

– Dobrze, będę więc mówił do ciebie jako twój przyjaciel – rzekł. – Jako ktoś, kto rozumie twój ból.

– A skąd ci się wzięło przekonanie, że rozumiesz mój ból? – warknął Rojer.

– Bo też ją kocham, Rojer – uśmiechnął się Jona. – Wątpię, czy kiedykolwiek spotkałem człowieka, który by jej nie kochał. Swego czasu przychodziła niemal co dzień do Świętego Domu, by czytać, a potem rozmawialiśmy całymi godzinami. Widywałem, jak opromienia swoim blaskiem mężczyzn, którzy na nią nie zasługiwali, a nigdy nie zauważa, że ja też jestem mężczyzną.

Rojer usiłował nadal chronić się za maską Minstrela, ale w głosie Jony słychać było tyle szczerości, że wola walki młodzieńca całkiem skruszała.

– Jak sobie z tym poradziłeś? Jak można zapomnieć, że się kogoś kocha?

– Stwórca sprawił, że miłość jest bezwarunkowa – rzekł Jona. – Miłość czyni nas ludźmi. Miłość odróżnia nas od otchłańców. Miłość jest cennym skarbem, nawet jeśli nie jest odwzajemniona.

– A więc nadal ją kochasz? – zapytał Rojer.

– Tak – skinął głową Jona. – Ale kocham też Vikę i jeszcze bardziej nasze dzieci. Miłość jest równie nieskończona jak duch.

Z tymi słowami położył dłoń na ramieniu Rojera.

– Nie trać czasu na opłakiwanie tego, czego doświadczyłeś – dodał. – Ciesz się tym, czego doświadczasz. A jeśli kiedykolwiek odczujesz potrzebę, by zamienć kilka słów z kimś, kto jest świadom wyzwania, z którym się mierzysz, przyjdź bez wahania. Obiecuję, że nawet nie wyjmę Kanonu z sakwy.

Klepnął Rojera w ramię i odszedł. Minstrel stał zaś i czuł, jakby ktoś zdjął mu ogromny ciężar z serca.


Gdy Rojer znalazł się w pobliżu chatki Leeshy, zauważył, że światła w oknach nadal płoną, a frontowe drzwi stoją otworem. Tym razem nie wziął płaszcza, a otchłańce trzymał na dystans muzyką, co oznaczało, że Zielarka na pewno słyszała go, jak nadchodzi.

Był to ich wspólny rytuał. Leesha zawsze się czymś zajmowała, ale gdy tylko usłyszała muzykę skrzypiec, otwierała drzwi, po czym wracała do pracy. Wchodząc do jej chatki, Rojer widział, że kobieta siedzi pochylona nad książką czy haftem, uciera zioła lub zajmuje się roślinami.

Przestał grać, dopiero gdy znalazł się na runicznej ścieżce, a zimna noc na powrót stała się bezpieczna. Jedynym śladem zagrożenia były teraz rzadkie, odległe wrzaski otchłańców, lecz w narastającej ciszy Minstrel usłyszał szloch.

Zastał dziewczynę skuloną w starym fotelu na biegunach, owiniętą starym, postrzępionym szalem. Obie te rzeczy należały do jej nauczycielki Bruny i zawsze dawały Leeshy pociechę, gdy ogarniały ją wątpliwości.

Miała czerwone, zapuchnięte oczy, a zmięta chusteczka w jej dłoni przemokła do cna. Kiedy Rojer spojrzał na Leeshę, zrozumiał, co Jona miał na myśli, gdy mówił, by cieszyć się tym, czego się doświadcza. Nawet gdy dopadła ją rozpacz, Zielarka otworzyła drzwi. Czy inni mężczyźni w jej życiu mogli się pochwalić takim przywilejem?

– Już się na mnie nie złościsz? – zapytała.

– Oczywiście, że nie – odparł. – Oboje się trochę unieśliśmy, wielka mi rzecz.

– Cieszę się. – Leesha zmusiła się do uśmiechu.

– Twoja chustka jest całkiem mokra. – Rojer machnął ręką, wyciągając jedną z wielu kolorowych chusteczek trzymanych w rękawie. Podał jej, lecz gdy Leesha wyciągnęła rękę, wyrzucił szmatkę w powietrze, dodał kilka innych, jakby wyczarowanych znikąd, i zaczął nimi żonglować, tworząc krąg kolorowych skrawków płynących w powietrzu. Leesha śmiała się i klaskała.

Jego mistrz, Arrick, potrafił żonglować wszystkim, co było pod ręką, ale Rojer, który miał okaleczoną dłoń, bez przeszkód żonglował jedynie chustkami.

– Wybierz kolor.

– Zielony – oznajmiła, a wtedy Minstrel, poruszając dłonią szybciej niż myśl, wyrwał zieloną chustkę z kręgu i rzucił ku niej. Okazał przy tym taką zręczność, iż wydawać by się mogło, że skrawek tkaniny wyskoczył sam. Rojer złapał resztę chustek i schował, a Leesha wytarła twarz.

– O co chodzi? – zapytał.

– Nie dość, że po nocach prześladują nas demony, to jeszcze ludzie biorą się za zabijanie ludzi. Arlen chce, byśmy walczyli zarówno z jednymi, jak i z drugimi, lecz jak ja mogę poprzeć taki pomysł?

– Wątpię, czy masz wybór – rzekł Rojer. – Jeśli się nie myli, Wojna w Blasku Dnia i tak nas dopadnie, bez względu na to, czy nam się to podoba czy nie.

Leesha westchnęła i wtuliła się mocniej w szal, mimo że runy ciepła dookoła podwórza utrzymywały w chatce przyjemną temperaturę.

– Pamiętasz tę noc w jaskini?

Rojer pokiwał głową. Wydarzyło się to minionego lata, kilka dni po tym, jak Naznaczony ocalił ich na drodze. We troje schronili się wówczas w jaskini przed ulewą. Tam właśnie wyszło na jaw, że Naznaczony i Rojer zabili bandytów, którzy zgwałcili i obrabowali Leeshę. Dziewczyna wpadła wtedy we wściekłość i wyzwała ich od morderców.

– Wiesz, dlaczego byłam tak zła na ciebie i Arlena? – zapytała, a Rojer pokręcił głową. – Ponieważ mogłam sama pozabijać tych ludzi, gdybym tylko chciała.

Z tymi słowami sięgnęła do kieszeni sukni i wyjęła wąską igłę pokrytą zielonkawą substancją.

– Zawsze mam takie igły przy sobie, do zabijania wściekłych zwierząt – wyjaśniła Leesha. – Trzymam je w kieszeni, gdyż są zbyt niebezpieczne, by wkładać je do sakwy z ziołami czy nawet do fartucha, który przecież czasami zdejmuję. Żaden człowiek nie przeżyłby ukłucia, nawet zwykłe draśnięcie mogłoby go z czasem zabić.

– Obiecuję, że od tej pory będę uważał przy tobie na to, co mówię – stwierdził Rojer, ale Leesha się nie roześmiała.

– Miałam jedną z nich w dłoni, gdy cisnęłam oślepiającym proszkiem w oczy ich herszta – mówiła. – Gdybym ukłuła nią tego niemowę, kiedy mnie pochwycił, rozstałby się z życiem w okamgnieniu, a wtedy dziabnęłabym również przywódcę.

– A ja załatwiłbym trzeciego – rzekł Rojer i uniósł pustą dłoń, w której nagle pojawił się nóż. Podrzucił go, obrócił w powietrzu i złapał za rękojeść. – A więc czemu tego nie zrobiłaś?

– Ponieważ co innego zabicie otchłańca, a co innego człowieka. Nawet złego człowieka. Chciałam ich pozabijać. Czasami, gdy wspominam tamto zdarzenie, żałuję, że tego nie zrobiłam. Ale wtedy nie mogłam się do tego zmusić.

Rojer przyjrzał się swemu nożowi, westchnął i wsunął go do specjalnej pochewki na przedramieniu, po czym zapiął mankiet.

– Ja chyba też nie potrafiłbym zabić człowieka – przyznał ze smutkiem. – Zacząłem się uczyć sztuki rzucania nożami jako pięciolatek, ale zawsze stosowałem ją jedynie podczas przedstawień. Nigdy nikogo nawet nie drasnąłem.