Otchłań – Księga 1Tekst

Z serii: Cykl Demoniczny #5
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Otchłań – Księga 1
Otchłań – Księga 1
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 73,58  58,86 
Otchłań – Księga 1
Otchłań – Księga 1
Audiobook
Czyta Filip Kosior
39,90  29,13 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta tytułowa

Cykl demoniczny

Thesa – mapa

Więzienie

I jedno, i drugie

Olive

Hrabina Leesha

Ragen i Elissa

Wataha

Everam to kłamstwo

Eunuchy

Klasztor

Majah

Sprawy rodzinne

Czarownicy

Pozbawieni mocy

Ostatnia wola Arlena Balesa

Lanie

Powrót sióstr

Ukochana

Leśna Forteca

W domu

Ścigani

Eskorta

Hrabia małżonek

Skraj przepaści Nie

„Lament Sharum”

Pierwsze kroki

Karta redakcyjna

Okładka




Dla Sireny Lilith, która już zmienia moje życie na tysiące sposobów

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes


Prolog
Więzienie
334 rok plagi

Nadejdzie czas roju – Alagai Ka, demon Małżonek, przemówił przez usta ludzkiego sługi, zwanego kiedyś Shanjatem.

Małżonek został uwięziony wewnątrz kręgu mocy, ale dokonał częściowego wyłomu i przejął kontrolę nad śmiertelnikiem, zanim ci, którzy go pojmali, zdołali w ogóle zareagować. Shanjat, po tym jak demon umysłu zmiażdżył jego wolną wolę, był właściwie już tylko kukiełką we władzy myślaka i Małżonek rozkoszował się bólem, jaki sprawił w ten sposób swym prześladowcom. Poruszył stopami śmiertelnika, przyzwyczajając się do nowego ciała. Człowiek nie był tak użyteczny jak zmiennokształtny, ale dzięki jego sile, prymitywnej broni z powierzchni oraz emocjonalnej więzi z resztą oprawców Małżonek mógł zrobić z niego użytek.

– Na Otchłań, co to ma właściwie oznaczać? – zapytał Odkrywca, ten sam, którego nazywano Arlenem lub Par’chinem. Wywierał na innych silny wpływ, ale nie można było nazwać tego dominacją.

Małżonek znów skorzystał z aparatu mowy pochwyconego człowieka. Coraz lepiej posługiwał się prymitywnymi burknięciami, które wśród ludzi uchodziły za metodę komunikacji.

– Królowa niebawem złoży jaja.

Odkrywca spojrzał słudze w oczy i skrzyżował ramiona na piersi. Runy wytatuowane na jego ciele migotały mocą.

– O tym już wiem. Co to ma za związek z jakimś rojem?

– Uwięziliście mnie i zabiliście moich najsilniejszych braci – odparł Małżonek. – Na dworze umysłów nie ma już nikogo, kto byłby w stanie powstrzymać młode królowe przed wyssaniem całej mocy z ich matki.

– Królowe pozabijają się nawzajem, tak? – Odkrywca wzruszył ramionami. – A najsilniejsza z nich przejmie władzę nad rojem? Cóż, lepsza młoda królowa od w pełni dojrzałej.

Sługa wpatrywał się w oczy Odkrywcy, a sam Małżonek przyglądał się aurom reszty obecnych. Dziedzic, ów śmiertelnik, którego zwano Jardirem, władający płaszczem, koroną i włócznią Zabójcy Umysłów, był bez wątpienia najbardziej niebezpieczny. Gdyby Dziedzic postanowił zabić Małżonka, ten, uwięziony w runicznym kręgu, miał marne szanse na ocalenie życia, tym bardziej że zawładnięcie ciałem Shanjata rozjuszyło Dziedzica ponad miarę. Aura mężczyzny zdradzała jednakże jego prawdziwe zamiary. Pragnął śmierci Małżonka, ale potrzebował go żywego.

O wiele ciekawsza wydała się demonowi sieć emocji rozciągająca się między Dziedzicem a Odkrywcą. Odnalazł w niej zarówno miłość, jak i nienawiść, tak współzawodnictwo, jak i wzajemny szacunek, gniew i poczucie winy. Była to potężna, odurzająca wprost mieszanina i Małżonek analizował ją z prawdziwą przyjemnością. Dziedzic łaknął informacji. Istniało wiele rzeczy, o których jak dotąd Odkrywca nie zająknął się ani słowem, i aura Dziedzica błyskała irytacją. Nie mógł się pogodzić z tym, że ktoś inny przejął dowodzenie.

O wiele mniej przewidywalną osobą była Łowczyni, którą nazywano Renną. Zaciekła wojowniczka aż skrzyła od skradzionej magii, a jej ciało również było poznaczone wieloma runami mocy. Nie władała mocą tak dobrze jak mężczyźni i była skora do gwałtownych reakcji. Na razie panowała nad sobą, ale nie wypuszczała broni z ręki, gotowa w każdej chwili rzucić się do ataku.

Ostatnią osobą była sługa płci żeńskiej, Shanvah, która podobnie jak kukiełka nie władała wielką magią. Gdyby własnoręcznie nie zabiła księcia demonów, Małżonek zapewne uznałby ją za nieistotną. Bez wątpienia była najsłabszym ogniwem pośród tych, którzy go pojmali, ale miała cudowną, przepiękną wprost aurę. Kukiełka była jej ojcem. Shanvah dysponowała silną wolą, dzięki czemu jej aura wydawała się niezmącona, ale w głębi duszy czuła rozdzierający ból. Małżonek nie mógł się doczekać chwili, gdy otworzy czaszkę tej sługi i wgryzie się w delikatne mięso jej mózgu.

Na razie musiał się jednak skupić na kwestiach bieżących. Sterowana przez demona kukiełka roześmiała się, odciągając uwagę śmiertelników od niego samego.

– Młode królowe nie będą miały szans stanąć do walki. Skoro żaden z moich braci nie może przejąć kontroli nad pozostałymi, każdy porwie jedno jajo i ucieknie.

Odkrywca zamarł. Powoli zaczynał uświadamiać sobie prawdę.

– I wszędzie założą gniazda!

– Nie mam wątpliwości, że to już się zaczęło – rzekł Małżonek, a śmiertelnik w jego władzy zamachał włócznią, co zgodnie z oczekiwaniami przyciągnęło wzrok wszystkich zebranych. – Trzymając mnie tutaj, skazujecie swój ród na zagładę.

Ostrożnie naparł na łańcuchy, szukając słabego ogniwa, wyryte na nich runy zapłonęły i zaczęły zasysać moc demona, choć Małżonek szczelnie ją zasłonił. Zdołał już strzaskać jeden z zamków i uwolnić kończynę. Gdyby zniszczył kolejny, jego kukła mogłaby uszkodzić kręgi na tyle, by Małżonek zdołał uciec.

– Ile książąt umysłu zostało w roju? – spytał ostro Odkrywca. – Zabiliśmy jak dotąd siedmiu, nie licząc ciebie. To już coś, jak sądzę.

– W roju? – powtórzył Małżonek. – Na razie żadnego. Myślę, że już wytyczyli swoje terytoria rozpłodowe i będą je ujarzmiać przed wylęgiem.

– Terytoria rozpłodowe? – spytała Łowczyni.

Kukła uśmiechnęła się.

– Niebawem mieszkańcy waszych Wolnych Miast przekonają się, że ich mury i runy nie są tak potężne, jak dotąd sądzili.

– Śmiałe słowa, Alagai Ka – rzekł Dziedzic. – Chyba zapomniałeś, że leżysz tu spętany.

Małżonek znalazł wreszcie to, czego szukał. Odkrył niewielką skazę w jednym z zamków, który po wielu miesiącach niewoli zaczynał rdzewieć. Gdyby go zniszczył, zdołałby zrzucić łańcuch, ale jego prześladowcy zapewne zwróciliby uwagę na jasny rozbłysk mocy.

– Wolno wam było zaludniać powierzchnię aż do tej chwili. – Kukła zrobiła krok w prawo. Spojrzenia powiodły za nią. – Moi bracia nie znają się na niczym poza polowaniem. Skrzykną swoich wojowników i zniszczą wasze mury jak skorupy jaj, a potem zaczną napychać spiżarnie waszymi pobratymcami, żeby nasycić głód swoich wysiadujących królowych.

 

– A w ich łonach rośnie zagrożenie dla Ala – rzekł Dziedzic. – Nie możemy na to pozwolić!

– Uwolnijcie więc mnie!

– Nie ma mowy – warknął Odkrywca.

– Tak naprawdę to nie macie innego wyboru – oznajmił Małżonek. – Mój powrót może was ocalić przed rojem.

– Jesteś księciem kłamstw – odparł Dziedzic. – A my nie jesteśmy głupcami i nie będziemy wierzyć twoim słowom. Istnieje inne rozwiązanie. Zejdziemy w głąb Otchłani i zabijemy Alagai’ting Ka raz na zawsze.

– Twierdzisz, że nie jesteście głupcami – rzekł Małżonek. – A mimo to wierzysz, że jesteście w stanie przeżyć taką wyprawę? Nie dotrzecie nawet tak daleko jak Kavri, zanim się poddał i uciekł na powierzchnię.

Słowa odniosły zamierzony efekt. Dziedzic zesztywniał i zacisnął dłoń na włóczni.

– Kolejne kłamstwa! Kaji was pokonał!

– Zabił wiele pomniejszych demonów – przyznał Małżonek. – Uśmiercił też wielu książąt. Minęło kilka wieków, zanim rój odzyskał swoją poprzednią liczebność, ale nie zdołał wszak położyć kresu naszej dominacji. Nie łudźcie się, że dokonacie czegoś więcej niż Kavri! To nie pierwszy cykl i nie będzie też ostatnim.

– Powiedziałeś, że zaprowadzisz nas do Otchłani – rzekł Odkrywca.

– Równie dobrze mógłbyś chcieć wybrać się na powierzchnię dziennej gwiazdy – odparł Małżonek. – Zostaniecie zniszczeni na długo, zanim tam dotrzecie, i sam dobrze o tym wiesz.

– No to wskaż nam drogę do roju – polecił Odkrywca. – Na dwór umysłów. Do pieprzonej wylęgarni królowej demonów.

– Ta wyprawa również zakończy się waszą zagładą. – Małżonek przesunął kukłę o jeszcze jeden krok.

– Zaryzykujemy – stwierdziła Łowczyni.

Wreszcie kontrolowany przez Małżonka śmiertelnik znalazł się we właściwym miejscu. Poderwał włócznię i cisnął nią w serce Odkrywcy, który, zgodnie z oczekiwaniami demona, rozpłynął się w powietrzu. Włócznia przemknęła zaś dalej, mierząc w Dziedzica, który odbił ją bez trudu. Wówczas kukła złapała swą tarczę i z całej siły grzmotnęła nią w kamienie runiczne, które więziły Małżonka.

Łowczyni rzuciła się do ataku, ale Shanvah krzyknęła i zasłoniła ojca własnym ciałem. Zniewolony śmiertelnik zaś odwrócił się i ujął runiczny łańcuch, a Małżonek przywołał swą moc i posłał ją, by rozbić nadwerężone ogniwo.

Niczym pająk rozbierający uszkodzoną sieć, kukła odplątywała łańcuchy. Srebrne runy paliły skórę Małżonka, ale była to niewielka cena za wolność. Machnięciem pazura posłał kawałek rozszarpanego ogniwa prosto w Dziedzica i strącił mu z głowy koronę, by ten nie zdołał podnieść tarczy, która już raz demona uwięziła.

W tym czasie Łowczyni odepchnęła drugą kobietę i skoczyła, by powstrzymać kukłę, ale było już za późno. Zamachnęła się w momencie, gdy ciało Małżonka już się rozpłynęło. Pozostał jedynie pojedynczy pazur, którym w ostatniej chwili rozpruł Łowczyni brzuch. Demon umysłu przemknął przez lukę, którą wyrąbała dla niego kukła, i odzyskał materialną formę na skraju zewnętrznego kręgu.

Łowczyni upadła z jękiem, próbując powstrzymać jelita wypływające z rany. Odkrywca skoczył swej samicy na pomoc. Małżonek wiedział, że Łowczyni nie potrafi skupić się na tyle, by samodzielnie zaleczyć swoje rany, a więc Odkrywca będzie musiał zmarnować na to sporo cennego czasu i mocy.

Małżonek nakreślił w powietrzu run uderzenia i kamienie pod stopami Dziedzica eksplodowały. Próbujący sięgnąć po koronę człowiek zatoczył się, a wtedy kukła odrzuciła ją kopnięciem i zaatakowała Dziedzica, by zająć go jeszcze przez kilka oddechów.

Obracając się, Małżonek uniósł swój krótki, karłowaty wręcz ogon i rozrzucił naokoło ekskrementy, które oblepiły i unieszkodliwiły runy. Już miał zniknąć ponownie, gdy Dziedzic krzyknął:

– Dość tego!

Rąbnął tępym końcem włóczni w podłogę i posłał falę mocy, która przewróciła wszystkich. Małżonek szybko się poderwał, zdematerializował i już miał wydostać się na wolność, ale wtedy wkroczył do akcji Odkrywca, który sięgnął po swoją magię. Szarpnął zasłonę i na lukę między runami padło światło świtu. Dzienna gwiazda nie wynurzyła się jeszcze spoza horyzontu, ale jej blask przebił się przez magię Małżonka i wywołał niewyobrażalny ból. Demon nie śmiał zrobić choćby kroku.

Łowczyni rozpłynęła się i na nowo przybrała materialną postać. Jej rany znikły. Wraz z Odkrywcą z wprawą wyrysowali w powietrzu serię runów, które przeszyły niematerialne ciało kryjącego się przed światłem demona falami cierpienia. W tej formie Małżonek nie mógł sterować swą kukłą i jej szczenię błyskawicznie obezwładniło go mocnym chwytem. Dziedzic nałożył koronę i uniósł tarczę, na powrót więżąc Małżonka.

Ten zrozumiał, że nie ma wyboru. Musi się poddać i negocjować, gdyż ci ludzie potrzebowali go żywcem. Małżonek przybrał więc materialną postać, schował szpony i zasłonił kły, po czym uniósł ramiona w ludzkim geście poddania się.

Łowczyni rąbnęła go w bok głowy. Runy uderzenia zadudniły Małżonkowi o czaszkę. Tą kobietą powodowały silne emocje. Małżonek spodziewał się, że inni okażą większe opanowanie, ale wówczas Odkrywca walnął z drugiej strony, rozbijając mu czaszkę. Siła uderzenia wypchnęła demonowi oko z oczodołu.

Małżonek zachwiał się, a wtedy przypadł doń Dziedzic. Cios tępym końcem włóczni okazał się potężniejszy od uderzenia skalnego sługi.

Kaźń nie miała końca i Małżonek zaczął już myśleć, iż ów dziki szał niechybnie doprowadzi do jego śmierci. Próbował się rozpłynąć, ale podobnie jak Łowczyni przed chwilą odkrył, że nie jest w stanie należycie się skupić. Wkrótce nie wiedział nawet, kto wymierza cios. Docierały doń jedynie głuche odgłosy uderzeń i kolejne fale cierpienia.

Później wszystko ogarnęła czerń.


Małżonek obudził się, czując ogromny ból. Próbował pobrać nieco mocy ze swego wewnętrznego zapasu i wykorzystać ją do uleczenia ran, ale zostało jej bardzo niewiele, co oznaczało, że zapewne pobrał wyjątkowo dużo, gdy był nieprzytomny. Jego organizm podświadomie poradził sobie z najpoważniejszymi obrażeniami, a reszta będzie musiała zaleczyć się w naturalny sposób.

Na szczęście uwolnił się od tego przeklętego łańcucha. Być może właśnie naprawiali go w pośpiechu. Być może spodziewali się, że jeszcze przez jakiś czas pozostanie nieprzytomny.

Jeśli tak, to byli większymi głupcami, niż sądził. W oknie pojawiła się już z powrotem gruba zasłona, ale Małżonek wyczuwał za nią mrok nocy. Ucieczka znów była w jego zasięgu. Uniósł szpon i przywołał nieco mocy ze swego szczupłego zapasu, by nakreślić run w powietrzu, lecz energia rozpłynęła się, nim dotarła na czubek pazura. Znów przeszył go ból, aż zasyczał.

Pobrał ponownie, lecz moc znów go zawiodła i zapłonął cierpieniem. Wówczas Małżonek popatrzył na swoje ciało i dojrzał migotanie runów, a wówczas uświadomił sobie prawdę.


Naznaczyli mu skórę igłami i atramentem, tak jak to uczynił sam Odkrywca. Całe ciało Małżonka pokrywały runy. Runy umysłu, przypisane jego własnej kaście.

Uwięzili demona we własnym ciele. Nie był już w stanie się rozpłynąć ani kontrolować niczego mocą swojego umysłu. Co gorsza, gdyby Małżonek – lub któryś z jego prześladowców – nasycił runy magią, te niechybnie by go zabiły.

Przypadł mu los o wiele gorszy od spętania łańcuchem. Małżonek nigdy dotąd nie słyszał o podobnej hańbie.

Niemniej każdy problem można było jakoś rozwiązać. Każda bariera runiczna miała swój słaby punkt. Z czasem na pewno go znajdzie.


1
I jedno, i drugie
334 rok plagi

Leeshę zbudziły skurcze. Przerażona uniosła głowę.

Po dziesięciu dniach na trakcie pod eskortą pięciu tysięcy Rębaczy była już przyzwyczajona do niewygód. Mogła teraz spać jedynie na boku, do czego ławka w wozie zupełnie się nie nadawała. Przeniosła się więc na podłogę, podobnie jak Amanvah i Sikvah, które spały wśród poduszek.

Jej mięśnie maciczne kurczyły się i rozprężały, szykując się do pracy, która je czekała, a dziewczynę zalewały fale bólu. Co prawda poród miał nastąpić dopiero za trzynaście tygodni, ale ciężarnym kobietom często przytrafiały się ataki przedwczesnego bólu.

„A każda z nich za pierwszym razem wpada w panikę” – mawiała Bruna. „Myślą, że już się zaczyna. Przytrafiło się to nawet mnie, choć zanim wystękałam własne dziecko na świat, odebrałam dziesiątki porodów”.

Leesha zaczęła oddychać w szybkim, równym rytmie, by narzucić sobie spokój i załagodzić nieco ból, który zresztą ostatnio wciąż jej towarzyszył. Potężne kopniaki dziecka pozostawiły liczne sińce na skórze jej brzucha.

Kilkakrotnie w trakcie ciąży Leesha zmuszona była wykorzystać potężną moc runów, na co dziecko za każdym razem reagowało bardzo gwałtownie. Dzięki magicznemu oddziaływaniu ludzie nabywali ogromnej siły i wytrzymałości, starzy odzyskiwali młodość, a młodzi przedwcześnie osiągali dojrzałość. Magia intensyfikowała emocje i kruszyła opanowanie. Człowiek pod jej wpływem stawał się skory do agresji, wręcz niebezpieczny. Jaki wpływ tak wielka moc mogła wywrzeć na nieuformowane jeszcze dziecko?

Ciąża nie weszła jeszcze w siódmy miesiąc, mimo to Leesha wyglądała, jakby jej termin się zbliżał, i tak też się czuła. Spodziewała się wcześniejszego porodu, nawet go oczekiwała, bo bała się, że dziecko okaże się zbyt duże, by urodziła je siłami natury. Ba, mogła się spodziewać wszystkiego, łącznie z tym, że potomek samodzielnie wybije dziurę w ścianie łona i wypełznie na świat.

Leesha oddychała i oddychała, ale spokój nie nadchodził, a ból nie słabł.

„Istnieje tysiąc powodów, dla których pojawiają się przedwczesne skurcze” – uczyła Bruna. „Zacznijmy od tego, że dzieciak mógł wymierzyć kopa w pełny pęcherz”.

Leesha znalazła nocnik i załatwiła się, ale nie uśmierzyło to spazmów. Zerknęła na mocz. Był mętny i zabarwiony krwią. Zamarła zapatrzona, a jej myśli rozpoczęły gorączkową gonitwę, ale wówczas dziecko kopnęło raz jeszcze, i to mocno. Leesha krzyknęła z bólu. Nie miała już wątpliwości.

Zaczęło się.


O świcie, gdy Wonda przybyła, by złożyć meldunek, Leesha siedziała wsparta o ławkę. Ogromna dziewczyna ściągnęła wodze, zsunęła się z siodła zręcznie jak kot i stanęła na pierwszym stopniu poruszającego się wozu. Otworzyła drzwi i z wdziękiem opadła na siedzisko naprzeciwko Leeshy.

– Już prawie jesteśmy w domu, pani, jeśli chcesz się ciut przygotować – rzekła. – Gar pojechał przodem, gdy spałaś. Właśnie rozmawiałam z jego posłańcem.

– Jest źle? – spytała Leesha.

– Bardzo źle. Zgromadzili cały dwór. Gar próbował im to wyperswadować, ale nie był w stanie. Powiedział, że prędzej wyrwałby pniaka gołymi rękami.

– Angieriańczycy i ich przeklęty ceremoniał – skrzywiła się Leesha.

Zaczynała już rozumieć, dlaczego księżna Araine mogła przejść przez gromadę kłaniających się służących i udawać, że wcale ich nie dostrzega. Czasem był to jedyny sposób, by dotrzeć tam, gdzie chciała.

– Co więcej, to nie tylko służba i wojsko – ciągnęła Wonda. – Czeka na nas połowa rady miejskiej.

– Na noc! – Leesha ukryła twarz w dłoniach.

– Powiedz tylko słowo, a uformuję wokół ciebie kordon Rębaczy – zaproponowała Wonda. – I powiem wszystkim, że spotkasz się z nimi po tym, jak odpoczniesz.

Leesha pokręciła głową.

– Wracam do domu jako hrabina i nie chcę rozpoczynać piastowania swojej godności od unikania wszystkich naokoło.

– Dobrze, pani – rzekła Wonda.

– Teraz inna sprawa. Muszę ci powiedzieć coś ważnego, ale obiecaj, że zachowasz spokój.

Wonda spojrzała na nią ze zdziwieniem, a potem szeroko otworzyła oczy. Zaczęła się podnosić.

 

– Wondo Rębacz, nawet nie próbuj podnosić tyłka! – Leesha wycelowała w nią palcem, jakby strzelała z bicza, i dziewczyna posłusznie klapnęła z powrotem na ławkę. – Skurcze występują co kwadrans i do porodu mamy jeszcze kilka godzin. Będę dziś zależna od twojej pomocy, moja droga, a więc wysłuchaj mnie uważnie i skup się.

Wonda z trudem przełknęła ślinę, ale pokiwała głową.

– Tak, pani. Powiedz mi, czego potrzebujesz, a zajmę się tym w okamgnieniu.

– Wyjdę z powozu statecznym, dostojnym krokiem i skieruję się ku drzwiom – rzekła Leesha. – Chcę rozmawiać tylko z jedną osobą naraz. Ani na moment nie będziemy się zatrzymywać ani zwalniać.

– Tak, pani.

– Oficjalnie mianuję cię dowódcą mojej straży przybocznej. Jeśli jest tak, jak mówisz, i wszyscy rzeczywiście znajdą się na dziedzińcu, będziesz mogła przejąć dowodzenie i posłać Rębaczki, żeby zajęły i zabezpieczyły rezydencję. Mają nie wpuszczać nikogo poza tobą, mną i Darsy.

– A Vika?

Leesha pokręciła głową.

– Vika będzie miała pierwszą od wielu miesięcy okazję, żeby ujrzeć swojego męża. Nie odbierajmy im tego. Poza tym Darsy jest równie kompetentna jak Vika.

– Dobrze, pani.

– Nie wolno ci zdradzić nikomu, co się właśnie dzieje. Nikomu. Ani straży, ani nawet Garedowi.

– Ale... – zaczęła Wonda.

Leesha przerwała jej bez skrupułów:

– Nikomu.

Zaczęła się kolejna fala skurczy i Leesha zacisnęła zęby, przez co jej głos zabrzmiał jak dzikie warknięcie. Miała wrażenie, że wokół brzucha owinął się wąż, który zaciskał sploty.

– Nie mam najmniejszego zamiaru pozwolić na to, żeby ludzka paplanina zamieniła moją sytuację w przedstawienie Minstrela. Mam zaraz urodzić dziecko Ahmanna Jardira! Nie wszyscy dobrze mu życzą i po jego narodzeniu oboje będziemy... Cóż, bezbronni.

Oczy Wondy stwardniały.

– Nie. Przysięgam, że póki żyję, nic ci nie będzie grozić. Przysięgam na słońce!


Wonda opuściła wóz, z łatwością wsuwając stopę w strzemię idącego obok konia. Jej twarz była obojętna i nic nie wskazywało na to, że przed momentem dowiedziała się niezwykłych rzeczy.

Runiczne światło w powozie przygasło, gdy do środka wpadły promienie wczesnego słońca, ale rozjarzyło się na powrót, gdy Wonda zatrzasnęła drzwi. W tej samej chwili uaktywniły się również runy ciszy i Leesha wreszcie jęknęła głośno z bólu. Ułożyła dłoń na plecach, drugą wsunęła pod swój ciężki brzuch i podniosła się z trudem. Dzięki runom gorąca woda w czajniku niemal natychmiast się zagotowała. Leesha wylała jej nieco na ręcznik i przycisnęła go do twarzy.

Spojrzała na siebie w lustrze. Jej twarz była blada, a pod oczami malowały się ciemne kręgi. Leesha miała wielką ochotę sięgnąć do sakiewki z hora i pobrać nieco magii, by wzmocnić się przed oczekującym ją zadaniem, ale wiedziała, że to zbyt niebezpieczne. Bywały przypadki, kiedy rodzące się dzieci bardzo źle reagowały na magię, a ostatnią rzeczą, której teraz pragnęła, był trudny poród.

Zerknęła na swój zestaw do makijażu, ale malowanie twarzy nigdy nie wychodziło Leeshy tak dobrze jak kreślenie runów. Upiększanie twarzy było domeną jej matki. Mimo to zrobiła, co mogła, rozczesując sobie włosy i poprawiając suknię.

Drogi prowadzące przez zewnętrzne okręgi Zakątka Drwali wiły się i bezustannie zakręcały, w przeszłości zostały wytyczone wedle projektów wielkich runów, które ułożyła wraz z Arlenem Balesem. Zakątek składał się teraz z ponad tuzina okręgów i stanowił ciągle rozbudowującą się sieć połączonych wielkich runów, które co noc spychały demony coraz dalej. Leesha znała strukturę dróg i układ runów równie dobrze jak ciało kochanka i nie musiała nawet wyglądać przez okno, by wiedzieć, że przejeżdżają właśnie przez Nową Przystań.

Niebawem mieli dotrzeć do Zakątka Drwali, stolicy całego hrabstwa i serca sieci wielkich runów. Dwa lata wcześniej Zakątek był osadą zamieszkałą przez niecałe trzysta dusz i ledwie zasługującą na miejsce na mapie. Teraz dorównywał wielkością i znaczeniem każdemu z Wolnych Miast.

Leeshę pochwyciła kolejna seria skurczy. Pojawiały już częściej, co kilka minut. Kobieta czuła powiększające się rozwarcie, miała też wrażenie, że dziecko przesuwa się w dół. Oddychała wedle narzuconego sobie rytmu. Znała zioła, które mogły ulżyć cierpieniom, ale na razie nie miała odwagi ich warzyć. Postanowiła, że zaczeka, aż znajdzie się w bezpiecznej komnacie.

Wyjrzała zza zasłonki i natychmiast tego pożałowała, bo w odpowiedzi poniosły się wiwaty. Liczyła z początku na to, że przybywając do Zakątka przed świtem, nie wywoła wielkiej sensacji, ale przemarsz tak wielkiego oddziału wojska nie mógł nie przyciągnąć uwagi. Pomimo wczesnej pory na ulicach gromadziły się tłumy ludzi, by powitać długi orszak.

Nie mogła przyzwyczaić się do myślenia o twierdzy Thamosa jako o swoim domu, ale była teraz hrabiną Zakątka i twierdza należała do niej. Pod jej nieobecność Darsy zamieniła chatę w Zagajniku Zielarek w główną siedzibę Akademii Zielarek, a sama Leesha miała nadzieję, że wkrótce w Zakątku pojawią się inne szkoły. Osobiście wolałaby wrócić do chaty i trenować adeptki, lecz wiedziała, że mieszkając w twierdzy, będzie mogła osiągnąć znacznie więcej.

Zmarszczyła nos, gdy forteca ukazała się jej oczom. Była to zwalista, otoczona murem budowla wzniesiona z myślą o obronie. Zmysłem estetyki podczas jej budowy nie kierowano się wcale, przynajmniej na zewnątrz. Wnętrza fortecy prezentowały się jeszcze gorzej, ich przepych był nie na miejscu w krainie, która podnosiła się z gruzów po wojnie. Leesha wiedziała, że teraz, gdy twierdza należała do niej, trzeba będzie uporać się zarówno z jednym problemem, jak i z drugim.

Wielkie wrota stały otworem, a wzdłuż drogi czekali w gotowości Drewniani Żołnierze, kawaleria Thamosa, z której ocalało ledwie pół setki wojowników. Pozostali wraz z samym hrabią polegli w bitwie o Dokowisko. Wyglądali olśniewająco na wspaniałych angieriańskich mustangach, które stały równie nieruchomo jak ich jeźdźcy. Oni sami zaś czekali w pełnym rynsztunku bojowym, jakby spodziewali się, że Leesha natychmiast poprowadzi ich do boju.

Ludzie zebrani na dziedzińcu wydawali się także przygotowani zarówno na powitanie hrabiny, jak i na wojnę. Po lewej czekali dosiadający koni kapitan Gamon i jego porucznicy, a za nimi setki wyprostowanych, patrzących przed siebie żołnierzy, uzbrojonych w oparte o ziemię i pochylone pod identycznym kątem ciężkie halabardy. Po prawej zgromadziła się służba, liczna niczym mała armia i trzymająca wojskową dyscyplinę. Ich liberie były czyste i wyprasowane.

Ciekawe, co by się stało z całą tą paradą, gdybym zaczęła rodzić tu przy nich, pomyślała kwaśno Leesha, ale wówczas dziecko kopnęło mocno, a jej samej odechciało się żartów.

Zgodnie z ostrzeżeniami Wondy przy schodach prowadzących do twierdzy oczekiwała na nich grupka ludzi. Na ich czele prostował się na baczność uzbrojony we włócznię lord Arther, obok niego Tarisa, piastunka hrabiego z czasów jego dzieciństwa, a teraz dama dworu Leeshy. Był wśród nich Gared ze swą oblubienicą Rosal oraz jej matką, był Inkwizytor Hayes, Zielarki Darsy i Vika, jej ojciec Erny oraz... Na noc, Leesha dojrzała nawet swoją matkę Elonę, która z nienawiścią wbijała wzrok w plecy Rosal. Leesha miała wielką nadzieję, że tak wczesne przybycie uwolni ją od spotkania z tym demonem, ale Elona jak zwykle przybyła nieproszona.

Wonda wsunęła głowę przez szparę w drzwiach.

– Jesteś gotowa, pani?

Ciało dziewczyny przeszyły kolejne skurcze. Było jej gorąco i pociła się, choć do środka wpadło mroźne zimowe powietrze. Uśmiechnęła się, nie okazując słabości. Nogi jej zadrżały, gdy się podniosła. Dziecko przesunęło się jeszcze niżej.

– Tak, moja droga. No, ruszajmy.

Gamon zeskoczył z konia, gdy powóz podjechał bliżej, i podał dłoń, gdy Leesha pojawiła się na schodkach. Na ten sam pomysł wpadli Gared i Arther i teraz przepychali się przy stopniach, ale Leesha zignorowała ich wszystkich, złapała ramię Wondy i powoli zeszła.

Nie mogę się przewrócić na oczach tych wszystkich ludzi! – pomyślała.

– Witamy z powrotem w Zakątku, hrabino! – Arther wykonał dworski ukłon. – Nie posiadamy się z radości, mogąc cię znów ujrzeć. Gdy dotarły do nas wieści o ataku na Angiers, obawialiśmy się najgorszego.

– Dziękuję – odparła Leesha wyniośle.

Wszędzie dookoła siebie widziała ukłony i dygnięcia. Przez moment stała wyprostowana jak struna, pozdrawiając wszystkich pełnymi godności skinieniami głowy, które wywołałyby uznanie nawet księżnej Araine. Potem ruszyła przed siebie.

Wonda, nadal podtrzymując Leeshę, wysunęła się bardziej do przodu, a dwie barczyste, potężnie zbudowane Rębaczki znalazły się z tyłu. Zaskoczeni mężczyźni usuwali im się z drogi, ale szybko odzyskiwali rezon i podążali za nimi. Jako pierwszy dogonił Leeshę kapitan Gamon.

– Moja pani, przygotowałem rozkład wart waszej straży...

– Dziękuję, kapitanie Gamon – odparła Leesha. Jej podbrzusze płonęło. Zacisnęła uda, bojąc się, że wody odejdą, nim wejdzie do środka. – Niech pan będzie taki dobry i przekaże ją kapitan Wondzie.

Gamon otworzył szeroko oczy i zatrzymał się.

– Kapitan Wondzie?

– Niniejszym podnoszę Wondę Rębacz do rangi kapitana i mianuję ją dowódcą mojej straży przybocznej – oznajmiła głośno Leesha, nie zwalniając. – To awans, na który od dawna zasługuje.

Gamon znów podbiegł za nimi.

– Jeśli moja służba nie spełniła waszych oczekiwań... – zaczął.

Leesha uśmiechnęła się, nie wiedząc, czy uda jej się powstrzymać wymioty.

– Skądże znowu. Wasza służba była wzorowa, kapitanie, i nikt nie podważy tego, że służycie Zakątkowi z odwagą i poświęceniem. Zachowacie dowództwo Drewnianych Żołnierzy, ale moje osobiste bezpieczeństwo powierzam tylko i wyłącznie kapitan Wondzie. Proszę odwołać żołnierzy i przekazać im, żeby wrócili do poprzednich obowiązków. Nie spodziewamy się żadnych ataków.

Gamon wyglądał, jakby próbował połknąć kamień, ale Leesha, która spędziła w Angiers wiele miesięcy, nie mając pojęcia, czy jest gościem, czy może jeńcem, miała już dość Drewnianych Żołnierzy na każdym kroku. Wonda tymczasem dała znak wybranym zawczasu Rębaczkom, by zajęły wejście do rezydencji i przegoniły postronnych z komnat.

Arther podbiegł i zajął miejsce oszołomionego Gamona.

– Wasza służba...

– ...prezentuje się wspaniale i zapewne aż się pali, żeby wrócić do pracy – przerwała mu Leesha. – Nie zawracajmy im więc głowy.

Machnęła ręką, dając wszystkim sygnał do odejścia.

– Oczywiście, moja pani – rzekł Arther i spojrzał wymownie na zebranych. Tłum zaczął się rozchodzić. On sam chciał jeszcze coś powiedzieć, lecz wówczas Leeshę dogoniła Elona, za którą podążał Erny.

Jej matka była w szóstym miesiącu ciąży, ale nosiła suknie z głębokimi dekoltami, które maskowały wystający brzuch i przyciągały spojrzenia gdzie indziej. Ludzie rozstępowali się przed nią, jakby była otchłańcem.

– Moja córka jest hrabiną Zakątka! – Elona rozrzuciła ramiona. Na jej twarzy jaśniało coś nowego... Czyżby duma? Jeśli Leesha się nie myliła, właśnie dokonała przerażającego odkrycia.