Dziedzictwo PosłańcaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta tytułowa

Cykl demoniczny

Thesa – mapa

Dziedzictwo Posłańca

Święto w Potoku Tibbeta

Selia zwana Wyschniętą

Karta redakcyjna

Okładka




Dziedzictwo Posłańca
Myke’owi oraz Joshui, którzy czytają wszystkie wersje

Wstęp

Podobnie jak „Wielki Bazar” oraz „Złoto Brayana”, opowiadania wchodzące w skład cyklu demonicznego, „Dziedzictwo Posłańca” wyrosło z głównej serii niczym urwana gałązka, która posadzona w ziemi puszcza własne korzenie i zakwita.

Pierwszy rozdział, noszący tytuł „Prawdziwy ogień”, miał z początku otwierać trzecią część: „Wojna w Blasku Dnia”. Wkrótce jednak zrozumiałem, że nie zdołam zmieścić pełnej historii Briara w serii, która już słynęła z rosnącej liczby głównych bohaterów. Rozdział więc został wycięty, ale zawsze wiedziałem, że wrócę do niego, gdy nadejdzie odpowiedni moment.

Jakiś czas później rozdział ten został opublikowany w „Unfettered”, wydanej dla celów charytatywnych antologii Shawna Speakmana, gdzie nosił tytuł „Mudboy”. Nie była to jednak cała opowieść, przez co cieszę się, że Subterranean Press dało mi szansę na opowiedzenie jej do końca.

Briar pojawi się w przyszłym roku* w „Tronie z Czaszek”, czwartej części cyklu.

Peter V. Brett

lipiec 2014

www.petervbrett.com

* Polskie wydanie ukazało się w 2015 roku (przyp. tłum.).

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes


Rozdział 1
Prawdziwy ogień
324 rok plagi, lato

Łoskot wyrwał Briara ze snu.

Jego matka tłukła metalową chochlą w garnek od owsianki, a hałas niósł się po całym domu.

– Wstawać, lenie śmierdzące! – wołała. – Pierwszy róg rozległ się kwadrans temu i śniadanie stygnie! Każdy, kto nie podniesie się przed wschodem słońca, będzie chodził z pustym brzuchem aż do obiadu!

W głowę Briara uderzyła poduszka.

– Otwieraj okiennice, Krzaczor – wymamrotał Hardey.

– A czemu ja zawsze muszę to robić? – spytał Briar.

Druga poduszka uderzyła go z drugiej strony.

– Bo jeśli jest tam jakiś demon, Hardey i ja zdołamy zwiać, kiedy będzie cię żarł! – parsknął Hale. – Ruszaj się!

Bliźniacy zawsze znęcali się nad nim razem, co niestety miało znaczenie. Mieli już dwanaście lat i górowali nad młodszym bratem niczym drzewne demony.

Briar niezgrabnie wytoczył się z łóżka, przetarł oczy, po czym wymacując drogę, dotarł do okna i odsunął żaluzje. Niebo miało kolor czerwonawego fioletu i było już widno na tyle, że chłopak mógł dostrzec kształty czających się na podwórzu demonów. Matka mówiła na nie otchłaniaki, lecz ojciec zwał je alagai.

Podczas gdy bliźniacy nadal przeciągali się w łóżkach i czekali, aż ich wzrok dostosuje się do dziennego światła, Briar wypadł z pokoju, by jako pierwszy zdążyć do wychodka. Już był prawie na miejscu, gdy jak zwykle w ostatniej chwili na bok odepchnęły go siostry.

– Dziewczyny przodem! – oznajmiła Sky.

Miała trzynaście lat i była o wiele groźniejsza od bliźniaków, ale nawet dziesięcioletnia Sunny dawała radę bez wysiłku rozstawiać Briara po kątach.

Chłopak uznał, że wytrzyma jakiś czas i załatwi się dopiero po śniadaniu. Pognał więc do stołu. Był Dzień Szósty i ojciec, Relan, zdobył bekon. Każde z dzieci miało otrzymać po kawałku. Briar wciągnął w płuca zapach, wsłuchując się w cichy trzask mięsa przysmażanego na patelni. Mama obierała jajka, podśpiewując pod nosem. Dawn była krągłą kobietą z grubymi ramionami, która potrafiła jednocześnie zmagać się z piątką swoich dzieci i zmiażdżyć je wszystkie w potężnym uścisku. Włosy nosiła związane zieloną chustką.

Spojrzała na syna i uśmiechnęła się.

– W głównej izbie jest nadal dość chłodno, Briarze. Bądź grzecznym chłopcem i rozpal ogień, proszę!

Briar pokiwał głową i udał się do centralnego pomieszczenia ich niewielkiej chatki, po czym uklęknął przy palenisku. Wyciągnął rękę w górę i przesunął dźwignię otwierającą przewód kominowy, a potem zabrał się do rozpalania ognia. Z kuchni dobiegał śpiew mamy:

Wiesz, jak ogień w kominie rozpalić trzeba?

Zrób cug w kominie, inaczej się nie da!

Ułóż stosik z gałązek, trawy i suchych patyków,

trochę torfu, iskra i już po krzyku!

Potem wystarczy na żar podmuchać

i już masz ogień, który ciepłem bucha.

Briar szybko rozpalił ogień, a jego rodzeństwo zdążyło w tym czasie zająć wszystkie miejsca. Chłopak stał i patrzył, jak nakładają sobie na talerze jajka i smażone pomidory z cebulą. Na stole stał również koszyk z podgrzanymi kromkami chleba, a Dawn pracowicie kroiła bekon. Zapachy były tak smakowite, że Briar mało nie jęknął. Próbował pochwycić jakąś kromkę, ale Sunny pacnęła go w rękę.

– Poczekaj na swoją kolej, Krzaczor!

– Musisz okazać odwagę – rozległ się głos za jego plecami. Briar odwrócił się, by spojrzeć na ojca. – Bojaźliwi chłopcy w sharaj chodzili spać głodni.

Jego ojciec, Relan am’Damaj am’Kaji, był kiedyś wojownikiem Sharum, ale wymknął się z Pustynnej Włóczni na tyle wozu Posłańca. Zajmował się teraz wywożeniem śmieci i nieczystości, lecz jego włócznia i tarcza nadal wisiały na ścianie. Wszystkie dzieci odziedziczyły po nim ciemną karnację i szczupłą sylwetkę.

– Oni wszyscy są więksi ode mnie – rzekł Briar.

Relan pokiwał głową.

– Tak, ale wzrost i siła to nie wszystko, mój synu – odparł i spojrzał na frontowe drzwi. – Wkrótce wstanie słońce. Chodź ze mną.

Briar się zawahał. Ojciec zawsze zwykł poświęcać uwagę jego starszym braciom i chłopiec ucieszył się, że wreszcie został dostrzeżony, ale nagle przypomniały mu się demony, które widział w ogrodzie. Okrzyk matki sprawił, że obaj odwrócili głowy.

– Nawet nie myśl o tym, by go ze sobą zabrać, Relanie! Przecież on ma tylko sześć lat! Briar, wracaj do stołu.

Gdy chłopak chciał spełnić polecenie Dawn, ojciec zatrzymał go, kładąc mu dłoń na ramieniu.

– Sześć lat to odpowiedni wiek, by się nauczyć, przy których alagai należy stać nieruchomo, a przy których rzucić się do ucieczki, ukochana – odparł Relan. – Rozpieszczając nasze dzieci, w niczym im nie pomagamy.

Wyprowadził Briara na ganek i zamknął drzwi, zanim Dawn zdążyła wygłosić ripostę.


Kolor nieba przeszedł już w nieco jaśniejsze indygo, a do świtu brakowało paru minut. Relan zapalił fajkę, po ganku rozszedł się słodki, znajomy zapach. Briar oddychał głęboko – woń palonego tytoniu napawała go większym poczuciem bezpieczeństwa niż runy ochronne wokół domu.

Rozejrzał się, zadziwiony. Dobrze znał ganek, gdzie, podobnie jak w pozostałych pomieszczeniach ich domu, stały niepasujące do siebie elementy umeblowania, które Relan znosił z wysypisk śmieci i starannie naprawiał. Niemniej w ułudnym świetle poranka wszystko wydawało się inne, nieprzyjemne i złowieszcze. Większość demonów znikła już w obawie przed wschodzącym słońcem, ale jeden odwrócił się, usłyszawszy skrzypienie desek na ganku i odgłosy dobiegające z domu. Dostrzegł Briara i jego ojca, po czym skradając się, ruszył ku nim.

– Nie wychodź za runy – ostrzegł Relan i wskazał ustnikiem fajki znaki wymalowane na deskach. – Nawet najśmielszy wojownik dwa razy pomyśli, zanim przekroczy barierę.

Drzewny demon na nich zasyczał. Chłopak znał go – wiedział, że materializuje się co noc przy starym złotodrzewie, na które sam uwielbiał się wspinać. Potwór nie spuszczał oczu z Relana, który ze spokojem odwzajemniał spojrzenie. Wtedy demon rzucił się do szarży i grzmotnął w barierę ochronną ogromnymi ramionami przypominającymi gałęzie. Srebrne impulsy magiczne rozbiegły się po barierze niczym pajęczyna. Briar wrzasnął i odwrócił się, żeby uciec do domu.

 

Ojciec złapał go za nadgarstek i zatrzymał bolesnym szarpnięciem.

– Uciekając, przyciągasz jedynie ich uwagę – oznajmił.

Obrócił chłopaka i pokazał mu, że potwór w istocie wpatrywał się teraz w niego. Otchłaniec zawarczał głucho, a cieniutka strużka śliny, żółtej niczym żywica, ściekła mu z kącika paszczy.

Relan ukucnął i pochwycił Briara za ramiona, wpatrzył się w jego oczy.

– Zawsze należy szanować alagai, mój synu, ale nie możesz pozwolić, by rządził tobą strach przed nimi.

Delikatnie popchnął chłopaka ku runom. Demon nawet nie drgnął, nadal czyhał w odległości zaledwie kilku kroków. Wrzasnął na nich, w szeroko rozwartej paszczy błysnęły kły koloru bursztynu oraz szorstki brązowy język.

Nogi Briara dygotały coraz bardziej. Zaparł się mocno, by uspokoić drżenie. Miał wrażenie, że zaraz pęknie mu pęcherz. Przygryzł wargę. Wiedział, że bracia i siostry nigdy nie przestaną z niego kpić, jeśli wróci do środka z mokrą nogawką.

– Oddychaj, mój synu – mówił Relan. – Pokonaj swój strach i zaufaj runom. Naucz się zwyczajów alagai, poznaj inevera, a nie grozi ci śmierć od ich szponów.

Briar wiedział, że powinien wierzyć ojcu, który nieraz walczył w nocy, uzbrojony jedynie w tarczę i włócznię, ale słowa Relana nie były w stanie zmóc skurczów strachu w żołądku ani też odpędzić parcia na pęcherz. Chłopiec skrzyżował nogi, by się nie posiusiać – miał nadzieję, że ojciec niczego nie zauważy – i spojrzał na horyzont, ale niebo nadal było pomarańczowe. Ani śladu złocistych promieni świtu. Już wyobrażał sobie braci, którzy turlają się ze śmiechu po podłodze, oraz siostry, które śpiewają: „Posikał się! Posikał się! Briar się posikał!”.

– Spójrz na mnie. Nauczę cię sztuczki prosto z Labiryntu – rzekł Relan i gestem nakazał synowi się odsunąć. Potem zbliżył się do linii runów, spojrzał drzewnemu demonowi w ślepia i odwzajemnił jego warknięcie.

Wychylił się w lewo, a demon odzwierciedlił jego ruch. Wyprostował się i pochylił w prawo, a potwór zrobił to samo. Potem Relan zaczął kołysać się lekko z boku na bok, a otchłaniec, niczym lustrzane odbicie, powtarzał jego ruchy. Naśladował go nadal, gdy były Sharum zrobił krok w lewo, wrócił do poprzedniej pozycji i zrobił krok w prawo. Następnym razem wykonał dwa kroki w obu kierunkach, a potem trzy. Demon zrobił to samo.

W końcu ojciec zrobił cztery długie kroki w lewo i zatrzymał się, przechylając ciało w prawo. Demon instynktownie ruszył w prawo, choć były wojownik na przekór niemu dalej szedł w lewo i dotarł do końca ganka. Gdy demon zrównał się z Relanem, wrzasnął przeraźliwie i skoczył na niego. Runy zapłonęły jaskrawo i odrzuciły potwora w tył.

Relan odwrócił się ku Briarowi i uklęknął na jedno kolano, by spojrzeć chłopcu w oczy.

– Alagai są większe od ciebie, mój synu. Są też silniejsze. Niemniej – pstryknął Briara palcem w czoło – na pewno nie są mądrzejsze. Mózgi sług Nie są wielkości groszku, przez co myślą oni wolno i łatwo ich oszołomić. Jeśli cię któryś osaczy, pokonaj swój strach i kołysz się tak, jak ci pokazałem. Gdy alagai skręci w niewłaściwym kierunku, idź ku runom. Idź, nie biegnij. Nawet najmądrzejszy demon zrobi przynajmniej sześć kroków, zanim uświadomi sobie, że padł ofiarą fortelu.

– Dopiero potem mam biec? – odgadł Briar.

– Nie. Idź dalej przez mniej więcej tyle czasu, ile trzeba, by trzy razy powoli odetchnąć. Przynajmniej tyle potrzeba, by demon zorientował się w sytuacji – odparł ojciec i pacnął chłopaka w udo, a ten skrzywił się i złapał za krocze, ze wszystkich sił powstrzymując mocz. – Dopiero potem rzucasz się do biegu. I pędzisz, jakby ci się dom palił.

Briar pokiwał głową skrzywiony.

– Trzy oddechy – powtórzył Relan. – Przećwiczmy to.

Wciągnął głęboko powietrze i dał Briarowi znać, by zrobił to samo. Chłopak napełnił płuca powietrzem i powoli je wypuścił. Potem uczynili to ponownie.

Chłopiec wiedział, że ta technika miała mu pomóc narzucić sobie spokój, ale miał wrażenie, że głębokie oddechy jedynie nasilają napór na pęcherz. Wiedział, że ojciec na pewno jest tego świadom, ale Relan nie dał nic po sobie poznać.

– Czy wiesz, dlaczego wraz z matką nadaliśmy ci imię Briar?

Chłopiec pokręcił głową. Czuł coraz większe gorąco na twarzy.

– Kiedyś w Krasji urodził się dzieciak, który został porzucony przez rodziców, bo był słaby i chorowity – opowiadał Relan. – Nie mógł nadążyć za stadami, którymi się zajmowali, by przeżyć, tak więc ojciec, który miał wielu innych synów, wyrzucił go z rodziny.

Po policzkach Briara spłynęły łzy. Czy i on zostanie wyrzucony, jeśli zmoczy się ze strachu?

– Wataha nocnych wilków, która podążała za ich stadem, bała się włóczni jego rodziny, ale gdy drapieżniki pochwyciły zapach samotnego, bezbronnego chłopca, ruszyły bez wahania jego tropem – ciągnął Relan. – Chłopak skrył się w zagajniku dzikiego głogu i gdy jeden z wilków wskoczył tam w ślad za nim, utknął wśród ostrych kolców. Dzieciak zaczekał, aż zwierzę przestanie się szamotać, a potem rozbił mu łeb kamieniem. Gdy wrócił do ojca z przewieszoną przez ramię wilczą skórą, ten padł na kolana i błagał Everama o wybaczenie za to, że zwątpił w swoje dziecko. A Briar to w języku mojego ludu głóg, pamiętasz?

Relan ponownie mocno ścisnął ramiona syna.

– Bracia i siostry kpią z twojego imienia, ale noś je z dumą. Krzaki dzikiego głogu rozrastają się w miejscach, w których nie są w stanie przeżyć żadne inne rośliny, i nawet alagai wolą się trzymać z daleka od ich ostrych kolców.

Konieczność opróżnienia pęcherza wcale nie znikła, lecz chłopak miał wrażenie, że nie doskwiera mu już tak bardzo. Wyprostował się i stanął obok ojca, wraz z nim patrząc, jak niebo wypełniają kolory. Ostatnie demony rozpłynęły się we mgłę i wniknęły w ziemię, zanim pojawiły się pierwsze promienie. Relan otoczył barki syna ramieniem i wspólnie podziwiali wschód słońca, mieniący się na powierzchni jeziora. Briar cieszył się chwilą – rzadko miał okazję spędzić moment z ojcem, z dala od natrząsających się z niego, szturchających braci i sióstr.

Szkoda, że mam rodzeństwo, pomyślał.

I w tej chwili spłynął na niego blask słońca.


Pozostali już zbierali naczynia, ale Dawn zostawiła talerze dla Briara i Relana. Chłopak zasiadł do posiłku wraz z ojcem i poczuł się wyróżniony.

Relan ugryzł swój kawałek bekonu i przymknął oczy, rozkoszując się smakiem.

– Dama mówił mi, że świniojady spłoną w czeluści Nie, ale na brodę Stwórcy, nie będę żałował.

Briar poszedł w ślady ojca. Wgryzł się w swoją porcję, smakując słony, tłusty kawałek usmażonego mięsa.

– Jak to jest, że Krzaczor może jeść po wschodzie słońca? – spytała ostro Sky.

– No właśnie! – wykrzyknęli chórem bliźniacy, którzy zgadzali się z siostrą jedynie w tym, że należy znęcać się nad Briarem.

Z twarzy Relana zniknął uśmiech.

– Ponieważ je ze mną.

Ton wyraźnie sugerował, że na kolejne pytania odpowie za pomocą rzemienia, który wisiał na ścianie niedaleko kominka. Był ostrzeżeniem, które wszystkie dzieci Damajów brały bardzo poważnie. Relan sięgał po rzemień, gdy jego muł nie miał ochoty ciągnąć wielkiego ciężaru, ale mężczyzna nie zawahał się również spuścić go na tyłek Hardeya, gdy ten wrzucił kota do jeziora, by się przekonać, czy zwierzę potrafi pływać. Wszystkie dzieci doskonale pamiętały dzikie wrzaski brata i żyły w wielkim lęku przed rzemieniem.

Relan, nie zwracając już uwagi na swoje potomstwo, pochwycił widelcem kolejny kawałek bekonu i położył go na talerzu Briara.

– Chłopcy, idźcie nakarmić zwierzęta i zaprzęgnijcie wóz – odezwała się Dawn, przerywając pełne napięcia milczenie. – Dziewczynki, namoczcie pranie.

Dzieci ukłoniły się i jedno po drugim wybiegły z izby. Briar został sam z ojcem.

– Kiedy w Krasji chłopiec po raz pierwszy staje przed alagai, następny dzień spędza na modlitwie – powiedział Relan i wybuchnął śmiechem. – Przyznam, że modły szybko mi się znudziły, ale mimo to warto sobie przemyśleć to doświadczenie. Po modlitwach możesz zrobić sobie dzień wolnego i pospacerować w słońcu.

Dzień wolnego. Dzień, by robić wszystko, co mu się zamarzy. Briar wiedział, co powiedzieć, choć słowa wydawały się niewystarczające.

– Tak, ojcze. Dziękuję.


Rodzina Damajów szła gęsiego do Świętego Domu. Na czele szedł Relan, po nim Dawn, a jako trzeci Hale, który był o kwadrans starszy od Hardeya. Sky była co prawda rok starsza od bliźniaków, ale jako dziewczyna szła za nimi, a po niej Sunny. Briar po ukończeniu dziewiątego roku życia miał prześcignąć siostry w rodzinnym szeregu, ale wiedział, że na to przyjdzie mu jeszcze długo czekać. Zawsze szedł więc jako ostatni i co chwila podbiegał, by dotrzymać kroku ojcu, który jak zwykle narzucił mordercze tempo.

Tego dnia szli szybciej niż zwykle, gdyż wyszli późno z domu. Spojrzenia rodzeństwa mówiły chłopcu, że słono im za to zapłaci. Tego, że został zwolniony od obowiązków, również nie chcieli puścić mu płazem.

Pomimo spóźnienia rodzina Damajów dotarła na rynek w chwili, gdy wielu mieszkańców dopiero otwierało okiennice. Święty Dom był niemal pusty.

– Jakie to okropne – oznajmił Relan na widok pustych ławek. Jedynie grupa miejscowych, głównie starszych, przybyła na modły, ale było ich niewielu w stosunku do tłumów, które przybywały do świątyni w Bogton Dnia Siódmego.

Briar wiedział, co zaraz usłyszy od ojca, gdyż ten skwapliwie krytykował bezbożność innych ludzi w obecności swoich dzieci.

– To zniewaga dla Everama, kiedy jego dzieci modlą się tylko raz w tygodniu!

Wygłaszając taki komentarz, Relan miał w zwyczaju spluwać, ale nie robił tego nigdy w Świętym Domu.

– W Krasji dama dałby innym mieszkańcom posmakować ogona alagai. Następnego dnia o świcie świątynia znów byłaby pełna.

Aric Bogger, jeden z siwobrodych starców z Bogton, odwrócił się i spojrzał na nich gniewnie.

– Skoro budzimy w tobie aż tak wielkie obrzydzenie, błotoskóry, to czemu nie wrócisz do siebie na pustynię?

Relan skrzywił się i napiął mięśnie. Niejednokrotnie mówił, że w Krasji wcale nie był wielkim wojownikiem, ale w Bogton budził strach wszystkich mieszkańców i parę razy pobił człowieka, który obrzucił go tą obelgą. Nikt nie ośmielił się znieważać pochodzenia byłego Sharum od dnia, kiedy Masen Bales i jego trzech braci wyzwali Relana od pustynnych szczurów podczas święta przesilenia zimowego. Cała czwórka w okamgnieniu znalazła się na ziemi, jęcząc, stękając i błagając o wybaczenie, a Relan nawet się nie zasapał.

Teraz jednak znajdowali się w Świętym Domu, a człowiek, który się do niego zwrócił, należał do starszyzny. Honor nakazywał Relanowi okazać Aricowi szacunek.

Relan zamknął więc oczy i okiełznał swój gniew. Rozluźnił mięśnie i ukłonił się oszczędnie.

– Nie ty budzisz mój niesmak, Aricu Bogger. Wszak z pokorą oddajesz cześć Everamowi. Widzę, jak go wielbisz co świt.

Słowa te miały na celu wyciszenie napięcia, ale odniosły całkowicie odmienny skutek, gdyż Aric rąbnął laską o ziemię i poderwał się.

– Ja okazuję cześć Stwórcy, Relanie Damaj! – Wycelował laską w Krasjanina. – Plwam na twojego Everama!

Charknął głośno, ale cierpliwość Relana się wyczerpała. Błyskawicznie doskoczył do Arica, lewą dłonią bez wysiłku wyrwał laskę z jego ręki, a prawą uderzył starca w gardło.

Aric zakaszlał, gdy flegma uwięzła mu w przełyku. Rzężąc i charcząc, zatoczył się i padł na ławkę. Nic nie wskazywało na to, by coś mu się stało, ale jego twarz nabrała czerwonego koloru.

– Nie chcę mieć w tobie wroga, Aricu synu Arica z klanu Boggerów z Bogton – powiedział Relan. – Nie będę jednak stał bezczynnie, gdy ty plwasz na podłogę w domu Stwórcy.

Aric wyglądał, jakby zbierał siły, by rzucić się na niego, wtedy Relan wycelował weń laskę, czym wybił mu zamiar z głowy.

 

– Co tu się dzieje?

Briar odwrócił się i ujrzał Opiekuna Heatha, który zbliżał się do miejsca zajścia, ściskając fałdy brunatnej szaty. Nie był człowiekiem budzącym grozę – miał okrągłe oblicze i wydatny brzuch. Zajmował się warzeniem piwa i wolał śmiać się z innymi, zamiast ich strofować, a swoim barem opiekował się równie troskliwie jak kongregacją.

W Krasji jednak świętych mężów postrzegano inaczej. Relan zesztywniał i skłonił się głęboko. Syknął znacząco i reszta rodziny natychmiast poszła w jego ślady, jak gdyby groziła im kara chłosty za nieposłuszeństwo.

Wciąż pochylony Relan obrócił laskę i podał ją Aricowi uchwytem do przodu. Wyglądało na to, że starzec szykuje się, by uderzyć Relana w odsłonięty kark, ale powstrzymało go surowe spojrzenie Opiekuna.

– To tylko nieporozumienie, Opiekunie – powiedział Relan. – Objaśniałem właśnie Aricowi, że modlimy się do tego samego Stwórcy, bez względu na to, czy jest zwany Everamem, czy też nie.

Heath założył tłuste ramiona na piersi.

– Może i masz rację, lecz Święty Dom to schronienie i bezpieczna przystań, Relanie. Nie tłumaczymy sobie niczego laską.

Relan opadł płynnie na kolana i przytknął dłonie i czoło do podłogi.

– Opiekun oczywiście ma rację. Przepraszam za mój czyn i godzę się na każdą pokutę.

– Chce pokuty, to niech ją dostanie, Opiekunie! – oznajmił Aric głośno. – Ten cuchnący błotoskóry mnie uderzył!

Heath przeniósł wzrok na starca.

– Tylko nie myśl, że nie wiem, kto zaczął. Nie doszłoby do zajścia, gdyby nie twoje głupie zaczepki, Aricu Bogger. Jeśli jeszcze raz przyłapię cię, jak używasz słowa na „b” lub próbujesz pluć w Świętym Domu, ty i twoja rodzina będziecie wpatrywać się w puste kufle podczas obchodów kolejnego przesilenia!

Aric pobladł. Jedyną rzeczą, którą Boggerowie ukochali sobie bardziej od Stwórcy, było piwo Heatha.

Opiekun zatoczył łuk ramieniem.

– No, siadajcie. Pora zacząć nasze spotkanie. Coś mi mówi, że usłyszycie dziś porządne kazanie.


– Pani Dawn! – Czyjeś wołanie przerwało ciszę w chwili, gdy wychodzili ze Świętego Domu.

Briar uniósł głowę i ujrzał Tami Bales, która nadbiegała ulicą.

Sukienka Tami była brudna. Briar rozpoznał natychmiast błoto i krew. Dla syna uzdrowicielki zwierząt nie stanowiło to żadnej trudności. Dawn podbiegła do dziewczynki, a ta padła jej w ramiona, ciężko dysząc.

– Proszę pani... Musi pani... ocalić... uratować...

– Kogo? – spytała zaaferowana Dawn. – Kto został ranny? Niech to Otchłań, dziewczyno, co się stało?

– Otchłańce – wyszeptała Tami.

– Na Stwórcę! – Dawn nakreśliła run w powietrzu. – Czyja to krew?

Wskazała wciąż wilgotne płótno sukienki.

– Maybell.

– Waszej krowy? – Dawn zmarszczyła nos.

– Wystawiła łeb poza zagrodę i zablokowała słup runiczny! – Tami pokiwała głową. – Polny demon ranił ją w kark. Tata mówi, że dostanie demonicznej gorączki, i poszedł po siekierę! Proszę, niech pani przyjdzie i ją ocali! W przeciwnym razie tata ją zabije!

Dawn wypuściła powietrze z płuc, potrząsnęła głową i zachichotała, ale Tami wyglądała, jakby miała się zaraz rozpłakać.

– Wybacz, kochanie – powiedziała Dawn. – Nie chciałam cię urazić. Wiem, że zwierzęta gospodarskie czasem stają się częścią rodziny, ale po prostu w pierwszej chwili pomyślałam, że to ktoś z twoich braci czy sióstr padł ofiarą demonów. Zrobię, co się da. Wracaj do domu i powiedz ojcu, by się powstrzymał.

Spojrzała na Relana i resztę.

– Dziewczęta, wracajcie do domu i dokończcie pranie. Chłopcy, pomóżcie ojcu przy wozie. Briar, będę potrzebowała naparu nasennego oraz...

– Turunia i pyłku z werbeny – skinął Briar i spojrzał nieśmiało na dziewczynkę. Od czasu zatargu na festiwalu dzieciom Damajów nie wolno było się bawić z małymi Balesami.

– I to sporo! Krowa jest większa od człowieka, a więc jej uśpienie również wymaga więcej zachodu. Przydadzą się też okłady z lubczyku.

– Wiem, co zabrać! – zawołał chłopak.

– Spotkajmy się u Balesów – rzuciła Dawn. – Biegnij najszybciej jak umiesz!

Briar pognał w stronę domu i przemknął niczym królik przez ogródek zielny, a potem jak wiatr przez kuchnię, gdzie złapał należące do Dawn moździerz i tłuczek. Pobiegł z powrotem, zanim reszta rodziny wróciła do domu, i niebawem dogonił matkę, która szła do gospodarstwa Balesów wraz z Tami. Z daleka słychać było pełne boleści porykiwanie Maybell.

Masen Bales wyszedł im na spotkanie, dzierżąc siekierę. Zmrużył oczy na widok Briara i wypluł nieco przeżuwanego tytoniu.

– Dziękuję za przybycie, uzdrowicielko zwierząt, ale myślę, że trudzisz się na marne. Zwierzę nie da rady.

Zaprowadził ich do stodoły, gdzie ujrzeli jałówkę, leżącą na zasłanej słomą podłodze. Jej kark owinięto grubym ręcznikiem, który nasiąknął krwią. Masen Bales przesunął kciukiem po ostrzu siekiery. Tami i jej rodzeństwo zgromadzili się wokół krowy, by osłonić ją własnymi ciałami, choć żadne z dzieci nie było na tyle duże, by powstrzymać ojca, gdyby ten postanowił skrócić cierpienia Maybell.

Dawn ściągnęła ręcznik, by przyjrzeć się ranom zwierzęcia – trzem głębokim szramom biegnącym przez gruby kark.

Masen splunął ponownie.

– Chciałem dobić bydlę i sprzedać je rzeźnikowi, ale dzieciaki mnie ubłagały, bym na ciebie zaczekał.

– Dobrze zrobiłeś – oznajmiła Dawn. – To nie wygląda źle, trzeba jedynie zapobiec infekcji.

Odwróciła się ku grupce dzieci.

– Będę potrzebować płótna na bandaże, wiader z czystą zimną wodą i czajnika z gorącą.

Dzieci wpatrywały się w nią z rozdziawionymi szeroko ustami i aż podskoczyły, gdy uzdrowicielka klasnęła głośno w dłonie.

– No, szybciutko!

Gdy Balesowie rozbiegli się, by spełnić jej wolę, Briar rozłożył instrumenty matki i zabrał się do ucierania ziół na wywar nasenny i okłady. Nakłonienie zwierzęcia, by wszystko wypiło, nie było łatwe, ale wkrótce Maybell usnęła. Dawn oczyściła rany i obłożyła je utartymi ziołami, a potem zaczęła zszywać.

Przerażona Tami stała obok Briara. Chłopak widział już niejednokrotnie mamę w akcji, ale wiedział, że to, czym się zajmuje, musi wydawać się przerażające. Wyciągnął rękę i ujął dłoń dziewczynki, a Tami spojrzała na niego, mocno uścisnęła jego palce i uśmiechnęła się odważnie, z wdzięcznością.

Masen również przyglądał się Dawn przy pracy, ale zerknął też na Tami i wycelował w Briara siekierą.

– Hej, zabieraj te swoje brudne łapska od mojej córki, ty mały szczurze!

Briar błyskawicznie wyrwał rękę. Dawn podniosła się i ze spokojem stanęła między nimi, ocierając krew z dłoni.

– Ta siekiera na razie ci się nie przyda, Masenie, a więc gdybyś mógł, nie mierz nią w mojego syna.

Zaskoczony Bales spojrzał na narzędzie, jakby zapomniał, że je trzyma. Burknął coś pod nosem i odstawił siekierę pod płot.

– Przecież niczego złego bym nie zrobił – wymamrotał.

Dawn zmrużyła oczy.

– Dwadzieścia muszelek poproszę.

– Co? – Masen rozdziawił usta. – Dwadzieścia? Za połatanie krowy?

– Dziesięć za opatrzenie ran – wyjaśniła Dawn. – A drugie dziesięć za wywar i okłady, które zrobił mój syn.

– Nie zapłacę ci – rzekł Masen. – I nikt mnie do tego nie zmusi, ani ty, ani twój błotoskóry mąż.

– Relana wołać do tego nie będę – uśmiechnęła się Dawn. – Choć oboje dobrze wiemy, że bez trudu przywołałby cię do porządku. Nie, wystarczy, bym powiedziała Marcie Mówczyni, że nie chcesz mi zapłacić, a Maybell będzie się jutro pasła w mojej zagrodzie.

Masen wpatrywał się w kobietę z niechęcią.

– Odbiło ci do reszty już w chwili, gdy poślubiłaś tego pustynnego szczura, Dawn, bo musiałaś porzucić wszystko, co ludzkie. Ciesz się, że możesz jeszcze zajmować się zwierzętami, bo to nie potrwa długo. Wystarczy, by ludzi się dowiedzieli, że chcesz dwudziestu muszelek za wizytę.

Briar nieświadomie odsłonił zęby. Gdyby jego ojciec tu był, złamałby Masenowi nos za to, że przemawia tak obraźliwie do matki. Przyjrzał się uważnie Balesowi, przypominając sobie lekcje sharusahk, które ojciec dawał jego braciom. Wiedział, że Masen ma słabe kolano i zawsze narzeka, że go boli, gdy zbiera się na deszcz. Wystarczyłoby dobrze wymierzone kopnięcie...

– Ani kroku, Briarze – mruknęła Dawn stanowczo, ale tak cicho, że tylko jej syn to usłyszał. – Myślisz, że nie wiem, co ci do łba strzeliło? Trzymaj łapy przy sobie i gębę na kłódkę.

Briar zarumienił się i wbił dłonie w kieszenie, a Dawn założyła ramiona na piersi i zrobiła krok w kierunku Masena.

– Po pierwsze, dla ciebie nazywam się pani Dawn. Po drugie, cena skoczyła do dwudziestu pięciu. Zwymyślaj mnie jeszcze raz, a od razu udam się do Marty.

Masen wymamrotał kilka przekleństw, ale odwrócił się i pokuśtykał do domu. Wrócił z wysłużoną skórzaną sakiewką, z której wysypał kilkanaście polakierowanych muszelek na dłoń Dawn.

– Piętnaście... szesnaście... siedemnaście. Więcej nie mam, proszę pani. Reszta będzie w przyszłym tygodniu. Obiecuję.

– Mam nadzieję – odparła Dawn. – Chodź, Briarze.

Oboje ruszyli w drogę powrotną, aż dotarli do rozwidlenia. Jedna z odnóg prowadziła do ich domu, druga do miasta.

– Wykazałeś się dziś wielką odwagą, Briarze – powiedziała matka.

– Nie podobało mi się to, co on powiedział – rzekł chłopak.

Dawn w odpowiedzi machnęła ręką.

– Nie chodzi mi wcale o tego przygłupa Balesa, ale o to, co miało miejsce dziś rano na podwórzu.

Briar pokręcił głową.

– Gdzie w tym odwaga? Tak się bałem, że mało się nie posikałem.

– Ale do tego nie doszło – odparła Dawn. – Nie wrzeszczałeś, nie uciekłeś, nie zemdlałeś. Na tym polega odwaga. Na tym, że człowiek się boi, a mimo to zachowuje rozsądek i przytomność. Relan powiedział, że dałeś sobie radę lepiej od braci.

– Naprawdę?

– Naprawdę – potwierdziła Dawn, ale zaraz zmarszczyła brwi. – Ale biada ci, jak im o tym powiesz. Jeśli znów zaczniecie się kłócić, rzemień pójdzie w ruch.