TalizmanTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Talizman
Talizman
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 73,50  58,80 
Talizman
Audio
Talizman
Audiobook
Czyta Filip Kosior
39,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Synu, wiesz, jak możemy dojechać do hotelu Beverly Hills? – spytał wreszcie.

Jednak to nie był znajomy. Jack doznał osobliwego, ogromnego rozczarowania.

Wskazał prosto przed siebie. Hotel był nieco dalej, jednak tak blisko, że ojciec mógł chodzić na lunch do tamtejszej restauracji „Loggia” i omawiać przy okazji interesy.

– Prosto? – spytał kierowca, wciąż się uśmiechając.

Jack skinął głową.

– Sprytny z ciebie gość – powiedział mężczyzna, a jego towarzysz zachichotał. – Masz pojęcie, jak to daleko? – Jack pokręcił głową. – Pewnie parę przecznic?

– No.

Jack zaczął się niepokoić. Kierowca nadal się uśmiechał, ale uśmiech ten stał się nienaturalny, promienny, lecz pusty. Chichot pasażera z kolei był charczący i bulgoczący, jakby facet ssał coś mokrego.

– Może pięć? Sześć? Jak myślisz?

– Mniej więcej pięć czy sześć, tak mi się wydaje – odparł Jack, cofając się.

– Cóż, na pewno jestem ci winien podziękowania, mały. – Mężczyzna wyciągnął przez okno zaciśniętą dłoń, a następnie ją otworzył. Leżał na niej baton Tootsie Roll. – Jest twój. Weź.

Jack ostrożnie zrobił krok naprzód, słysząc w duchu słowa tysięcy ostrzeżeń dotyczących nieznajomych ludzi i słodyczy. Mężczyzna siedział nadal w samochodzie; gdyby czegokolwiek spróbował, Jack zdążyłby przebiec pół przecznicy, nim kierowca otworzyłby drzwi. Odrzucenie propozycji wydawało się poza tym naruszeniem zasad uprzejmości. Jack zrobił kolejny krok. Spojrzał mężczyźnie w oczy – niebieskie oraz tak promienne i puste jak jego uśmiech. Instynkt podpowiadał chłopcu, by opuścić rękę i odejść. Pozwolił jednak dłoni przysunąć się cal czy dwa w stronę batonu, po czym szturchnął go dwoma palcami.

Kierowca zacisnął rękę na dłoni Jacka, a pasażer w okularach ślepca roześmiał się w głos. Zdumiony chłopiec spojrzał w oczy ściskającego jego rękę mężczyzny i zobaczył, że zaczynają zmieniać kolor – tak mu się przynajmniej wydawało – z niebieskiego na żółty.

Później stały się rzeczywiście żółte.

Człowiek z drugiego siedzenia otworzył drzwi i obiegł samochód od tyłu. W klapie jedwabnej marynarki nosił mały złoty krzyż. Jack szarpnął się gorączkowo, lecz kierowca uśmiechał się, nie rozluźniając uścisku.

– NIE! – krzyknął Jack. – POMOCY!

Mężczyzna w ciemnych okularach otworzył tylne drzwi od strony chłopca.

– POMOCY! – zawył Jack.

Człowiek za kierownicą zaczął zginać go tak, by zmieścił się w uchylonych drzwiach. Jack szarpał się, wciąż krzycząc, ale mężczyzna bez wysiłku wzmocnił uścisk. Chłopiec uderzył go po rękach, a potem spróbował się wyrwać. Z przerażeniem zdał sobie sprawę, że to, co czuł pod palcami, nie jest skórą. Przekręcił głowę i dojrzał, że w jego bok wczepia się wystające z czarnego rękawa coś twardego i szczypiącego, co przypominało pazur lub szpon ze stawami. Jack krzyknął raz jeszcze.

– Hej, dajcie spokój temu chłopakowi! – rozległ się donośny głos z ulicy. – Wy tam! Zostawcie chłopaka!

Jack stęknął z ulgi i szarpnął się w ramionach mężczyzny tak mocno, jak tylko potrafił. Od następnej przecznicy biegł w ich stronę wysoki i chudy Murzyn. Obejmujący Jacka mężczyzna upuścił go na chodnik i okrążył samochód od tyłu. Trzasnęły otwierane frontowe drzwi jednego z domów za plecami chłopca – pojawił się kolejny świadek.

– Ruszaj się! No, ruszaj się! – zawołał kierowca, od razu naciskając pedał gazu.

Biały Garnitur wskoczył na siedzenie obok. Koła samochodu zapiszczały, wóz wyjechał po skosie na Rodeo Drive, ledwie mijając długiego białego cleneta, prowadzonego przez opalonego mężczyznę w butach do tenisa, który wcisnął przeraźliwie głośny klakson.

Jack podniósł się z chodnika. Kręciło mu się w głowie. Obok niego pojawił się jakiś łysy mężczyzna w płowym kostiumie w stylu safari.

– Kto to był? Wiesz, jak się nazywają?

Jack pokręcił głową.

– Jak się czujesz? Powinniśmy zawiadomić policję.

– Chcę usiąść – rzekł Jack, a mężczyzna cofnął się o krok.

– Chcesz, żebym zadzwonił po policję? – zapytał, na co Jack zrobił przeczący gest.

– Nie do wiary – powiedział mężczyzna. – Mieszkasz tutaj? Widziałem cię już wcześniej, prawda?

– Jestem Jack Sawyer. Mieszkam trochę dalej.

– W tym białym domu – odparł mężczyzna, kiwając głową. – Jesteś dzieciak Lily Cavanaugh. Odprowadzę cię do domu, jeśli masz ochotę.

– Gdzie ten drugi pan? – zapytał go Jack. – Czarny, ten, który krzyczał?

Z niepokojem odstąpił na krok od mężczyzny wstroju safari. Oprócz ich dwóch na ulicy nie było nikogo.

Biegnącym w jego stronę mężczyzną był Lester Speedy Parker. Speedy uratował mu wtedy życie, zdał sobie sprawę Jack, i pobiegł jeszcze szybciej w stronę hotelu.

3

– Zjadłeś śniadanie? – spytała go matka, wypuszczając z ust obłok papierosowego dymu.

Lily owinęła głowę chustką jak turbanem; gdy miała schowane włosy, jej twarz wydawała się Jackowi koścista i krucha. Pół cala papierosa tliło się między jej drugim i trzecim palcem. Kiedy dostrzegła spojrzenie syna, zgasiła go w popielniczce na toaletce.

– Och, nie, właściwie nie – odpowiedział, stojąc wciąż w drzwiach sypialni.

– Odpowiedz konkretnie: tak czy nie? – spytała, odwracając się w stronę lustra. – Ta dwuznaczność mnie dobija.

Ręka, którą robiła sobie makijaż, wyglądała w lustrze na cienką jak patyk.

– Nie – powiedział.

– Cóż, w takim razie poczekaj chwilę. Kiedy twoja matka zrobi się na bóstwo, zejdziemy na dół i kupimy, na co ci tylko przyjdzie ochota.

– Dobrze – odparł. – Po prostu to strasznie przygnębiające siedzieć tu samemu.

– No też, co w tym takiego przygnębiającego... – Wychyliła się do przodu i przyjrzała się swojej twarzy w lustrze. – Chyba nie masz nic przeciwko temu, żeby zaczekać w salonie, Jacky? Wolałabym zrobić to sama – to takie nasze plemienne tajemnice.

Jack bez słowa odwrócił się i przeszedł do salonu.

Kiedy zadzwonił telefon, aż podskoczył.

– Mam odebrać? – zawołał.

– Dzięki – dobiegł go spokojny głos matki.

Jack podniósł słuchawkę i powiedział „halo”.

– Hej, mały, wreszcie was dopadłem – odezwał się wuj Morgan Sloat. – Na miłość boską, co też dzieje się z tą twoją matką? Jezu, moglibyśmy władować się w porządne kłopoty, gdyby ktoś tutaj nie zaczął pilnować wszystkiego. Jest tam matka? Powiedz jej, że musi ze mną porozmawiać – nie obchodzi mnie, jak zareaguje, musi ze mną pogadać. Zaufaj mi, dzieciaku.

Słuchawka zwisła bezwładnie z dłoni Jacka. Miał ochotę przerwać połączenie, wsiąść z matką do samochodu i wyjechać do jakiegoś hotelu winnym stanie. Ale się nie rozłączył.

– Mamo? – zawołał. – Dzwoni wuj Morgan. Mówi, że musisz z nim porozmawiać.

Przez chwilę milczała, a Jack żałował, że nie widzi jej twarzy.

– Odbiorę tutaj, Jacky – powiedziała wreszcie.

Jack obmyślił już, co zrobi. Matka delikatnie zamknęła drzwi sypialni; słyszał, jak wraca do toaletki. Podniosła słuchawkę telefonu w swoim pokoju.

– Już, Jacky! – zawołała przez drzwi.

– Dobrze – odkrzyknął, po czym przyłożył słuchawkę do ucha, zakrywając mikrofon ręką, by nie było słychać jego oddechu.

– Wspaniały wyczyn, Lily – powiedział wuj Morgan. – Doskonały. Gdybyś nadal grała, pewnie zdołalibyśmy wycisnąć z tego trochę reklamy. „Co kryje się za zniknięciem aktorki?” – coś takiego. Nie sądzisz jednak, że czas zacząć znowu zachowywać się jak odpowiedzialna osoba?

– Jak mnie odnalazłeś? – zapytała Lily.

– Myślisz, że było trudno? Daj spokój, Lily. Chcę, żebyś pozbierała się i wróciła do Nowego Jorku. Czas przestać uciekać.

– To właśnie robię, Morgan?

– Nie możesz czekać do końca świata, Lily, a ja nie mam tyle czasu, żeby go marnować na ganianie cię po całej Nowej Anglii. Ej, chwila. Twój dzieciak nie odłożył słuchawki.

– Oczywiście, że odłożył.

Serce Jacka stanęło kilka sekund wcześniej.

– Spadaj z linii, dzieciaku – dobiegł go głos Morgana Sloata.

– Nie zachowuj się jak idiota, Sloat – ostrzegła matka.

– Powiem ci, co jest idiotyzmem, szanowna pani. To, że zaszywasz się w jakimś zdziadziałym letnisku, podczas gdy powinnaś być w szpitalu – to jest idiotyzm. Jezusie, nie dociera do ciebie, że musimy podjąć jakiś milion decyzji w sprawie interesów? Martwię się też o wykształcenie twojego syna. Mam wrażenie, że w ogóle dałaś sobie z tym spokój.

– Nie chcę już z tobą rozmawiać – powiedziała Lily.

– Może i nie chcesz, ale musisz. Pojadę do ciebie i siłą wpakuję cię do szpitala, jeśli będzie trzeba. Musimy pozałatwiać sprawy, Lily. Należy do ciebie połowa firmy, którą staram się kierować – połowa, którą dostanie Jack, kiedy cię już nie będzie. Chcę dopilnować, żeby Jack miał właściwą opiekę. A jeśli myślisz, że właściwa opieka polega na tym, co robisz w tym przeklętym New Hampshire, to jesteś o wiele bardziej chora, niż ci się wydaje.

– Czego chcesz, Sloat? – spytała Lily znużonym głosem.

– Wiesz czego – zająć się wszystkim. Chcę tego, co mi się uczciwie należy. Zajmę się Jackiem, Lily. Dostanie ode mnie pięćdziesiąt tysięcy dolarów rocznie – zastanów się nad tym, Lily. Dopilnuję, żeby poszedł do dobrego college’u. Nie zadbałaś nawet, żeby dalej chodził do szkoły.

– Szlachetny Sloat – rzekła matka.

– Uważasz, że to jest odpowiedź? Potrzebujesz pomocy, Lily, a tylko ja ją proponuję.

– A jakiej chcesz działki, Sloat? – spytała matka.

– Wiesz cholernie dobrze. Chcę tego, co mi się uczciwie należy, i to dostanę. Twoich udziałów w firmie Sawyer i Sloat. Urabiałem sobie dla niej ręce po łokcie i powinna być moja. Rano możemy uporać się z papierami, Lily, a później skupimy się nad tym, jak zająć się tobą.

 

– Tak, jak zajęto się Tommym Woodbine’em – odparła. – Czasami myślę, że tobie i Philowi powiodło się za bardzo, Morgan. Łatwiej było prowadzić Sawyer i Sloat, zanim wdałeś się w inwestowanie w nieruchomości i produkcję filmów. Pamiętasz, kiedy waszymi klientami było tylko paru zgranych komików oraz pół tuzina nieopierzonych aktorów i scenarzystów? Wolałam życie przed nastaniem ery megadolarów.

– Łatwiej było ją prowadzić? Kogo chcesz nabrać?! – krzyknął wuj Morgan. – Nie potrafisz nawet sama pokierować swoimi sprawami. – Z trudem się opanował. – Zapomnę, że wspomniałaś o Tommym Woodbinie. Było to poniżej nawet twojego poziomu, Lily.

– Zamierzam się rozłączyć, Sloat. Trzymaj się daleko stąd. I trzymaj się z dala od Jacka.

– Czeka cię szpital, Lily, a przez to uciekanie...

Matka rozłączyła się wpół zdania wuja Morgana. Jack delikatnie odłożył słuchawkę, po czym zrobił parę kroków w stronę okna, nie chcąc, by można go było zobaczyć w pobliżu telefonu. Zza zamkniętych drzwi sypialni nie dobiegał żaden odgłos.

– Mamo? – spytał.

– Tak, Jacky? – Dosłyszał lekkie drżenie w jej głosie.

– Nic ci nie jest? Wszystko w porządku?

– Pewnie. – Usłyszał kroki zbliżające się do drzwi, które po chwili się uchyliły. Spojrzenia ich niebieskich oczu spotkały się, Lily otworzyła drzwi na całą szerokość. Przez chwilę ponownie patrzyli sobie w oczy tak intensywnie, jakby chcieli się przejrzeć na wskroś. – Oczywiście, że wszystko w porządku. Dlaczego miałoby być inaczej?

Odwrócili wzrok. Złączyła ich świadomość czegoś – ale czego? Jack zastanawiał się, czy matka wie, że słyszał ich rozmowę. Po chwili pomyślał, że teraz – po raz pierwszy – obydwoje wiedzą, iż ona jest chora.

– Cóż – powiedział, czując zażenowanie. Choroba matki, dotąd temat nie do poruszenia, nabierała przygnębiająco wielkiego znaczenia. – Nie wiem właściwie, dlaczego tak pomyślałem. Wuj Morgan wydawał się... – Wzruszył ramionami.

Lily zadrżała, a Jack uświadomił sobie kolejną bardzo istotną prawdę. Jego matka bała się – co najmniej tak samo jak on.

Wetknęła papierosa w usta i otworzyła zapalniczkę. Obrzuciła syna kolejnym przeszywającym spojrzeniem.

– Nie zwracaj uwagi na tę zarazę, Jack. Zdenerwowałam się, bo mam wrażenie, że naprawdę nigdzie nie zdołam od niego uciec. Twój wuj Morgan lubi mną pomiatać. – Wypuściła z ust szary dym. – Obawiam się, że przeszedł mi apetyt na śniadanie. Może zejdziesz sam na dół, ale tym razem rzeczywiście coś zjesz?

– Chodź ze mną – odrzekł.

– Na razie wolałabym zostać sama, Jack. Spróbuj to zrozumieć.

Spróbuj to zrozumieć.

Zaufaj mi.

Dorośli mówili takie rzeczy, mając na myśli coś zupełnie innego.

– Kiedy wrócisz, będę bardziej towarzyska – dodała. – Obiecuję.

Naprawdę mówiła: Chce mi się wyć, nie zniosę tego więcej, idź, idź sobie!

– Mam ci coś przynieść?

Pokręciła głową, z trudem zdobywając się na uśmiech. Musiał wyjść z pokoju, chociaż też stracił ochotę na jakiekolwiek śniadanie. Ruszył korytarzem w stronę wind. Znowu zostało mu tylko jedno miejsce, gdzie mógł się udać, ale tym razem zdał sobie z tego sprawę, zanim dotarł do posępnego lobby z recepcjonistą o popielatej skórze i krytycznym spojrzeniu.

4

Speedy’ego Parkera nie było w małej, pomalowanej na czerwono szopie, którą mianował swoim gabinetem: nie było go w salonie gier na długim molu, gdzie dwóch staruszków uwijało się przy skee-ballu, jak gdyby toczyli wojnę, którą obydwaj mieli przegrać, co z góry wiedzieli; nie było go na zapylonym terenie pod kolejką. Jack Sawyer snuł się bez celu w ostrym blasku słońca, rozglądając się po pustych alejkach i wyludnionych placykach wesołego miasteczka. Jego lęk się wzmógł. A jeśli coś złego spotkało Speedy’ego? Co prawda było to niemożliwe, lecz jeśli wuj Morgan dowiedział się o Speedym (ale właściwie czego?) i... oczyma duszy Jack ujrzał furgonetkę z napisem DZIKIE DZIECKO, wytaczającą się zza rogu ze zgrzytającą podczas przyspieszania skrzynią biegów.

Zmusił się do ruchu, choć właściwie nie wiedział, dokąd ma pójść. Ogarnęła go panika, wyobraził sobie wuja Morgana biegnącego wzdłuż rzędu zniekształcających luster, w których zamieniał się wciąg monstrualnych, zdeformowanych postaci. Z jego łysego czoła wyrastały rogi, między mięsistymi łopatkami wykwitał garb, szerokie palce stawały się wielkie jak łopaty. Jack skręcił ostro w prawo i znalazł się koło prawie okrągłego, obitego białymi deszczułkami budynku o osobliwym kształcie.

Nagle ze środka dobiegło go rytmiczne postukiwanie. Chłopiec pobiegł w stronę źródła dźwięku – odgłosu pracy, może uderzającego w rurę klucza, może trafiającego w kowadło młotka. Wypatrzył gałkę sterczącą pomiędzy deszczułkami i otworzył zbite z nich kruche drzwiczki.

Zanurzył się w pasiastym półmroku, a dźwięk stał się głośniejszy. Rozpostarła się wokół niego ciemność, zmieniająca swą postać i rozmiary. Jack wyciągnął ręce i namacał płótno. Zsunęło się w bok; natychmiast otoczyło go żółte, sztuczne światło.

– Jack Wędrowniczek – rozległ się głos Speedy’ego.

Jack obrócił się w jego stronę i zobaczył, że dozorca siedzi na ziemi obok częściowo zdemontowanej karuzeli. Speedy trzymał klucz w ręku, przed sobą miał białego konia z grzywą jak piana, osadzonego na długim srebrnym kołku, wyglądającym jak przeszywający go od brzucha po łęk pal. Dozorca delikatnie odłożył klucz na ziemię.

– Jesteś już gotów porozmawiać ze mną, synu? – zapytał.

Rozdział czwarty
Jack przechodzi na drugą stronę
1

– Tak, jestem gotów – powiedział Jack całkowicie spokojnym głosem, po czym wybuchnął płaczem.

– No, no, Jacku Wędrowniczku – odezwał się Speedy, upuszczając klucz i podchodząc do niego. – No, już, synku, nie łam się. Nie łam się...

Jack nie potrafił się jednak nie załamywać. Poczuł nagle, że tego wszystkiego jest za dużo, o wiele za dużo. Pozostawało mu rozpłakać się albo utonąć pod wielką falą ciemności – falą, której nie mógł przeniknąć najjaskrawszy złoty promień. Łzy raniły, ale wyczuwał, że gdyby się nie rozpłakał, groza by go zabiła.

– No, wypłacz się, Jacku Wędrowniczku – rzekł Speedy i otoczył go ramionami. Jack wtulił rozpaloną, obrzmiałą twarz w ciemną koszulę dozorcy i poczuł roztaczany przez niego zapach – po trosze przywodzący na myśl old spice, po trosze cynamon, po trosze książki, których od dawna nikt nie wypożyczał z biblioteki. Dobre, niosące pociechę zapachy. Objął niezdarnie Speedy’ego; wyczuł pod dłońmi kości na plecach dozorcy, znajdowały się tuż pod skórą i cienką warstwą mięśni.

– Wypłacz się, jeśli ma ci to pomóc – powiedział Speedy, kołysząc go. – Czasami tak jest, sam wiem. Speedy wie, jak daleko byłeś, Jacku Wędrowniczku, jak daleko masz jeszcze wyruszyć i jak bardzo jesteś zmęczony. Więc płacz, jeśli to ci ma pomóc.

Jack ledwie rozumiał te słowa; docierało do niego jedynie ich brzmienie, kojące i niosące pociechę.

– Moja matka jest naprawdę chora – powiedział wreszcie wprost w pierś Speedy’ego. – Myślę, że przyjechała tutaj, żeby uciec od dawnego partnera ojca, pana Morgana Sloata.

Siąknął potężnie, puścił Speedy’ego i otarł podpuchnięte oczy grzbietami dłoni. Był zdumiony, że nie czuje zażenowania – wcześniej zawsze wstydził się łez i czuł w takich sytuacjach niesmak do siebie... niemal tak, jakby posikał się w spodnie. Czy działo się tak dlatego, że jego matka zawsze była bardzo twarda? Domyślał się, że po części właśnie dlatego, zgoda – łzy nie na wiele się zdały Lily Cavanaugh.

– Ale to nie jedyny powód, dla którego tutaj przyjechała, prawda?

– Nie – odparł cicho Jack. – Myślę... że przyjechała tu umrzeć.

Głos uniósł się mu ohydnie przy ostatnim słowie; wypadło piskliwie, jakby wydał je nienaoliwiony zawias.

– Może – powiedział Speedy, nie spuszczając wzroku z chłopca. – A może przyjechałeś z nią tutaj, żeby ją ocalić. Ją... i kobietę taką jak ona.

– Kogo? – Jack czuł, że zdrętwiały mu wargi.

Wiedział kogo. Nie znał jej nazwiska, ale wiedział kogo.

– Królową – odrzekł Speedy. – Nazywa się Laura DeLoessian i jest Królową Terytoriów.

2

– Pomóż mi – stęknął Speedy. – Złap starą Srebrną Damę tuż pod ogonem. Spoufalisz się z nią, ale pewnie nie będzie jej to przeszkadzać, jeśli pomożesz mi ją wsadzić na właściwe miejsce.

– Tak ją nazywasz? Srebrna Dama?

– Się wie – odparł Speedy z uśmiechem, w którym ukazywał mniej więcej tuzin górnych i dolnych zębów. – Wszystkie konie na karuzeli mają imiona, nie wiedziałeś o tym? Chwytaj ją, Jacku Wędrowniczku.

Jack wsunął ręce pod drewniany ogon białego konia i splótł palce. Speedy ze stęknięciem objął wielkimi, brązowymi dłońmi przednie nogi Damy. Razem przenieśli drewnianą figurę na przechylony pomost karuzeli. Kołek sterczał z brzucha konia w stronę ziemi; jego koniec połyskiwał złowieszczo warstwą oleju.

– Trochę w lewo... – stęknął Speedy. – Dobra... teraz ją nasadź, Jacku Wędrowniczku. Nasadź ją, jak należy!

Osadzili konia na kołku i odsunęli się – Jack zadyszany, Speedy uśmiechnięty i chrapliwie chwytający powietrze. Czarny mężczyzna otarł ramieniem pot z czoła i nie przestając się uśmiechać, przeniósł wzrok na chłopca.

– No, spisaliśmy się na schwał, prawda?

– Skoro tak twierdzisz – odparł nieco weselszy Jack.

– Tak właśnie twierdzę. O, tak!

Speedy sięgnął do tylnej kieszeni spodni i wyjął ciemnozieloną, półkwartową butelkę. Odkręcił korek i napił się – a Jack przez chwilę poczuł niesamowitą pewność, że potrafi patrzeć przez Speedy’ego na wylot. Dozorca stał się przezroczysty, równie upiorny jak jedna ze zjaw z serialu „Topper”, emitowanego przez którąś z niezależnych stacji w Los Angeles. Speedy niknął. Znika, pomyślał Jack, czy przenosi się gdzieś indziej? Kolejna wariacka myśl; nie miała absolutnie żadnego sensu.

Po chwili Speedy był znowu równie rzeczywisty jak zwykle. Pewnie Jacka zwiódł wzrok, doznał chwilowej...

Nie, to nie to! Przez sekundę prawie go tu nie było!

...halucynacji.

Speedy przyglądał się mu badawczo. Zaczął wyciągać w jego stronę dłoń z butelką, lecz natychmiast pokręcił lekko głową. Zakorkował ją, a następnie wsunął z powrotem do tylnej kieszeni. Odwrócił się, popatrzył uważnie na Srebrną Damę usadowioną z powrotem na swoim miejscu; trzeba było jeszcze tylko przykręcić mocujące ją śruby. Dozorca przez cały czas się uśmiechał.

– Spisaliśmy się tak, że lepiej już nie można, Jacku Wędrowniczku.

– Speedy...

– Wszystkie z nich mają imiona – powiedział Speedy i ruszył powoli dookoła przechylonej platformy karuzeli. Jego kroki odbijały się echem w wysokim wnętrzu. Spomiędzy pogrążonej w cieniu krzyżowej więźby pod dachem dobiegało ciche popiskiwanie jaskółek. Jack ruszył za Speedym. – Srebrna Dama... Północ... ten tutaj to Harcerzyk... a ta klacz to Ella Speed. – Czarnoskóry mężczyzna odrzucił w tył głowę i zaśpiewał tak, że wystraszone jaskółki zerwały się do lotu: „Ella Speed zachciała sobie dogodzić... posłuchajcie, jak Bill Martin zaczął do niej przychodzić...”. Hej! Popatrz, jak latają! – Roześmiał się... ale kiedy odwrócił się w stronę Jacka, zdążył na powrót spoważnieć. – Masz ochotę spróbować uratować życie swojej matce, Jack? Jej i tej drugiej kobiecie, o której ci mówiłem?

– Ja...

...nie wiem jak, chciał odpowiedzieć chłopiec, ale wewnętrzny głos wydobywający się z tej samej poprzednio zamkniętej komnaty, skąd pochodziło wspomnienie dwóch mężczyzn i usiłowania porwania, które odżyło tego ranka – odezwał się z mocą: Wiesz, jak! Pewnie potrzebujesz Speedy’ego, żeby pomógł ci zacząć, ale wiesz, jak tego dokonać, Jack.

Znał bardzo dobrze ten głos. Należał do jego ojca.

– Tak, jeśli powiesz mi, w jaki sposób – dokończył łamiącym się głosem.

Speedy przeszedł w przeciwny koniec wielkiej, kolistej hali o ścianach z wąskich deszczułek, na których wymalowano prymitywne, ale emanujące dziką energią malowidła, które przedstawiały rozpędzone konie. Jackowi ściany te przypominały wyciągany blat biurka jego ojca (stało w gabinecie Morgana Sloata, kiedy był tam ostatni raz z matką, przypomniał sobie nagle – i ta myśl wzbudziła w nim trzeźwiący, jątrzący gniew).

 

Speedy wyciągnął gigantyczny pęk kluczy, wyszukał uważnie ten, o który mu chodziło, po czym otworzył kłódkę. Zdjął ją z ucha, zatrzasnął z powrotem i wrzucił sobie do kieszeni na piersi. Następnie pchnął drzwi po prowadnicy. Do środka wpadł olśniewający blask słońca, zmuszając Jacka do zmrużenia oczu. Rzucane przez zmarszczki na wodzie refleksy zatańczyły po suficie. Przed Jackiem i Speedym roztoczył się majestatyczny morski pejzaż, który jeżdżący na karuzeli w wesołym miasteczku Arcadia widzieli za każdym razem, gdy Srebrna Dama, Północ i Harcerzyk podwozili ich na wschodnią stronę hali. Lekka morska bryza odgarnęła chłopcu włosy z czoła.

– Najlepiej pogadać o tym na słońcu – powiedział Speedy. – Chodź tutaj, Jacku Wędrowniczku, a powiem ci tyle, ile mogę... chociaż nie jest to tyle, ile wiem. Niech cię zresztą ręka boska broni, żebyś miał się dowiedzieć wszystkiego.

Inne książki tego autora