TalizmanTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Talizman
Talizman
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 73,50  58,80 
Talizman
Audio
Talizman
Audiobook
Czyta Filip Kosior
39,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

6

– Co ci się stało przy kolacji, Jack? – spytała go matka w samochodzie, gdy wracali do domu.

– Nic. Serce zabiło mi w dziwnym rytmie, jakby to był riff Gene’a Krupy. – Zastukał szybko po desce rozdzielczej, by to zademonstrować. – Dostałem przedwczesnego skurczu komorowego – słyszałem to w „General Hospital”.

– Nie zgrywaj mądrali, Jack.

W blasku bijącym od deski rozdzielczej matka wyglądała na bladą i wynędzniałą. Papieros tlił się między drugim i trzecim palcem jej prawej ręki. Prowadziła bardzo powoli – nie przekraczała czterdziestu mil na godzinę, tak jak zawsze, gdy za dużo wypiła. Wysunęła swój fotel maksymalnie do przodu i podciągnęła dół sukni, tak że kolana sterczały jej jak bocianowi po obu stronach kolumny kierownicy. Jej podbródek zdawał się wisieć nad nią. Przez chwilę wyglądała jak wiedźma, wskutek czego Jack szybko odwrócił głowę.

– Nie zgrywam się – wymamrotał.

– Słucham?

– Nie mądrzę się – powiedział. – Miałem coś jak skurcz, to wszystko. Przepraszam.

– No dobrze – odparła. – Myślałam, że chodzi o Richarda Sloata.

– Nie.

Jego ojciec przemówił do mnie z dołu w piasku na plaży, to wszystko. Odezwał się do mnie w mojej głowie, jak w filmie, gdy słychać głos spoza kadru. Powiedział mi, że prawie umarłaś.

– Brakuje ci go, Jack?

– Kogo, Richarda?

– Nie, Spiro Agnew. Oczywiście, że Richarda.

– Czasami.

Richard Sloat chodził obecnie do szkoły w Illinois – jednej z tych, w których obowiązkowe było chodzenie do kaplicy i nikt nie miał trądziku.

– Jeszcze go zobaczysz.

Przejechała mu dłonią po włosach.

– Nic ci nie jest, mamo? – wyrwało mu się i poczuł, jak wbija sobie paznokcie w uda.

– Nic – odparła, zapalając kolejnego papierosa (zanim to zrobiła, zwolniła do dwudziestu mil na godzinę; wyminął ich z trąbieniem klaksonu stary pick-up). – Nigdy nie czułam się lepiej.

– Ile schudłaś?

– Jacky, nigdy nie można być zbyt szczupłym ani zbyt bogatym.

Urwała i po chwili uśmiechnęła się do niego – znużonym uśmiechem zabarwionym cierpieniem, który powiedział mu całą prawdę.

– Mamo...

– Przestań – przerwała mu. – Wszystko jest dobrze, możesz mi wierzyć na słowo. Poszukaj dla nas w radiu jakiegoś bebopu.

– Ale...

– Znajdź jakiś bebop i zamknij się.

Wyszukał jazz z jakiejś bostońskiej rozgłośni – na saksofonie altowym grano „All the Things You Are”. Przez muzykę przebijał jednak miarowy, bezsensowny kontrapunkt – ocean. Nieco później Jack dostrzegł na tle nieba wielki szkielet kolejki z wesołego miasteczka oraz rozłożyste skrzydła hotelu Alhambra. Wrócili do domu, jeśli to był dom.

Rozdział trzeci
Speedy Parker
1

Następnego dnia wróciło słońce – ostre i jaskrawe, jak farba kładło się warstwami na płaskiej plaży i wyłożonym czerwonymi dachówkami, pochyłym kawałku dachu, który Jack mógł dojrzeć z okna swojej sypialni. Długa, niska fala daleko na oceanie zdawała się twardnieć pod wpływem światła, raziła oczy chłopca odbitymi refleksami. Słoneczny blask zdaniem Jacka wyglądał tu inaczej niż w Kalifornii. Wydawał się jakby bardziej rozrzedzony i zimniejszy – mniej odżywczy. Fala na ciemnym oceanie stopniała, po czym znów się wydźwignęła; przeskoczyło po niej twarde, oślepiająco złote pasmo. Jack odwrócił się od okna. Wziął już prysznic i ubrał się, a biologiczny zegar podpowiadał mu, że czas iść na przystanek szkolnego autobusu. Siódma piętnaście – ale oczywiście nie wybierał się dzisiaj do szkoły, wszystko przestało być normalne, a on i matka mieli znów dryfować jak duchy przez dwanaście godzin dnia. Bez rozkładu, bez odpowiedzialności, bez prac domowych... bez żadnego porządku z wyjątkiem tego, który wytyczały godziny posiłków.

Zresztą czy dziś w ogóle był dzień nauki? Jack zatrzymał się koło łóżka, czując ulotny dreszcz paniki, że jego świat stał się tak bezkształtny... wydawało mu się, że dziś nie jest sobota. Odliczył wstecz do ostatniego dającego się z pewnością zidentyfikować dnia, jaki pozostał mu w pamięci – była nim miniona niedziela. Licząc do przodu, doszedł do wniosku, że jest czwartek. W czwartki Jack miał naukę obsługi komputera z panem Balgo i poranną lekcję wychowania fizycznego. Tak przynajmniej wszystko biegło, gdy jego życie było normalne. Czas ten wydawał się bezpowrotnie stracony, chociaż zakończył się zaledwie kilka miesięcy temu.

Jack przeszedł z sypialni do salonu. Gdy pociągnął za sznur zasłony, pokój zalało ostre, jaskrawe światło, od którego płowiały meble. Następnie włączył telewizor i ulokował się na twardej sofie. Matka mogła się pojawić najwcześniej za kwadrans. Może później, bo przecież poprzedniego wieczoru wypiła do kolacji trzy drinki.

Jack obejrzał się na drzwi do jej sypialni.

Dwadzieścia minut później zastukał delikatnie.

– Mamo?

Odpowiedziało mu niewyraźne mamrotanie. Uchylił odrobinę drzwi i zajrzał do środka. Matka podniosła głowę znad poduszki i popatrzyła na niego spod pół przymkniętych powiek.

– Dzień dobry, Jacky. Która godzina?

– Około ósmej.

– Boże! Pewnie umierasz z głodu?

Usiadła i przycisnęła wierzchy dłoni do oczu.

– Coś w tym stylu. Niedobrze mi się robi od siedzenia tutaj. Zastanawiałem się, czy niedługo wstaniesz.

– Nie, jeśli mogę coś na to poradzić. Przeszkadza ci? Zejdź do jadalni, zamów sobie jakieś śniadanie. Powłócz się po plaży, dobrze? Jeśli dasz matce powylegiwać się jeszcze godzinę w łóżku, będzie o wiele znośniejsza.

– Pewnie – odparł. – No dobra. Do zobaczenia później.

Jej głowa już opadła z powrotem na poduszkę.

Jack wyłączył telewizor i wyszedł z pokoju, upewniwszy się, że ma klucz w kieszeni dżinsów.

W windzie pachniało kamforą i amoniakiem – pewnie pokojówce spadła z wózka butelka. Drzwi otworzyły się, a szary recepcjonista popatrzył na chłopca, marszcząc brwi, i ostentacyjnie się odwrócił. Chociaż jesteś dzieciakiem gwiazdy filmowej, to nie znaczy, że będziemy cię tu traktować jako kogoś wyjątkowego, synu... a poza tym dlaczego nie jesteś w szkole? Jack skręcił w stronę wykładanego drewnianymi panelami wejścia do jadalni – ochrzczonej „Saddle of Lamb”, czyli „Cielęca krzyżówka”. W pogrążonym w cieniu wielkim wnętrzu zobaczył rzędy pustych stolików. Nakryto raptem może sześć z nich. Kelnerka w białej bluzce i czerwonej plisowanej spódnicy popatrzyła na chłopca i odwróciła wzrok. W drugim końcu sali po przeciwnych stronach stolika siedziała para starszych ludzi, wyglądali na zmęczonych. Nikt inny nie przyszedł na śniadanie. Jack zobaczył, że stary mężczyzna pochyla się nad stolikiem i automatycznie kroi smażone jajko żony na cztery kawałki wielkości cala.

– Stolik na jedną osobę?

Obok Jacka zmaterializowała się kierowniczka dziennej zmiany w restauracji i natychmiast podała mu kartę dań.

– Przepraszam, rozmyśliłem się.

Wymknął się za drzwi. Hotelowa kawiarnia „Beachcomber Lounge” znajdowała się po przeciwnej stronie lobby, na końcu długiego, ponurego, pełnego pustych gablot korytarza. Jack przestał odczuwać głód na myśl, iż miałby usiąść przy kontuarze i patrzeć, jak znudzony kucharz rzuca płatki boczku na pokryty okruchami ruszt. Postanowił zaczekać, aż matka wstanie – albo jeszcze lepiej, pójdzie po pączka i karton mleka do jednego ze sklepów przy ulicy prowadzącej do miasta.

Pchnął wysokie, masywne frontowe drzwi hotelu i wyszedł na zalany słońcem podest. Przez moment ostry blask poraził jego oczy – świat zamienił się w płaski, oślepiający miraż. Jack zmrużył powieki, żałując, że nie zabrał okularów przeciwsłonecznych. Przeszedł po wykładanym czerwonymi cegłami podeście i zstąpił po czterech łukowatych stopniach na główny chodnik, wiodący przez ogrody z frontu hotelu.

Co by się stało, gdyby umarła?

Co by go czekało – gdzie by się podział, kto by się nim zajął, gdyby rzeczywiście zdarzyła się najgorsza rzecz na świecie i matka by umarła, umarła na dobre w tym hotelowym pokoju?

Potrząsnął głową, starając się odpędzić tę straszną myśl – nim ukryta panika wynurzy się z uporządkowanych ogrodów Alhambry i rozerwie go na strzępy. Nie mógł płakać, nie mógł sobie na to pozwolić – i nie zamierzał myśleć o tarrytoonach oraz tym, jak bardzo schudła. Nie chciał znów dopuścić do ogarniającego go czasem uczucia, że matka również była bezradna i straciła cel w życiu. Jack przyspieszył kroku i wepchnął ręce w kieszenie, gdy przeskoczył ze skręcającego wgłąb ogrodów chodnika na hotelowy podjazd. Ona ucieka, synu, a ty razem z nią. Ucieka, ale przed kim? I dokąd? Tutaj – właśnie tutaj, do tego opustoszałego letniska?

Dotarł do szerokiej ulicy i ruszył wzdłuż brzegu morza w stronę miasta. Cały otaczający go pusty krajobraz zamienił się wlej gotowy wessać go i wypluć w czarne miejsce, gdzie nigdy nie istniał spokój ani bezpieczeństwo. Nad pustą drogą unosiła się mewa. Zatoczyła szeroki krąg i zanurkowała w stronę plaży. Jack przyglądał się, jak ptak maleje, aż zamienił się w białą plamkę w powietrzu nad nierówną linią torów kolejki wesołego miasteczka.

Gdzieś tam, właśnie w wesołym miasteczku, był Lester Speedy Parker, Murzyn z kędzierzawymi, siwymi włosami i pobrużdżonymi policzkami. Jack musiał go zobaczyć. Nagle zdał sobie z tego sprawę tak jasno, jak wcześniej uświadomił sobie pewną rzecz o ojcu swego przyjaciela Richarda.

Mewa zakrzyczała, od fali odbił się ostry, złoty blask, a Jack wyobraził sobie wuja Morgana i swojego nowego przyjaciela Speedy’ego Parkera jako postacie stanowiące prawie alegoryczne przeciwieństwo – jakby były to osadzone na cokołach posągi, przedstawiające Noc i Dzień, Księżyc i Słońce – ciemność i światło. Gdy tylko Jack zdał sobie sprawę, że jego ojciec polubiłby Speedy’ego Parkera, pojął, że stary muzyk bluesowy nie potrafi nikomu wyrządzić krzywdy. Co innego wuj Morgan... wuj Morgan był zupełnie innym człowiekiem. Żył interesami, spiesznym handlem i dobijaniem targów. Był tak ambitny, że kwestionował każdą wątpliwą decyzję sędziego podczas partii tenisa – w istocie tak przepełniony ambicją, że oszukiwał przy grze w karty o groszowe stawki, na które od czasu do czasu namawiał go syn. Jack przynajmniej podejrzewał, że wuj Morgan oszukiwał podczas kilku z nich... Nie był to człowiek, który z klasą pogodziłby się z przegraną.

 

Noc i Dzień, Księżyc i Słońce, Ciemność i Światło – czarnoskóry mężczyzna był jasnością we wszystkich tych zestawieniach. Gdy myśli Jacka dotarły do tego miejsca, ogarnęła go panika, z którą walczył w miniaturowym hotelowym ogrodzie. Zerwał się do biegu.

2

Kiedy chłopiec zobaczył Speedy’ego, który klęczał obok szarego, obłażącego z farby budynku salonu gier, Murzyn okręcał właśnie taśmą izolacyjną gruby kabel. Pokrytą włosami jak stalowy druciak głowę miał prawie przygiętą do desek, chude pośladki wypychały przetarte siedzenie zielonych roboczych spodni, a zakurzone podeszwy butów przypominały parę postawionych na sztorc desek surfingowych – uświadomił sobie, że nie miał pojęcia, co chce powiedzieć dozorcy i czy nawet zamierza w ogóle z czegoś mu się zwierzyć. Speedy jeszcze raz czarną taśmę owinął kabel, skinął głową, wyjął z kieszeni roboczej koszuli wysłużony kozik i odciął taśmę z chirurgiczną precyzją. Jack uciekłby również stąd, gdyby mógł – przeszkadzał staremu człowiekowi w pracy, a poza tym wariactwem było myśleć, że Speedy zdoła mu jakkolwiek pomóc. W czym mógłby wesprzeć go stary dozorca opustoszałego wesołego miasteczka?

Po chwili Speedy odwrócił głowę i na jego twarzy zagościł podtrzymujący na duchu serdeczny wyraz powitania – nie tyle się uśmiechał, ile pogłębiły mu się wszystkie bruzdy na twarzy – dzięki czemu Jack zdał sobie sprawę, że nie jest przynajmniej intruzem.

– Jack Wędrowniczek – powiedział Speedy. – Zaczynałem się bać, że postanowiłeś nie pokazywać mi się na oczy, a przecież właśnie zaczęliśmy się przyjaźnić. Cieszę się, że cię znowu widzę, synu.

– No – odparł Jack. – Mnie również miło pana widzieć.

Speedy wetknął metalowy nóż z powrotem do kieszeni i dźwignął swe wysokie, szczupłe ciało tak łatwo, z taką energią, że wydawało się nieważkie.

– Wszystko tutaj wali mi się na łeb – powiedział. – Naprawiam, co mogę, po kawałku, żeby działało mniej więcej tak, jak powinno. – Urwał w pół zdania, gdy przyjrzał się uważniej twarzy Jacka. – Wygląda na to, że na świecie zrobiło się nieklawo, co? Jack Wędrowniczek ma na karku mnóstwo kłopotów. Racja?

– Tak, mniej więcej – odrzekł Jack.

Nie wiedział, od czego zacząć tłumaczenie, czym się martwi. Nie sposób było tego ująć w zwyczajne zdania, który by sprawiły, że wszystko stałoby się racjonalne. Raz-dwa-trzy: świat Jacka przestał układać się w tak proste linie. Wszystko, czego nie mógł wyrazić, przygniatało go.

Popatrzył żałośnie na wysokiego, chudego mężczyznę przed sobą. Speedy wepchnął ręce głęboko w kieszenie; gęste siwe brwi ściągnął tak, że między nimi utworzyła się głęboka, pionowa bruzda. Oczyma tak jasnymi, że niemal pozbawionymi koloru, powiódł po pokrytej pęcherzami farbie pomostu, aż skrzyżował spojrzenie z Jackiem – i chłopiec nagle poczuł się lepiej. Nie rozumiał dlaczego, ale Speedy chyba potrafił przekazywać mu bezpośrednio emocje – jakby poznali się nie tydzień temu, ale całe lata, i zamienili więcej niż parę słów w opustoszałym salonie gier.

– No, na razie wystarczy tej roboty – powiedział Speedy, oglądając się w stronę Alhambry. – Jak teraz nie przestanę, to wszystko sknocę. Pewnie nie widziałeś jeszcze mojego biura, co? – Jack pokręcił głową. – No to czas na trochę odpoczynku, chłopcze. Najwyższa pora.

Ruszył molem charakterystycznym dla siebie długim krokiem, a Jack truchtał za nim. Zeskoczyli ze schodów i zaczęli przedzierać się przez zmarniałą trawę i ubitą brunatną ziemię w stronę budynków stojących na drugim końcu wesołego miasteczka. Speedy zaskoczył Jacka tym, że zaczął śpiewać.

Jack Wędrowniczek, dobry Jack Wędrowniczek,

Czeka go daleka droga,

A jeszcze dłuższa z powrotem.

Ściśle rzecz biorąc, nie była to piosenka, pomyślał Jack, ale coś pomiędzy śpiewem i deklamacją. Gdyby nie słowa, słuchanie surowego głosu Speedy’ego, który przepełniała pewność siebie, sprawiłoby mu przyjemność.

Daleka droga czeka tego chłopca,

A jeszcze dłuższa z powrotem.

Speedy rzucił mu przez ramię niemal figlarne spojrzenie.

– Dlaczego pan mnie tak nazywa? – spytał go Jack. – Dlaczego zostałem Jackiem Wędrowniczkiem? Bo jestem z Kalifornii?

Dotarli do bladoniebieskiej budki biletera przy furtce w ogrodzeniu kolejki. Speedy wsunął z powrotem ręce w kieszenie workowatych zielonych spodni, obrócił się na pięcie i oparł łokcie na niskiej, niebieskiej poprzeczce. Oszczędność i szybkość jego ruchów były niemal teatralne – jak gdyby wiedział, że chłopiec zada właśnie to pytanie akurat w tej chwili, pomyślał Jack.

Mówi, że przyjechał z Kalifornii

I nie wie, że zaraz ma tam wracać...

– zaśpiewał Speedy. Przez jego poważną, rzeźbioną twarz przemknęło coś, co Jack odebrał jako niezadowolenie.

Mówi, że przyjechał aż tutaj,

Biedny Jack Wędrowniczek wracać ma zaraz...

– Co? – spytał Jack. – Wracać? O ile wiem, matka sprzedała już dom albo go wynajęła czy coś takiego. Nie mam pojęcia, co u diabła chcesz mi wmówić, Speedy.

Poczuł ulgę, gdy Speedy odpowiedział mu nie melodyjnym, rytmicznym śpiewem, lecz normalnym głosem:

– Założę się, że sobie nie przypominasz, jak się dawniej spotkaliśmy, Jack. Nie przypominasz sobie, prawda?

– Spotkaliśmy się wcześniej? Gdzie?

– W Kalifornii – tak przynajmniej mi się wydaje. Pewnie i tak tego nie pamiętasz, Jacku Wędrowniczku. Straszny ruch panował przez tamtych kilka chwil. Pewnie to było... niech pomyślę... mniej więcej cztery, pięć lat temu. W tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym szóstym.

Całkiem zdezorientowany Jack podniósł wzrok. Tysiąc dziewięćset siedemdziesiąty szósty? Miał wtedy siedem lat.

– Dobra, poszukajmy mojego gabinetu – powiedział Speedy i z dziwną lekkością odepchnął się od budki biletera.

Jack ruszył za nim, klucząc między wysokimi wspornikami kolejki. Czarne cienie, przypominające kreski diagramów do gry w kółko i krzyżyk, kładły się na pylistej jałowej ziemi, upstrzonej puszkami po piwie i papierkami po cukierkach. Tory kolejki pięły się nad nimi jak niedokończony wieżowiec. Jack przyglądał się, jak Speedy porusza się z pozbawioną wysiłku gracją gracza w koszykówkę, z uniesioną głową i swobodnie zwieszonymi rękami. Kąt, pod jakim pochylał ciało, postawa w poprzecinanym cieniami półmroku pod wspornikami – sprawiały, że wydawał się bardzo młody. Ktoś mógłby wziąć Speedy’ego za mężczyznę przed trzydziestką.

Dozorca wyszedł wreszcie z powrotem w ostre światło słońca, a pięćdziesiąt lat pokryło mu siwizną włosy i pobruździło kark. Jack przystanął, gdy dotarł do ostatniego rzędu wsporników, czując, że iluzoryczne odmłodnienie Speedy’ego Parkera stanowi dla nich obydwóch sygnał, że Sny Na Jawie są w jakiś sposób bardzo blisko, w zasięgu ich rąk.

Tysiąc dziewięćset siedemdziesiąty szósty? Kalifornia? Jack ruszył ociężale za Speedym, który skierował się ku małej, pomalowanej na czerwono szopie, przylegającej do ogrodzenia z drutu po przeciwnej stronie wesołego miasteczka. Chłopiec był pewien, że nigdy nie spotkał Speedy’ego w Kalifornii... ale niemal namacalna natura jego fantazji obudziła w nim kolejne konkretne wspomnienie z tamtych dni – obrazy i wrażenia z późnego popołudnia w szóstym roku życia. Jack bawił się czarną taksówką za kanapą w gabinecie ojca... a ojciec i wuj Morgan w niewytłumaczalny, magiczny sposób rozmawiali właśnie o Snach Na Jawie. Mają magię, tak jak my mamy fizykę, zgadza się? Monarchia agrarna, w której magia jest wykorzystywana zamiast nauki. Dociera do ciebie, jakiego mielibyśmy na nich kurewskiego haka, gdybyśmy dali im elektryczność? Gdybyśmy przekazali odpowiednim ludziom nowoczesną broń? Wyobrażasz to sobie?

Zaczekaj chwilę, Morgan. Mam mnóstwo pomysłów, które widocznie tobie nie przyszły do głowy...

Jack prawie słyszał głos ojca, a wyjątkowe, niepokojące królestwo Snów Na Jawie zdawało się odżywać w pogrążonej w cieniu, jałowej przestrzeni pod kolejką. Chłopiec ruszył szybciej za Speedym, który otworzył drzwi małej, czerwonej szopy i oparł się o nie, uśmiechając się bez cienia wesołości.

– Coś ci przyszło do głowy, Jacku Wędrowniczku. Coś ci się tam kotłuje jak pszczoły w ulu. Właź do mojego apartamentu i opowiedz o tym.

Gdyby uśmiech Murzyna był szerszy, bardziej oczywisty, Jack pewnie odwróciłby się i uciekł; widmo upokorzenia wciąż unosiło się niepokojąco blisko. Speedy zdawał się jednak całą swoją istotą wyrażać zaproszenie i troskę – przekazywały to wszystkie bruzdy na jego twarzy – więc Jack przeszedł obok niego do środka.

„Gabinetem” Speedy’ego była mała klitka ze ścianami z desek, tak samo czerwonych jak z zewnątrz, pozbawiona biurka czy telefonu. Dwie odwrócone skrzynki po pomarańczach opierały się o jedną z bocznych ścian, a pomiędzy nimi stał elektryczny grzejnik z kratką przypominającą wlot chłodnicy pontiaca z lat pięćdziesiątych. Na środku pokoiku drewniane szkolne krzesło z zaokrąglonym oparciem towarzyszyło miękkiemu fotelowi, obitemu spłowiałym szarym materiałem.

Wyglądało na to, że kilka pokoleń kotów podarło poręcze fotela: brudne pasma wyściółki przylegały do nich jak włosy. Na tylnej stronie oparcia szkolnego krzesła widniało skomplikowane graffiti z wydrapanych inicjałów. Meble najwyraźniej pochodziły ze śmietniska. W kącie leżały dwa równe stosy książek w miękkiej oprawie, a w kolejnym rogu – imitująca skórę aligatora, prostokątna pokrywa taniego adaptera. Speedy wskazał skinieniem głowy grzejnik.

– Jakbyś przyjechał tu w styczniu, chłopcze, zobaczyłbyś, po co mi to – powiedział. – Zimno? Jeszcze jak!

Jack patrzył jednak na zdjęcia przyklejone taśmą do ściany nad grzejnikiem i skrzynkami po pomarańczach.

Wszystkie z wyjątkiem jednego stanowiły akty, wycięte z magazynów dla mężczyzn. Kobiety z piersiami równie wielkimi jak ich głowy opierały się o niewygodne drzewa, szeroko rozstawiając spracowane, przypominające kolumny nogi. Dla Jacka ich twarze były równocześnie fascynujące i drapieżne – jak gdyby kobiety te były gotowe wygryźć mu kawałki skóry zaraz po złożeniu pocałunku. Niektóre nie były młodsze od jego matki; inne wydawały się najwyżej kilka lat starsze od niego. Jack wodził oczyma po pożądliwych ciałach – wszystkich, młodych i niemłodych, różowych, brązowych jak czekolada i złotych jak miód – zdających się wyrywać ku jego dotykowi. Zorientował się, że Speedy stoi obok niego i mu się przygląda. Wreszcie spojrzenie Jacka padło na pejzaż uchwycony na zdjęciu, który wisiał pomiędzy pornograficznymi fotografiami. Przez chwilę praktycznie zapomniał o oddychaniu.

I on wydawał się sięgać ku niemu, jakby był trójwymiarowy. Rozległa równina, porośnięta intensywnie zieloną trawą ciągnęła się ku niskim, zerodowanym górom. Nad równiną i szczytami rozpościerało się głębokie, przejrzyste niebo. Jack mógł niemal wyczuć węchem świeżość tej scenerii. Znał to miejsce. Nigdy go nie odwiedzał, nie naprawdę, ale je znał. Był to jeden z pejzaży z jego Snów Na Jawie.

– Przyciąga spojrzenie, prawda? – odezwał się Speedy.

Jack przypomniał sobie, gdzie się znajduje. Odwrócona plecami do aparatu Euroazjatka wypinała tyłeczek w kształcie serca i uśmiechała się przez ramię. Tak, pomyślał Jack.

– Naprawdę ładne miejsce – powiedział Speedy. – To ja powiesiłem tę fotkę. Te wszystkie dziewczyny czekały tu na mnie, kiedy się wprowadziłem. Nie miałem serca, żeby pozdzierać je ze ściany. Przypominają mi na swój sposób dawne czasy – kiedy byłem w drodze.

Jack przeniósł spojrzenie na Speedy’ego. Starszy mężczyzna mrugnął do niego.

– Znasz to miejsce, Speedy? – spytał. – To znaczy, wiesz, gdzie jest?

 

– Może tak, może nie. Może być w Afryce – gdzieś w Kenii. A może to tylko moje wspomnienie. Siadaj, Jacku Wędrowniczku, w tym wygodnym fotelu.

Jack obrócił się w foteliku, tak by wciąż móc widzieć scenę ze Snów Na Jawie.

– To Afryka?

– Albo miejsce gdzieś o wiele bliżej. Może gdzieś, gdzie człowiek mógłby się dostać – za każdym razem, gdyby tego zechciał – to znaczy, gdyby naprawdę aż tak bardzo chciał je zobaczyć.

Jack nagle zdał sobie sprawę, że drży i trwa to już jakąś chwilę. Zacisnął pięści i poczuł, że drżenie przemieszcza się do jego brzucha. Nie był pewien, czy kiedykolwiek chciał naprawdę zobaczyć miejsce ze Snów Na Jawie, ale popatrzył pytająco na Speedy’ego, który ulokował się na szkolnym krześle.

– To nie jest nigdzie w Afryce, prawda?

– No, nie wiem. Może. Mam dla niego własną nazwę. Mówię na to po prostu Terytoria.

Jack podniósł wzrok na fotografię – szeroką równinę z niewielkimi zagłębieniami, niskie, brązowe góry. Terytoria. Nazwa była trafna – tak właśnie powinna nazywać się ta kraina. Mają magię, tak jak my mamy fizykę, zgadza się?... odpowiednim ludziom nowoczesną broń... Knucie wuja Morgana. Odpowiedź ojca, wciśnięcie hamulców: Musimy zachować ostrożność, kiedy tam działamy, partnerze... Pamiętaj, jesteśmy ich dłużnikami. Mówię poważnie: ich dłużnikami.

– Terytoria – powiedział Jack do Speedy’ego, smakując tę nazwę, a zarazem zadając pytanie.

– Powietrze jak najlepsze wino z piwnicy bogacza. Ciepłe deszcze. To właśnie to miejsce, synu.

– Byłeś tam, Speedy? – spytał Jack, gorączkowo pragnąc usłyszeć odpowiedź.

Speedy go jednak zawiódł; chłopiec był zresztą prawie pewny, że tak się stanie. Dozorca uśmiechnął się do niego – tym razem szczerze, a nie tylko z tą minimalną dawką ciepła.

– Do diabła, nigdy nie byłem za granicą tych tutaj Stanów Zjednoczonych – odparł po chwili Speedy. – Nawet w czasie wojny. Nigdy nie zawędrowałem dalej niż Teksas i Alabama.

– Skąd wiesz o... Terytoriach? – Nazwa ta dopiero zadomawiała się w umyśle Jacka.

– Taki człowiek jak ja słyszy najrozmaitsze historie. Opowieści o papugach z dwiema głowami, o ludziach, co mają własne skrzydła i na nich latają, o takich, co zamieniają się w wilki, opowieści o królowych. Chorych królowych.

...magię, tak jak my mamy fizykę, zgadza się?

Anioły i wilkołaki.

– Znam historie o wilkołakach – odrzekł Jack. – Są nawet w kreskówkach. To jeszcze nic nie znaczy, Speedy.

– Pewnie nie, ale słyszałem, że jak człowiek wyciągnie tam z ziemi rzodkiewkę, drugi, pół mili dalej, zdoła poczuć jej zapach – takie tam czyste i słodkie powietrze.

– Ale anioły...

– Skrzydlaci ludzie.

– I chore królowe – dokończył Jack.

Chciał, żeby zabrzmiało to jak dowcip: Rany, aleś durne miejsce sobie wymyślił, kowboju od miotły. Nie zdołał jednak wypowiedzieć tych słów, bo zrobiło się mu niedobrze. Przypomniał sobie czarne oko mewy, odbicie jej poczucia dobra i zła, gdy ptak wyszarpywał małża ze skorupy. W duszy dosłyszał też głos zaaferowanego i wiecznie zaganianego wuja Morgana, który prosił, żeby zawołał do telefonu Królową Lily.

Królowa klasy B. Królowa Lily Cavanaugh.

– No – powiedział cicho Speedy. – Wszędzie kłopoty, synu. Królowa jest chora... może umiera. Umiera, synu. A świat czy dwa światy czekają i przyglądają się, czy ktoś zdoła ją ocalić.

Jack utkwił w nim wzrok, usta miał na pół otwarte i czuł się mniej więcej tak, jakby dozorca kopnął go w żołądek. Ocalić ją? Ocalić jego matkę? Znów zaczęła wzbierać w nim panika – jak on mógłby ją ocalić? I czy ta obłędna gadanina znaczyła, że matka naprawdę umiera tam, w swoim pokoju?

– Czeka cię robota, Jacku Wędrowniczku – powiedział Speedy. – Robota, która cię nie minie, i to są święte słowa. Sam żałuję, że nie jest inaczej.

– Nie wiem, o czym mówisz – odrzekł Jack.

Oddech zdawał się więznąć mu w gorącym, małym zachyłku u podstawy kręgosłupa. Spojrzał w inny kąt małego, czerwonego pokoiku i dostrzegł w cieniu opartą o ścianę obtłuczoną gitarę. Obok niej leżał zwinięty w równy rulon cienki materac. Speedy spał obok swojej gitary.

– Bo ja wiem? – powiedział dozorca. – Są takie czasy – rozumiesz, o co mi chodzi – kiedy wiesz więcej, niż ci się wydaje. Diabelsko więcej.

– Ale ja nic... – zaczął Jack i urwał, bo w tym samym momencie przypomniał sobie coś jeszcze.

Ogarnęło go większe przerażenie – wcisnął się mu do głowy kolejny fragment przeszłości, przyciągając jego uwagę. Skórę natychmiast pokryła mu warstewka potu. Poczuł lodowate zimno – jak gdyby oblała go rozpylona struga wody. Właśnie to wspomnienie starał się wyrzucić z myśli poprzedniego ranka, gdy stał przed windą i udawał, że pęcherz nie chce mu pęknąć.

– Nie mówiłem, że nadszedł czas, aby się trochę odświeżyć? – zapytał Speedy, pochylił się i odepchnął nieprzybitą podłogową deskę.

Jackowi ponownie stanęli przed oczyma dwaj zwyczajnie wyglądający mężczyźni, którzy starali się wepchnąć matkę do samochodu. Nad nimi na dach wozu opadały łuskowate gałązki olbrzymiego drzewa.

Speedy ostrożnie wyjął półkwartową butelkę ze szczeliny między deskami. Szkło było ciemnozielone, a ciecz wyglądała na czarną.

– To ci pomoże, synu. Wystarczy, że posmakujesz – a trafisz wnowe miejsce i będziesz mógł zacząć rozglądać się za robotą, o której ci mówiłem.

– Nie mogę zostać dłużej, Speedy – wykrztusił Jack, rozpaczliwie pragnąc jak najszybciej wrócić do Alhambry. Starszy mężczyzna najwidoczniej dostrzegł zaskoczenie na jego twarzy i wsunął butelkę pod obluzowaną deskę. Jack wstał już z fotela. – Martwię się – powiedział.

– O mamę?

Jack pokiwał głową, cofając się w stronę otwartych drzwi.

– W takim razie lepiej idź. Jak zobaczysz, że nic jej nie jest, to się uspokoisz. Możesz tu wrócić, kiedy tylko zechcesz, Jacku Wędrowniczku.

– Dobrze – rzekł chłopiec, po czym zawahał się przed wybiegnięciem na zewnątrz. – Myślę... myślę, że przypominam sobie, kiedy się wcześniej widzieliśmy.

– Nie, to mnie się coś pokręciło – odpowiedział Speedy, potrząsnął głową i zamachał rękami. – Miałeś rację. Spotkaliśmy się po raz pierwszy wzeszłym tygodniu. Wracaj do mamy, to się uspokoisz.

Jack wypadł przez drzwi i pobiegł w zacierającym wymiary blasku słońca w stronę prowadzącego na ulicę szerokiego łuku wejściowego, nad którym na tle nieba widać było litery AIDACRA OKZCETSAIM EŁOSEW. W nocy po obu stronach szyldu paliły się kolorowe żarówki. Spod podeszew butów Jacka wzbijały się kłęby kurzu. Chłopiec walczył z własnymi mięśniami, zmuszając się do jeszcze szybszego biegu. W chwili gdy przebiegł przez wejście, czuł się niemal tak, jakby frunął.

Tysiąc dziewięćset siedemdziesiąty szósty. Jack snuł się Rodeo Drive popołudniem... w czerwcu? lipcu?... któregoś dnia podczas pory suchej, zanim jednak tamtego roku wszyscy zaczęli się obawiać, że zapali się poszycie na wzgórzach. Obecnie nie przypominał sobie nawet, dokąd szedł. Do domu przyjaciela? Nie chodziło o żadną pilną sprawę. Przypomniał sobie, że właśnie osiągnął etap, kiedy nie myślał już o ojcu w każdej wolnej chwili. Przez wiele miesięcy po śmierci Philipa Sawyera w wypadku na polowaniu gorycz z powodu utraty ojca dopadała Jacka z bolesną gwałtownością w najmniej odpowiednich momentach. Jack miał zaledwie siedem lat, ale czuł, że tę część dzieciństwa mu ukradziono – jego sześcioletnie wcielenie wydawało się już wówczas nieprawdopodobnie naiwne i bezmyślne – nauczył się jednak ufać w siłę matki. Bezkształtne, dzikie zagrożenia nie wydawały się już czyhać na niego w każdym ciemnym rogu, w szafkach z półotwartymi drzwiami, na spowitych cieniem ulicach i w pustych pokojach.

Wydarzenia tego pozbawionego celu letniego popołudnia w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym szóstym roku zburzyły jego tymczasowy spokój ducha. Przez kolejne sześć miesięcy Jack spał przy włączonym świetle, a we śnie dręczyły go koszmary.

Po drugiej stronie ulicy, kilka budynków od trzypiętrowego domu w stylu kolonialnym, należącego do Sawyerów, stał zaparkowany samochód. Wóz był zielony – nic więcej Jack nie potrafił o nim powiedzieć z wyjątkiem tego, że nie był to mercedes; nie potrafił rozpoznać po wyglądzie żadnej innej marki. Mężczyzna za kierownicą opuścił szybę i uśmiechnął się do Jacka. Chłopiec z początku pomyślał, że zna tego człowieka – mężczyzna widocznie znał Phila Sawyera i chciał przywitać się z jego synem. Wyrażał to uśmiech tego kogoś, taki naturalny. Drugi mężczyzna pochylił się do przodu na siedzeniu obok kierowcy i popatrzył na Jacka przez okulary jak u ślepca – okrągłe i tak ciemne, że niemal czarne. Człowiek w okularach miał na sobie śnieżnobiały garnitur. Kierowca pozwolił mu uśmiechać się jeszcze przez chwilę.

Inne książki tego autora