TalizmanTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Talizman
Talizman
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 73,50  58,80 
Talizman
Audio
Talizman
Audiobook
Czyta Filip Kosior
39,90  29,13 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział drugi
Lej się otwiera
1

Nastał nowy dzień, lecz Jack nie doszedł jeszcze do żadnych mądrych wniosków. Zdarzyło się jednak coś innego: tej nocy przyśnił się mu jeden z najstraszliwszych koszmarów w życiu. Jakiś potwór ścigał jego matkę – karłowate monstrum z przemieszczonymi oczyma i gnijącą, serowatą skórą. „Twoja matka już prawie nie żyje, Jack – możesz zawołać: alleluja?”, wycharczało monstrum, a Jack zrozumiał – tak jak rozumie się we śnie – że ta istota była radioaktywna i gdyby go dotknęła, on również by umarł. Obudził się zlany potem, niemal z krzykiem. Dopiero miarowy łoskot przyboju przypomniał mu, gdzie się naprawdę znajduje; minęły całe godziny, nim ponownie zasnął.

Rano zamierzał matce opowiedzieć sen, ale kryjąca się za chmurą papierosowego dymu Lily była nie w humorze. Dopiero gdy wychodził z hotelowej kawiarni, by załatwić jakąś wymyśloną sprawę, uśmiechnęła się do niego blado.

– Zastanów się, co chcesz zjeść wieczorem.

– Tak?

– Tak. Wszystko, byle nie tanie żarcie. Nie przyjechałam z Los Angeles aż do New Hampshire po to, żeby truć się hot dogami.

– Wybierzmy się do jednej z tych nadmorskich restauracji w Hampton Beach – odparł Jack.

– Doskonale. No, idź się pobaw.

Idź się pobaw, pomyślał Jack z całkowicie nietypową dla siebie goryczą. Och, tak, mamo, oby tak dalej. Naprawdę klawo. Idź się pobaw. Z kim? Dlaczego tu przyjechałaś, mamo? Dlaczego oboje tu jesteśmy? Jak bardzo jesteś chora? Dlaczego nie chcesz porozmawiać ze mną o wujku Tommym? O co chodzi wujowi Morganowi? Co...

Pytania, pytania. Nie przedstawiały żadnej wartości, bo nie miał na nie kto odpowiedzieć.

Chyba że Speedy...

Nonsens. Jak jakiś stary Murzyn, którego Jack niedawno poznał, mógł rozwiązać jakiekolwiek z jego problemów?

Mimo to myśl o Speedym Parkerze nie opuszczała Jacka, gdy schodził po chodniku z desek na przygnębiająco pustą plażę.

2

Tu właśnie kończy się świat, prawda? – pomyślał znowu Jack.

Mewy kołowały po szarym niebie. Według kalendarza lato się jeszcze nie skończyło, ale w Arcadia Beach jego kres nadchodził w Święto Pracy. Cisza była równie szara jak powietrze.

Jack opuścił wzrok na tenisówki i zauważył, że przylepiła się do nich jakaś smołowata maź. Plażowy syf, pomyślał. Jakieś skażenie. Nie miał pojęcia, gdzie w to wdepnął. Cofnął się z obawą od brzegu.

Mewy nadal wisiały w powietrzu, kołując i zawodząc. Jedna z nich krzyknęła wprost nad jego głową. Jack usłyszał głuchy, niemal metaliczny trzask. Odwrócił się na czas, by ujrzeć, jak ptak z łopotem skrzydeł ląduje niezgrabnie na garbatym głazie. Mewa gwałtownie kręciła łebkiem zupełnie jak robot, jakby chciała się upewnić, że jest sama. Następnie zeskoczyła do upuszczonego przez siebie małża, który leżał na gładkim, ubitym piachu. Skorupa mięczaka pękła jak jajko; Jack dostrzegł wciąż podrygujące wewnątrz surowe mięso... a może tylko to sobie wyobraził.

Nie chcę na to patrzeć.

Zanim jednak zdążył się odwrócić, mewa zaczęła wyszarpywać mięso żółtym, haczykowatym dziobem, ciągnąc je jak gumową taśmę. Chłopiec poczuł, że żołądek podchodzi mu do gardła. W duchu słyszał wołanie rozciąganych tkanek – nic składnego, jedynie głupie, wrzeszczące z bólu ciało.

Znów spróbował odwrócić wzrok od mewy, ale i tym razem mu się to nie udało. Ptak otworzył dziób i Jack przez moment dojrzał brudnoróżową gardziel. Ciało małża znikło z mlaśnięciem w pękniętej skorupie. Mewa przez chwilę wpatrzyła się w Jacka czarnymi jak śmierć oczkami, potwierdzając każdą straszną prawdę: ojcowie umierają, matki umierają, wujowie umierają, nawet jeśli studiowali w Yale i wyglądali w trzyczęściowych garniturach z Savile Row solidnie jak bankowe mury. Dzieci również umierały... może, a u kresu zapewne zostawał jedynie głupi, bezmyślny krzyk żywej tkanki.

– Hej – powiedział Jack; nie zdawał sobie z tego nawet sprawy, wydawało mu się, że to tylko myśl obija się mu pod czaszką. – Hej, daj mi trochę luzu.

Mewa siedziała nad swoją zdobyczą, wpatrując się w chłopca paciorkowatymi, czarnymi oczkami. Po chwili znów zaczęła szarpać mięso. Chcesz trochę, Jack? Jeszcze podryguje! Na Boga, jest tak świeże, że pewnie nie wie, że już jest martwe!

Silny żółty dziób wpił się znowu w mięso i pociągnął. Pooociiiąąągnąąąłłł...

Małż został rozerwany. Łeb mewy podskoczył ku sinemu wrześniowemu niebu, a gardło się wybrzuszyło. Wydawało się, że ptak ponownie spojrzał na Jacka – tak jak oczy na niektórych obrazach zdają się stale patrzyć na człowieka, bez względu na to, w którym miejscu sali się stoi. Te oczy... Jack znał takie oczy.

Nagle zapragnął znaleźć się przy matce – zajrzeć w jej ciemnoniebieskie oczy. Nie przypominał sobie, by tak bardzo pragnął jej obecności od czasów, kiedy był naprawdę mały. La-la, usłyszał w duchu jej śpiew. Głos Lily był jak dźwięk wiatru – dopiero co tutaj, po chwili gdzie indziej. La-la, zaśnij już, Jacky, kochanie, tatuś pojechał na polowanie. I reszta tych bzdetów. Jack rozpamiętywał wspomnienie o kołysaniu, o matce palącej jednego herberta tareytona za drugim, może przeglądającej scenariusz – mówiła na scenariusze niebieskie kartki, przypomniał sobie: niebieskie kartki. La-la, Jacky, wszystko fajnie. Kocham cię, Jacky. Szsz... śpij. La-la.

Mewa nadal się w niego wpatrywała.

Z nagłą zgrozą, od której ścisnęło mu się gardło, jakby napił się gorącej osolonej wody, zrozumiał, że ptak rzeczywiście się mu przyglądał. Czarne oczka (czyje?) naprawdę go widziały. A Jack znał to spojrzenie.

Pasmo surowego mięsa wciąż zwisało z dzioba mewy. Na oczach Jacka ptak wessał je i rozchylił dziób w niesamowitym, a mimo to oczywistym uśmiechu.

W tej samej chwili chłopiec odwrócił się i rzucił do biegu z pochyloną głową i zaciśniętymi oczyma, do których napływały gorące, słone łzy. Tenisówki zagłębiały się w piach.

Gdyby istniał sposób, by wznieść się wysoko i popatrzeć na tę scenę z pozycji mewy, pośród tego szarego dnia widać by było tylko jego i ślady, które zostawiał. Jack Sawyer, samotny dwunastolatek biegnący z powrotem do hotelu. Nie myślał już o Speedym Parkerze. Łzy i wiatr niemal tłumiły jego wołanie – powtarzane raz po raz zaprzeczenie: nie, nie, nie.

3

Zatrzymał się zdyszany u szczytu plaży. Gorący szew bólu rozciągał się przez jego ciało od środkowych żeber po najgłębszą część lewej pachy. Jack usiadł na jednej z ławek, rozstawionych przez władze miejskie dla starszych ludzi. Odgarnął włosy z oczu.

Musisz się opanować. Jeśli Sierżantowi Furiatowi odbije szajba, kto poprowadzi Komando Wyjców[3]?

Uśmiechnął się i rzeczywiście poczuł się odrobinę lepiej. Pięćdziesiąt stóp od brzegu i znacznie ponad poziomem wody sprawy wyglądały nieco lepiej. Może spadło ciśnienie atmosferyczne albo coś w tym rodzaju. To, co spotkało wujka Tommy’ego, było okropne, ale Jack domyślał się, że z czasem się z tym pogodzi. Tak przynajmniej powiedziała matka. Wuj Morgan był ostatnio nadzwyczaj nachalny, ale ostatecznie zawsze był nachalny.

Co do jego matki... no cóż, jeden wielki znak zapytania, czyż nie?

W istocie, pomyślał Jack, siedząc na ławce i grzebiąc czubkiem tenisówki w piasku za skrajem chodnika z desek, matka wkrótce może wrócić do normy. Mogła wyzdrowieć, było to prawdopodobne. Ostatecznie nikt się nie wychylił i nie powiedział, że ma tego, co chodzi tyłem, prawda? Nie. Gdyby miała raka, nie przyjechałaby tutaj z Jackiem, prawda? Siedzieliby raczej w Szwajcarii, a matka brałaby zimne kąpiele mineralne, opychałaby się koźlimi gruczołami czy czymś w tym rodzaju. Na pewno właśnie tak by zrobiła.

Może zatem...

W jego świadomość wtargnął niski, szemrzący odgłos. Gdy opuścił głowę, oczy mu się zrobiły jak spodki. Piach po wewnętrznej stronie lewej tenisówki ożył. Drobne białe ziarenka zsuwały się do środka małego okręgu o średnicy mniej więcej palca. Piach w środku kółka nagle zapadł się, tworząc wklęśnięcie w podłożu głębokości około dwóch cali. Boki leja również się poruszały – ziarenka zataczały kręgi w stronę przeciwną do ruchu wskazówek zegara.

To nieprawda, powiedział sobie natychmiast Jack, lecz jego serce już zaczynało bić jak szalone, przyspieszył również oddech. Nieprawda, to jeden ze Snów Na Jawie, może krab czy coś...

Nie był to jednak krab ani jeden ze Snów Na Jawie, ani owo inne miejsce, o którym marzył, gdy było nudno lub trochę strasznie. W każdym razie na pewno nie żaden cholerny krab.

Piach wirował coraz szybciej z suchym, szeleszczącym odgłosem, przywodzącym Jackowi na myśl statyczną elektryczność i eksperyment z butelką lejdejską z zeszłorocznej lekcji fizyki. Ledwie słyszalny odgłos kojarzył się wszakże jeszcze silniej z przeciągłym, szaleńczym krzykiem czy ostatnim tchem umierającego człowieka.

Jeszcze więcej piasku zsunęło się do środka i zaczęło wirować. Wgłębienie zamieniło się wlej w piachu, swego rodzaju przeciwieństwo wzbijanej przez wiatr kurzawy. Dojrzał jaskrawożółte opakowanie po gumie do żucia. Zniknęło, pokazało się, zniknęło, pojawiło się raz jeszcze – za każdym razem widać było coraz większą jego część. Jack odczytywał kolejne litery: JU, następnie JUI, potem JUICY F. Lej zrobił się jeszcze większy, zmiatając resztę przykrywającego opakowanie piasku. Szybkość i nieustępliwość tego procesu przywodziła na myśl nachalną dłoń, spiesznie zrywającą narzuty z zasłanego łóżka. JUICY FRUIT, przeczytał Jack na chwilę, zanim papierek podskoczył w górę.

 

Piach wirował z syczącą furią coraz prędzej, wydając dźwięk brzmiący jak: Hhhhhaaaaahhhhhhh. Jack przyglądał się temu, zrazu zafascynowany, a następnie przerażony. Lej otwierał się jak wielkie, ciemne oko – oko mewy, która zrzuciła małża na skałę, a potem wyciągała z niego żywe mięso jak gumową taśmę.

Hhhhhaaaaahhhhh, szydził piaskowy lej martwym, suchym głosem. Głos ten nie brzmiał wyłącznie w umyśle Jacka. Bez względu na to, jak bardzo chłopiec pragnął, by tak było, głos był rzeczywisty. Wyleciały mu sztuczne zęby, Jack, kiedy najechało na niego stare dobre DZIKIE DZIECKO, wyskoczyły jak z procy, trzask-prask! Yale czy nie Yale, kiedy wpada na ciebie stare dobre DZIKIE DZIECKO i wybija ci z gęby sztuczne zęby, Jacky, to już po tobie. A twoja matka...

Znów zerwał się na równe nogi, biegł na oślep, nie oglądając się za siebie, z rozszerzonymi z przerażenia oczyma, a wiatr zwiewał mu włosy z czoła.

[3] „Sergeant Fury and his Howling Commandos”, publikowany od 1962 roku (do 1968, reaktywowany od 1989 roku) przez Marvel Comics cykl komiksów Stana Lee i Jacka Kirby’ego, rozgrywający się w trakcie drugiej wojny światowej.

4

Jack przeszedł szybko przez mroczny hol hotelu. Atmosfera tego miejsca nie pozwalała biec; było tu cicho jak w bibliotece, a wpadające przez wysokie, poprzedzielane kamiennymi słupkami okna szare światło zmiękczało oraz rozmywało kolory i tak wypłowiałych dywanów. Minąwszy biurko, Jack przeszedł w trucht, lecz przygarbiony dzienny recepcjonista o popielatej skórze wybrał właśnie ten moment, by wyłonić się z łukowatego, wyłożonego drewnem przejścia. Mężczyzna nic nie powiedział, ale stale opuszczone w chmurnym wyrazie kąciki ust jeszcze mu się obniżyły. Jack poczuł się, jakby został przyłapany na bieganiu po kościele. Otarł rękawem czoło i do wind podszedł statecznym krokiem. Nacisnął guzik, czując na plecach świdrujące, posępne spojrzenie recepcjonisty. W ciągu tego tygodnia mężczyzna tylko raz się uśmiechnął – gdy rozpoznał jego matkę. Uśmiech ten zresztą był bardzo słaby.

– Domyślam się, że trzeba być aż tak starym, żeby pamiętać Lily Cavanaugh – powiedziała matka do Jacka, gdy tylko zostali sami w jednym z pokojów.

Był czas, nie tak dawno temu, gdy rozpoznanie dzięki któremukolwiek z pięćdziesiątki filmów, jakie nakręciła w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych (nazywano ją Królową Filmów Klasy B, ona zaś mówiła o sobie: Ulubienica Kin Dla Zmotoryzowanych) – czy to przez taksówkarza, kelnera, czy też ekspedientkę w stoisku z bluzkami magazynu Saks przy Wilshire Boulevard – poprawiało jej nastrój na wiele godzin. Obecnie jednak nawet z tego nie czerpała przyjemności.

Jack wiercił się przed nieruchomymi drzwiami windy, wciąż słysząc niemożliwy, choć znajomy głos, docierający do niego z leja w piasku. Przez moment ujrzał Thomasa Woodbine’a, solidnego, tchnącego spokojem wujka Tommy’ego Woodbine’a, który w założeniu miał być jednym z jego opiekunów – potężnym murem, chroniącym przed kłopotami i zamętem – martwego i zmasakrowanego na bulwarze La Cienega, oraz jego sztuczne zęby poniewierające się jak prażona kukurydza dwadzieścia stóp dalej w rynsztoku. Jack znów szturchnął guzik windy.

Szybciej!

Po chwili zobaczył coś jeszcze gorszego – matkę wciąganą przez dwóch obojętnych mężczyzn do podstawionego samochodu. Nagle Jackowi zachciało się siusiu, przyłożył dłoń do krocza, a zgarbiony, szary mężczyzna za biurkiem chrząknął z dezaprobatą. Jack przycisnął kant drugiej dłoni do magicznego miejsca tuż poniżej żołądka, dzięki któremu zmniejszał się nacisk na pęcherz. Do chłopca dobiegł szum zjeżdżającej powoli windy. Przymknął oczy i ścisnął nogi. Jego matka wyglądała na niepewną siebie, zagubioną i zdezorientowaną, a mężczyźni wpychali ją do samochodu z równą łatwością jak zmęczonego owczarka szkockiego. Jack wiedział jednak, że nie działo się to naprawdę. Było to zniekształcone wspomnienie – na pewno część jednego ze Snów Na Jawie – a poza tym dotyczyło matki, a nie jego samego.

Gdy rozsuwały się mahoniowe drzwi windy, ukazując pogrążone w cieniu wnętrze, z którego na Jacka popatrzyła jego własna twarz, odbita w porysowanym i obłażącym lustrze, ta scena z siódmego roku życia znów zdominowała jego świadomość. Zobaczył, jak oczy jednego z mężczyzn nabierają żółtej barwy, poczuł, jak ręka drugiego zamienia się w coś szponiastego, twardego i nieludzkiego... Wskoczył do windy, jakby go dźgnięto widłami.

Niemożliwe. Nie można mieć Snów Na Jawie, nie widział oczu mężczyzny zmieniających kolor z niebieskiego na żółty, a jego matka była w wyśmienitej formie, nie miał się czego bać, nikt nie umierał, i tylko małżowi groziło niebezpieczeństwo w postaci mewy. Jack zamknął oczy, a winda mozolnie ruszyła w górę.

Istota w piasku śmiała się z niego.

Jack przecisnął się przez szczelinę w drzwiach, gdy tylko zaczęły się rozsuwać. Minął truchtem zamknięte wyloty pozostałych wind, skręcił wprawo w wyłożony drewnianymi panelami korytarz i pobiegł między kinkietami i obrazami w stronę ich pokojów. Bieg na piętrze nie wydawał się aż takim bluźnierstwem. Jack i Lily mieli apartamenty 407 i 408 – składały się z dwóch sypialni, małej kuchni i salonu, z którego widać było długą, gładką plażę oraz bezmiar oceanu. Matka wzięła sobie skądś kwiaty, ułożyła je w wazonach, a obok nich rozstawiła niewielką kolekcję oprawionych w ramki fotografii. Jack w wieku pięciu lat, Jack w wieku lat jedenastu, Jack jako niemowlę na rękach u ojca. Ojciec, Philip Sawyer, za kierownicą starego desoto, którym przyjechali z Morganem Sloatem do Kalifornii wczasach, gdy byli tak biedni, że często sypiali w samochodzie.

– Mamo? – zawołał Jack, gdy otworzył gwałtownie drzwi prowadzące do salonu pokoju 408. – Mamo?

Przywitały go kwiaty, fotografie uśmiechały się do niego. Odpowiedzi nie usłyszał.

– Mamo!

Drzwi zatrzasnęły się za nim. Jack poczuł, że robi mu się zimno w żołądku. Przebiegł przez salon do dużej sypialni po prawej.

– Mamo!

Był tu kolejny wazon pełen wysokich, jaskrawych kwiatów. Kołdra na pustym łóżku wyglądała na nakrochmaloną i wyprasowaną, tak sztywną, że odbiłaby się od niej ćwierćdolarówka. Na stoliku obok stał zestaw brązowych buteleczek zawierających witaminy i inne leki. Jack cofnął się. Okno pokoju matki ukazywało czarne fale, toczące się nieugięcie w jego stronę.

Dwaj mężczyźni, wysiadający z niczym niewyróżniającego się samochodu, sami też bez żadnych cech szczególnych, wyciągający ręce w jej stronę...

– Mamo! – krzyknął Jack.

– Słyszę – zza drzwi łazienki rozległ się głos Lily. – O co ci, na miłość boską...

– Och – powiedział i poczuł, jak rozluźniają się mu wszystkie mięśnie. – Och, przepraszam. Po prostu nie wiedziałem, gdzie jesteś.

– Brałam kąpiel – odparła. – Szykowałam się do kolacji. Chyba to mi jeszcze wolno?

Jack zdał sobie sprawę, że nie musi już iść za potrzebą. Opadł na jeden z elegancko obitych foteli i zamknął oczy z ulgą. Mimo wszystko nic jej się nie stało...

Na razie nic się nie stało, szepnął mroczny głos, a w duchu Jack znów ujrzał otwierający się, wirujący lej.

5

Sześć czy siedem mil dalej wzdłuż nadmorskiej drogi tuż obok miasteczka Hampton Township znaleźli restaurację o nazwie „Lobster Chateau” – „Pałac Homarów”. Jack zdał pobieżną relację z tego, co robił wciągu dnia – już wypierał z pamięci grozę, jakiej doznał na plaży, tłumił jej wspomnienia. Kelner w czerwonej marynarce z nadrukowanym rysunkiem homara na plecach zaprowadził ich do stolika przy długim, pokrytym smugami oknie.

– Czy szanowna pani życzy sobie drinka?

Ponieważ było już po sezonie, twarz kelnera, rodowitego mieszkańca Nowej Anglii, miała lodowaty wyraz. Widząc to oraz dostrzegając w wodnistoniebieskich oczach mężczyzny zawiść, jaką czuje na widok jego sportowej kurtki od Ralpha Laurena oraz noszonej z gracją przez matkę wieczorowej sukni od Halstona, Jack doznał ukłucia bardziej znajomej udręki – zwykłej tęsknoty za domem. Mamo, jeśli naprawdę nie jesteś chora, co my tu, u diabła, robimy? Tutaj jest pusto! Strasznie! Jezu!

– Poproszę porządne martini – powiedziała Lily.

– Słucham? – Kelner uniósł brwi.

– Lód do szklanki – odparła. – Na lód oliwka. Dżin tanqueray na oliwkę. Potem... spamięta pan?

Mamo, na miłość boską, nie widzisz jego spojrzenia? Myślisz, że jesteś czarująca – a on uważa, że sobie z niego kpisz! Nie widzisz jego spojrzenia?

Nie. Nie zauważyła. Ten brak empatii u matki, zwykle błyskawicznie orientującej się, jak czują się inni ludzie, stanowił kolejny kamień, który ugodził w serce Jacka. Matka zrywała więzi ze światem... na wszystkie sposoby.

– Tak, proszę pani.

– Następnie bierze pan butelkę wermutu dowolnej marki i przykłada ją do szklanki – powiedziała – Potem odstawia pan wermut na półkę i przynosi mi szklankę. Zgoda?

– Tak, proszę pani. – Wodniste, zimne nowoangielskie oczy wpatrywały się w matkę bez odrobiny miłości. Jesteśmy tu sami, pomyślał Jack, uświadamiając to sobie w istocie po raz pierwszy. Jezu, i to jak! – A panicz?

– Poproszę coca-colę – powiedział żałośnie Jack.

Kelner odszedł. Lily pogrzebała w torebce, aż znalazła paczkę herbertów tarrytoonów (tak nazywała je, od kiedy Jack był jeszcze małym dzieckiem – wołała na przykład: „Podaj mi moje tarrytoony z tamtej półki, Jacky” – więc tak właśnie wciąż o nich myślał), po czym zapaliła papierosa. Zakrztusiła się i wydmuchnęła dym w trzech gęstych kłębach.

Kolejny kamień ugodził Jacka w serce. Dwa lata temu jego matka całkowicie rzuciła palenie. Jack wyczekiwał, aż wróci do nałogu z owym dziwacznym fatalizmem, który stanowi odwrotną stronę dziecięcej łatwowierności i niewinności. Matka zawsze paliła, więc niedługo będzie palić znowu. Jakoś wytrzymała... ale trzy miesiące temu, w Nowym Jorku, sięgnęła po carltony. Krążyła po salonie apartamentu przy Park Central West, dymiła jak lokomotywa, lub też kucała przed szafką z płytami, grzebiąc w swoich starych longplayach rockowych czy kolekcji płyt jazzowych zmarłego męża.

– Znów palisz, mamo? – zapytał ją.

– Tak, kapuściane liście – odpowiedziała.

– Wolałbym, żebyś tego nie robiła.

– Dlaczego nie włączysz telewizora? – zareagowała z nietypową ostrością, obracając się w jego stronę z surowo zaciśniętymi wargami. – Może znajdziesz Jimmy’ego Swaggarta[4] czy Wielebnego Ike’a[5]? Urządzisz sobie kącik do wołania „alleluja” i znajdziesz jakieś zakonnice, żeby ci wtórowały „amen”.

– Przepraszam – wymamrotał.

Cóż – wtedy były to tylko carltony. Kapuściane liście. Obecnie jednak matka jechała na herbertach tarrytoonach – w staromodnych niebiesko-białych paczkach, z ustnikami wyglądającymi jak filtry, którymi jednak nie były. Jack przypominał sobie słabo, jak ojciec mówił komuś, że pali winstony, a jego żona – smolipłuca.

– Zobaczyłeś coś niezwykłego, Jack? – spytała, utkwiwszy w nim spojrzenie nienaturalnie gorejących oczu.

Trzymała papierosa tym samym, nieco ekscentrycznym gestem między drugim i trzecim palcem prawej ręki. Czekała, czy jakoś to skomentuje. Podpuszczała go, by powiedział: „Mamo, zauważyłem, że znowu palisz herberty tarrytoony – czy to znaczy, że doszłaś do wniosku, iż nie masz nic do stracenia?”.

– Nie – powiedział. Znów ogarnęło go dręczące uczucie otępiającej tęsknoty za domem i zachciało mu się płakać. – Tyle że to miejsce... jest trochę niesamowite.

Lily rozejrzała się i uśmiechnęła. Dwaj inni kelnerzy, jeden chudy, drugi gruby, obydwaj w czerwonych kurtkach ze złotymi homarami na plecach, stali przy wahadłowych drzwiach do kuchni i cicho rozmawiali. Welwetowy sznur wisiał w przejściu do wielkiej jadalni za alkową, w której siedzieli Jack z matką. Odwrócone krzesła na stołach tworzyły w tej ciemnej jaskini kształty przypominające zikkuraty. W przeciwległym końcu przez przeszkloną ścianę dostrzegł stromy brzeg morza, jak z gotyckiego horroru. Jackowi przypomniał się „Death’s Darling”, film z udziałem matki. Lily grała w nim młodą kobietę z mnóstwem pieniędzy, która wbrew woli rodziców poślubiła ciemnowłosego, przystojnego nieznajomego. Ciemnowłosy, przystojny nieznajomy zabrał ją do wielkiego domu nad oceanem i usiłował doprowadzić do obłędu. „Death’s Darling” był filmem typowym dla kariery Lily Cavanaugh – matka kreowała główne role w wielu czarno-białych filmach, w których przystojni aktorzy prowadzili w kapeluszach fordy kabriolety.

 

Wiszący na przegradzającym wejście do ciemnej pieczary welwetowym sznurze znak oznajmił: SALA ZAMKNIĘTA.

– Trochę tu ponuro, prawda? – spytała matka.

– Jak w „Strefie mroku” – odparł, na co Lily wybuchła chrapliwym, zaraźliwym, lecz mimo wszystko uroczym śmiechem.

– Tak, Jacky, Jacky, Jacky – powiedziała, pochyliła się i z uśmiechem przyciągnęła go za długie włosy.

Odsunął jej dłoń, również się uśmiechając (ale w jego głowie pojawiła się myśl: Och, jej palce wyglądają jak kości, może nie? Ona już prawie umarła, Jack...)

– Ni dotykać towara.

– Zejdź ze mnie.

– Nawet równa z ciebie babka jak na taką starą jędzę.

– Och, chłopcze, spróbuj wydębić ze mnie w tym tygodniu pieniądze na kino.

– No.

Uśmiechnęli się do siebie. Jack nie potrafił przypomnieć sobie, kiedy tak bardzo chciało mu się płakać ani kiedy tak bardzo kochał Lily. Matkę cechowała teraz jakaś desperacka twardość... czego częścią był powrót do smolipłuc.

Podano napoje. Lily wzniosła w toaście szklankę w stronę syna.

– Za nas.

– Za nas.

Wypili. Kelner wrócił z menu.

– Czy nie nadepnęłam mu przypadkiem wcześniej na odcisk, Jacky?

– Może trochę – odrzekł.

Zastanowiła się przez chwilę, po czym wzruszyła ramionami.

– Co chcesz?

– Chyba solę.

– W takim razie ja też.

Zamówił więc dla nich obydwojga. Czuł się niezręcznie i był zażenowany, ale wiedział, że jej na tym zależało – a poza tym po odejściu kelnera po jej spojrzeniu zorientował się, że nie wyszło mu najgorzej. W dużym stopniu zawdzięczał to wujkowi Tommy’emu. Po wyprawie do restauracji sieci Hardee’s wujek Tommy powiedział: „Myślę, że jest jeszcze dla ciebie nadzieja, Jack – pod warunkiem że zdołamy wyleczyć cię z obrzydliwej obsesji na punkcie topionego żółtego sera”.

Podano jedzenie. Jack łapczywie zabrał się do gorącej, smakującej cytryną pysznej soli. Lily jedynie dłubała w potrawie. Jadła kilka ziaren fasoli, po czym znowu przegarniała jedzenie po talerzu.

– Szkoła zaczęła się tutaj dwa tygodnie temu – oświadczył Jack w połowie kolacji.

Widok wielkich, żółtych autobusów z napisami: SZKOŁY DYSTRYKTU ARCADIA na bokach wzbudzał w nim poczucie winy. Czuł, że zważywszy na okoliczności, było ono zapewne absurdalne, ale mimo to go doznawał. Wagarował.

Lily popatrzyła na niego pytająco. Zamówiła i wypiła drugiego drinka; kelner właśnie przyniósł trzeciego.

– Po prostu pomyślałem, że o tym wspomnę. – Jack wzruszył ramionami.

– Chcesz pójść do szkoły?

– Hę? Nie! Nie tutaj!

– Dobrze, bo nie mam twoich cholernych papierów ze szczepień – odparła. – Nie wpuszczą cię do szkoły bez rodowodu, chłopie.

– Nie mów do mnie: chłopie – powiedział Jack, ale Lily nie uśmiechnęła się po tym starym żarciku.

Chłopcze, dlaczego nie jesteś w szkole?

Mrugnął, jakby głos rozległ się w rzeczywistości, a nie tylko w jego umyśle.

– Coś się stało? – zapytała.

– Nic. No... w wesołym miasteczku jest taki człowiek. W parku rozrywki. Dozorca, konserwator, coś takiego. Stary Murzyn. Zapytał mnie, dlaczego nie jestem w szkole.

Pochyliła się do przodu, straciwszy humor. Na jej twarzy pojawiła się niemal przerażająca powaga.

– Co mu powiedziałeś?

– Że dochodzę do siebie po mononukleozie. – Jack wzruszył ramionami. – Pamiętasz, jak to było, kiedy Richard na nią chorował? Lekarz powiedział wujowi Morganowi, że Richard ma nie chodzić do szkoły przez sześć tygodni, ale może wychodzić na dwór i robić, na co ma ochotę. – Jack uśmiechnął się blado. – Uważałem go za szczęściarza.

Lily nieco się odprężyła.

– Nie chcę, żebyś rozmawiał z nieznajomymi, Jack.

– Mamo, to tylko...

– Nie obchodzi mnie, kto to taki. Nie chcę, żebyś rozmawiał z nieznajomymi.

Jack pomyślał o czarnoskórym mężczyźnie z włosami barwy szarych stalowych opiłków, ciemnej, głęboko pobrużdżonej twarzy i osobliwych, jasnych oczach. Speedy wymachiwał szczotką w wielkim salonie gier na molo – salon stanowił jedyną atrakcję wesołego miasteczka Arcadia otwartą przez cały rok, był jednak opustoszały, jeśli nie liczyć Jacka, Murzyna i jeszcze dwóch czarnoskórych staruszków w głębi, apatycznie grających na automacie Skee-Ball.

Tym razem, siedząc z matką w nieco niesamowitej restauracji, Jack zadał sobie pytanie, które wcześniej usłyszał z ust Murzyna:

Dlaczego nie chodzę do szkoły?

Bo tak właśnie jest, jak ona mówi, synu. Nie masz szczepień, nie masz rodowodu. Myślisz, że przyjechała tutaj z twoim świadectwem urodzenia? Tak myślisz? Ona ucieka, synu, a ty razem z nią. Ty...

– Miałeś jakieś wiadomości od Richarda?

Pytanie matki przerwało rozmyślania Jacka. Gdy wypowiadała te słowa, dotarła do niego prawda – nie, to było zbyt łagodne określenie. Rąbnęła w niego. Zadrżały mu ręce, szklanka zsunęła się ze stołu i rozbiła na podłodze w drobny mak.

Ona już prawie umarła, Jack.

Głos z wirującego piaskowego leja. Ten, który słyszał w swoim umyśle.

Był to głos wuja Morgana. Nie: może, nie: prawie, nie: coś jakby. To był naprawdę właśnie ten głos. Głos ojca Richarda.

[4] Kaznodzieja telewizyjny o fundamentalistycznych poglądach.

[5] Właściwie: Frederick Eikerenkootter. Kaznodzieja telewizyjny. Mawiał: „Biblia twierdzi, że Jezus jeździł na pożyczonym osiołku. Ja jednak wolę jeździć rolls-royce’em niż na czyimś ośle”.

Inne książki tego autora