Wspomnienia 1973-2010

Tekst
Autor:Peter Luk
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Redaktorka prowadząca

Agata Sikorska

Redakcja

Izabela Dachtera-Walędziak

Projekt okładki

Marcin Dolata

Copyright © by Piotr Lukrawski 2020

E-book przygotowany na postawie wydania I

ISBN 978-83-66664-09-8


Przygotowanie, druk i dystrybucja

Wydawnictwo Sorus

ul. Bóżnicza 15/6

61-751 Poznań

tel. (61) 653 01 43

sorus@sorus.pl

księgarnia internetowa

www.sorus.pl

DM Sorus Sp. z o.o.

Konwersja

Epubeum

Spis treści

Rozdział 1. Życie w komunistycznym kraju. Młodzieńcze lata

Rozdział 2. Początki w nowym kraju

Rozdział 3. Wypadek samochodowy

Rozdział 4. Miłość i plany na przyszłość

Rozdział 5. Nasze wspólne dzieci

Rozdział 6. Powrót do Nowego Jorku

Rozdział 7. Początki nauki w jesziwie

Rozdział 8. Przeprowadzka na Staten Island

Rozdział 9. Ślub Aksany

Rozdział 10. Więcej niespodzianek

Rozdział 11. Moja najukochańsza córka

Rozdział 12. Moja rodzina w Polsce

Rozdział 13. Czy warto było?

Wspomnienia 1973-2010

Z ŻYCIA EMIGRANTA W STANACH ZJEDNOCZONYCH

Książka ta jest poświęcona życiu emigranta, który opuścił swój kraj, Polskę, w czasach, gdy bliski był upadek systemu komunistycznego, rosło niezadowolenie i poczucie krzywdy obywateli, ale także pojawiały się iskierki nadziei na przyszłość, jaką były narodziny „Solidarności”. To portret młodzieńca, który znalazł pracę na statku, marząc o tym, by zacząć nowe, lepsze i bezpieczniejsze życie. Młodzieńca, który pozostawił jednak w kraju prawie wszystko, w tym to, co najważniejsze – najbliższą rodzinę, i udał się za ocean, w nieznane, by spełnić swój, tak nęcący w tamtym czasie, american dream. W książce tej chcę pokazać początki życia w tym nowym świecie, w nowej kulturze, które miały być szansą na wspaniałą przyszłość. Były to zarówno chwile trudne, związane z walką o byt, poszukiwaniem pracy, rozczarowaniami, załamaniami i smutkiem, jak i chwile piękne, pełne szczęścia, związane z poznaniem przyszłej żony i narodzinami dwojga najdroższych memu sercu dzieci. Adaptacja do nowych warunków, choć ostatecznie udana, wcale nie była łatwa – zwłaszcza z uwagi na język, którego wtedy nie znałem, i brak wokół siebie dobrych, życzliwych ludzi. Jednak mój przykład pokazuje, że można pokonać wszelkie przeszkody, jeśli z całego serca pragnie się osiągnąć wymarzony cel. Trzeba mieć wewnętrzną siłę, wiarę w siebie, determinację i trochę szczęścia. Moje małżeństwo z kobietą wyznającą inną wiarę niż katolicka, ukształtowaną przez inną kulturę oraz dzieci zrodzone z tego związku – wszystko to sprawiło, że i ja z roku na rok się zmieniałem. W naszej rodzinie obowiązywał szacunek dla każdej z kultur, jednak ostatecznie święta katolickie, jakie znałem z domu, z pięknie udekorowaną choinką, ustąpiły świętom żydowskim. Z czasem doszło do rozłamu w rodzinie – syn postanowił odejść ze mną, a córka została przy matce. Cena, którą za to zapłaciliśmy i płacimy do dziś, jest naprawdę wysoka.

Rozdział 1. Życie w komunistycznym kraju. Młodzieńcze lata

Gdynia to przepiękne miasto i wielki port leżący nad Morzem Bałtyckim, na północy Polski. Cechuje ją ciągnąca się kilometrami czysta plaża i wspaniałe, morskie powietrze, dostarczające jodu i zapewniające dobre samopoczucie. To właśnie tam się urodziłem, wychowałem i spędziłem swoje młodzieńcze lata. Pochodzę z robotniczej, katolickiej rodziny. Moje dzieciństwo było takie, jak moich rówieśników pochodzących z innych, robotniczych rodzin okresu komunizmu. Rodziny były wtedy zwykle wielodzietne. Dzieci chodziły do żłobka, potem do przedszkola, a następnie stawiały pierwsze kroki w szkole. W tym czasie tylko raz się przeprowadziliśmy – z małego mieszkania położonego w pięknym miejscu na Wzgórzu Nowotki, do nieco większego, jednak daleko od plaży. Woda była wtedy moją miłością, niezwykle mnie przyciągała, nie umiałem bez niej żyć. Często więc, bez wiedzy mamy, wsiadałem do autobusu, nie mając nawet pieniędzy na bilet i udawałem się samotnie na plażę, by spędzić kilka godzin nad morzem. Po powrocie zwykle dostawałem za to burę, ale i tak uważałem, że było warto. Ze zmianą mieszkania wiązała się też zmiana szkoły – nie było to dla mnie łatwe. Musiałem odnaleźć się w nowym środowisku, wśród nowych koleżanek i kolegów. Rodzice byli bardzo wymagający, wręcz rygorystyczni, ale też bardzo nam oddani. Było nas troje: brat starszy o półtora roku ode mnie, siostra młodsza o cztery lata, no i ja – ten średni, a do tego sprawiający najwięcej kłopotów. Mama miała wyższe wykształcenie i po odchowaniu nas, kiedy byliśmy już samodzielni, wróciła do pracy. Ojciec, który pracował na morzu i utrzymywał rodzinę, był gościem w domu, ponieważ wypływał zwykle na kilka miesięcy, wracał na chwilę i znów rozstawaliśmy się na długi czas. Bardzo jednak kochał swoją pracę, bo był jej oddany przez 40 lat. Od dziecka z podziwem obserwowałem mamę, jak radzi sobie sama pod nieobecność ojca. Potrafiła wszystko doskonale zorganizować. Czasem jej jednak współczułem, wiedząc, że swoimi młodzieńczymi wybrykami przysparzam jej tylko kłopotów. Mój starszy brat, zaraz po szkole i obowiązkowym wtedy, dwuletnim wojsku, poszedł w ślady ojca i podjął pracę na statku. Został szefem kuchni. Początkowo pracował na wielkich kontenerowcach, a później na statku badawczym Polskiej Akademii Nauk. Siostra skończyła studia ekonomiczne. Kilka lat po mnie wyjechała z Polski i zamieszkała w Niemczech. Ja z kolei, po ukończeniu szkoły podstawowej, zdecydowałem się pójść w ślady ojca i brata. Mimo sprzeciwu prawie całej rodziny, postawiłem na swoim i wybrałem technikum gastronomiczne. Szkoła znajdowała się niedaleko naszego domu i wiedziałem, że wychodzi z niej wielu świetnych fachowców: kucharzy, dietetyków, kelnerów. Wśród jej absolwentów było też kilku sportowców, między innymi mistrz Europy w skoku o tyczce i wicemistrz świata w tej dyscyplinie. Cztery lata nauki minęły dość szybko. Wiele się nauczyłem, zarówno jeśli chodzi o teoretyczne przygotowanie, jak i praktyczne doświadczenie w zakresie żywienia. Potrafiłem przygotować jadłospis dla ludzi zdrowych, jak również z różnymi schorzeniami, a nawet dla większej liczby osób, np. w szpitalu czy wojsku. Szkołę ukończyłem z tytułem technologa żywności, o specjalności żywienie zbiorowe. Prawie wszyscy, z którymi rozpoczynałem naukę, dobrnęli do końca, więc razem świętowaliśmy maturę i zdobyty tytuł. W krótkim czasie rozjechaliśmy się w różne strony, szukając pracy i chcąc zarabiać prawdziwe pieniądze. Każdy coś sobie znalazł, choć nie była to praca na statkach. A ta była wtedy marzeniem. Niemożliwym do realizacji przed odbyciem obowiązkowej, dwuletniej służby wojskowej. Niektórym udało się jej uniknąć, ale niestety, nie mnie. Do dziś utrzymuję jeszcze kontakty z kolegami z tamtych czasów, choć nie są one tak częste jak kiedyś. Niektórzy woleli nie tracić czasu i od razu odbyć służbę wojskową. Ja jednak postanowiłem najpierw podjąć pracę i zarobić trochę pieniędzy. Była to praca w pociągu, w wagonach restauracyjnych zwanych wars. Każdy podróżny, który poczuł się wtedy głodny albo spragniony, zaraz zjawiał się u nas. Oprócz ciekawej pracy, dobrych zarobków i znajomości z różnymi ludźmi, miałem okazję zwiedzić różne zakątki Polski, do tego za darmo. Pracowałem wtedy dwa tygodnie non stop, z małymi drzemkami na postojach, a potem miałem dwa tygodnie wolnego. Było nas dwóch: kierownik warsu i ja, jako kelner. Sprzedawaliśmy wszystko, w co zaopatrzyliśmy się w bazie. Praca była ciężka, ale wesoła. Szybko przyzwyczaiłem się do tego rytmu. Po krótkim czasie dostałem propozycję awansu, czyli objęcia kierowniczego stanowiska. Czułem jednak, że nie jestem jeszcze na to przygotowany, na odpowiedzialność, jaka się z tym wiąże, dlatego odmówiłem. Poza tym traktowałem tę pracę jako tymczasową, ponieważ moim marzeniem była praca na statku, na wodzie. Tak minęło osiem miesięcy i ciężko mi było rozstawać się z kierownikiem, z którym nie dość, że świetnie mi się pracowało, to jeszcze lubiłem spędzać z nim czas, bo dobrze się rozumieliśmy i w miarę poznawania zaprzyjaźniliśmy się, a potem utrzymywaliśmy ze sobą kontakt przez długie lata. Dzięki tej pracy po raz pierwszy mogłem sobie też pozwolić na wiele rzeczy, a do tego pomóc rodzinie. Czułem się z tym bardzo dobrze, wiedziałem, że jestem na tyle silny psychicznie i fizycznie, by w końcu odbyć obowiązkową służbę wojskową. Ponieważ mój brat zasilił szeregi armii pół roku wcześniej, potrzebowałem na to zgody rodziców. Poza tym ówczesna władza dawała nam możliwość wyboru jednostki. Wiosną 1977 roku wstąpiłem więc w szeregi WOP – Wojsk Ochrony Pogranicza. Proponowano mi wojska lotnicze i pozostanie w Gdyni – moim rodzinnym mieście lub WOP i wyjazd pod niemiecką granicę, do Szczecina. Wybrałem to drugie. Pomyślałem sobie, że będę przynajmniej blisko brata, w tej samej jednostce.

 

Początki okazały się niespodziewanie ciężkie, ale szybko się przyzwyczajałem, dzięki wsparciu brata. Nie miałem tej wolności ani pieniędzy, co podczas pracy w warsie, ale czas upływał mi bardzo szybko. Najgorsze było pierwsze sześć miesięcy, kiedy przygotowywaliśmy się do przysięgi. Czułem się jak podczłowiek. Starsi stopniem gonili nas ze wszystkich stron, darli się na nas. Byłem pogubiony. Uczono nas chodzić, słuchać, wykonywać polecenia przełożonych. Wszystko musiało być dopięte na ostatni guzik. Przysięga to bardzo ważny, a zarazem wyjątkowy moment w życiu każdego rekruta. Przygotowania mają również swoje dobre strony – stajesz się bardziej męski, samodzielny, zdyscyplinowany, co w późniejszym życiu bardzo się przydaje. Przydało się i mnie. Po sześciu miesiącach służby trafiła mi się doskonała fucha. Dzięki mojemu wykształceniu udało mi się wkręcić do magazynu, gdzie przyjmowane i wydawane były produkty żywnościowe dla żołnierskiej kuchni, oczywiście pod bacznym okiem przełożonego w stopniu sierżanta. Wszystkie operacje zapisywałem w specjalnych książkach, które z kolei raz w miesiącu sprawdzały przepiękne kobiety – pracowniczki cywilne pracujące w sztabie. Opuszczałem jednostkę raz w miesiącu, nie tylko po to, aby rozliczyć się ze swojej pracy, ale również nacieszyć oko spotykając się z tymi paniami. Nad moim sierżantem czuwał major, a nad nim bardzo nieprzyjemny pułkownik – kwatermistrz. Jakoś udawało mi się wykonywać moją pracę należycie i bezbłędnie – zawsze byłem dobry w matmie, za co dostawałem sowite wynagrodzenie. Otrzymywałem nie tylko dużo pochwał, ale też urlopy nagrodowe, podczas których widywałem się z rodziną i spotykałem z kolegami. Dochrapałem się nawet brązowej odznaki wzorowego żołnierza i zapewnień kwatermistrza, że czeka mnie wspaniała kariera, jeżeli zostanę na stałe w armii. Mnie jednak interesowało coś innego i już nie mogłem doczekać się powrotu do cywila, rodziny i do mojego ukochanego miasta, czyli Gdyni. Po nocach śniła mi się praca na statkach i woda. Przyjmując wtedy propozycję kwatermistrza, dziś byłbym już na emeryturze i to z niezłą pensyjką. Wybrałem jednak, przynajmniej w moim odczuciu, życie pełniejsze przygód, pracę, którą pokochałem i kraj, który dał mi niemal wszystko.

Zbliżała się chwila oczekiwanego powrotu do cywila. Ostatnie miesiące ciągnęły się w żółwim tempie. Przydzielono mi ucznia, któremu systematycznie przekazywałem wszystkie nabyte umiejętności, jak również tajniki pracy w magazynie. Ostatecznie odrzuciłem prośby przełożonych o pozostanie w wojsku. Zostawiłem również moją ówczesną dziewczynę, co było trudniejsze, niż odejście z wojska. Spędziliśmy wspólnie ponad rok, ale takie wyjście wydawało mi się najlepsze. Ona mieszkała w Szczecinie, studiowała medycynę, dziś jest lekarzem i myślę, że radzi sobie wspaniale. Ja marzyłem o powrocie do Gdyni, do rodziny. Chciałem w końcu zacząć realizować swoje plany. Byłem święcie przekonany, że już nic mi nie przeszkodzi. Po powrocie zrobiłem sobie parę dni wolnego, spotkałem się z kolegami i po raz pierwszy z moim przyszłym pracodawcą, dyrekcją Polskich Linii Oceanicznych. Z ogromnym zapałem zabrałem się do pisania podań, wypełniania wszystkich potrzebnych dokumentów, wizyt u lekarzy, włącznie z psychiatrą – w PLO chcieli tylko zdrowych i odpowiedzialnych ludzi. Nie wszyscy mogli tam się dostać. Oczekiwałem z niecierpliwością na jakąkolwiek wiadomość. Ku mojemu zaskoczeniu i zdziwieniu, nie trwało to długo. Wezwanie do biura i wręczenie mi książeczki żeglarskiej z natychmiastowym zamustrowaniem było dla mnie wielkim szokiem i brzmiało nieprawdopodobnie. Na myślenie nie miałem już za dużo czasu. Pierwszy raz w życiu miałem zobaczyć obce kraje, morza, oceany. Dotąd znałem je z opowieści ojca i brata, którzy w tym biznesie siedzieli już od lat, jak również z filmów. Zostałem zamustrowany w charakterze pomocnika stewarda – do najgorszej, najbrudniejszej roboty, do tego na starym, nadającym się już tylko na żyletki, zdezelowanym wraku o nazwie Oleśnica, obsługującym linię do wschodniej Afryki. Nie odstraszyli mnie jednak tym, a do wyuczonej pozycji ochmistrza, a więc kierownika działu hotelarsko-gastronomicznego, miałem już niedaleko. Przeważnie zabiera to zainteresowanym około dziesięciu lat. Pierwszy rejs trwający trzy miesiące, dał mi się niesamowicie we znaki i najprawdopodobniej zostanie w mojej pamięci już do końca życia. Pierwsze sztormy, które wcześniej oglądałem tylko na filmach, choroba morska, o której nie miałem dotąd zielonego pojęcia, zupa wylewająca się z garów w kuchni, chodzenie po szotach (ścianach), wypadanie z koi podczas snu, czyli mojego pokładowego łóżka, to tylko część wesołych przygód marynarza. Mimo tych wszystkich niedogodności, rodziła się we mnie ogromna miłość do wody, która pachniała zupełnie inaczej niż ta na gdyńskiej plaży. Podczas sztormów, po godzinach pracy, wchodziłem na mostek kapitański, gdzie ze strachem przyglądałem się szalejącej wodzie i falom unoszącym statek jak łupinkę orzecha. Dziób statku zanurzał się na parę minut głęboko w wodzie, żeby po chwili z wyciem i hektolitrami wody, pojawić się z powrotem na powierzchni. Były momenty, w których zastanawiałem się, czy w ogóle się wynurzy. Podczas spokojnej i ładnej pogody stawałem na rufie, przyglądając się śladowi, który statek, a precyzyjniej jego silniki, zostawiają po sobie na wodzie. Linie te ciągną się jakby w nieskończoność, z początku pokryte białą pianą, powoli wypłaszczają się i woda zaczyna przypominać lodowisko. Zawsze fascynował mnie kolor wody, inny na Morzu Bałtyckim, inny na Morzu Północnym, a jeszcze inny na Śródziemnym.

Podczas tego pierwszego rejsu mieliśmy kilka przystanków w Europie. Potem przez Gibraltar wypłynęliśmy na przepiękne, koloru niebieskiego Morze Śródziemne, dzielące Europę od północnej Afryki. Nie potrzebowaliśmy wtedy kapitana – liczne stada delfinów prowadziły nas do Kanału Sueskiego. Była to najkrótsza droga do wschodniej Afryki. Przeprawa kanałem nie należała do przyjemnych i trwała dosyć długo. Przeprowadzać statki mógł tylko i wyłącznie pilot z Egiptu. Musiał być naprawdę dobry i doświadczony, aby prowadzić ogromne statki przez ten wąski przesmyk, gdzie dwa brzegi leżą naprawdę bardzo blisko siebie. Najpierw jednak odwiedziliśmy pierwszy port w Afryce. Była to Aleksandria w Egipcie. Niestety, nie mieliśmy za dużo czasu na zwiedzanie, a na pewno było warto. Wstąpiliśmy tylko na targ, gdzie pierwszy raz w życiu widziałem, jak ogromne płaty mięsa – nie wiem nawet dokładnie co to było – wiszą na hakach w temperaturze około 30 stopni Celsjusza, bez lodówki lub jakiegokolwiek chłodzenia. Obok stał rzeźnik z maczetą i kroił to mięso na kawałki, zawijając je w jakiś brązowy, brudny papier. Do tego w towarzystwie stada much. Przestraszyłem się nie na żarty, nic nie kupiłem i szybko uciekłem z tego miejsca. W czasie przeprawy kanałem widzieliśmy dzieci biegnące po lądzie, kiwały do nas i coś tam pokrzykiwały. W końcu pożegnaliśmy naszego pilota, który przeprowadził nas bez jakichkolwiek problemów. Następnym krajem, z którego mieliśmy zabrać jakiś ładunek, była Somalia, a konkretnie Mogadiszu. Nie było w tym czasie jeszcze piratów, nikt o nich nie słyszał, czuliśmy się bezpiecznie. Natomiast zaskoczył mnie bardzo brudny, wręcz cuchnący port, bez dźwigów, jakiejkolwiek technologii, gdzie pracujący na boso ludzie dźwigali 50-kilogramowe worki z tzw. makuchami – wytłokami olejowymi. Nosili je na plecach, po trapie do ładowni. Niektórzy po dziesięciu godzinach pracy zasypiali na statku, czekając na swoją następną zmianę. Donosiliśmy im wodę do picia, niekiedy mieli ochotę na piwo. Nie wiem, czy to było legalne, ale po jednym polskim piwie zasypiali jak niemowlęta. W porcie stało się przeważnie do pięciu dni. Następny przystanek mieliśmy w Mombasie, w Kenii. Różnica ogromna. Port bardziej zmechanizowany, załadowanie statku odbyło się bardzo szybko, ludzie rozmawiali po angielsku i wyglądali na bardziej inteligentnych. W pobliżu portu nie było nic ciekawego, a na dłuższą wycieczkę po okolicy nie mieliśmy czasu. Dotarliśmy do ostatniego portu przed powrotem do Europy, a był to Dar es Salaam w Tanzanii. Podobnie jak w poprzednich miejscach, mieliśmy krótki postój, wyładunek czegoś, załadunek nowego towaru i po tej samej linii, ale już bez zawijania do portów, wcisnęliśmy się do Kanału Sueskiego. Prowadził nas ten sam pilot, co wcześniej. Pytaliśmy go, czy tylko on jeden potrafi to robić? Z uśmiechem odpowiedział, że jest ich wielu. Był to mój pierwszy i ostatni rejs w te strony. Nigdy już tam nie popłynąłem. Wróciłem do Polski trochę zaszokowany warunkami, w jakich ci ludzie żyją, pracują i starają się zapewnić byt swoim rodzinom. Wydawało mi się, że w komunistycznej Polsce żyjemy poniżej podstawowych norm i standardów, ale to co widziałem w tamtych krajach, nie można porównać do niczego. Następne rejsy, a było ich tylko trzy, to Ameryka Południowa i ostatni – do Ameryki Północnej. Ameryka Południowa zostanie mi długo w pamięci – piękne kraje, wspaniałe zarobki, no i oczywiście przepiękne dziewczyny, chociaż Polki – śmiem twierdzić – i tak są najpiękniejsze na świecie. Na takie rejsy powinni wypływać tylko i wyłącznie kawalerowie. Podróż naokoło Ameryki Południowej to trzy przepiękne, różnego koloru oceany. Jeden groźniejszy od drugiego, różniące się nie tylko kolorem, ale podczas sztormu, także długością fal i ich częstotliwością. Jedne były ogromne, długie, posuwające się bardzo powoli, drugie mniejsze i szybsze, idące jedna za drugą. Wszystkie przepiękne. Jako młody marynarz, poznający dopiero pracę na statku, jej dobre, jak i złe strony, i tak uważałem się za jednego z najszczęśliwszych młodzieńców na świecie. Kochałem tę pracę, była moim marzeniem. Wspaniałe zarobki, pierwszej klasy jedzenie. Armator, żeby urozmaicić i rozweselić trochę życie pracowników, organizował nam wycieczki w niektórych krajach, poza tym oprócz pensji, dostawaliśmy dewizy w postaci dolarów za każdy dzień spędzony na morzu. Wysokość dodatku zależała od strefy, w której się znaleźliśmy. Po drodze mogliśmy kupić coś, czego brakowało w Polsce, a brakowało wszystkiego w tamtym czasie, i odwrotnie, sprzedać coś, czego tam potrzebowali, a zdarzały się i takie historie. Niewiarygodne, ale prawdziwe. Pod koniec każdego rejsu odbywało się specjalne spotkanie załogi, podczas którego nasz przedstawiciel zgłaszał propozycje awansów i pochwał dla załogi. Decydowały wciąż te same osoby: kapitan, pierwszy oficer, lekarz pokładowy i marynarz reprezentujący załogę. Byłem zawsze jednym z wyróżnionych, przedstawiany do awansu za dobrą pracę. Awansu nigdy jednak nie otrzymałem, mimo nalegań delegata załogowego. Na przeszkodzie stawał kapitan, twierdząc, że nie należę do partii, ani do żadnej organizacji młodzieżowej, że chodzę swoimi ścieżkami. Może następnym razem. Ostatecznie pogodziłem się z tym faktem i w niedalekiej przyszłości stało się to dla mnie nieistotne. W wieku 23 lat byłem kawalerem, nie miałem żadnego bagażu na plecach, byłem zdrowy, silny, świetnie zarabiałem i wydawało mi się, że jestem najszczęśliwszym człowiekiem świata. Wszystkie rejsy odbywałem na podobnej trasie. Pracodawca nie pozwalał pracować na tym samym statku dłużej niż rok, z powodów jemu tylko wiadomych. Po trzech rejsach szło się na zasłużony odpoczynek, zmieniało się statek i kierunek.

Początek lat 80-tych był bardzo niepewny. Już kilka lat wcześniej ludzie zaczęli się buntować i coraz głośniej dawali wyraz swojemu niezadowoleniu. Skończyło się to licznymi strajkami, w rezultacie generalnym, narodzinami ,,Solidarności”, która była wielką nadzieją dla całego społeczeństwa, a okazała się całkowicie czymś innym, jak dzisiaj wiemy. Ówczesny rząd wprowadził stan wojenny. Polakom zostały zabrane wszystkie ich prawa. Strach było wyjść na ulice. Wszędzie milicjanci, zomowcy, wojsko, a nawet czołgi. Nie przeszkadzało mi to w przygotowywaniu się do następnego rejsu. Dostałem wiadomość, że zostałem zamustrowany na jeden z sześciu największych i najnowocześniejszych kontenerowców należących do naszej floty. Najważniejsza była jego trasa. Obsługiwał linię z Gdyni do Newark-Elizabeth w New Jersey w USA. Lepiej nie mogłem trafić, do tego na statek o dumnym imieniu – Tadeusz Kościuszko. Mimo stanu wojennego pozwolili nam wypłynąć z portu. Podpisaliśmy jakieś tam dokumenty, nikt nawet nie sprawdzał jakie. Liczyło się tylko to, aby jak najszybciej opuścić kraj. Był to mój pierwszy rejs do Ameryki Północnej i – jak się później okazało – ostatni. Święta wprawdzie spędziłem jeszcze w domu i w sylwestra 1981 roku odbiłem od kei w Gdyni. Czułem się jak na Titaniku. Płynęliśmy po szczęście, po szansę na nowe życie.

 

Statek był skomputeryzowany, nie potrzebował licznej załogi. Ta liczyła tylko 32 osoby. Większość z nas to byli młodzi ludzie. Poznawaliśmy się w ekspresowym tempie i jak się okazało, dość szybko, z paroma kolegami nabraliśmy apetytu na coś więcej niż tylko praca.

Zima tamtego roku była ciężka na obu kontynentach. Jak w poprzednich rejsach przepłynęliśmy nasz kochany Bałtyk, Morze Północne i w miarę spokojny o tej porze roku Ocean Atlantycki. Zaliczyliśmy kilka przystanków w Europie: w Niemczech, Holandii i w Belgii, w celu załadunku kontenerów. Wszystko to odbywało się w szybkim tempie i po około 11 dniach w miarę spokojnego rejsu znaleźliśmy się po drugiej stronie globu, u brzegów Kanady, a dokładniej portu Halifax. Był to pierwszy i jedyny port, który odwiedziliśmy w Kanadzie. Podczas tych 11 dni przelotu, po pracy, często przy piwku, wraz z poznanymi niedawno kolegami, żartowaliśmy o pozostaniu w którymś z krajów Ameryki Północnej. Coraz więcej piwa, coraz śmielsze propozycje. Było nas trzech. Nie znaliśmy się dobrze, każdy pochodził z innego zakątka Polski. Żarty powoli zamieniały się w coraz poważniejsze rozmowy. Po dziesięciu dniach zostało nas tylko dwóch, ten trzeci dalej żartował. Na pierwszym miejscu wymienialiśmy Kanadę, gdzie kolega znał kogoś z poprzedniego rejsu. Udaliśmy się do domu tegoż znajomego. Był to operator dźwigu portowego. Po paru piwach rozpoczęliśmy poważne rozmowy i jak to przeważnie bywa, nie wszyscy wytrzymali do końca. Skończyło się na tym, że Kanadyjczyk wpadł pod stół bilardowy po spróbowaniu polskiego spirytusu. Takowy mieliśmy ze sobą, myśląc, że nam w czymś pomoże. Przestraszona żona delikwenta, nie widząc męża nigdy w takim stanie, była gotowa dzwonić po pogotowie ratunkowe, ale jakoś ją powstrzymaliśmy, obiecując, że to tylko chwilowe i mąż niebawem stanie na nogi. Nie doczekaliśmy się jednak i tak zakończyła się nasza pierwsza próba pozostania na obcej ziemi. Synowie dźwigowego odwieźli nas na statek. Nie zobaczyliśmy już nigdy więcej tego człowieka, skacowani i zawiedzeni opuściliśmy Kanadę następnego poranka, udając się bardziej na południe. Kilkanaście godzin powolnego kołysania się i stanęliśmy na redzie przed ogromnym mostem, pod którym przepływały wszystkie jednostki świata. Było ich mnóstwo. Od najmniejszych do największych, udających się do przystani pasażerskiej lub kontenerowej, jak my. Mostem tym był Verrazano w Nowym Jorku (zdjęcie z mostu) – przez ostatnie 16 lat pokonuję go codziennie w drodze z domu do pracy i z powrotem.

W amerykańskich portach wszystko zorganizowane było prawie do perfekcji, nikt nie czekał długo na wyładunek lub załadunek. O dziwo, my nie czekaliśmy w ogóle. Musieliśmy przywieźć najprawdopodobniej bardzo cenny ładunek. Zresztą nigdy nie wiedzieliśmy, co przewozimy. Most ten wciąż jest jednym z największych, jeśli nie największy w Stanach Zjednoczonych, a na pewno najdroższy. Do dziś przejazd tym dwumilowym odcinkiem kosztuje 17 dolarów za samochód osobowy. Ciężarówki, 18-kołowe trucki, płacą w setkach dolarów. Port Newark–Elizabeth w New Jersey (zdjęcie) był przystanią dla sześciu kontenerowców. Statki wyglądały na dość nowe i bardzo zadbane. Mieliśmy tu cumować tylko trzy dni. Wszystko zmechanizowane, zautomatyzowane, nowe doki, pracujące przez 24 godziny, siedem dni w tygodniu. Przy tym ludzi widać było niewielu, jakby maszyny same wykonywały tę niełatwą robotę. Armator, podobnie jak w poprzednich rejsach, zadbał o swoich pracowników. Zapewniał nam stały transport na Manhattan (zdjęcie z Manhattanu) i z powrotem. Czasu na zakupy i zwiedzanie było niewiele, musieliśmy jakoś sobie radzić, a konkretnie podzielić się nim. Jedni wybierali się na stały ląd rano, inni po południu. Kolega, z którym planowaliśmy zmienić nasze życie, będąc już kilkakrotnie w Stanach, zdążył poznać paru sklepikarzy, którzy w jakiś sposób pomogli nam w późniejszym czasie. Najbardziej jednak zainspirował nas kierowca, który przewoził marynarzy. Był Amerykaninem polskiego pochodzenia, mówiącym płynnie po polsku. Lubił powtarzać, że brzydzi się pracą. Nie mogłem tego zrozumieć i zastanawiałem się, z czego żyje. Pracował jednak – choćby wożąc nas po Nowym Jorku. Podczas tych przejażdżek, próbowaliśmy dyskretnie wyciągnąć od niego jak najwięcej informacji związanych z naszymi planami. Początkowo nie chciał za dużo mówić, dzielić się wiedzą, czemu wcale się nie dziwiłem, przecież nie znał nas. Powtarzał tylko, że jeżeli zdecydujemy się zostać, za parę lat podziękujemy mu za to. I to nam wystarczyło. Mógł i miał ku temu warunki, aby nam pomóc, miał od groma znajomych, znał pracodawców, którzy potrzebowali takich jak my. Ostatecznie nie polecił nas nikomu, ale i tak byliśmy mu bardzo wdzięczni. Przypływając do Stanów mieliśmy w kieszeniach po 200 dolarów. Opuszczając Polskę, niczego nie planowaliśmy. Cały nasz wcześniejszy dorobek pozostał z rodziną. Nie znaliśmy języka angielskiego, nie mieliśmy pracy ani miejsca do spania. Tylko zapewnienia kierowcy i jego pomoc w wywiezieniu nas przed północą ze statku. Pojawił się około 23.30, był słowny w tym wypadku, a ja z kolesiem, którego znałem około 20 dni, niepewni siebie i nieufający sobie jeszcze, złapaliśmy za torby podręczne – jedyny nasz majątek i ze śmiechem ominęliśmy trzeciego oficera pełniącego wachtę przy trapie. Nie zatrzymując nas, zapytał grzecznie, kiedy wrócimy i czy w ogóle wrócimy. Oczywiście, że tak – brzmiała nasza odpowiedź i to było nasze pożegnanie ze statkiem, z rodziną i z Polską na długi czas. Po paru miesiącach spotkaliśmy tego oficera na demonstracji polonii i ,,Solidarności”. Oznajmił nam, że po wachcie zrobił to samo, co my. Miał jakieś lepsze układy, zamieszkał w New Jersey, poszedł tam do szkoły i powodziło mu się nie najgorzej. Nie ma to jak oficerowie. My mieliśmy trochę inne szczęście! Nigdy więcej nie spotkaliśmy tego człowieka. Tymczasem z panem Wiesiem, bo tak miał na imię nasz kierowca-wybawca, trzęsący się z zimna i strachu, zatrzymaliśmy się przed jego ulubionym barem-restauracją na Dolnym Manhattanie, przy Houston Street i Pierwszej Alei, nieistniejącym już zresztą. Właścicielką była tam Polka, jego znajoma, do tego polskie kelnerki, polskie jedzenie i nie za dużo polskich klientów. Wypiliśmy po dwa szybkie na konto pana Wiesia, potem następne dwa na konto właścicielki, a resztę donosiły nam kelnerki. Poprosiły jednocześnie o wyrzucenie naszych polskich papierosów, z obawy przed utratą klientów. Od tego momentu paliliśmy kenty, marlboro i to za darmo. Zaczęło mi się tam bardzo podobać. Pan Wiesiu, po paru godzinach bardzo już zmęczony, postanowił nas opuścić, żegnając się krótkim good luck, wspominając jednocześnie, że spotkać możemy go zawsze tutaj, w tym barze. Zniknął w ciemnościach i nigdy później nie mieliśmy okazji spotkać się z nim. My tymczasem, coraz weselsi, przyjemnie spędzaliśmy czas, zapominając jednocześnie, gdzie jesteśmy. Dopiero rano dotarło do nas, co zrobiliśmy. Po krótkiej drzemce przy stole, skacowani, byliśmy w strachu jeszcze większym, aniżeli przed opuszczeniem statku. Nie wiedzieliśmy za bardzo, co dalej robić, do kogo zwrócić się o pomoc. Byliśmy jedynymi gośćmi w barze i to niepłacącymi za nic. Właścicielka miała nas już prawdopodobnie dosyć i pożegnała się z nami. Z niecierpliwością czekaliśmy więc na tych sklepikarzy, których jakoby znał kolega Wiesiu. Pierwszym był Pan Golonka, jak go nazwaliśmy, sprzedawca kurtek skórzanych, kożuchów i futer, mieszkający w Stanach od wielu lat. Nie wiedziałem, Polak czy Ukrainiec? Mówił czysto i bezbłędnie po polsku. Widząc nas, bardzo się ucieszył, powtarzał, że jesteśmy dzisiaj jego pierwszymi klientami i na pewno przyniesiemy mu szczęście. Mylił się, ale mimo to okazał się bardzo miły. On pierwszy wysłuchał nas z uwagą i natychmiast zaczął dzwonić do swoich znajomych. Pierwszą rzeczą, którą powinniśmy zrobić to zgłosić się na immigration – pouczał nas. Fajnie, tylko z kim i gdzie? W tym samym czasie dowiedzieliśmy się, że statek, który na nas czekał, za 24 godziny musi w końcu opuścić port. Strach padł na nas jeszcze większy. Nie było mowy o powrocie. Równałoby się to dla nas z ogromnymi konsekwencjami, jeśli nie więzieniem. Pamiętajmy, że opuściliśmy Polskę w stanie wojennym. Moja rodzina dowiedziała się o mojej ucieczce już następnego dnia z teleksu wysłanego ze statku. Mama pracowała w tym czasie w PLO, w zakładowej drukarni. Dzięki Bogu, że utrzymała tę pracę do zamknięcia przedsiębiorstwa. Pan Golonka ze szczerym sercem podsunął nam znajomego, 82-letniego Ukraińca, mówiącego również płynnie po polsku, a zajmującego się sprawami emigracyjnymi. Pan Komar, bo takie miał nazwisko, wyznaczył nam spotkanie w ciągu godziny. Mieszkał kilka ulic od Golonki. Najważniejsze dla nas było to, że coś zaczynało się dziać, że spotkaliśmy ludzi, którzy rozmawiali z nami i mieli ochotę nam pomóc. Ruszyliśmy więc na spotkanie z Ukraińcem. W drzwiach pokazał nam się dziadek, wyglądający jednak dużo młodziej jak na swój wiek, witając się po angielsku słowami good morning. Zrozumiałem, o co chodzi. Coś tam jeszcze ze szkoły pozostało. Dalej rozmawialiśmy już po polsku i ku naszemu zdziwieniu, staruszek odpowiadał czystą polszczyzną. Zaprosił nas do środka, a jego żona zaparzyła nam herbatę. Nie śmieliśmy zapytać, czy mają coś na kaca, za to przeszliśmy do krótkiej opowieści o nas. Pan Komar był zaszokowany sposobem, w jaki dostaliśmy się do Nowego Jorku, bez znajomości języka, a najbardziej zdziwiło go, że nie mamy tu żadnej rodziny, pracy i miejsca do spania. Drapał się długo po łysej głowie i nie za bardzo wiedział, co powiedzieć. Zajmował się tłumaczeniem dokumentów, reprezentował klientów jako tłumacz, przygotowywał wnioski niezbędne do otrzymania prawa legalnego pobytu oraz pracy. Zgłaszał się z potrzebującymi pomocy do immigration na przesłuchanie. Czy miał do tego pełnomocnictwo? Tego nie wiem, ale przypuszczam, że tak. Wiem tylko i pamiętam, jak chwalił się, że od pond 20 lat stoi codziennie pół godziny na głowie. Wyglądało na to, że był w lepszej kondycji od nas. Pan Komar był wspaniałym człowiekiem. Oprócz tego, że podjął się naszej sprawy chwilowo bezpłatnie, wspomniał też, że zapłacimy mu dopiero, jak ułożymy sobie życie, a do tego posiadał szerokie znajomości. Mieszkał na Dolnym Manhattanie, gdzie wielu Polaków, Rosjan, ale przede wszystkim Ukraińców wprowadziło się zaraz po wojnie. Dzięki niemu poznaliśmy Polaka, jego znajomego, który znalazł nam lokum. Był to właściciel kilku budynków, mieszkający w Stanach od lat 60-tych. Lata te, jak wspomniał, były jednymi ze wspanialszych w historii Ameryki. Nie dla wszystkich, oczywiście, ale w tym okresie podobno nietrudno było dorobić się jakiegoś majątku. My zjawiliśmy się 20 lat później.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?