PogrzebanaTekst

Z serii: Reportaż
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rif’at, mój nauczyciel arabskiego, nie znosił ich. Keddabin! – powtarzał, ilekroć temat wypłynął na lekcji. „Kłamcy!” Był to utarty epitet, któremu towarzyszyła sugestia, że ukrywają swoje zamiary. Ich deklaracja, że nie będą się ubiegać o urząd prezydenta, miała rozwiać takie właśnie obawy.

– Rozesłaliśmy ten komunikat, żeby wszystkich zawiadomić, że nie chcemy sami sprawować władzy – powiedział mi Jasir as-Sa’id, rzecznik Bractwa, w tym samym tygodniu, kiedy mniej więcej to samo usłyszałem od Subhiego Saliha w budynku parlamentu66. Niespełna dwa tygodnie później Bractwo oświadczyło, że mimo wszystko wystawi kandydata. Jeśli chodzi o uspokojenie krytyków, osiągnęli efekt odwrotny do zamierzonego. Ale teraz mieli szansę przejąć urząd prezydenta, tak jak przejęli parlament.

Owej wiosny, w ramach otwartości zapoczątkowanej przez wydarzenia na placu At-Tahrir, wszystkie posiedzenia deputowanych transmitowano na żywo w programie Głos parlamentu. Dla wielu Egipcjan był to pierwszy zwiastun osiągnięć rewolucji, program leciał chyba w każdym telewizorze w kairskich knajpkach i kawiarniach. Oglądałem go najczęściej w mieszkaniu Manu, który tłumaczył, a ja notowałem. Sesje pokazywano bez komentarza, choć w przerwach odbywały się wywiady.

Pytanie: Jak już słyszeliśmy, jest na świecie wiele instytucji, grup i osób, jak na przykład Bernard Lewis, planujących podzielić Egipt na wiele małych krajów. Co pan o tym myśli jako Nubijczyk?

Odpowiedź: Nasza kultura ma siedem tysięcy lat67.

Przed przyjazdem do Egiptu słyszałem, że teorie spiskowe są popularne wśród zwykłych ludzi, ale nie miałem pojęcia, jak bardzo przenikają do górnych warstw społeczeństwa, niczym woda wypływająca ze źródła. Politycy w Głosie parlamentu niekoniecznie nadawali ton, często po prostu wzmacniali przekaz powtarzany w programach typu talk-show i ulicznych dyskusjach. Pewnego lutowego popołudnia jeden z deputowanych wstał i oznajmił:

– Wielu ludzi mówi, że stary reżim nadal nami manipuluje i sprawuje nad wszystkim kontrolę, działając z więzienia Tora. Jak mamy się dowiedzieć, czy to prawda?68

Był to powszechny wzór: ktoś napomykał o jakimś domniemanym zagrożeniu, a inni potakiwali, później zaś, zanim cokolwiek zostało ustalone, porzucano daną kwestię. Jednego dnia było to więzienie Tora, innego kiepska jakość chleba dotowanego przez państwo. Kto odpowiadał za niedobry chleb? Czy niekompetencja była wynikiem spisku? Jeden z posłów w emocjonalnym wystąpieniu opowiedział, jak dał kawałek państwowego chleba głodnemu kotu, ale zwierzę nie chciało go zjeść, z czego można najwyraźniej wysnuć tylko jeden wniosek („W każdy etap produkcji, od zaopatrzenia poprzez transport do piekarzy, zamieszana jest mafia”)69.

Niektóre motywy powtarzały się regularnie jak w zegarku. Nie było sesji, żeby jakiś salaficki parlamentarzysta nie wstał i nie oświadczył, że to zbrodnia, że święte miasto Jerozolima pozostaje w rękach Żydów. Przewodniczący zgromadzenia, kompetentny i anielsko cierpliwy doktor Saad al-Katatni z Bractwa Muzułmańskiego, który sprawiał wrażenie, jakby modlitewny siniec na czole nabył od uderzania głową o ścianę z rozpaczy, przypominał wszystkim, żeby nie odbiegać od tematu. Posłowie zgłaszali propozycje, jedne całkiem sensowne, inne nie tak bardzo („Mamy w Egipcie osiemdziesiąt pięć milionów ludzi. Gdyby każdy wpłacił dziesięć funtów, uzbieralibyśmy mnóstwo pieniędzy i moglibyśmy rozwiązać wszystkie problemy, o których tu mowa”)70. Najbardziej wygadani byli bracia muzułmanie, salafici też potrafili być głośni. Nieliczni liberałowie i świeccy sprawiali wrażenie przygaszonych. Kiedyś podczas dwudniowej sesji oglądaliśmy razem z Manu transmisję obrad przez dziewięć godzin, zanim głos zabrała kobieta. Wśród parlamentarzystów było ich tylko dwa procent71.

Nikt się nie łudził, że jest to dobre dla Egiptu. Pewnego dnia jeden z posłów zgłosił postulat:

– Zaprzestańmy tych transmisji. Kiedy ludzie widzą, co tu robimy, patrzą na wszystkie te kłótnie, tracą do nas zaufanie72.

Ale było za późno, dziesiątki milionów Egipcjan zdążyły zobaczyć, jak funkcjonuje parlament. Każdy mógł się przekonać, że rewolucji brakuje kierunku, a bez nowej konstytucji czy nowego prezydenta ciało ustawodawcze nie może skutecznie działać. Parlamentarzyści byli wyraziści, ale bezsilni. Mieli platformę, ale żadnego przygotowania do swoich zadań. Odgrywali importowany rytuał demokratyczny – przytłaczająca neoklasyczna kopuła wznosiła się nad Salą Faraońską.

– Wiecie, co mi przypomina ten rząd? – powiedział jeden z deputowanych na sesji pod koniec kwietnia. – Pamiętacie, jak w dzieciństwie bawiliśmy się w chowanego i odliczaliśmy: dziesięć, dziewięć, osiem? Czy mamy policję? Nie. Czy mamy chleb? Nie. Czy mamy szkoły? Nie. Złodzieje nas oszukali73.

Oglądaliśmy transmisję w zaniedbanym mieszkaniu, które Manu wynajmował razem z kilkoma młodymi cudzoziemcami w dzielnicy Dokki na zachód od Nilu. Manu wspomniał kiedyś, że jego ojciec godzinami śledził sesje parlamentu epoki Mubaraka. Sam nigdy nie zrozumiał tego rytuału. W tamtych czasach parlament był całkowicie zdominowany przez Partię Narodowo-Demokratyczną, a ojciec, doprowadzany do szału przez żałosnych polityków, miotał przekleństwa do telewizora.

– Może o to chodziło – zastanawiał się Manu. – Żeby się wściekać.

Manu wychował się w Port Saidzie, gdzie Kanał Sueski spotyka się z Morzem Śródziemnym. Podobnie jak z Ismailią, która zainspirowała stworzenie Bractwa Muzułmańskiego, także z Port Saidem wiązano z początku wielkie nadzieje. W latach sześćdziesiątych XIX wieku francuski rzeźbiarz Frédéric Auguste Bartholdi zaproponował, że wzniesie w tym mieście ogromny pomnik będący konkurencją dla Wielkiego Sfinksa74. Nazwał go roboczo Egipt przynoszący Azji światło i zaprojektował wysoką na trzydzieści metrów postać egipskiej chłopki trzymającej pochodnię w podniesionej ręce. Kryzys finansowy przekreślił jednak realizację projektu. Bartholdi przeniósł swój pomysł na drugą stronę Atlantyku, gdzie egipska chłopka przybrała postać Statui Wolności.

Z czasem Port Said stał się miastem straconych szans: ani nie prosperował tak, jak powinien, ani nie był tak otwarty, jak się spodziewano. Na początku swoich dziejów miał kosmopolityczny charakter, ale był to płytki kosmopolityzm kolonialnego przyczółka. Prawie wszyscy cudzoziemscy rezydenci wyjechali stąd po rewolucji naserowskiej. Pod rządami Sadata i Mubaraka portowi przyznano pewne preferencje w dziedzinie handlu i inwestycji, ale nie spełniły oczekiwań z powodu korupcji i ogólnie fatalnego stanu egipskiej gospodarki. Kiedy Manu był chłopcem, w mieście panowało poczucie izolacji; było ono bezbarwnym tłem dla statków przepływających tędy w drodze do ciekawszych części świata.

Ojciec Manu miał cieszącą się popularnością kawiarnię, ale wymogi związane z prowadzeniem firmy najwyraźniej mu ciążyły. Brutalnie traktował personel, wrzaskami komentował krajowe wydarzenia polityczne, a wieczorami próbował się zrelaksować, paląc haszysz. Często bił najmłodszego syna. Manu nauczył się unikać odzywania się do ojca, bo nawet rozmowa na przypadkowy temat mogła się skończyć biciem. W szkole był nijakim uczniem. Miał talent do języków, ale nie było okazji, aby go wykorzystać. Kiedy chciał się zapisać do szkoły z angielskim, ojciec się nie zgodził.

Życie seksualne zaczął pod koniec gimnazjum. We wszystkich publicznych gimnazjach i szkołach średnich w Egipcie zajęcia dla dzieci różnej płci odbywały się oddzielnie, więc dziewczynki i chłopcy nie mieli ze sobą wielu kontaktów. Gdy koledzy z klasy wkraczali w wiek nastoletni, ich spotkania i zabawy często miewały podtekst seksualny. Czasami chłopak pół żartem, pół serio udawał dziewczynę, a inni go dotykali i próbowali łapać. Nie było niczym niezwykłym, że od takich wybryków przechodzono na osobności do bardziej intymnych poczynań. Manu zadurzył się w przystojnym koledze z klasy i już wkrótce zaczęli uprawiać seks. Związek trwał z przerwami dwa lata, po czym partnerem Manu został inny kolega.

Manu nie umiał opisać słowami tego, co robił. W latach dziewięćdziesiątych w Port Saidzie znano tylko jedno arabskie określenie geja: chawwal. To stare słowo, w XVIII i XIX wieku tak nazywano tancerzy przebierających się w kobiece stroje75. Było to w Egipcie powszechne zjawisko, tancerze ci występowali na weselach i podczas różnych uroczystości; często uważano, że inni mężczyźni mogą z nimi uprawiać seks. Teraz już od dawna się nie pojawiali, a samo słowo przybrało obraźliwą wymowę, coś jak „pedał”. Bardziej formalny arabski termin na określenie homoseksualisty, szazz dżinsijjan, znaczył dosłownie „zboczony seksualnie”. Manu trudno było uznać za „zboczone” coś, czemu w jego ocenie oddawała się ponad połowa chłopców z jego klasy w szkole średniej.

Z drugim partnerem intensywnie uprawiali seks, ale po cichu, nigdy wprost o tym nie mówiąc. Ich prywatnym szyfrem było słowo „futbol”. „Zagrajmy w futbol” – proponował jeden lub drugi, kiedy był w nastroju. Partner Manu najwyraźniej się męczył z powodu swoich namiętności i od czasu do czasu, targany wyrzutami sumienia, zrywał związek. Jednak przez cztery lata zawsze w jakimś momencie wracał do „zagrajmy w futbol”.

Po latach Manu, jak większość kairskich homoseksualistów, włączył do swojej arabszczyzny angielskie słowa „gej” i „hetero”. Nie lubił jednak takich etykietek. Sugerowały ustaloną raz na zawsze tożsamość, podczas gdy młodzieńcze doświadczenia w Port Saidzie przekonały go, że orientacja seksualna jest czymś o wiele bardziej płynnym. Manu zaobserwował, że jeśli mężczyźni przebywają w otoczeniu innych mężczyzn i istnieje milczące przyzwolenie na wzajemne kontakty, na ogół będą ze sobą uprawiać seks. Później, jeśli społeczeństwo wymaga jakiejś formy tradycyjnego małżeństwa, przeważająca większość tych samych mężczyzn stanie się heteroseksualna.

 

Kiedy Manu wrócił do Port Saidu już jako dorosły, natykał się od czasu do czasu na partnerów ze szkolnych lat. Żaden ani słowem nie napomknął o tym, co ich kiedyś łączyło, ale każdy reagował inaczej. Manu bez trudu nawiązał swobodną rozmowę z pierwszym przyjacielem, który najwyraźniej nie przykładał większej wagi do ich dawnej relacji, traktując ją jako przygodę między dwoma bardzo młodymi chłopakami. Teraz był żonaty z miejscową kobietą, mieli małe dzieci. Natomiast drugi przyjaciel nigdy się nie ożenił i nigdy nie miał dziewczyny. O ile Manu było wiadomo, nie uprawiał już seksu z mężczyznami. Ostatecznie pojechał do pracy do Arabii Saudyjskiej, która nawet w tym regionie, słynącym z represyjnego podejścia do spraw seksu, wyróżnia się wyjątkowym konserwatyzmem. Manu spotykał go kilka razy, kiedy bywał w Port Saidzie. Ich kontakty były krótkie i pełne skrępowania, po każdym z nich Manu był przygnębiony. Wyczuwał, że pragnienia jego przyjaciela, niegdyś przejawiane w milczeniu, ale silne, teraz zostały stłumione: żadnych słów, żadnych uczuć.

Ze znanych mi młodych Egipcjan tylko Manu żył całkowicie dla siebie. Nie interesowało go nabycie własnego mieszkania, nie uważał, że musi założyć rodzinę. Starsze rodzeństwo próbowało go umawiać z potencjalnymi kandydatkami na żony, ale bez trudu znajdował wymówki, że to jeszcze nie czas. Rzadko mówił o przyszłości. W weekendy dużo pił i prowadził aktywne życie seksualne. Czasami podrywał partnerów w barach albo na moście Kasr an-Nil. Miał przyjaciół wszelkiego rodzaju. Wielu należało do grup społecznych, których bym oczekiwał: cudzoziemcy, liberałowie, aktywiści, geje. Zadawał się też jednak z ludźmi o zaskakujących tożsamościach. Czasami, kiedy do niego wpadałem, zastawałem grupę młodych elewów akademii policyjnej, których poznał w dzielnicy. Sprawiali wrażenie typowych macho, konserwatywnych gliniarzy, ale lubili towarzystwo Manu. Także młody członek Bractwa Muzułmańskiego, którego nazwę Tarikiem, bywał na imprezach organizowanych przez Manu i jego współlokatorów. Wszystko, do czego tam dochodziło – picie alkoholu, obecność homoseksualistów, swobodne kontakty nieżonatych mężczyzn i niezamężnych kobiet – powinno być dla islamisty wyklęte. Ale Tarik zawsze przychodził i świetnie się bawił.

Wyczuwałem, że tych młodych ludzi przyciąga wyobcowanie Manu z normalnego społeczeństwa. Być może promieniowała od niego samowiedza, niezwykła u kogoś w jego wieku. Wielu Egipcjan po dwudziestce i trzydziestce przeżywało trudny okres w życiu: znajdowali się pod presją swoich rodzin, byli sfrustrowani brakiem możliwości rozwoju zawodowego. Tłumienie sfery seksualnej stale ciążyło na ich psychice. Zwłaszcza młodzi mężczyźni sprawiali wrażenie niepewnych siebie, mało stabilnych. Nic dziwnego, że byli siłą napędową protestów, które obaliły Mubaraka.

Niekiedy ich energia znajdowała ujście w ugrupowaniach religijnych, takich jak Bractwo Muzułmańskie czy grupy salafickie. Tarik powiedział mi, że islamiści zaczęli go interesować tuż po dwudziestce. Wiara nie była głównym motywem, określał się jako umiarkowanie pobożny. Do organizacji wprowadził go stryj, oddany sprawie Bractwa.

– Byłem zagubiony, szukałem czegoś – wyjaśnił. – Chciałem znaleźć kogoś w rodzaju ojca chrzestnego, kogoś, kto by mną pokierował.

Wiosną 2012 roku regularnie się spotykaliśmy. Tarik był jedynym bratem muzułmańskim, z którym piłem alkohol. Dużo poza tym palił, na co w stowarzyszeniu patrzono krzywym okiem – niektóre surowe interpretacje islamu zakazują palenia tytoniu. Odebrał wykształcenie w języku angielskim i miał dobrą posadę w biurze turystycznym. Czuł się swobodnie w towarzystwie cudzoziemców. Jednak w miarę rozwoju wydarzeń arabskiej wiosny, gdy Bractwo miało coraz większe ambicje, zaczął poważniej myśleć o rzuceniu grzesznych nałogów. Kiedy spotkałem go na imprezie u Manu na początku kwietnia, już nie pił.

Tarik, jak wielu młodych braci, potrafił krytykować przywództwo swojej organizacji. Rozczarowała go decyzja o niewzięciu udziału w listopadowych demonstracjach na ulicy Muhammada Mahmuda. Jego zdaniem Bractwo mogłoby wprowadzić dyscyplinę, co ograniczyłoby liczbę ofiar. Opór budziło w nim także nieostrożne angażowanie się stowarzyszenia w politykę.

– To łapczywość, chcą mieć wszystko naraz.

Pracował przy kampanii Muhammada Mursiego, kandydata Bractwa na prezydenta, ale osobiście nie był do niego szczególnie przekonany. Niedawno poznał go na jednej z imprez w ramach kampanii.

– Zdałem sobie sprawę, że jest mniej niż przeciętny – skomentował. – Nie ma kwalifikacji ani charyzmy.

Pomimo to Tarik przepowiadał, że Mursi zwycięży. Twierdził, że nawet jeśli kandydat jest słaby, Bractwo przyjęło sprytną strategię. W pierwszej turze wyborów przedstawiało konserwatywny program, mając nadzieję na pozyskanie salafitów, którzy nie wystawili własnego kandydata. Później, gdyby Mursi wszedł do drugiej tury, zaprezentują się jako bardziej umiarkowani. Tarik zdawał sobie sprawę z cynizmu tego podejścia, ale był przekonany, że w politycznym klimacie Egiptu, dalekim od wyrafinowania, zda ono egzamin.

Był o wiele bardziej otwarty niż inni poznani przeze mnie bracia, ale pewne rzeczy zachowywał dla siebie. Nie mogłem się od niego dowiedzieć, jaki ma status w organizacji ani nawet czy został już jej pełnoprawnym członkiem – wiadomo było, że stawiane są wysokie wymagania. Z entuzjazmem opowiadał o charytatywnej działalności Bractwa, ale kiedy chciałem zobaczyć któreś z tych przedsięwzięć, zawsze znajdował wymówki i odwoływał umówione spotkania. Zauważyłem, że inni bracia zachowują się podobnie. Zacząłem podejrzewać, że ten aspekt ich reputacji – że organizacja świadczy istotne usługi dla społeczeństwa – jest wyolbrzymiony.

Generalnie Bractwo nie sprawiało wrażenia prawdziwego ugrupowania politycznego. Zbyt było nastawione do wewnątrz, członkowie skupiali się raczej na samej organizacji, nie wychodzili do ludzi. Ta cecha bez wątpienia pomogła organizacji przetrwać dziesiątki lat represji, ale przeszkodziła w szerszej działalności na zewnątrz. Stowarzyszenie często przyciągało młodych ludzi nieznajdujących spełnienia w typowym dla Egiptu życiu rodzinnym, ale w rzeczywistości nie było dla niego alternatywą, tylko inną wersją klanu. Pięcioosobowa grupa stanowiąca podstawową komórkę nazywała się usra, rodzina. Struktury Bractwa odzwierciedlały negatywne strony tradycyjnego egipskiego patriarchatu. Przywództwo było wyłącznie męskie, a najbardziej liczące się osobistości zawsze starsze wiekiem. Kobiety nie mogły zostać członkami zwyczajnymi. Byłem kiedyś na wiecu w Ismailii podczas kampanii wyborczej Mursiego. Impreza zaczęła się od uroczystego zawarcia trzech małżeństw – rodziny nowożeńców należały do Bractwa Muzułmańskiego76. Panien młodych nie dopuszczono jednak na scenę, uroczystość odbyła się zgodnie z nadzwyczaj konserwatywnym rytuałem: ojciec panny młodej występował w jej imieniu, składając przysięgę małżeńską. Było to dość niesamowite widowisko – sześciu braci muzułmanów płci męskiej, stojąc parami na scenie, przysięgało sobie miłość i wierność aż po grób.

Kiedy Tarik ubolewał nad kandydaturą Mursiego, zapytałem go, dlaczego tak ciężko pracuje na rzecz wyboru kogoś, kto nie budzi w nim szacunku.

– To coś, co mam we krwi – odparł. – Wiara w Bractwo Muzułmańskie. To jak wkurzanie się na rodziców. Jesteś wściekły, chcesz się wynieść z domu, ale zawsze wracasz.

Pod koniec kwietnia – kampania prezydencka miała jeszcze trwać niecałe dwa miesiące – sondaż przeprowadzony przez rządowe Centrum Studiów Politycznych i Strategicznych Al-Ahram wykazał, że tylko 3,6 procent respondentów popiera Mursiego77. Był na ostatnim miejscu spośród sześciu poważnych kandydatów. Prasa egipska pisała o nim „zapasowy”, ponieważ został wytoczony jak zapasowa opona, kiedy pierwotnego kandydata Bractwa, Chajrata asz-Szatira, zdyskwalifikowano z powodów formalnych.

Mursi miał nadwagę, brodę, nosił okulary; stosunkowo niewielu Egipcjan słyszało o nim przed wyborami. Wychował się w skromnym domu w delcie Nilu, gdzie rejony rolnicze są na ogół bogatsze niż na południu. Studiował inżynierię na Uniwersytecie Kairskim, do Bractwa wstąpił mniej więcej pod koniec studiów. Podobno jednak stał się bardziej konserwatywny po wyjeździe do Stanów Zjednoczonych, gdzie robił doktorat na University of Southern California.

Taki wzorzec – odrzucenie zachodnich wartości po bliskim kontakcie z nimi – był w Bractwie Muzułmańskim powszechny. Sajjid Kutb, najważniejszy chyba myśliciel związany z ruchem islamistycznym, przeszedł tę drogę wcześniej, co skończyło się tragicznie. Urodził się w 1906 roku w zamożnej rodzinie w Górnym Egipcie, po ukończeniu szkół przeniósł się do Kairu, by podjąć pracę w państwowym wydziale oświaty. Nigdy jednak nie czuł się dobrze w modernizującej się stolicy. Jak sam się wyraził, był „zesłańcem” z tradycyjnego południa78.

Kutb, tak jak założyciel Bractwa Muzułmańskiego Hasan al-Banna, wyobrażał sobie islam jako nizam, czyli system będący alternatywą dla zachodniej nowoczesności. Szczególnie krytykował bezładne importowanie przez Egipt niektórych cudzoziemskich idei i instytucji, od koedukacyjnych programów szkolnych do zawiłego aparatu prawnego. „Społeczeństwo to nizam, który działa w spójny sposób, dopóki jego części pasują do siebie – pisał Kutb. – Kiedy którąś ze składowych tego nizamu zastąpić częścią od innego modelu, traci on równowagę, a nawet przestaje funkcjonować, choćby ta część była wartościowsza od oryginalnej”79.

Kutb pięknie pisał w klasycznym języku arabskim i miał wiele wnikliwych spostrzeżeń na temat problemów Egiptu. Miał też jednak na oczach klapki fanatyka, a w głębi serca był sfrustrowany i pełen gniewu. Nigdy się nie ożenił, prawdopodobnie do końca życia pozostał prawiczkiem80.

W 1948 roku egipskie władze oświatowe wysłały go na roczną misję studyjną do Ameryki, a pobyt ten utwierdził go tylko w jego uprzedzeniach. Narzekał na najbłahsze elementy rzeczywistości Stanów Zjednoczonych. Nienawidził tamtejszej pogody, gardził amerykańskimi fryzjerami, ogródki na przedmieściach były dlań symbolem beznadziejnego materializmu. Futbol amerykański i zawodowe zapasy uznał za przejaw kultury dzikusów. Spotkania parafialne gromadziły razem mężczyzn i kobiety, co było sprzeczne z moralnością. W krótkiej, pełnej goryczy książce opisującej jego amerykańskie przeżycia, stwierdził: „Obawiam się, że kiedy koło życia się obróci, a akta historii zamkną, okaże się, iż Ameryka nic nie wniosła do światowego dziedzictwa wartości”81.

Po powrocie do Egiptu Kutb został członkiem najwyższego kierownictwa Bractwa. Na początku lat pięćdziesiątych walczyli wraz z innymi Egipcjanami przeciw żołnierzom brytyjskim stacjonującym nad Kanałem Sueskim i mieli swój udział w rewolucji naserowskiej. Jednak Naser wkrótce po objęciu władzy uznał, że nie może ufać islamistycznym sojusznikom i bezwzględnie się z nimi rozprawił. W 1954 roku Kutb został aresztowany i spędził dziesięć lat w więzieniu, często poddawany torturom. Tam naprawdę się zradykalizował: doszedł do wniosku, że istnieją tylko dwa rodzaje społeczeństwa, islamskie i barbarzyńskie. Rozwinął teorię dżihadu, czyli „zmagania się”, usprawiedliwiającą użycie przemocy przeciwko instytucjom politycznym niepasującym do rygorystycznie pojmowanych zasad islamu.

W 1964 roku wyszedł z więzienia, ale natychmiast wziął udział w spisku mającym na celu zdobycie broni. Został aresztowany, osądzony i stracony na szubienicy. Stał się męczennikiem rosnącego w siłę ruchu islamistycznego, a inni radykałowie rozwinęli z czasem jego koncepcje. Kutb nigdy nie popierał zabijania niewinnych cywilów, lecz jego dualistyczny obraz świata przygotował podłoże pod takie działania. Osama bin Laden, Ajman az-Zawahiri i inni główni przywódcy Al-Kaidy inspirowali się jego słowami. Bractwo Muzułmańskie oficjalnie odrzucało przemoc, ale jego młodzi członkowie niejednokrotnie się radykalizowali i odchodzili z organizacji do bardziej skrajnych ugrupowań.

Muhammad Mursi podziwiał publikacje Kutba i miał za sobą podobne doświadczenia, które go ukształtowały82. W Stanach Zjednoczonych zrobił doktorat z materiałoznawstwa i przez jakiś czas wykładał na Uniwersytecie Stanu Kalifornia w Northridge. Odstręczało go jednak wiele amerykańskich obyczajów, od picia alkoholu po swobodne kontakty między mężczyznami a kobietami. Po powrocie do Egiptu, gdzie miał pracować na uczelni, był dwa razy więziony przez reżim Mubaraka. Drugie aresztowanie nastąpiło na początku arabskiej wiosny, a potem Mursi trafił do więzienia Wadi an-Natrun, zdobytego przez cywilów, którzy uwolnili wszystkich osadzonych.

 

Wielu braci wpasowywało się w następujący model: naukowiec lub lekarz, który padł ofiarą represji politycznych. W pierwszym roku arabskiej wiosny Biuro Kierownicze Bractwa, główna instancja przywódcza, składało się z osiemnastu mężczyzn, z czego piętnastu było inżynierami, lekarzami lub naukowcami83. Czternastu miało za sobą pobyt w więzieniu. Bardzo nieliczni ukończyli studia humanistyczne lub mieli coś wspólnego z polityką. Pragnienie nizamu było głęboko zakorzenione w umysłach tych technokratów, ale potrafili też ignorować ustalenia nauki i dowody, kiedy im to pasowało. Wielu braci nie wierzyło w ewolucję; często zaprzeczali, że ataki z 11 września były dziełem muzułmanów. Mursi, który specjalizował się między innymi w metaloznawstwie, twierdził, że same samoloty nie mogły zburzyć World Trade Center. Według niego „coś się stało w środku”84. Dla Egipcjan, chętnie dających posłuch takim zaszyfrowanym komentarzom, sprawa była jasna: to wina Żydów. Przed kampanią prezydencką Mursi określił obywateli Izraela mianem „zabójców i wampirów”. Oprócz tego oświadczył, że ani kobieta, ani chrześcijanin nie powinni mieć prawa do piastowania urzędu prezydenta85.

Kiedy poznałem Tarika, przyjaciela Manu, bagatelizował propagujące przemoc idee Kutba i jemu podobnych. Uważał, że członkowie Bractwa staną się bardziej umiarkowani, kiedy dojdą do władzy. Pomimo zastrzeżeń wobec Mursiego nie chciał pozostać na marginesie, w czasie gdy Bractwo rosło w siłę.

Wielu młodych braci muzułmanów zareagowało na rewolucję podobnie jak Tarik – bardziej się zaangażowali w sprawy organizacji. Niektórzy jednak z niej odeszli. Często napomykali, że dzięki kontaktom z różnymi aktywistami na placu At-Tahrir otworzyły im się oczy na inne możliwości. Do tych, którzy opuścili Bractwo, należał doktor Muhammad Affan, trzydziestokilkulatek o przenikliwym umyśle, który założył nowe ugrupowanie polityczne, Partię Nurtu Egipskiego. Zwierzył mi się, że jego wstąpienie do Bractwa i ostateczne odejście były częścią długich poszukiwań, które rozpoczął w wieku kilkunastu lat. Po flircie z ideami salafitów skłonił się ku Braciom Muzułmanom, którzy wydawali się bardziej zaangażowani w życie polityczne.

– Byli bohaterami, ponieważ przeciwstawiali się poprzedniemu reżimowi i trafiali do więzienia – powiedział.

Jak wszystkich nowych członków, miesiącami go szkolono i poddawano próbom – przeżył fałszywy nalot policji, zaaranżowany przez jego zwierzchnika w organizacji jako wymyślny test na lojalność. Na młodym człowieku po dwudziestce to wszystko wywarło głębokie wrażenie. Ostatecznie jednak Affan wyrósł z Bractwa.

– Wbrew temu, co myślą ludzie, żadni z nich makiaweliści. W rzeczywistości daleko im do wyrafinowania. Nie mają za grosz zmysłu politycznego – ocenił. – Są bardzo sprytni podczas wyborów: wiedzą, jak skłonić ludzi, żeby na nich głosowali, i na tym koniec. We wszystkich innych kwestiach: jak dobierać kandydatów, jak tworzyć platformę polityczną, jak kierować partią, brak im profesjonalizmu.

Za czasów Mubaraka aktywnie działał w politycznej sekcji Bractwa. Był z zawodu lekarzem, ale postanowił wrócić na uczelnię, żeby studiować politologię. Ta decyzja zdziwiła jego zwierzchników, którzy uznali, że Affan ma zbytnią skłonność do teoretyzowania. W jego przekonaniu natomiast przewaga lekarzy, naukowców i inżynierów w szeregach Bractwa przyczyniła się do braku kreatywności i myślenia strategicznego. Bractwo stworzyło pusty nizam – złożoną strukturę pozbawioną prawdziwej treści i celu. Był to jeszcze jeden przykład swoistego geniuszu Egipcjan, którzy potrafili bardzo umiejętnie wykreować poczucie tożsamości, zaniedbując konkretne, przyziemne szczegóły.

– W 2007 roku zapytałem przywódców politycznych w komitecie centralnym, czy istnieje plan powołania gabinetu cieni – opowiadał Affan. – Mój przełożony powiedział, że to nic pilnego. Odparłem, że jesteśmy głównym ruchem opozycyjnym w Egipcie i powinniśmy przygotować taki gabinet na wypadek, gdyby w kraju miało się coś zmienić. Teraz, po czterech latach, Bractwo Muzułmańskie ma sformować prawdziwy rząd, a nie gabinet cieni. Mam nadzieję, że nadrobią zaległości.

Gdy Mursiemu rosły słupki w sondażach, Affan zaczął się obawiać, że kandydat Bractwa wygra, po czym schrzani prezydenturę. W braciach widział reformatorów społecznych i religijnych w masce reformatorów politycznych.

– Reformatorzy polityczni myślą o tym, jak stworzyć system, jak zarządzać państwem i regulować różne sfery władzy – wyjaśnił. – Dla Bractwa są to bardzo mgliste sprawy.

Ani Bractwo, ani jego kandydat nigdy nie wypowiedzieli się na temat podstawowej kwestii – jak zbudować nowy nizam. Mursi w wywiadach wygłaszał niespójne opinie. Jak wszyscy przywódcy Bractwa znał slogany o demokracji i rozwoju, ale nie było wiadomo, w jakim stopniu je naprawdę rozumie. W rozmowie z „Time” w 2012 roku uznał nową demokrację w Egipcie za sukces. „To wynika z wiary – powiedział po angielsku. – Islamska wiara, wolność dla każdego, wolność wyznania, wolność wyrażania poglądów, równość, stabilizacja, prawa człowieka. ERA[20]. Nie tylko w Ameryce jest poprawka o równych prawach. Dla wszystkich”. Nawet kiedy przeszedł na arabski, wydawał z siebie serie słów bez związku: „Rozwój wraz z jego wszechstronnym ogólnym znaczeniem. Rozwój człowieka. Przemysłowy rozwój produkcyjny. Badania naukowe. Rozwój polityczny. Stosunki międzynarodowe wyważone ze wszystkimi różnymi stronami, Wschodem i Zachodem”. Powtórzywszy kilkadziesiąt takich fraz, wyjaśnił, że współczesny świat jest skomplikowany. „Ma strukturę jak spaghetti”86.

Pewnego wieczora, kiedy Manu wracał do domu od kolegi, na ulicy nawiązał z nim rozmowę młody człowiek. Powiedział, że ma na imię Karim i jest poborowym. Poczęstował Manu marlboro z dopiero co otwartej paczki.

Marka powinna być sygnałem ostrzegawczym – poborowy raczej by nie palił takich drogich papierosów. Ale było już późno, a Manu miał blisko do domu. Nie wyczuwał, że może go spotkać coś złego. Wziął papierosa, a Karim cały czas mówił.

Później Manu nie bardzo potrafił opisać, jak wyglądał przygodny znajomy. Był wzrostu trochę niższego niż przeciętny i raczej muskularny. Jego cera nie była ani szczególnie ciemna, ani szczególnie jasna. Nie był przystojny. Manu utkwiła w pamięci głównie historia, którą Karim opowiadał: popadł w konflikt ze swoim dowódcą, który wyrzucił go z koszar. Nie wolno mu było wrócić aż do rana, a noc była zimna. Chciałby gdzieś na jakiś czas przysiąść. Manu, który dobrze pamiętał swoje niedole z okresu służby wojskowej, zaprosił młodego człowieka do siebie na herbatę.

Kiedy Karim znalazł się w mieszkaniu, zaczął zadawać pytania o rzeczy należące do Manu. Ile kosztował ten komputer? A tamten telefon? Manu poczuł się nieswojo i wymówił się, że chce mu się spać. W końcu poprosił Karima, żeby wyszedł.

W tym momencie gość zaczął się całkiem inaczej zachowywać. Powiedział, że wie, że Manu jest pedałem, i że go zdemaskuje. Niektórzy z cudzoziemskich współlokatorów Manu byli w domu, zwrócił się więc o pomoc do jednego z nich, potężnie zbudowanego Austriaka. Karim już wtedy krzyczał, że Manu próbował go zgwałcić. Austriak złapał go i wyrzucił z mieszkania.

Po kilku minutach Manu wyjrzał przez okno na ulicę. Ogarnęła go panika, kiedy zobaczył, że Karim rozmawia przez komórkę.

Była trzecia rano. Chwycił kurtkę i wybiegł z mieszkania. Ulicą powoli jechał jeden jedyny samochód; Manu zamachał do niego, żeby poprosić o podwiezienie, chciał się bowiem wydostać z Dokki. Kierowca tylko spojrzał i na widok biegnącego, wyraźnie przestraszonego mężczyzny dodał gazu. Manu usłyszał za sobą krzyki. Puścił się pędem. Po kilku krokach ktoś złapał go z tyłu.