Pogrzebana

Tekst
Z serii: Reportaż
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rif’at lubił sam przygotowywać materiały na zajęcia, ale ja na początku nalegałem, żebyśmy uczyli się z Dardashy. Po latach spędzonych w Chinach pozostała mi fascynacja podręcznikami do nauki języka, ponieważ przekazują one o wiele więcej niż samo słownictwo i gramatykę. Kiedy jesienią 1996 roku wgryzałem się w Speaking Chinese About China, reformy gospodarcze w tym kraju właśnie nabierały rozpędu, a narodowe priorytety znajdowały odbicie w tekstach. Zdanie, które pojawiło się na lekcji trzeciej („On bardzo ciężko pracuje w swoim zakładzie”)48, na następnej stało się bardziej złożone („Każdy pracuje bardzo ciężko, dzięki czemu produkcja się podwoiła”)49, a na lekcji piątej osiągnęło nowe szczyty wyrafinowania („Uświadomiliśmy sobie, że tylko dzięki rozwojowi produkcji zdołamy podnieść poziom życia ludzi”)50. Przez cały czas nie było dokładnie wiadomo, kim są ci ludzie, co wytwarzają i dlaczego tak cholernie ciężko pracują. Kierowali nimi pozostający w cieniu politycy, bez nazwisk, ale równie pracowici (lekcja trzecia: „Czy chińscy przywódcy sami naprawdę pracują fizycznie?”)51.

Piętnaście lat później, w innym kraju przechodzącym transformację, Dardasha wprowadziła mnie w odmienny świat. W egipskim tekście nie było danych o produkcji, planów gospodarczych czy projektów infrastruktury. Słowo „fabryka” ani razu się w książce nie pojawiło. Nikt nie wspominał o podwajaniu wydajności ani o podnoszeniu poziomu życia, a postacie z dialogów mówiły takie rzeczy, jak: „Ja hagg[16], jestem inżynierem i po pięciu latach studiów pracuję jako kelner w restauracji”52.

Autorzy chińskiego podręcznika zachowywali ostrożność wobec cudzoziemskich czytelników – nie znalazł się w nim żaden negatywny komentarz na temat Chin czy Chińczyków. W egipskim nie krępowano się pisać o złym zachowaniu. To była druga strona nacisku, jaki kładziono na grzeczność: książkę ilustrowały liczne przykłady tego, jak prawdziwe życie odbiega od pięknych sformułowań. Trafił tam nawet dialog o pomyłce telefonicznej, w którym jeden z rozmówców okazał się osobliwie uparty. Odkąd sprawiliśmy sobie z Leslie egipskie komórki, zaskakiwały nas telefony od ludzi pytających o nieznane nam osoby, proszących o dziwne rzeczy albo w ogóle się nieodzywających. Lekcja ósma przygotowywała uczniów na takie ewentualności:

Ali: Halo!

Chamis: Dzień dobry, czy jest pan Gumaa?

Ali: Pomyłka.

Chamis: Tak? Jak to? Poproszę pana Gumaa.

Ali: Ja habibi, tu nie ma żadnego pana Gumaa.

Chamis: Mówi Chamis. On mnie zna.

Ali: Znowu? Pomyłka. Do widzenia.

Chamis: Ale on wie, kim ja jestem.

Ali: Do widzenia53.

Kiedy w szkole Kalimat przerabialiśmy tę lekcję, Rif’ata akurat nie było, zajęcia prowadził miły pan o imieniu Sami. Mnie ten dialog wydał się całkiem zwyczajny i nieciekawy, ale Sami odczytał go jak opowiadanie Hemingwaya: ważne były rzeczy, które zostały tu pominięte.

– Myślę, że pan Gumaa jest – powiedział z całą powagą. Omówił różne powody, dla których Ali mógł kłamać w jego imieniu. Być może pan Gumaa był winien Chamisowi pieniądze albo Chamis chciał poprosić go o jakąś przysługę. Sami przekonywał, że takie zachowanie jest w Egipcie powszechne.

– Czasami ukrywamy to, czego ludzie chcą – stwierdził. – Czasami mówimy, że kogoś nie ma, chociaż jest obecny.

Zapytałem, skąd wzięło się takie oszukiwanie.

– Od siedmiu tysięcy lat – odparł Sami – zawsze jest jakiś dyktator. Zawsze się boimy. Nie ufamy sobie nawzajem.

Teraz odczytuję na nowo dziewięć linijek dialogu pod kątem tej paranoi. Dlaczego Ali zwrócił się do rozmówcy habibi – „kochany”? Dlaczego Chamis mówił z taką poufałością? On mnie zna. A to ostatnie tajemnicze zdanie? Ale on wie, kim ja jestem. To była lekcja, której się tamtego dnia nauczyłem: w Egipcie nie ma rzeczy zbyt błahych, żeby nie dało się na ich podstawie stworzyć teorii spiskowej.

Autorzy Dardashy późno wprowadzali liczebniki. Słowa oznaczające liczby od jednego do dziesięciu pojawiły się w trzecim rozdziale, a wyższe dopiero po trzech następnych. Zanim uczeń się dowiedział, jak będzie „jedenaście”, znał już takie nieodzowne słowa, jak „śliczna dziewczyna”, „zaręczona”, „urzędnik stanu cywilnego” i „Gwiazda Wschodu” – tak w Egipcie nazywają Umm Kulsum (o pieśniarce była mowa w rozdziale piątym).

W żadnym z krajów, które odwiedziłem, liczby nie wywoływały takiego dyskomfortu. Przede wszystkim przeżyłem szok, dowiedziawszy się, że cyfry, które dotąd uważałem za arabskie, nie są normalnie używane w wielu krajach arabskich, w tym w Egipcie. Termin jest mylący, są to w istocie cyfry hindusko-arabskie, ponieważ system powstał w Indiach, a Arabowie wprowadzili go później do Europy. Egipcjanie i inni Arabowie używają odmiennych cyfr, arabsko-indyjskich, także pochodzących z Indii. Jakby te określenia – hindusko-arabskie, arabsko-indyjskie – nie były dość dezorientujące, to jeszcze podobieństw między znakami jest tyle, że zmylą każdego cudzoziemca. Musiałem się nauczyć, że ٤ oznacza 4, ٥ to 5, a ٦ to 6. W arabskiej książce słowa czyta się od prawej do lewej, ale cyfry od lewej do prawej. Jeśli w tekście natrafiasz na liczbę, musisz się odwrócić i pójść pod prąd. Tak samo jest na egipskich tablicach rejestracyjnych. Ilekroć odczytywałem tablicę, dostawałem zeza: litery od prawej, cyfry od lewej. Czy mogło to wpłynąć na pojmowanie? Egipscy uczniowie przywykali do przenoszenia wzroku tam i z powrotem, manipulując dwoma kierunkami tekstu i dwoma systemami cyfr. We wszystkich podręcznikach używanych w szkołach publicznych stosowany był system arabsko-indyjski, a wzory matematyczne pisano od prawej do lewej. Ale jeśli student państwowego uniwersytetu miał zajęcia z matematyki, zarówno litery, jak i kierunek pisania się zmieniały. Wzory pisano literami łacińskimi i greckimi, od lewej do prawej. Na trzecim roku cały program wykładany był po angielsku, między innymi dlatego, że nie było podręczników w języku arabskim dla tego poziomu. Profesor Hani al-Husajni powiedział mi, że widzi, jak studenci borykają się z tymi zmianami. Jego zdaniem opóźniało to ich postępy w nauce, ale nie widział prostego rozwiązania. Było to dziedzictwo dziewiętnastowiecznego kolonializmu, kiedy przedmioty techniczne wprowadzono po angielsku lub francusku, co z czasem utrwaliło się w programach studiów.

Nawet na ulicy Egipcjanie sprawiali wrażenie, że nie są obyci z liczbami. Nie znosili targowania się, co mnie zaskoczyło, bo przyjechałem tu z wyobrażeniami o bliskowschodnich bazarach. Po doświadczeniach z Chin, gdzie targowanie się jest sportem narodowym, byłem wytrenowany we wszystkich standardowych posunięciach: udawaniu, że się odchodzi, stwierdzeniu „więcej nie dam, przyjacielu”, pomniejszaniu wartości towarów, które chciałoby się kupić, targowaniu się dla zmyłki o rzecz A, kiedy w rzeczywistości ma się zamiar nabyć rzecz B. Ale robienie czegoś takiego w Egipcie było jak szarżowanie na kogoś w futbolu dotykowym. Niedługo po przybyciu targowałem się z egipskim sklepikarzem i dopiero się rozkręcałem, aż tu rozmówca zrobił zrozpaczoną minę, wzniósł oczy ku niebu i powiedział: La ilaha illa-llah!

Ten zwrot – „nie ma boga oprócz Boga” – też figurował w materiałach Rif’ata. Wyjaśnił nam na lekcji, że Egipcjanin powtarza czasami ten werset z Koranu, gdy stara się zapanować nad sobą. Tak się targowałem, że doprowadziłem sprzedawcę do tego, iż zaczął się modlić! Od tamtej pory traktowałem transakcje z Egipcjanami jak rozgrzewkę – żadnych ochraniaczy, żadnego kontaktu. Wszystko musiało się odbywać na pół gwizdka lub jeszcze wolniej. Nie należało zadawać wielu pytań o pieniądze, bo wprawiało to ich w zakłopotanie i budziło strach przed „złym okiem”. Cyfry ich przytłaczały. Nauczyliśmy się w sklepach sprawdzać wydawaną resztę, bo sprzedawcy bardzo często się mylili. Niekoniecznie chodziło im o oszukanie cudzoziemców, częściej się zdarzały pomyłki na naszą korzyść. Po jedenastu latach w Chinach nie mogłem sobie przypomnieć, żeby tamtejszy sklepikarz chociaż raz wydał mi za dużo reszty. W Kairze zdarzało się to tyle razy, że trudno mi policzyć. Nie był także niczym niezwykłym widok egipskiego sprzedawcy sięgającego po kalkulator, kiedy miał wydać trzydzieści pięć funtów reszty ze stufuntowego banknotu. Pod pewnymi względami była to ulga po Chinach, gdzie obsesja na punkcie pieniędzy potrafi być męcząca.

Odwrotność słabości Egipcjan w matematyce stanowił ich talent do języków. Częściowo była to jeszcze jedna pozostałość po kolonializmie, ale podejrzewałem, że więcej miało to wspólnego ze spontanicznością i towarzyskością tak wielu mieszkańców tego kraju. Przyswajali języki w sposób naturalny. Często spotykałem ludzi takich jak Manu, którzy świetnie opanowali angielski bez żadnych formalnych kursów. W Chinach rzadko się to zdarzało, Chińczycy na ogół mieli kłopoty z językami. Próbowali uczyć się ich tak jak matematyki, wkuwając na pamięć i powtarzając.

Kiedy wspomniałem o tym na lekcji, Rif’at powiedział, że niepowodzenia Egipcjan w matematyce mają zarówno kulturowe, jak i polityczne podłoże.

– Chodzi o nizam – podsumował.

To słowo wcześnie się pojawiło w moim zeszycie do nauki arabskiego jako jedno z aktualnych. Demonstranci na placu At-Tahrir używali go w znaczeniu „reżim”. Najpopularniejsze hasło arabskiej wiosny – „lud chce obalić nizam” – wzniesiono najpierw w Tunezji, potem podchwycili je Egipcjanie i inni Arabowie. Termin ten oznacza jednak również „system” wszelkiego rodzaju i Egipcjanie często go używają, gdy krytykują swoje społeczeństwo.

– W edukacji nie ma nizamu – ciągnął dalej Rif’at. – Panuje powszechny chaos, wszystko się rozpada. Zobacz, jak wyglądają szkoły. Podręczniki są kiepskie, nauczyciele źle przygotowani, więc ludzie nie uczą się logicznego myślenia. Dlatego są tacy słabi w matematyce.

 

Ale zdaniem Rif’ata problem miał głębsze przyczyny niż stan edukacji czy postkolonializm. Stwierdził, że wielu Egipcjan żyje na co dzień bez żadnego systemu czy porządku. Często się nad tym rozwodził: ludzie śpią do późna, jedzą posiłki o dziwnych porach, prowadzą życie towarzyskie po północy. Osobna część mojego zeszytu poświęcona była słownictwu związanemu z niepunktualnością:

Trochę się spóźnię.

Wcześnie przyszedłem.

Możemy trochę przesunąć spotkanie?

Co za straszny dzień!

Przyjdziesz punktualnie czy się spóźnisz?

Nie przyjdę punktualnie.

Możemy się umówić na później?

Tego rodzaju zwroty nigdy się nie pojawiły w moich notatkach robionych w Chinach, gdzie ludzie dokładnie przestrzegają pór snu, wstawania i nikt się nie spóźnia. Kiedy zacząłem się uczyć dialektu egipskiego, zaciekawiły mnie te kontrasty i przeczytałem na nowo Speaking Chinese About China. Uderzyło mnie, na jak wielu lekcjach chińskiego była mowa o oficjalnych instytucjach. Już na początku poznawane przez uczniów słownictwo uwzględniało takie pojęcia, jak „Zgromadzenie Przedstawicieli Ludowych”, „socjalizm”, „Organizacja Narodów Zjednoczonych”, „Federacja Kobiet”, „wicepremier” i „przewodniczący komitetu”.

W tekście Dardashy nic nie wskazywało na jakiś nadrzędny nizam. Wspominano o przywódcach, takich jak Mubarak, ale nie o instytucjach czy strukturach, a posady państwowe opisywano w sposób bardzo negatywny. Postacie w dialogach wymieniały trudne do zdefiniowania słowo wasta, tłumaczone w książce jako „znajomości/protekcja”.

Ojciec: Co słychać u twoich kolegów ze studiów – gdzie pracują?

Mahmud: Wszyscy pracują w dużych firmach.

Ojciec: A ty dlaczego tam nie pracujesz?

Mahmud: Każdy z nich miał wasta54.

Chińczycy mają podobne pojęcie: guanxi, czyli „znajomości”. Ale guanxi można rozwijać i nimi manipulować. To cały w pełni rozwinięty system. Czasami wiąże się z nim okropna korupcja, ale jest przy tym elastyczny – każdy obdarzony sprytem i zdolnościami może sobie stworzyć guanxi. Egipska wasta zrobiła na mnie wrażenie czegoś o wiele bardziej statycznego. Odzwierciedlała raczej system klasowy niż tworzoną i rozwijaną sieć kontaktów; na niej kończyła się rozmowa – albo ktoś miał wasta, albo nie miał. Taki Sajjid, który ciężko pracował i zarządzał imponującą liczbą kontaktów, nigdy nie określał tego jako wasta. Mógł utrzymać swój rewir, mogło mu się trochę lepiej powodzić, ale nie było przed nim jasno określonej drogi do większego sukcesu. Istotne rzeczy, jakie mogłaby zapewnić prawdziwa wasta – nowe zajęcie, prawdziwe zabezpieczenie, lepsze szkoły dla dzieci – znajdowały się poza zasięgiem sieci kontaktów Sajjida. Swojego terenu, na którym zbierał śmieci, nie postrzegał jako części większego systemu.

W dialogach na stronach Dardashy nawet ludzie wykształceni wyrażali frustrację, że nie mają innego wyboru niż odwołanie się do wasta albo wyjazd z kraju. Edukacja miała ograniczoną wartość, nikt nie wierzył w instytucje państwowe. Liczyła się przede wszystkim rodzina. W komentarzach zwracano uwagę na klanową strukturę społeczeństwa:

Jak mogliście wywnioskować z dialogu, zachowanie jednego członka rodziny odbija się przeważnie na niej całej. […] W przeciętnej egipskiej rodzinie zakłada się, że istnieje hierarchia wiedzy, polegająca na tym, że starszych członków uważa się za mądrzejszych55.

Kluczowe słowa to „zakłada się” i „uważa się”. Przedstawieni w podręczniku starsi ludzie mogli być wielkoduszni i mądrzy, lecz bywali także śmieszni i małostkowi. Mąż potrafił się zachowywać gorzej niż dziecko:

Ali: Co mamy dziś na obiad?

Fatma: Nadziewanego kurczaka, takiego, jak lubisz.

Ali: Nie chcę kurczaka. Codziennie jemy kurczaki.

Fatma: Dobrze, więc na co masz ochotę?

Ali: Nie wiem. Ale nie chcę kurczaka.

Fatma: Jutro, jak Bóg da, ugotuję ci cokolwiek, co zechcesz56.

Dardasha bez skrępowania przedstawiała negatywne strony Kairu. Tryb warunkowy został wprowadzony serią niedokończonych zdań:

Gdybym wiedział, kto do mnie codziennie wydzwania…

Gdybym mógł zobaczyć dzieciaka, który dzwoni do drzwi i ucieka…

Gdybym wiedział, który z sąsiadów słucha przez całą noc głośnej muzyki…57

Jedno z ćwiczeń nosiło tytuł Jesteś nerwowy58. Instrukcja brzmiała: „Pracując w parach, zadaj partnerowi/partnerce następujące pytania, żeby ustalić, czy się łatwo denerwuje”.

Umówiłeś się z przyjacielem na piątą. O szóstej jeszcze go nie ma. Czy rozgniewasz się i sobie pójdziesz?

Przyszedłeś do znajomego, z którym byliście umówieni, ale go nie zastałeś. Czy rozgniewasz się i sobie pójdziesz?

Siedzisz w internecie, a tu co chwila dzwoni do ciebie ta sama osoba, która wybrała zły numer. Czy się rozgniewasz i dasz temu wyraz w rozmowie?

Kiedy Rif’at prowadził te zajęcia, na każde pytanie odpowiedział „tak”. Był najbardziej asabi ze znanych mi osób. Trudno przetłumaczyć to słowo, tak specyficzne dla egipskich stosunków. Naszemu „nerwowy” brakuje kontekstu; nie przystoi określić kogoś jako asabi, nie wspominając o wszystkim, co w Egipcie potrafi sprawić, że rozsądny człowiek staje się asabi. Najlepiej chyba stwierdzić, że to słowo opisuje osobę, która ucząc arabskiego, każe kursantom tłumaczyć takie na przykład zdania: „Odnoszę wrażenie, że w tym kraju nikt nie umie świętować bez mikrofonu i pięciu głośników”.

Rif’at poganiał nas, żebyśmy jak najszybciej przerobili materiał z Dardashy, bo uwielbiał sam pisać dialogi, w których Egipcjanie źle się zachowywali, skłócali krewnych i robili z igły widły. Kiedy go poznaliśmy, trudno nam było zrozumieć jego patriotyzm, ponieważ głośno ubolewał nad wieloma aspektami egipskiego społeczeństwa. Z czasem jednak uświadomiliśmy sobie, że jest Egipt wewnętrzny i Egipt zewnętrzny, niekoniecznie będące tym samym. Poczucie bycia Egipcjaninem było tak głęboko zakorzenione, że miało niewiele wspólnego z realnymi państwowymi strukturami albo ich brakiem. Z tej między innymi przyczyny Egipt wydawał się taki spójny i tak dobrze się trzymał pomimo zauważalnego braku odpowiedzialnego kierownictwa.

Można to uznać za jeszcze jeden przykład typowych dla Egipcjan sprzeczności. Ludzie, których poznałem w Kairze, byli na ogół szczerymi patriotami, ale lubili krytykować samych siebie, rząd i społeczeństwo, zwłaszcza jeśli dało się to zrobić z nutą sarkazmu albo humoru. Egipcjanie w jakiś sposób potrafili być zarazem dumni i zawstydzeni, optymistyczni i cyniczni, poważni i lubiący żarty. Kochali swoich silnych przywódców, narzekając jednocześnie na to, co wyrządzili oni narodowi. Po jednej z naszych lekcji arabskiego, na której była mowa o chwalebnej historii z czasów faraonów, zanotowałem w zeszycie nowe zdanie:

Egipt od siedmiu tysięcy lat pada ofiarą grabieży, ale wciąż jest bogaty.

Rozdział 6

W marcu 2012 roku, przeszedłszy przez most Kasr an-Nil i plac At-Tahrir, dotarłem do siedziby egipskiego parlamentu, gdzie byłem umówiony na spotkanie z deputowanym będącym jednym z przywódców Bractwa Muzułmańskiego. Nowo wybrany parlament obradował od niespełna dwóch miesięcy w starej siedzibie, w której przed rewolucją odbywały się zgromadzenia przywodzące na myśl jedynie pojęcie „czysta formalność”59.

Sam budynek robił wrażenie. Z zewnątrz utrzymany był w stylu neoklasycznym, z marmurowymi kolumnami i kopułą umieszczoną nad przestronną salą posiedzeń. Parlamentarzyści spędzali przerwy w obradach w sąsiednim pomieszczeniu nazywanym Salą Faraońską. Na wzór staroegipskich świątyń kolumny w tej sali pomalowano tak, by przypominały palmy. Pod jedną ze ścian stał brązowy posąg tronującego Horusa. Za nim leżały brudne szmaty, kilka pudełek pasty do butów i cztery pary starego obuwia.

Byłem umówiony z Subhim Salihem. Spóźniał się. Jego asystent zadzwonił wcześniej, cytując zdanie z podręcznika: „Czy możemy trochę przesunąć spotkanie?”. Czekałem w Sali Faraońskiej, obserwując kilkunastu posłów, którzy siedzieli pod ścianami i po cichu rozmawiali. Starszy człowiek czyścił buty, a kelnerzy roznosili na srebrnych tacach herbatę, kanapki i papierosy.

Pucybut wydawał się najbardziej zadomowiony ze wszystkich tu obecnych. Przy każdym kliencie odprawiał ten sam rytuał: zdejmował mu buty, nakładał prowizoryczne kapcie i znikał za posągiem Horusa. Po chwili wracał ze szmatką lub pudełkiem pasty. Widziałem, że tak było kilka razy, aż w końcu wiedziony ciekawością podszedłem, by zajrzeć za posąg. Wszystkie przybory były tam porządnie ułożone: szmatki, pasta do butów, zapasowe obuwie.

Wdałem się w rozmowę z pucybutem. Powiedział, że nazywa się Rif’at Muhammad Ahmed i że czyści buty w tej sali od 1964 roku.

– Byłem tu za Nasera i za Sadata – poinformował mnie.

Liczył jakieś metr pięćdziesiąt wzrostu, chudy był jak szczapa, a jego ręce przybrały od pasty kolor mahoniu. Prawe oko miał stale zamknięte. Mówiąc, pochylał się do przodu, a głowę przechylał na lewo, zerkając zdrowym okiem.

– W ostatnim parlamencie było tylko osiemdziesięciu dwóch braci muzułmanów – stwierdził.

Jak każde zgromadzenie ustawodawcze od czasów Nasera, i to poprzednie było zdominowane przez jedno ugrupowanie, Partię Narodowo-Demokratyczną (PND). Rządziła państwem faktycznie jednopartyjnym, choć Bractwo i parę innych ugrupowań mogły mieć ograniczoną liczbę miejsc w parlamencie.

– Czasami członkowie PND nie pojawiali się na głosowaniu, więc partia nie miała większości – ciągnął dalej Rif’at. – Tak się stało pewnego dnia i Ahmed Ezz przybiegł tutaj, żeby zawołać ich na salę posiedzeń. Nakrzyczał na mnie: „Rif’at! Jak dalej będziesz zatrzymywał posłów, czyszcząc im buty, naskarżę na ciebie przewodniczącemu parlamentu!”.

Ahmed Ezz był bogatym biznesmenem, jednym z najbardziej wpływowych działaczy PND. Ostatni parlament rozwiązano w lutym 2011 roku, po rezygnacji Mubaraka. Obecnie Ezz odsiadywał w osławionym kairskim więzieniu Tora wyrok dziesięciu lat pozbawienia wolności za korupcję. Rif’at zmrużył oczy i pomachał umazanym w paście palcem, jak gdyby Ezz nadal przed nim stał:

– „Nie obchodzi mnie to”, powiedziałem. „Nie boję się pana”.

Mały człowieczek wypiął pierś.

– Pamiętam, że stwierdziłem, że ten parlament długo się nie utrzyma. Wiedziałem, że na coś się zanosi. Od dziesięciu lat powtarzałem, że dojdzie do rewolucji.

Podczas naszej rozmowy nadszedł Subhi Salih. Rif’at od razu porzucił wyzywającą pozę. Z uśmiechem skłonił głowę, grzecznie się cofnął, gdy polityk siadał. Salih przeprosił za spóźnienie, wyjaśniając, że przewodzi komisji przygotowującej nową konstytucję Egiptu. Dodał, że przeglądał niedawno opracowanie Uniwersytetu Princeton o stu dziewięćdziesięciu czterech konstytucjach różnych państw świata i że czuje silną presję opinii publicznej.

– Ambicja ludu nie zna granic – stwierdził. – Rewolucja z samej definicji to ambicja.

Rif’at stał nieopodal ze spuszczoną głową. Salih wskazał gestem, żeby zabrał jego buty.

– To najlepszy parlamentarzysta – pochwalił pucybut, klękając przed Salihem. – Uczciwy, a jego przemówienia są jasne. A poza tym to przyzwoity, dobry człowiek.

Słysząc pochwałę, Salih machnął ręką, ale wciąż się uśmiechał.

– Drugiego takiego nie ma w zgromadzeniu – mówił dalej Rif’at.

Zabrał buty Saliha i zniknął za posągiem Horusa.

Salih dobiegał sześćdziesiątki, miał ciemną cerę, gęste siwe włosy i krzaczaste brwi. Częściej się uśmiechał niż większość znanych mi braci muzułmanów. Na ogół przybierali oni sztywną, formalną pozę; niektórzy Egipcjanie twierdzili, że potrafią rozpoznać członków Bractwa po dumnej postawie. W rzeczywistości nie istniały żadne wyraźne oznaki świadczące o przynależności do ugrupowania, co pogłębiało otaczającą go atmosferę tajemniczości.

Po przybyciu do Egiptu szybko się nauczyłem wypatrywać cech zewnętrznych zdradzających czyjeś wyznanie lub status społeczny. Stanowiły one część języka, jakim tu się posługiwano. Kobiety z elity często nie nakrywały głów, te z konserwatywnych warstw klasy średniej przeważnie ciasno owijały hidżab wokół podbródka. W dzielnicach zamieszkanych przez klasę niższą częściej widywało się kobiety w nikabach. Jeśli chodzi o mężczyzn, to pobożni muzułmanie mieli na czołach okrągłe sińce od bicia pokłonów podczas modlitwy, a salafici golili wąsy i nosili krzaczaste brody. Wszyscy bez wyjątku Koptowie obojga płci mieli wytatuowany mały krzyżyk na wewnętrznej stronie prawego przegubu. Braci muzułmanów nic jednak nie wyróżniało. Byli to przeważnie solidni przedstawiciele wolnych zawodów należący do klasy średniej. Jedni nosili brody, inni byli gładko ogoleni, jak Salih. Na ekranie jego iPhone’a widniało zdjęcie jego własnej twarzy, które się rozświetlało, ilekroć telefon zadzwonił. Na iPhonie też się uśmiechał.

 

Jakiś czas rozmawialiśmy, po czym Rif’at wrócił zza Horusa z wypolerowanymi butami. Zapytałem Saliha o kampanię prezydencką, która się wreszcie zaczęła. Bractwo przyrzekło, że nie wystawi kandydata, ponieważ chciało zapewnić Egipcjan, że islamiści chcą mieć tylko udział w sprawowaniu kontroli nad rządem. Interesowało mnie, czy mogą zmienić zdanie.

– W żadnym wypadku – odpowiedział Salih. – Nigdy nikogo nie nominujemy.

Ekran iPhone’a się rozświetlił. Salih spojrzał na własną uśmiechniętą twarz i odrzucił połączenie.

– Chcemy wszystkim stronom dać do zrozumienia – kontynuował – że islamistom nie chodzi o przejęcie władzy. Nasze historyczne hasło brzmi: „Uczestnictwo, nie dominacja”.

Bracia muzułmanie często mi powtarzali, że wszystko, co potrzebuję wiedzieć na temat ich polityki, można znaleźć w Koranie. Było to wspólne stanowisko islamistów: ruch polityczny miał odzwierciedlać zasady i ponadczasowość religii. Ale było równie mylące, jak próba zrozumienia polityki amerykańskich ewangelikanów na podstawie lektury Nowego Testamentu. Księga to jedno, a historia to coś zupełnie innego. Każdy ruch społeczny był wytworem swojego miejsca i czasu.

Stowarzyszenie Braci Muzułmanów założył w 1928 roku Hasan al-Banna w Ismailii nad Kanałem Sueskim. Banna dorastał we wsi w delcie Nilu, gdzie jego ojciec był imamem, zwolennikiem konserwatywnej szkoły sunnickiego islamu. Chłopiec – poważny, pobożny, mający obsesję na punkcie ścisłej interpretacji zasad wiary – został nauczycielem arabskiego. Do pierwszej pracy dostał przydział w szkole podstawowej w Ismailii.

Komuś takiemu jak młody Banna Ismailia bardziej działała na nerwy niż którekolwiek z egipskich miast. Umieszczono tu siedzibę kierowanej przez Brytyjczyków Kompanii Kanału Sueskiego, najlepsze wille zamieszkiwali europejscy urzędnicy. Znaki drogowe były w języku angielskim, pod miastem znajdowała się ogromna brytyjska baza wojskowa trzymająca w ryzach cały region. Jak w innych egipskich miejscowościach z dużą liczbą zagranicznych rezydentów, w Ismailii obowiązywały różne systemy prawne. Sprawy dotyczące cudzoziemców rozpatrywały odrębne sądy.

Z punktu widzenia wykształconego Egipcjanina takie upokorzenie otworzyło tylko nowy rozdział w długiej historii upadku. Ostatni rodowity mieszkaniec kraju, który ogłosił się faraonem, został pokonany przez greckich Ptolemeuszów w 186 roku p.n.e. i od tamtej pory aż do połowy XX wieku nie było ani jednego egipskiego władcy[17]. Egipt stworzył koncepcję państwa narodowego i tu zrodziły się definicje wielu podstawowych pojęć dotyczących władzy królewskiej, przyjętych przez cywilizację Zachodu, ale utracił zdolność rządzenia samym sobą. Przez ponad dwa tysiące lat władzę nad Nilem sprawowali kolejno cudzoziemscy suwerenowie: Grecy, Rzymianie, Bizantyjczycy, Persowie, Arabowie, Osmanowie.

Na początku XIX wieku Muhammad Ali, Albańczyk zarządzający Egiptem z ramienia imperium osmańskiego, postanowił zreformować kraj. Doszedł do władzy zaraz po napoleońskiej inwazji i krótkiej okupacji, które przekonały go (i nie tylko jego), że Egipt wymaga modernizacji. Ali rozbudował armię, zrestrukturyzował aparat urzędniczy, wprowadził elementy europejskiego prawa i przestawił rolnictwo na uprawy rynkowe, takie jak bawełna. Wielu z jego następców – synów, wnuków i innych potomków – kontynuowało reformy.

Ten rozwój kraju był w znacznej mierze finansowany przez inny nowoczesny wynalazek, mianowicie pożyczki zagraniczne. Za pieniądze cudzoziemców członkowie dynastii Muhammada Alego budowali szkoły, pałace i koszary, a część śródmieścia Kairu zaprojektowano na nowo na wzór Paryża. Wykopano Kanał Sueski, nad którym szybko wyrosły nowe miasta na pustyni. Port Said na północnym końcu kanału nazwano tak na cześć jednego z synów Muhammada Alego, a Ismailię – na cześć jego wnuka, Ismaila Paszy.

Wszystkie te projekty, a zwłaszcza kanał, ostatecznie doprowadziły kraj do bankructwa. Pod koniec XIX wieku imperium osmańskie było tak słabe, że sytuacja dojrzała do tego, by Egipt wpadł w ręce nowych władców. Teraz jednak inwazji dokonali bankierzy, a nie żołnierze. Brytyjczycy wykupili po prostu egipski dług60. Przejęli kontrolę nad Kompanią Kanału Sueskiego i prawie wszystkimi jej dochodami, z czasem zaczęli kierować głównymi egipskimi instytucjami państwowymi, a na początku I wojny światowej już bezpośrednio rządzili Egiptem.

To nad brzegami kanału zarządzanego przez cudzoziemców Hasan al-Banna sformułował założycielskie hasło Bractwa Muzułmańskiego: „Mamy dość tego życia w poniżeniu i pełnego ograniczeń”61. Ruch ten najlepiej rozumieć jako reakcję na kolonializm, kapitalizm i załamywanie się tradycyjnej kultury pod koniec XIX i na początku XX wieku. W takim ujęciu Bractwo było podobne do komunizmu i faszyzmu, które mniej więcej w tym samym czasie rosły w siłę w innych częściach świata. Ale w odróżnieniu od komunistów, próbujących stworzyć nowe, utopijne struktury społeczne, Banna zwrócił się ku istniejącej już religii.

Aby opisać, jak islam mógłby rozwiązać wszystkie problemy współczesnego społeczeństwa, często używał słowa nizam62. Nie pojawia się ono w ogóle w Koranie63, a specjaliści od religioznawstwa porównawczego twierdzą, że jego stosowanie przez Bannę było anachronizmem[18]. Jednak dla Banny islam stał się nizamem nie dlatego, że tak napisano w Koranie, ale ponieważ w jego przekonaniu domagał się tego współczesny świat. Przywódcy Bractwa nie dali się poznać jako wybitni myśliciele czy teoretycy. Richard P. Mitchell, autor fundamentalnej pracy o historii tego ugrupowania, jednej z pierwszych, zauważył, że „ani Banna, ani ruch nie stworzyli nic, co choćby z daleka przypominałoby teologię albo filozofię”64. Najwięcej dokonali w dziedzinie organizacji. Banna stworzył system połączonych ze sobą pięcioosobowych grup, przypominający strukturę pierwszych komórek komunistycznych czy faszystowskich. Przywództwo Bractwa miało ściśle hierarchiczny charakter i ta wizja struktury, dyscypliny okazała się bardzo atrakcyjna dla społeczeństwa tęskniącego do nizamu. W ciągu dwudziestu lat po utworzeniu Bractwa zyskało ono od trzystu do sześciuset tysięcy członków, aktywnie działających w meczetach i organizacjach dobroczynnych65.

Podstawowy cel Bractwa nie został jednak nigdy tak wyraźnie ustalony jak jego organizacja. Banna mówił ogólnikowo o inspirowaniu „islamizacji” Egiptu i przestrzegał Braci, że nie są partią. Członkowie stowarzyszenia często jednak zajmowali się działalnością polityczną, a na wczesnym etapie swojej historii finansowali zbrojne milicje w Palestynie. Niektórzy dokonywali zamachów i innych aktów przemocy. Przywódcy Bractwa w końcu odrzucili takie metody, ale egipskie władze ich represjonowały. W 1949 roku tajna policja zamordowała Bannę na jednej z kairskich ulic, a przez większość dziejów Bractwa jego działalność była w Egipcie zakazana. Wszystko to sprawiło, że w organizacji nasiliła się skłonność do paranoi i otaczania się aurą tajemniczości.

Nawet po upadku Mubaraka, kiedy Bractwo włączyło się w nowy, otwarty system polityczny, jego przywódcy odmawiali odpowiedzi na podstawowe pytania. Finanse organizacji i całkowita liczba jej członków stanowiły niewiadomą. Wiosną 2012 roku często indagowałem działaczy i rzeczników stowarzyszenia, ilu braci muzułmanów jest w Egipcie, i nigdy nie usłyszałem dwa razy takiej samej odpowiedzi. Podawane mi liczby wahały się od czterystu tysięcy do ponad dwóch milionów. Pytani, zawsze odpowiadali, że nie znają dokładnych danych[19]. Wydawało się to mało prawdopodobne jak na organizację o skomplikowanej strukturze, zbierającej składki od wszystkich członków.