PogrzebanaTekst

Z serii: Reportaż
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 5

Późnym popołudniem Sajjid często zachodził do naszego budynku, robiąc sobie przerwę. Wiedział, że Leslie i ja pracujemy w domu. Kiedy mu otwierałem, witał się ze mną, po czym wołał do Leslie: „Dwie łyżeczki proszę!”, co znaczyło, że prosi o herbatę posłodzoną dwiema łyżeczkami cukru. W świecie Sajjida na tym polegała rola żony: podawać męskim gościom herbatę i inne napoje.

Kiedy Leslie kilka razy usłyszała polecenie: „Dwie łyżeczki proszę!”, zwróciła się do mnie, bym wyjaśnił Sajjidowi, że w naszym domu kobieta nie pełni funkcji kelnerki. Obawiałem się jednak, że jeszcze nie potrafię tego przekazać w odpowiednio zniuansowany sposób. Czekałem więc, aż nabiorę odpowiednich umiejętności językowych, a w międzyczasie starałem się sam podawać herbatę. Czasami Leslie siadała z nami w salonie, gdzie Sajjid raczył się napojem i odzyskiwał siły po robocie.

Na samym początku naszego pobytu w dzielnicy z nim jako pierwszym prowadziliśmy długie rozmowy w dialekcie egipskim. Był ciekawy i cierpliwy, a dzięki brakowi wykształcenia wyrozumiały dla naszych starań. Na ogół uważnie słuchał. Sądzę, że wynikało to w naturalny sposób z jego analfabetyzmu. Przywykł do tego, że znaczną część informacji przyswaja ze słuchu. Kiedy któreś z nas użyło nowego słowa lub struktury gramatycznej, Sajjid zawsze to zauważał i ośmielał nas, mówiąc: „Brawo!”. Powtarzał nawet nowe słowa i zwroty, wplatając je do rozmowy, jak robi dobry nauczyciel.

Zawsze mieliśmy mnóstwo tematów do obgadania, ponieważ Sajjid często przynosił rzeczy wydobyte ze śmieci. Pewnego razu przydźwigał nawet nieotwarte butelki wina: Grande Marque Bordeaux, Marqués de Cáceres, Domaine de Moulines, Château de Maligny Chablis, Vin d’Alsace Muscat, Champagne Liébart-Régnier i Antonin Rodet Bourgogne Pinot Noir de Vieilles Vignes. Wyszukałem wszystkie w internecie, żeby sprawdzić ceny. Sajjid poprosił, żebym przechował je u siebie, zanim pod osłoną ciemności będzie mógł je zabrać do domu. Znalazł alkohol w rzeczach wyrzuconych przez starszego wiekiem Egipcjanina i przypuszczał, że właściciel skończył z piciem albo z powodów religijnych, albo zdrowotnych.

Wśród jego znalezisk bywały dziwne waluty, a ja w różnych momentach sprawdzałem kursy marokańskich dirhamów, szwedzkich koron, chińskich juanów, meksykańskich peso, pataca z Makau i dolarów kanadyjskich. Kiedy Sajjid natrafiał na banknot, na którym figurowało „10 000”, przybiegał niezwykle podekscytowany do naszego budynku, ale radość mijała, gdy mu wyjaśniałem, że trzydzieści tysięcy irańskich riali równa się jednemu dolarowi.

W śmieciach nierzadko trafiały się dowody tożsamości. Sajjid przyniósł mi aktualną legitymację niemieckiego dyplomaty, którą odniosłem do ambasady odległej o kilka przecznic. W sąsiedztwie mieszkali dyplomaci łotewscy i mogłem się przekonać, że ich placówka nie stosuje żadnych procedur niszczenia oficjalnych dokumentów. Sajjid w różnych odstępach czasu znalazł nieważny już łotewski paszport dyplomatyczny, podanie o przyjęcie do łotewskiej szkoły, legitymację doradcy ministra do spraw obrony i zasobów w ambasadzie Łotwy oraz legitymację pierwszego sekretarza stałej delegacji Łotwy przy głównej kwaterze NATO w Belgii.

Przyjaźń z miejscowym śmieciarzem przynosiła wiele korzyści, w tym i tę, że w każdym momencie mogłem rozpocząć nowe, całkiem legalne życie w Rydze. Stałem się również ekspertem od tanich lekarstw na zaburzenia erekcji. Niektóre miały wprost cudowne nazwy: Durjoy produkowane w Bangladeszu i Virecta z Indii. W opisach chińskich afrodyzjaków często widniał ideogram oznaczający smoka, a ich opakowania przyciągały wzrok czerwienią i złotem. Sajjid jednak ze szczególną uwagą wypatrywał wszystkiego w kolorze niebieskim. Zjawił się kiedyś podniecony z nienaruszonym opakowaniem leku Aerius (desloratadyna) – tabletki miały kolor viagry. Dowiedziałem się jednak z internetu, że jest to preparat na alergię. Dla Sajjida było to rozczarowanie równie gorzkie jak to, które przeżył w związku z kursem irańskiego riala.

Nauczył mnie arabskiego słowa oznaczającego seks – gins – a także potocznych nazw różnych części ciała. Często powtarzał andi zabala fi-l-moch: „mam śmieci w mózgu”. Był to tylko częściowo żart, jako że Sajjid, zarabiając na życie tak, a nie inaczej, musiał przez większość czasu myśleć o śmieciach. W rozmowach nierzadko łączył ten temat z kobietami i pieniędzmi. Po jakimś czasie uświadomiłem sobie, że te trzy sprawy – kobiety, pieniądze i śmieci – w umyśle Sajjida reprezentują trójcę jego materialnego świata.

To kobiety i pieniądze doprowadziły do tego, że podjął pracę śmieciarza. Jego ojciec wychował się we wsi niedaleko Kiny w Górnym Egipcie i jak wielu ludzi ze swojego pokolenia przeprowadził się do Kairu. Pracował na przedmieściu jako stróż, wikłając się w serię szybkich małżeństw i rozwodów. Muzułmanin może zgodnie z prawem łatwo uzyskać rozwód, choć w teorii jest to kosztowna sprawa, ponieważ byłej żonie należy wypłacić różne należności, a także łożyć na utrzymanie dzieci. Nie odstraszało to ojca Sajjida, który miał dziewięć żon, albo i dziesięć, jeśli liczyć Koptyjkę, którą na krótko poślubił. Gdy poznałem rodzeństwo i sąsiadów Sajjida, opowiadali o jego ojcu jak o legendzie. Mówili, że w jego żyłach płynęła beduińska krew, co jakoby wyjaśniało jego apetyt seksualny i to, że nie mógł usiedzieć w miejscu. Zawsze wymieniali tę liczbę – dziewięć żon albo dziesięć, jeśli liczyć Koptyjkę. Z tonu ich wypowiedzi jasno wynikało, że nikt nie liczył Koptyjki.

Nie znali natomiast dokładnie liczby jego dzieci. Było ich w sumie około dwadzieściorga, ale małżeństwa trwały krótko, a przyrodnie rodzeństwo miało ze sobą słaby kontakt – albo żaden. Wszyscy dorastali w biedzie, ale Sajjid znalazł się w szczególnie kiepskiej sytuacji, ponieważ jego matka była dziewiątą i ostatnią żoną (albo dziesiątą, jeśli liczyć Koptyjkę). Ojciec był już wtedy w zaawansowanym wieku i nagle zmarł, kiedy Sajjid miał sześć lat.

Po jego śmierci chłopiec nie miał innego wyjścia, jak podjąć pracę, żeby pomóc utrzymać matkę i dwójkę młodszego rodzeństwa. Nigdy nie chodził do szkoły; został śmieciarzem, ponieważ ten fach nie wymagał wykształcenia ani znajomości. Pierwsza jego praca, kiedy był jeszcze mały, polegała na tym, że siedział na zaprzężonym w osła wózku zabbala, czyli śmieciarza, i pilnował, żeby nikt nie rozkradł śmieci, kiedy właściciel wózka obchodził okoliczne domy. Z czasem Sajjid awansował do lepszych zajęć, aż jako nastolatek został pomocnikiem koptyjskiego zabbala o imieniu Salama.

Salama, podobnie jak ojciec Sajjida, był mężczyzną, na którego życie wpłynęła mnogość kobiet. W jego wypadku miało to jednak inny charakter – ożenił się tylko raz, ale żona urodziła mu osiem córek i ani jednego syna. To również sprawiło, że przeszedł do legendy. Ludzie opowiadali, jak ciężko pracuje, żeby przygotować wyprawę ślubną dla córek. Kiedy Egipcjanie się pobierają, zgodnie ze zwyczajem pan młody ma zapewnić mieszkanie i większe sprzęty domowe, panna młoda zaś kupuje wyposażenie kuchni, meble do sypialni, odzież i inne rzeczy niezbędne w gospodarstwie. Dla rodziny panny młodej wszystkie te zasoby są stracone, bo po ślubie kobieta wchodzi do klanu męża.

Ponieważ Salama nie miał synów, zabrakło też męskiego dziedzica rewiru, z którego zbierał śmieci. Po jego śmierci rodzina postanowiła podnająć ten rewir Sajjidowi, który przez lata współpracy dowiódł swej lojalności. Postawiono jednak dwa rygorystyczne warunki. W zamian za przywilej zbierania śmieci z Zamalku Sajjid zobowiązał się odkładać papier, plastik, szkło i inne surowce nadające się do odsprzedaży i przekazywać je mężowi najstarszej córki Salamy. Nie pobierał za to opłaty.

– Było tak, jakbym mu dawał obranego banana – powiedział kiedyś.

Mając w pamięci swojego ojca i Salamę, Sajjid podszedł do małżeństwa w sposób strategiczny, wykazując się asertywnością i cierpliwością. Nikomu nie ufał, nawet własnej rodzinie. W Górnym Egipcie, w klasie, z której się wywodził, starszyzna przeważnie aranżuje małżeństwa między kuzynami. Nikt się nie orientuje, jakie ryzyko niesie ze sobą bliskie pokrewieństwo, a celem nie jest dywersyfikacja puli genowej, tylko zachowanie zasobów materialnych. Wybór jest prosty: można patrzeć, jak wyprawa córki przepada w domu obcego, albo w praktyce nie tracić tych dóbr, wydając ją za mąż w obrębie wielkiej rodziny. Skutek jest taki, że około czterdziestu procent Egipcjan żeni się z kuzynkami41.

Matka Sajjida pochodziła ze wsi z okolic miasta Bani Suwajf, też w Górnym Egipcie. Kiedy Sajjid był nastolatkiem, klan rodzinny wybrał mu na przyszłą żonę młodszą kuzynkę. Dziewczyna dorastała, spodziewając się, że poślubi Sajjida, który uznał ją za miłą i atrakcyjną. Wyrobił sobie jednak własny pogląd na małżeństwa między kuzynami. Doszedł do wniosku, że żonę-kuzynkę trudniej będzie sobie podporządkować, ponieważ może się poskarżyć ojcu albo innemu starszemu mężczyźnie z rodziny, a ci będą wywierać presję na męża.

– Pomyślałem, że jeśli poślubię obcą kobietę, będę jej mógł mówić, co ma robić – zwierzył mi się.

Ożenek poza rodzinnym kręgiem był jednak kosztowniejszy. Z tego powodu Sajjid musiał się znów skupić na materialnej trójcy: żeby znaleźć kobietę, potrzebował pieniędzy; żeby zdobyć pieniądze, potrzebował więcej śmieci. W miarę możliwości przejmował prawa do innych budynków, często płacąc za ten przywilej. Oszczędzał też, na czym tylko mógł. Należał do nielicznych znanych mi Egipcjan, którzy nie palili, a do pracy dojeżdżał na rowerze, co było ujmą na honorze niewyobrażalną dla większości mieszkańców Kairu (choć miasto jest położone na płaskim terenie, rowerzystów widuje się bardzo niewielu). Wykorzystywał swoje znaleziska, jak się tylko dało, zawierając transakcje w całej dzielnicy. Jeśli w śmieciach były chleb albo mięso nadające się jeszcze do jedzenia, Sajjid oddawał je różnym stróżom i robotnikom w zamian za inne przysługi. Wyławiał też ze śmieci czyste gazety, które dostarczał miejscowemu herbaciarzowi w zamian za bezpłatne napoje.

 

Dobiegając trzydziestki, zaoszczędził już tyle, że mógł zbudować skromny piętrowy dom w Ard al-Liwa, dzielnicy po zachodniej stronie Nilu, tam, gdzie Giza. Wtedy zaczął się rozglądać za żoną, w najbardziej dosłownym sensie. Rzut oka, ukradkowe spojrzenie – takie rzeczy bardzo się liczą w społeczeństwie, w którym mężczyźni i kobiety mało mają swobodnych kontaktów. Pewnego ranka w pobliżu domu brata wypatrzył młodą kobietę rozwieszającą pranie na balkonie. Miała jasną cerę, była wysoka i wyjątkowo ładna. Sajjid dowiedział się, że pochodzi ze wsi koło Asuanu w Górnym Egipcie i przyjechała do Kairu, żeby zamieszkać u krewnych. Na imię miała Wahiba.

Była znacznie lepiej wykształcona niż Sajjid. Ukończyła szkołę handlową, do której Egipcjanie ze wsi często idą po szkole średniej. Małżeństwo w obrębie rodziny też się w jej przypadku nie sprawdziło. Wahiba była zaręczona z kuzynem, ale umowa została zerwana na skutek jakiegoś rodzinnego konfliktu. Kiedy Sajjid zgłosił się do jej starszych męskich krewnych, jego stabilna sytuacja finansowa zrobiła na nich wrażenie i wkrótce odbyło się wesele. Miał trzydzieści jeden lat, ona zaledwie osiemnaście. Kiedy go poznałem, byli pięć lat po ślubie, a Wahiba była w ciąży z trzecim dzieckiem. Sajjid pochwalił mi się, że po zawarciu małżeństwa żona włożyła nikab, czarną zasłonę zakrywającą całą twarz, noszoną przez konserwatywne muzułmanki. To, co wzbudziło w nim kiedyś pożądanie – przelotny widok twarzy Wahiby – miało zostać ukryte przed obcymi mężczyznami.

Przez większą część naszego pierwszego roku w Kairze uczęszczaliśmy z Leslie na kurs dialektu egipskiego – dwie godziny we wszystkie dni powszednie. Robiłem ciągłe postępy i po niedługim czasie mogłem już odbyć planowaną rozmowę z Sajjidem, by mu wyjaśnić, że moja żona nie jest kelnerką.

Ale wtedy Sajjid dawno już przestał prosić Leslie o herbatę. Musiał wyczuć, że nam to nie odpowiada. Zauważyłem, że z własnej inicjatywy wprowadził również inne modyfikacje do swojego zachowania. Kair słynie niestety z tego, że jest miastem trudnym dla cudzoziemek, które narażone są na powszechne w miejscach publicznych molestowanie seksualne. W swych reakcjach na obecność kobiet Egipcjanie popadają jednak również w drugą skrajność: gdy Leslie i ja byliśmy gdzieś razem w dzielnicy, grzeczni mężczyźni przeważnie zwracali się wyłącznie do mnie, starannie unikając kontaktu wzrokowego z moją żoną. Ta zamierzona oznaka szacunku była elementem osobliwego statusu płci żeńskiej w Kairze: czasami kobieta bywała aż nazbyt widoczna, stając się obiektem pożądliwych spojrzeń i zaczepek, innym razem stawała się niewidzialna.

Z Sajjidem ułożyło się jeszcze inaczej – najwyraźniej zdał sobie sprawę, że nie czuję się zagrożony, kiedy rozmawia z Leslie. Mogliśmy w trójkę siedzieć i swobodnie gawędzić, bez żadnej asymetrii przejawiającej się na ogół podczas rozmów w mieszanym gronie. Wiedziałem, że wśród swoich Sajjid tak się nie zachowuje. Często otwarcie mówił o tym, że musi kontrolować i izolować żonę. Pomimo to cechowała go otwartość, potrafił się dostosować do oczekiwań ludzi wyznających odmienne systemy wartości.

To ta wrażliwość, a nie praca fizyczna, była najbardziej wymagającym aspektem zawodu Sajjida. Żadne władze nie nadzorowały jego pracy i żaden system ani instytucja nie gwarantowały mu zapłaty. Jak wielu mieszkańców Kairu lubił pogadać o trwającej rewolucji, ale nigdy nie kojarzył jej z własnym życiem. Wydarzenia w kraju go nie interesowały, skupiał uwagę wyłącznie na dzielnicy, w której pracował, i na rzeczach, które zbierał. Odbierał śmieci, lecz także zauważał śmieci – musiał być wyczulony na sygnały, dzięki którym mógł zrozumieć mieszkańców dzielnicy i przekonać ich, żeby mu płacili. Z tego między innymi powodu nosił brudne ubranie: swoim wyglądem przypominał ludziom o pracy, którą za nich wykonuje. Kiedy w południe robił sobie przerwę, kręcił się w pobliżu kiosku Wolność, ponieważ było to uczęszczane miejsce, gdzie przechodnie mogli go zobaczyć, poczuć, że mają wobec niego zobowiązania, i przekazać mu miesięczne wynagrodzenie.

Jeśli ciekawił mnie ktoś z dzielnicy, zawsze pytałem o niego Sajjida. Pewnego wieczora, kiedy wpadł do nas na pogawędkę, napomknąłem o bogatej kobiecie w średnim wieku, która mieszkała nieopodal. Słynęła ze skąpstwa, a choć była wykształcona, nigdy nie wyszła za mąż. Zagadnąłem Sajjida, dlaczego osoba o takich zaletach została starą panną.

– Jest takie przysłowie – powiedział. – Jeśli zaprzyjaźnisz się z małpą ze względu na jej pieniądze, jutro będzie już po pieniądzach, a małpa pozostanie małpą. Z nią tak właśnie było. Nikt nie chciał się z nią ożenić.

Wspomniałem, że kobieta ma nadwagę, i zastanawiałem się, czy to mogło mieć wpływ. Ale Sajjid potrząsnął głową.

– Była kiedyś ładna. Widziałem jej zdjęcia sprzed piętnastu czy dwudziestu lat. Wyglądała zupełnie inaczej. Pięknie!

– Gdzie widziałeś te zdjęcia?

– W śmieciach. Wyrzuciła je.

Zapytałem, dlaczego to zrobiła.

– Może nie chciała pamiętać tamtych czasów – zauważył cicho. – Może smutno jej było na widok tych zdjęć.

W dni powszednie jeździliśmy z Leslie taksówką na zachód od mostu 6 Października do małej szkoły językowej, która nazywała się Kalimat. Przed przyjazdem do Kairu ukończyliśmy w Middlebury College intensywny letni kurs klasycznego arabskiego – fusha – używanego w całym świecie arabskim jako język literacki i formalny. Dialekt egipski tak się jednak od niego różni, że nawet podstawowe zwroty, w rodzaju „jak się czujesz?”, trudno zrozumieć komuś, kto zna tylko fushę. W wieku czterdziestu jeden lat zapisałem się więc w Kairze na kurs dialektu egipskiego dla początkujących.

Kiedy człowiek przeprowadza się do innego kraju jako dorosły, język opływa go jak rzeka. Dziecko może popłynąć z nurtem, ale starsi, przynajmniej na początku, wchodzą do wody mniej pewnie. Czasem zamoczą stopy, czasem wejdą po pas, bywa też niekiedy, że na kilka godzin całkowicie się zanurzą. Po drodze łowią najważniejsze w ich przekonaniu słowa i zwroty. W Kairze zapisywałem je sobie w notesie. Niektóre listy powstały podczas picia herbaty z Sajjidem:


seks, płećجنس
różnicaاختلاف
uderzaćيضرب
żałującyندمان
palićيحرق
być palonymيحترق
spalił śmieciحرق الزبالة

Inne wykazy powstawały w czasie mojej pracy. W grudniu 2011 roku, spędziwszy popołudnie w meczecie Omara Makrama, wzbogaciłem notes o następujące słowa:


imamإمام
szajchشيخ
brodaدقن
dywanسجادة
zakazaneحرام

Czasami ze słów wyłaniała się cała narracja. Gdy zrobiłem postępy w nauce arabskiego, od czasu do czasu chodziłem sam na plac At-Tahrir, żeby poćwiczyć język. W styczniu 2012 roku grupa aktywistów nabrała wobec mnie podejrzeń, a trajektoria ich paranoi trafiła do mojego notesu:


agentعميل
ambasadaسفارة
szpiegجاسوس
Izraelاسرائيل
Izraelczycyاسرائيليين
Żydيهودي

W lutym dodałem „gaz łzawiący” i „czy możesz mówić wolniej”. „Teoria spiskowa” pojawiła się tego samego dnia co „frytki”. Czasami się zastanawiałem nad osobliwym charakterem mojej arabszczyzny i nad tym, jak wyglądałby ten zasób słów, gdybym przyjechał przed arabską wiosną. Ale byłby inny zawsze i wszędzie. Nie da się wejść dwa razy w ten sam język. Wiele określeń w moim notesie było pozostałościami po rewolucji, a kiedy Bractwo Muzułmańskie zdobyło większość w parlamencie, lista wyglądała następująco:


brodaczeاصحاب الدقون
Ministerstwo Informacjiوزارة الاعلام
autentycznyاصلي
fałszywyمضروب
zatrzymać (coś), przestaćيبطل
iluzja, złudzenieوهم

Bardzo szybko zdałem sobie sprawę, że ta szczególna chwila, choć taka doniosła, kiedyś się skończy. W notesie znalazło się wiele słów specyficznych dla okresu arabskiej wiosny, ale w otoczeniu terminów i zwrotów, które wydawały się ponadczasowe. Gdy zacząłem rozumieć polityczne talk-show słuchane przez szoferów w kairskich taksówkach, uświadomiłem sobie, że prezenterzy i dzwoniący do radia przez prawie minutę wymieniają uprzejme muzułmańskie powitania, po czym przechodzą do ostrych kłótni na temat rewolucji. Mój podręcznik do egipskiego miał tytuł Dardasha42Pogawędka – i jego pierwszy rozdział zawierał typowy dialog ukazujący, jak należy się przywitać z przypadkowo poznaną osobą. Niebawem zacząłem powtarzać te zwroty, linijka po linijce, w rozmowach z sąsiadami; wydarzenia na At-Tahrir nigdy nie wywarły na nie wpływu:


Pokój z tobą!!السلام عليكو
I z tobą pokój, łaska i błogosławieństwo Bogaوعليكم السلام ورحمة الله وبركاته
Jak się czujesz?إزيك؟
Niech Bóg obdarzy cię pokojem, wszystko w porządku?الله يسلمك وإنتى بخير؟
Chwała Boguالحمد لله
Idź w pokoju!!مع السلامة

Arabski był drugim językiem obcym, którego naukę podjąłem w dorosłym wieku. W szkole średniej i na studiach nie wyjeżdżałem za granicę, dopiero mając dwadzieścia siedem lat zaciągnąłem się jako nauczyciel do Korpusu Pokoju. Wysłano mnie do Chin, gdzie zamieszkałem w małym, oddalonym miasteczku nad rzeką Jangcy. Po zakończeniu służby pozostałem w Chinach przez następne dziewięć lat jako dziennikarz. Nowy język stał się częścią mojego myślenia – niektóre słowa i pojęcia szybciej przychodziły mi do głowy po chińsku niż po angielsku.

Jest rzeczą naturalną, że przyswajałem arabski częściowo przez pryzmat chińszczyzny. Nie mógłbym mieszkać nad Nilem, nie pamiętając tego, czego się nauczyłem nad Jangcy. Jedną z pierwszych rzeczy, które zrobiły na mnie wrażenie, była grzeczność Egipcjan. W Chinach korzystałem z podręcznika dla początkujących zatytułowanego Speaking Chinese About China [Mówiąc po chińsku o Chinach], a na tym etapie nie marnowano czasu na uprzejmości. Na pierwszej stronie pierwszego dialogu uczeń mówi do nauczyciela: „Opowiedz nam o Żółtej Rzece”43. Żadnego „proszę”, żadnego „dziękuję”. Chińczycy rzadko używali takich zwrotów, znani byli z bezpośredniości.

W egipskim podręczniku pierwsza lista słówek przedstawiała się następująco44:


Proszę wejść!اتفضل
Przepraszamمعلهش
Jeśli Bóg zechce!إن شاء الله
Miło mi poznać!فرصة سعيدة جداً
Dziękuję!شكراً

W wielu początkowych lekcjach wprowadzano zwroty zróżnicowane zależnie od płci lub statusu klasowego rozmówcy. Te zasady socjolingwistyczne były tak skomplikowane, że nawet trzydziesty drugi dialog wymagał pewnych wyjaśnień.

Zauważyliście może, że kiedy Hasan zapytał Alego o jego żonę, nie wymienił jej imienia, choć rozmowa ma przyjacielski i nieformalny charakter. W Egipcie tylko bardzo bliski przyjaciel lub krewny może wymieniać imiona czyichś żon, a zwłaszcza spokrewnionych kobiet45.

W podręczniku przyjęto normatywne podejście: przy każdej interakcji prezentowane były prawidłowe i nieprawidłowe odpowiedzi. W jednym z rozdziałów wyjaśniono, że kiedy przychodzi się do Egipcjan w gości, gospodarz oferuje coś do jedzenia i picia, ale gość powinien kilka razy odmówić46. Instrukcja brzmiała: „Po kilkukrotnej propozycji poczęstunku i kilku grzecznych odmowach gość przyjmuje propozycję”. W innym rozdziale opisano „złe oko”, wiarę w to, że zazdrość może spowodować nieszczęście47. Obok zwrotu, który nawet podczas rewolucji zaliczano do niegrzecznych, widniał rysunek bomb z zapalonymi lontami: „Pani syn jest naprawdę inteligentny, pani Fathijo”. Na szczęście ten wybuchowy komplement od razu rozbrojono, podając prawidłową wersję: „Bóg tak chciał, pani Fathijo, pani syn jest naprawdę inteligentny”.

 

Tę frazę – masza’allah, „tego chciał Bóg” – często słyszałem podczas spacerów z córeczkami. Od czasu do czasu ktoś starszy wiekiem uśmiechał się do nich i mówił: „Wahisz, wahisz!” – „Okropne, okropne!”. Nie wiedziałem, co o tym myśleć, aż ktoś mi wyjaśnił, że taki zaprzeczony komplement ma odwrócić złe spojrzenie. Zasad dotyczących interakcji towarzyskich było tyle, że nawet Dardasha nie mogła o wszystkich wspomnieć. Jeden z naszych nauczycieli w szkole Kalimat, Rif’at Amin, przygotował pięciostronicowy suplement pod tytułem Arabskie formy towarzyskie – przydatne zwroty. Wymienił tam właściwą odpowiedź na zachwyty nad moimi córkami: Allah jichallik, „Niech Bóg cię chroni”.

W materiałach opracowanych przez Rif’ata widniały formuła na powitanie kogoś, kto właśnie odbył podróż, a także pozdrowienie osoby, która niedawno chorowała. Ilekroć wymieniano imię zmarłego, należało dodać Allah jirhamuh – „Niech Bóg się nad nim zlituje”. Prośbom żebraków można było odmówić, przenosząc odpowiedzialność na wyższą instancję: Allah jisahhellik, „Niech Bóg sprawi, by ci było łatwiej”. Istniało nawet powitanie kogoś, kto wrócił z toalety: Szofejtum, a także zwrot wypowiadany do osoby, która się właśnie ostrzygła.

Mój fryzjer z Zamalku po każdym strzyżeniu mówił na’iman, ale ja nie rozumiałem, o co chodzi. Po przeczytaniu broszury Rif’ata przy następnej wizycie nareszcie odpowiedziałem tak, jak należy, a fryzjer się rozpromienił. Dopóki nie znałem właściwego zwrotu, w ogóle nie przyszło mi to do głowy, aż tu nagle potrzeba okazała się oczywista: jak mogłem przeżyć na tym świecie czterdzieści dwa lata, nie mając pojęcia, co się mówi po strzyżeniu? Od tamtej pory zawsze przestrzegaliśmy z fryzjerem z Zamalku rytuału:

Na’iman, „Z błogosławieństwem”.

Allah jin’am alejk, „Niech cię Bóg pobłogosławi”.

Rif’at Amin pochodził z Abydos. Tam w chłopskiej rodzinie przyszedł na świat jego ojciec, który został przedsiębiorcą budowlanym specjalizującym się w wieżach ciśnień. W latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, kiedy ludność Egiptu szybko przyrastała, wzniósł między Asuanem a Aleksandrią ponad trzysta wież. Dla kogoś urodzonego w Abydos było to chyba idealne zajęcie: dorósłszy pod błękitną kopułą, w miejscu pogrzebanych łodzi i wzlotu starożytnej wyobraźni, teraz wznosił wodę z powrotem ku niebu.

Powiodło mu się na tyle, że zbudował dla kilku pokoleń swojej rodziny pięciopiętrową kamienicę w Kairze. Rif’at dorastał tam, otoczony ciotkami, wujami i kuzynami. Letnie miesiące spędzał u dziadków w Abydos, gdzie bawił się w ruinach na skraju Pogrzebanej. Kiedy poznaliśmy go z Leslie, był już po pięćdziesiątce, dziadkowie dawno nie żyli, a on rzadko jeździł na południe. Nadal był jednak dumny z tego, że pochodzi z Abydos. Często mawiał, że wywodzi się od Egipcjan z czasów faraońskich, a jego wygląd to potwierdzał – był jakby przeniesiony z płaskorzeźb w starożytnych świątyniach, bardzo szczupły, o sztywnej postawie. Jego gęste siwe włosy kontrastowały z ciemną cerą. Miał wystające kości policzkowe i przenikliwe, głęboko osadzone oczy.

Ten gorący patriota, jak wielu ludzi z Górnego Egiptu, których rodziny w połowie XX wieku awansowały w hierarchii społecznej, był zagorzałym zwolennikiem Gamala Abdela Nasera, który też pochodził z południa. Rif’at miał zaledwie dwanaście lat, kiedy Naser umarł w 1970 roku na zawał serca, ale tęsknił za Egiptem z tamtych lat. Codziennie o dziesiątej wieczorem oglądał nadawane przez kanał Rotana retransmisje koncertów wielkiej egipskiej pieśniarki Umm Kulsum z lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. Pewnego razu przygotował do naszego podręcznika arkusz ćwiczeń, w którym znalazło się zdanie: „Każdy prawdziwy Egipcjanin kocha Umm Kulsum”.

Inne cechy Rif’ata sprawiały jednak, że w dzisiejszym Egipcie wydawał się nie na miejscu. Był muzułmaninem, ale pił alkohol, unikał meczetów, podczas ramadanu normalnie jadł. Nie zwracał uwagi na wezwania do modlitwy. Jedynym rytuałem, którego przestrzegał jak religijnego obrządku, był koncert na kanale Rotana o dziesiątej wieczorem. Zauważył kiedyś, że pielgrzymka do Mekki to wyrzucanie pieniędzy, które lepiej oddać biednym. Od wczesnej młodości przestrzegał w zasadzie diety wegetariańskiej, co bardzo rzadko się zdarza wśród Egipcjan. Dowiedziałem się od jego rodzeństwa, że ojciec często na niego krzyczał, kiedy Rif’at zaczął odmawiać jedzenia wołowiny i jagnięciny, ale chłopiec wytrwał przy swoich zasadach. Gdy dorósł, jednym z nielicznych mięsnych dań, jakie lubił, był kurczak przygotowany przez jego siostrę Wardijję, która umiejętnie zdejmowała skórę.

Wardijja czasami przynosiła mu jedzenie do domu, ponieważ Rif’at nie miał kobiety. Odszedł z rodzinnego domu jako młody singiel, co w Egipcie też było rzadkim zjawiskiem. Mieszkał sam w Muhandisin, dzielnicy klasy średniej w zachodniej części Kairu. Po trzydziestce był krótko zaręczony z cudzoziemką, ale teraz nie traktował tego epizodu jakoś poważnie.

– Nigdy się nie ożeniłem, al-hamdulillah! – mówił często do Leslie i do mnie. „Bogu niech będą dzięki!”

Dziesięć lat przed tym, zanim został naszym nauczycielem, zachorował na chłoniaka. Kiedy był poddawany chemioterapii, Wardijja co tydzień przynosiła mu posiłki. Brat i siostra byli sobie niezwykle bliscy pomimo bardzo odmiennych stylów życia i światopoglądów. Pobożna Wardijja całkiem inaczej niż brat zapatrywała się na Boga i stosunki między płciami. W przekonaniu Rif’ata mężczyźni i kobiety powinni być równi, z czym Wardijja się nie zgadzała. Przyznała jednak, że brat wywarł na nią wpływ. Nakłaniał ją, żeby zapewniła swoim dwóm córkom możliwie najlepsze wykształcenie, na co w końcu przystała. Dowodził, że edukacja jest dla kobiety zabezpieczeniem na wypadek, gdyby mąż ją opuścił.

Wobec kobiet Rif’at zachowywał się naturalnie i z tego między innymi powodu pobieraliśmy z Leslie u niego lekcje. Na zajęcia lubił przygotowywać teksty odzwierciadlające jego krytyczne podejście do egipskiego społeczeństwa. Czasami pisał dialogi, w których prostaccy mężczyźni nie mieli imion:

Huda: Czym jesteś zmęczony? Nic w domu nie robisz.

Jej mąż: O co ci chodzi?

Huda: O to, żebyś mi trochę pomógł w pracach domowych.

Jej mąż: Nie musisz pracować. Połowę pensji wydajesz na dojazdy, a drugą na kosmetyki.

Na lekcji poświęconej Umm Kulsum, która późno wyszła za mąż i nie miała dzieci, Rif’at wspomniał, że prawdopodobnie była lesbijką. Podziwiał takich obrazoburców i cenił wolność osobistą. Entuzjastycznie poparł arabską wiosnę. Wykazy słówek na jego lekcjach często odzwierciedlały wyższy poziom dyskursu: „konfrontacja”, „intelektualista”, „kraje rozwijające się”, „klasa społeczna”. Ale żywił też typowe dla Egipcjan tradycyjne uwielbienie dla silnych przywódców i z dumą określał siebie jako naserowca. Kiedy zwróciliśmy mu uwagę, że Naser wtrącał do więzienia dysydentów, intelektualistów i islamistów, odparł, że zdecydowane działania dyktatora były uzasadnione, bo po rewolucji 1952 roku trzeba było zjednoczyć kraj.

W jego przekonaniu współczesny Egipt pilnie potrzebował wielkiej zmiany społecznej, a stosunki w egipskich rodzinach określał jako opresyjne. Ćwiczył nas jednak przy tym w arabskich formach towarzyskich. Jeśli chodzi o język, przejawiał skłonność do tradycjonalizmu. W jednej z przygotowanych przez niego broszur znajdowały się sformułowania, jakimi należy się zwracać do egipskich kobiet:

Ja madam – do zamężnej lub zaręczonej pani ubranej po europejsku (zwrócić uwagę na obrączkę lub pierścionek)

Ja anisa, ja madamwazel – do niezamężnej, niezaręczonej dziewczyny ubranej po europejsku

Ja sitt – do zamężnej kobiety w tradycyjnym stroju

Ja sitt hanim – do zamężnych kobiet (zwrot pełen wyjątkowego szacunku)

Zarówno Sajjid, jak i Rif’at należeli do drugiego pokolenia Egipcjan z południa zamieszkałych w Kairze. To z nimi najczęściej mówiłem po arabsku. Pomimo różnic w wykształceniu i innej pozycji społecznej mieli jedną cechę wspólną: można było w nich wyczuć wiele niekonsekwencji. Każdy z nich łączył surową tradycję z poglądami, które mogły świadczyć o zaskakującej otwartości lub nonkonformizmie. Z czasem doszedłem do wniosku, że ta skłonność do sprzeczności jest elementem charakteru narodowego – była równie egipska jak postacie na ścianach świątyń. Współcześnie kraj miał dominującą religię, cechowały go silny nacjonalizm i patriarchalne układy rodzinne, które potrafiły być klaustrofobiczne. Ale dało się też zauważyć coś przeciwnego – ciążenie ku indywidualizmowi; wielu Egipcjan było po prostu urodzonymi oryginałami. Dziwactwa i niekonsekwencje Rif’ata wydawały się wrodzone, więc Wardijja i reszta jego rodzeństwa podjęli mądrą decyzję, żeby je zaakceptować.