PogrzebanaTekst

Z serii: Reportaż
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Po chwili pogawędki Manu zwierzył mi się, że miał niedawno kłopoty z policją. Był przekonany, że problem się rozwiązał, ale chciał, żebym wiedział, że może się znów znaleźć na celowniku.

– Jestem gejem – rzucił. – Nie wiem, czy się domyśliłeś.

Nie domyśliłem się. Nigdy nie wspominał, żeby miał dziewczynę, ale młodzi mężczyźni w Kairze często są singlami. Nic w jego zachowaniu nie zwróciło mojej uwagi, ale teraz zdałem sobie sprawę, że dlatego tak trudno było go przejrzeć. Nauczył się ostrożności. Powiedziałem, że doceniam jego szczerość.

– Nie przeszkadza ci to? – zapytał.

Nie wiedziałem, czy ma na myśli swój homoseksualizm, czy też możliwe problemy z władzami. A może w Kairze te sprawy były nierozłączne?

– Nie – odparłem. – W żadnym wypadku.

Dodał, że najbliżsi przyjaciele wiedzą o jego orientacji. Zapytałem o rodzinę. Cmoknął językiem w charakterystyczny sposób, co w Egipcie oznacza stanowcze zaprzeczenie.

– Nie mogę im powiedzieć.

Dorastał w Port Saidzie, mieście położonym nad Kanałem Sueskim. Kiedyś mi się zwierzył, z jaką ulgą wyrwał się z życia na prowincji. Spytałem, do jakiego stopnia może w Kairze ujawniać, że jest gejem.

– Nie całkiem – powiedział. – Ale nie muszę się cały czas kryć. Są miejsca, do których mogę chodzić.

– Są tu bary dla gejów?

– Nie, ale jest kawiarnia, gdzie się zbierają. Są bary, do których chodzą młodzi ludzie o liberalnych poglądach, wśród nich być może też geje. Są w mieście także jeszcze inne miejsca.

– Czy to jest jedno z nich?

Wskazałem pary stojące w cieniu drzew. Manu znów cmoknął.

– Nie. Geje zbierają się na moście Kasr an-Nil. Albo na placu Ramzesa. Idą tam późnym wieczorem, jeśli chcą kogoś poderwać.

Zapytałem, czy most stał się miejscem spotkań gejów dzięki demonstracjom na At-Tahrir.

– Był nim już przed rewolucją. Nie wiem, odkąd geje tam przychodzą. Może od bardzo dawna.

Przez jakiś czas jeszcze rozmawialiśmy, po czym Manu wziął taksówkę i pojechał do śródmieścia na spotkanie z przyjaciółmi. Wróciłem spacerkiem do domu z pajęczynami. Przez cały czas myślałem, ile razy szedłem przez most o zmienionej nazwie, zupełnie nie podejrzewając, co się tu dzieje. Kiedy Manu mi to uświadomił, zacząłem zauważać wieczorami młodych mężczyzn na Kasr an-Nil. Jedni byli sami, inni w parach. Przechadzali się powoli nad płynącą przez noc rzeką.

W grudniu 2011 roku, po pierwszej turze wyborów do parlamentu, wybraliśmy się z Manu po raz ostatni do meczetu Omara Makrama. Zaczęła się przyjemna pora roku, egipska zima, niebo wznosiło się nad miastem jak idealna kopuła błękitu. Bryza z północy rozwiała kurz i zapach gazu łzawiącego. Większość demonstrantów się rozeszła, a na ulicy Muhammada Mahmuda już od dawna nie dochodziło do zamieszek. W sumie zginęło tu czterdzieści siedem osób[9]. Trudno stwierdzić, czy ruch z placu At-Tahrir coś istotnego osiągnął, ale Najwyższa Rada Sił Zbrojnych zgodziła się przeprowadzić wybory prezydenckie do końca czerwca.

Kiedy przyszliśmy z Manu do meczetu, okazało się, że imam jeszcze nie wrócił. Część młodych ochotników pozostała, ale nie zobaczyłem wśród nich Walida. Zapytałem o niego. Aktywista Muhammad Sultan tylko krótko, ironicznie się roześmiał:

– Walida nie ma.

I zrelacjonował, co się stało. Kilka dni wcześniej Walid zebrał od ludzi nocujących w meczecie kilkanaście telefonów komórkowych oraz równowartość trzystu dolarów, mówiąc, że przechowa je bezpiecznie do rana. Wtedy ostatni raz widziano telefony, pieniądze i brudny sweter. Jeden z okradzionych powiedział mi później, że musiał pożyczyć środki na powrót do domu. Sultan stwierdził, że powinienem napisać o protestach artykuł pod tytułem Oszust Walid.

Ale występek Walida, tak jak inne problemy na placu, nie podważyły wiary Sultana w arabską wiosnę[10]. Był zadowolony, że wziął urlop – pracował jako kierowca – żeby uczestniczyć w listopadowych protestach. Przyznał jednak, że ruch podupadł.

– Na początku kierowali nim prawdziwi mężczyźni – oświadczył. – Ale teraz są tu ludzie, którzy prowadzą do upadku rewolucji.

Ahmed Salim, młody farmaceuta, który w pierwszych dniach protestów rozciął sobie stopę, nastąpiwszy na strzykawkę, też nadal przebywał w meczecie. Podzielał ocenę Sultana. Jego zdaniem ludzie na placu byli pionkami w jakiejś większej grze, której nie rozumiał.

– Wciąż kręcimy się w kółko, tak jak w styczniu – stwierdził. – Może nie wiemy, jaki ma być następny krok. Jesteśmy młodzi. Starsze pokolenie nadal kieruje nami, jakby rozgrywało partię szachów. Jesteśmy teraz figurami na szachownicy – dodał z ponurym uśmiechem.

Rozdział 4

W dołach wykopanych przez rabusiów w Al-Madfunie znaleziono głównie śmieci. Dużo było zwłaszcza niedopałków i celofanowych opakowań, ponieważ złodzieje przy pracy palili. Zostawili też puszki po napojach, tacki po jedzeniu i plastikowe butelki po wodzie. Niekiedy, spłoszeni przez strażników, porzucali narzędzia, które teraz odnajdowali archeolodzy. Od czasu do czasu zdarzały się fajansowe koraliki, niebieska ceramika z czasów faraonów. W jednym z dołów natrafiono na rozpłatany tułów mumii.

Badacze zaczynali pracę codziennie o szóstej rano, żeby uniknąć upału. W nekropolii nie ma cienia, chmury pojawiają się rzadko, roczna suma opadów w tym rejonie wynosi około dwóch i pół milimetra. Starożytni, spoglądając na rozległe niebo, widzieli wodę. Wierzyli, że Ziemia jest czymś w rodzaju bąbla otoczonego płynnym kosmosem. Ciała niebieskie – Słońce, gwiazdy, planety – sunęły w łodziach po powierzchni nieba. Gdzieś na dalekim południu w bąblu był otwór, przez który na pustynię wlewała się woda. Jeden otwór, jedna rzeka: Nil. Jak inaczej wyjaśnić istnienie świata, w którym nie pada deszcz, ale wody nie brakuje?

Podczas wykopalisk w 1991 roku pod ziemią w nekropolii odkryto dwanaście łodzi21. Znajdowały się w pobliżu Szuny, ustawione dziobami w kierunku odległej rzeki. Na rufach niektórych z nich umieszczono głazy – jak kotwice, żeby nie odpłynęły w piaski. Łodzie miały przeciętnie po osiemnaście metrów długości. Później znaleziono jeszcze dwie. Panuje przekonanie, że cała ta flotylla stanowiła część ofiar pogrzebowych dla jednego z królów I dynastii. Łodzie zbudowano ponad pięć tysięcy lat temu z importowanego drewna z drzew iglastych. Zaliczane są do najstarszych znanych jednostek pływających skonstruowanych przez człowieka. Prawdopodobnie nigdy nie były na wodzie.

Łodzie na pustyni, łodzie na niebie – krajobraz Abydos obfituje w cuda. Jednego z władców I dynastii pochowano z siedmioma oswojonymi lwami, innego z psem o imieniu Chyży22. W innym królewskim grobie znaleziono dzbany ofiarne, które mogłyby pomieścić cztery i pół tysiąca litrów wina23. Archeolodzy odkryli ciała zdobione amuletami z lapis-lazuli, niebieskiego jak rozwodnione niebo, co dowodzi, że już za pierwszych władców Egiptu istniały szlaki handlowe łączące Egipt z dzisiejszym Afganistanem24. Kiedy w 1899 roku William Flinders Petrie otworzył grób króla Semercheta, poczuł zapach wonnego olejku wylanego tam przed pięcioma tysiącami lat25.

Władców z I dynastii chowano także z ludźmi, których najprawdopodobniej zabito, żeby służyli królowi na tamtym świecie. Część z nich nosiła dworskie tytuły i z pewnością zaliczała się do elity. Mieli zdrowe zęby i mocne kości. Ich ciała, w odświętnych strojach, były ozdobione bransoletami z kości słoniowej i amuletami z lapis-lazuli. Nie wiadomo dokładnie, jak zginęli.

– Nie ma oznak urazów fizycznych – powiedział pewnego ranka Matthew Adams podczas prac na wykopalisku. – Żadnych złamań kości. Możemy w najlepszym razie przypuścić, że zostali otruci. W historii wielu dawnych państw był etap, kiedy w czasach kryzysu stosowano taką praktykę. Tak było w Mezopotamii, tak było w Chinach. W ten sposób w krytycznym momencie definiowano charakter władzy królewskiej. Nic chyba nie wyraża jej dobitniej niż możliwość dysponowania czyimś życiem i śmiercią.

Monarchia oraz państwo narodowe – koncepcja ludu o wspólnej tożsamości, zamieszkującego określone terytorium polityczne – były egipskimi wynalazkami26. W Mezopotamii cywilizacja rozwinęła się wokół miast-państw, gdzie świątynie i wysocy rangą kapłani cieszyli się ogromnym autorytetem. W Egipcie cała władza należała do króla. Jego zasadniczą cechą było stosowanie przemocy: pierwszy znany wizerunek egipskiego władcy, niejakiego Narmera, przedstawia go, jak gromi wrogów. Ten motyw – kroczący faraon ze wzniesioną maczugą, drugą ręką trzymający jeńca za włosy – powtarzał się wielokrotnie w sztuce egipskiej przez następne trzy tysiące lat. Niewiele wiemy o Narmerze; grecki historyk Herodot, który nazywał tego króla Menesem, pozostawił zwięzły, acz niewiele mówiący zapisek: „Przedsięwziął zagraniczną wyprawę i zyskał uznanie, jednak został porwany przez hipopotama”27.

Następnym królem po ofierze hipopotama był Aha, któremu w drodze do grobu towarzyszyło ponad czterdziestu sług[11]. Jego następca, król Dżer, miał już sześćset osób obu płci. Te rytualne zabójstwa weszły prawdopodobnie w zwyczaj mniej więcej wtedy, gdy Egipt został zjednoczony pod rządami dynastii. Liczba ofiar z początku wzrosła, później zaczęła maleć. W ciągu niespełna dwustu lat praktykę tę całkiem zarzucono.

– Stała się niepotrzebna – wyjaśnił Adams. – Być może pojawiła się motywacja, by z każdym pokoleniem nie wysyłać na śmierć najlepszych i najbystrzejszych ludzi. Nie jest to skuteczny sposób administrowania. Ale robili to w krytycznym okresie, jakby dopiero wypracowywali zasady, na których mają się opierać królewskie rządy.

Nic nie wskazuje na to, żeby ofiary stawiały opór. Byli wśród nich dworscy słudzy, ale większość stanowiły osoby w wieku poniżej dwudziestu pięciu lat, dobierane, jak się wydaje, pod kątem młodego wieku i zdrowia28. Adams snuje domysły, że mogły dobrowolnie iść na śmierć, ponieważ mocno wierzyły w boga-króla. Nigdy się jednak tego nie dowiemy i nie mamy nawet adekwatnych sformułowań, żeby opisać tę praktykę.

 

– Nie chcę tego nazywać składaniem ofiar z ludzi – powiedział mi Günter Dreyer, niemiecki archeolog, który odkopał wiele grobów z okresu I dynastii. – Składanie ofiary to coś innego. To transakcja, być może z bóstwem, któremu coś się daje, żeby coś dostać w zamian. Tu natomiast zabijano ludzi, żeby służyli królowi na tamtym świecie. To wyposażenie na życie pozagrobowe, ale nie ofiara. Nie ma na to odpowiedniego określenia.

Pewnego wczesnego ranka Matthew Adams oprowadził mnie po Szunie. Dzisiaj mury budowli mają taki sam piaskowy kolor jak skały Abydos, ale w czasach starożytnych były pomalowane na biało. Pod bezchmurnym niebem pionowe, strome przypory na fasadzie rzucały ostre cienie. Podobną technikę stosowano w niektórych budowlach mezopotamskich, a Egipcjanie ją rozwinęli, tak że stała się charakterystyczną cechą ich królewskiej architektury29. Inne starożytne kultury rozwijające się w słonecznych krajach też wznosiły później budowle dające taki efekt – przykładem mogą być wielkie kolumny greckich świątyń. Niektóre detale architektoniczne uważane dziś za nowoczesne, jak wyraźne pionowe linie typowe dla stylu art déco, wywodzą się bezpośrednio z koncepcji, które nadały kształt Szunie30.

Królowie I dynastii oraz dwaj pierwsi z II dynastii zbudowali sobie groby w innej części Al-Madfuny, około półtora kilometra dalej. Wydaje się, że takie konstrukcje jak Szuna funkcjonowały jako miejsce składania rytualnych ofiar za życia władcy. Każdy z nich wznosił zagrodę, która po jego śmierci była niszczona zgodnie z rytuałem.

– Wyobrażamy sobie, że egipscy królowie budowali z myślą o wieczności – powiedział Adams i wskazał na teren, gdzie niegdyś stały inne zagrody. Dziś na powierzchni ziemi nie pozostało po nich ani śladu. – Dziwna wydaje się myśl, że mogli wznosić tymczasowe budowle. Ale tak było. Stały one przez dziesięć czy dwadzieścia lat, aż pojawił się następny król. Wtedy pieczołowicie je przygotowywano, zamiatano do czysta i przynoszono sterylny piasek.

Ten biały piasek, drobny jak pył, rozsypywano pod murami zagrody zmarłego króla, niczym swojego rodzaju podkład. A potem mury zwalano i zasypywano ziemią. W pobliżu grzebano to, co mogło się królowi przydać na tamtym świecie: naczynia ofiarne, zwierzęta, dworzan, młodych ludzi – mężczyzn i kobiety. W latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych XX wieku archeolog David O’Connor z Uniwersytetu Pensylwanii kierował wykopaliskami, podczas których odkryto pozostałości tych zasypanych budowli. Adams brał udział w tych pracach, a zespół z Pensylwanii znalazł także pogrzebane łodzie.

– W tym samym czasie mógł stać tylko jeden monument, ten na cześć żyjącego króla – wyjaśnił Adams. – To nie był pomnik, który go upamiętniał, lecz symbol jego władzy królewskiej za życia.

Przeszliśmy na tyły Szuny, gdzie nad wysokimi murami fruwały ptaki. Szuna jest ostatnim ogniwem wielkiego łańcucha budowli, które nadały kształt tej części nekropolii. Wzniósł ją Chasechemui, ostatni, potężny król z II dynastii. Przedtem królewskie zagrody należały do czasu neheh: pojawiały się cyklicznie, jak pory roku i wylewy Nilu, i nie były trwałe. Ale Chasechemui najwyraźniej wpadł na pomysł, by zbudować coś dla czasu dżet. Kazał wznieść mury o wiele grubsze od tych, które budowali poprzedni władcy, a po jego śmierci budowlę pozostawiono.

Ta prosta decyzja wywarła potężny wpływ na ludzką wyobraźnię. Dżeser, syn Chasechemuiego, uczynił kolejny doniosły krok, używając jako budulca kamienia zamiast cegły mułowej. Na płaskowyżu Sakkary, na południe od dzisiejszego Kairu, wzniósł budowlę o sześciu tarasowych poziomach, otoczoną ogromną kamienną wersją Szuny. Znana dziś jako Piramida Schodkowa, jest najstarszą monumentalną konstrukcją z kamienia. Kiedy następcy Dżesera budowali swoje grobowce, udoskonalili tę konstrukcję, nadając jej kształt prawdziwej piramidy o gładkich ścianach. Zaledwie sto lat z górą zajęło Egipcjanom przejście od wysokiej na dwanaście metrów zagrody króla Chasechemuiego do pokrytej piaskowcem Wielkiej Piramidy w Gizie, wznoszącej się na wysokość ponad stu czterdziestu sześciu metrów. Upłyną więcej niż czterdzieści trzy wieki, zanim ktokolwiek na świecie zbuduje coś wyższego[12].

Majestat piramid w Gizie może nas, patrzących ze współczesnej perspektywy, zmylić. Skłonni jesteśmy skupiać uwagę na materialności budowli i obiektów starożytnego Egiptu, upatrujemy w tej kulturze cudowne niemal źródło metod planowania, budowania i sztuki rzemieślniczej. Bardziej interesujący jest jednak fakt, że starożytnym Egipcjanom obojętne było to, co my uznalibyśmy za postęp. Przez większość swoich dziejów polegali na naturalnych cyklach wylewów Nilu i niewiele zrobili, by nawadniać swoje ziemie. Siali zboże tylko raz do roku. Przyrost ludności był powolny – nawet pod koniec Nowego Państwa, prawie dwa tysiące lat po zjednoczeniu kraju, Egipt zamieszkiwało prawdopodobnie cztery lub pięć milionów ludzi. Dla porównania – dziś jest ich ponad dziewięćdziesiąt milionów[13]. Pierwsze świadectwo o stosowaniu prostego urządzenia do nawadniania pojawia się w kronikach historycznych dopiero po rządach siedemnastu dynastii. Egipcjanie zbudowali Wielką Piramidę w Gizie wieki wcześniej, nim zaczęli używać koła[14]. Pobierali podatki, handlowali różnymi towarami w całym regionie, ale nie wynaleźli pieniędzy – monety znalezione w Pogrzebanej zostały wybite za greckich rządów. W czasach starożytnych hieroglify zawierały w sobie alfabet, ale Egipcjanie woleli nie używać tej uproszczonej formy zapisu. Przez trzy tysiące lat egipscy artyści rysowali hieroglify w niemal niezmienionej formie31.

Kiedy podejmowali produkcję na skalę przemysłową, wypiekając na przykład chleb dla mieszkańców miast, rzadko wprowadzali jakiekolwiek innowacje. Zamiast stawiać większe piece albo stworzyć coś w rodzaju linii produkcyjnej, budowali po prostu bardzo dużo małych pieców. „Uważali, że logika ma wyłącznie wymiar lokalny, że obowiązuje na małą skalę” – pisze egiptolog Barry Kemp w The City of Akhenaten and Nefertiti32. Nie ceniono wydajności, rozwój techniczny nie był celem. Z pewnością potrafili operować liczbami: Wielka Piramida składa się z dwóch milionów trzystu tysięcy kamiennych bloków, przeciętnie ważących ponad tonę, a jej orientacja względem stron świata jest tak precyzyjna, że odchylenie wynosi zaledwie jedną dwudziestą stopnia33. Egipcjanie z czasów faraonów nie uprawiali jednak matematyki jako dyscypliny naukowej w naszym dzisiejszym pojęciu. Najwyraźniej nie pragnęli tworzyć abstrakcyjnych teorii czy standaryzowanych metod rozwiązywania problemów. Ich rachunki bywały absurdalnie skomplikowane. Z wyjątkiem 2⁄3 we wszystkich ułamkach w liczniku wpisywali jeden34. Trzy czwarte zapisywano więc jako 1⁄2 + 1⁄4 , 6⁄7 jako 1⁄2 + 1⁄4 + 1⁄14 + 1⁄28 , a 8⁄9 jako 1⁄2 + 1⁄4 + 1⁄18 + 1⁄18 + 1⁄36 .

Dlaczego tak było? Nikt tego nie wie, Egipcjanie nie mieli zamiaru się przed nami tłumaczyć. Hani al-Husajni, profesor matematyki Uniwersytetu Kairskiego, który badał, jak starożytni dokonywali obliczeń, powiedział mi, że był zaskoczony ich podejściem.

– Myślenie abstrakcyjne musiało być im znane, ponieważ podobne problemy zaliczali do jednej grupy i rozwiązywali je w taki sam sposób. Ale nigdy nie stworzyli abstrakcyjnej metody. Rozwiązywali jeden problem, potem następny, potem jeszcze inny. Nigdy nie stwierdzili, że istnieje jakaś ogólna zasada35.

Nie poświęcali wiele uwagi ulepszaniu systemów, choć nawet samo to słowo budzi wątpliwości. „Słuszne jest używanie wobec starożytnych społeczeństw określenia »systemy« – pisze Kemp. – Daje to cenną perspektywę, lecz niesie ze sobą semantyczną pułapkę. Możemy identyfikować systemy w funkcjonowaniu dawnych społeczeństw, ale nie muszą one wcale być systematyczne, gdyż słowo to sugeruje znaczny stopień rozsądku i porządku”36. Sprawdzało się to przez większość ludzkich dziejów w większości krajów świata, i często dzisiaj tak właśnie działa. Jak pisze Kemp o starożytnych, „stanowią przykład generalnej cechy kultur: systemy na ogół odpowiadają stawianym im wymaganiom. Ludzie dają sobie radę”37.

Prawdziwy geniusz Egipcjan przejawiał się gdzie indziej. Nie tyle w budowlach, które wznosili, czy systemach, które stworzyli, ile w sile ich wyobraźni. To im zawdzięczamy ogólne pojęcia czasu, kosmosu i władzy politycznej. Stworzenie abstrakcyjnej koncepcji państwa narodowego było zapewne istotniejsze niż budowa konkretnych struktur tego państwa. Egipcjanie w jakiś sposób wytworzyli w sobie mocną wiarę w swój kraj i swojego władcę – króla-boga. Wyobrazili sobie fundamentalne napięcie między chaosem a porządkiem, dychotomię, którą musiał zainspirować podzielony krajobraz. Rzeka i pustynia, neheh i dżet, życie i śmierć, męskie i żeńskie, Ozyrys i Izyda, Horus i Set – takie pary były podstawą ich myślenia. Okazali się genialni w kształtowaniu tradycji. Niektóre z ich koncepcji – dzień sądu ostatecznego, święty wizerunek matki i dziecka, historia o bogu, który umiera i zmartwychwstaje – legły ostatecznie u podstaw chrześcijaństwa. Coroczną pielgrzymkę do Abydos uważa się często za prekursorkę muzułmańskiego hadżdżu.

Starożytni Egipcjanie bardzo umiejętnie wykorzystywali symbole polityczne. Uważa się, że to oni wynaleźli koronę i berło38, rozumieli też potęgę architektury. Siedzibę króla w sercu swojej stolicy pomalowali na biało, tak jak Szunę, i nazywali ją Białym Murem – był to daleki przodek tej przy 1600 Pennsylvania Avenue[15].

Wewnątrz murów Szuny nie słychać głosów z sąsiednich wsi, widać jedynie bezchmurne niebo. Nikt nie zna obrzędów, jakie się tu kiedyś odbywały, ale ich siła zdaje się utrzymywać przez całe wieki. Starożytni Egipcjanie kopali groby na całym terenie nekropolii, ale przez ponad tysiąc siedemset lat nie tykali terenu w środku i wokół Szuny. Dawna praktyka rytualnych zabójstw zanikła w tym samym mniej więcej czasie, kiedy zaczęto wznosić naprawdę monumentalne obiekty. Być może cała ta energia i wiara potrzebowały znaleźć ujście: zamiast uśmiercać setki sług, królowie wznosili niewiarygodnie ogromne budowle.

– Tu, w Abydos, widzimy, jak dawni egipscy władcy tworzą słownik władzy królewskiej – powiedział Adams, stojąc wewnątrz Szuny. – Rozwijają ideologię królowania, a my obserwujemy ten proces z bliska.

Wskazał mi miejsce, gdzie stała niewielka chatka, w której mieszkał przez pewien czas brytyjski archeolog Petrie, gdy prowadził tutaj wykopaliska od 1900 do 1904 roku. Petrie, pionier bardziej naukowego podejścia do prac wykopaliskowych, był skrupulatny, niezmordowany i bezkompromisowy. Podobnie jak Adams stosował techniki archeologiczne, by odnaleźć ślady rabusiów i złodziei, ale miał na celu ich ukaranie. W jego autobiografii znajduje się opis następującego zdarzenia:

Pewnej burzliwej nocy jakiś człowiek wyniósł z naszego dziedzińca posąg o wadze ponad pięćdziesięciu kilogramów. Idąc po jego śladach, zrobiłem rysunki różnych odcisków jego stóp; miał charakterystyczne palce u nóg. Kazałem jednemu z miejscowych rozpuścić wieści, dzięki którym udało się zidentyfikować złodzieja. Aresztowano go. Na posterunku policji okazało się, że jego stopy dokładnie pasują do mojego szkicu39.

Petrie słynął z oszczędności. Pod koniec sezonu zakopywał konserwy, które mu pozostały, i odkopywał je, kiedy wracał podczas następnej kampanii. Miał swoją metodę badania ich świeżości: rzucał puszką o mur, żeby zobaczyć, czy eksploduje. Niedawno Adams znalazł konserwy i inne rzeczy pozostawione przez Petriego.

Podczas prac wykopaliskowych często trafia się na przedmioty należące do dawnych archeologów. Te współczesne artefakty mają w sobie coś rozczulająco przyziemnego. W jednym z dołów wykopanych przez rabusiów ekipa Adamsa natrafiła na listę ubrań przeznaczonych do prania, sporządzoną eleganckim charakterem pisma. Prawdopodobnie zostawił ją Arthur Mace, brytyjski archeolog współczesny Petriemu. Adams znalazł też pojemnik z maścią na hemoroidy używaną przez Johna Garstanga na początku XX wieku. W Abydos wydobyto pewnego razu staromodny klucz od domu, który zgubił ponad sto lat wcześniej kanadyjski archeolog Charles Currelly40.

W 2010 roku ekipa z Uniwersytetu Pensylwanii odkopująca groby z okresu Średniego Państwa natknęła się na zwłoki nastoletniej dziewczyny. Z ich ułożenia wynikało, że została zamordowana i pospiesznie pochowana mniej więcej w ostatnim półwieczu. Przyczyną śmierci było uduszenie – miała sznur owinięty wokół szyi. Wyglądała na jakieś piętnaście lat. Archeolodzy zawiadomili o swoim odkryciu miejscową policję, która nie wykazała zainteresowania. Sprawa była dla niej równie przedawniona jak śmierć sześciuset osób towarzyszących królowi Dżerowi na tamten świat. Zespół z Pensylwanii pogrzebał więc dziewczynę w tym samym miejscu, gdzie ją znalazł. Mogła być ofiarą gwałtu albo honorowego zabójstwa, które zdarza się od czasu do czasu w klanowych wsiach Górnego Egiptu. Rytuał, ofiara, słownik władzy – może mamy określenie na to, co się tutaj stało, a może nie.

 

Niedaleko od grobu dziewczyny archeolodzy z Pensylwanii znaleźli ślady uderzenia pioruna po niedawnej i rzadkiej tutaj burzy. Grom trafił w odsłonięty fragment skalnego podłoża, ładunek elektryczny rozszedł się w piasku na wszystkie strony. Moment ten został idealnie zachowany: piorun stopił piasek, delikatne szklane rurki stworzyły na powierzchni pustyni krystaliczną siatkę. Kiedy archeolodzy próbowali podnieść ten artefakt, będący dziełem nieba, rozpadł się w drobny pył.