Pogrzebana

Tekst
Z serii: Reportaż
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 3

Pod koniec listopada, kiedy skończył się okres spokoju na scenie politycznej i demonstranci wrócili na plac At-Tahrir, prawie codziennie się tam wyprawiałem. Idąc wzdłuż wschodniego brzegu wyspy, przechodziłem pod mostem 6 Października, za którym ciągnęły się nad Nilem małe parki i ogrody. Droga do mostu Kasr an-Nil zabierała mi blisko pół godziny. Zbudowano go w latach trzydziestych, za panowania króla Fuada, który nadał mu imię swojego ojca. Po rewolucji 1952 roku, kiedy Naser ze swoimi towarzyszami obalił monarchię, most przemianowano na „Pałac Nilu”.

Wielu ważnym miejscom i obiektom w Kairze nadano nazwy związane z pamiętnymi wydarzeniami XX wieku (albo je odpowiednio pozmieniano). Nawet apolityczny Zamalek to zbiorowisko dat historycznych: główną arterią jest ulica 26 Lipca – to data abdykacji króla Faruka, a most 15 Maja upamiętnia początek wojny izraelsko-arabskiej 1948 roku. Most 6 Października nazwano tak, by uczcić egipską ofensywę na Synaju w 1973 roku. Według oficjalnej wykładni były to wszystko chwalebne wydarzenia, ale przeważnie lepiej się zaczynały, niż kończyły. Wojna izraelsko-arabska okazała się dla Arabów katastrofą, działania wojenne na Synaju w 1973 roku skończyły się okrążeniem egipskiej Trzeciej Armii przez Izraelczyków14. Osiem lat później, także 6 października, zamordowany został prezydent Sadat, a powodem zamachu była w znacznej mierze jego gotowość do negocjacji z Izraelem. Nigdy nie mieszkałem w miejscu upamiętniającym tak wiele wydarzeń historycznych, które w najlepszym wypadku można uznać za ambiwalentne.

Most Kasr an-Nil rozciągał się nad szeroką odnogą Nilu, jego jezdnia prowadziła prosto na plac At-Tahrir. Ściślej rzecz biorąc, nie był to plac w pełnym tego słowa znaczeniu, a raczej rondo, którego środek okrążał niekończący się potok samochodów. Dookoła stały budynki w różnorakim stylu, jakby zbiegły się w tym miejscu, przybywając z wielu kierunków. Mogamma’, ogromny kompleks urzędów państwowych, miała nijaką modernistyczną fasadę, a położone nieopodal prywatne kamienice – balkony z kolumnami i oszklonymi drzwiami. Muzeum Egipskie z kopułą na dachu i łukowymi oknami było w ciemnopomarańczowym kolorze włoskiego palazzo. Nie brakowało Hardee’s i KFC. Znajdował się tu również meczet Omara Makrama z eleganckim minaretem i oknami przesłoniętymi typową dla architektury islamu kamienną koronką.

Kiedy listopadowe demonstracje przybrały na sile, rondo wyłączono z ruchu, a wszystkie restauracje się pozamykały. Moje spacery przez most upodobniły się do przekraczania granicy. Za sobą zostawiałem brzegi wyspy pełne drzew i kwiatów, przed sobą miałem wysokie budynki wznoszące się nad placem. Nawet powietrze po drugiej stronie rzeki było inne. Demonstranci rzucający kamieniami i cegłami wznosili kurz, a na At-Tahrir śmierdziało gazem łzawiącym.

Dotąd mogłem poznać egipską rewolucję wyłącznie z telewizji, gdy w Kolorado oglądałem jej wczesne stadium. Wzruszyły mnie uroczyste sceny towarzyszące rezygnacji Mubaraka i na pierwsze wyprawy na At-Tahrir ubierałem się elegancko. Wkładałem uprasowane spodnie i koszule zapinane z przodu na guziki, ale szybko zdałem sobie sprawę, że nikt się tak nie nosi. Za dużo kurzu, za dużo chaosu. Lepiej się było nie wyróżniać. Kiedy po raz pierwszy wybrałem się na plac, padłem ofiarą kieszonkowca, który ukradł mi portfel. Wciśnięty w tłum, porwany przez ludzką masę, nie mogłem powstrzymać ręki, która plądrowała mi kieszeń. Miałem szczęście – w portfelu nie było zbyt dużo pieniędzy – i dostałem nauczkę. Takie zasady panowały na At-Tahrir: nie strój się, nie noś przy sobie portfela, nie stawaj na podwyższeniach.

Za drugim razem, kiedy poszedłem na At-Tahrir, zobaczyłem złodzieja przyłapanego na gorącym uczynku koło meczetu Omara Makrama15. Do przestępstwa doszło podczas południowej modlitwy, kiedy większość mężczyzn zebranych w meczecie stała w rzędach twarzą do mihrabu. Meczet znajduje się w południowo-zachodnim rogu placu. Tamtego dnia drzwi i okna były otwarte, z zewnątrz dobiegał ryk tłumu. Był jak głos oceanu – nieustający, lecz wciąż zmienny, od czasu do czasu wznosił się w crescendo, jak ogromna fala uderzająca o brzeg. Ilekroć głos się nasilał, zastanawiałem się, co się tam dzieje. Może w ludzi ciśnięto pojemnik z gazem łzawiącym, a może wynoszą właśnie z pierwszej linii kolejnego zranionego nastolatka.

Złodziej przypuszczał zapewne, że w całym tym zamieszaniu nikt nie zwróci uwagi na telefon podłączony do ładowarki. Podkradł się i schował do kieszeni aparat, którego właściciel się modlił. Ale z tyłu przyuważył go stary szajch z długą siwą brodą. Kiedy skończyły się modły, szepnął kilka słów stojącym w pobliżu mężczyznom; był wśród nich student, który zaprosił mnie do meczetu. Gdy druga grupa modlących się zaczęła głośno powtarzać: Allahu akbar! Allahu akbar!, mężczyźni otoczyli złodzieja. Stanąłem za nimi, obserwując całe wydarzenie.

Przyparli go do ściany sali modlitewnej. Oddał telefon bez walki. Kiedy szajch zapytał, dlaczego go ukradł, złodziej odparł, że jego własną komórkę ktoś mu dzisiaj zabrał.

– Pokaż dowód – zażądał student.

Złodziej odparł, że jest za młody, żeby mieć taki dokument. Był bardzo chudy, o ziemistej, niezdrowej cerze, nosił brudne ubranie. Prawe oko miał zaczerwienione – gaz łzawiący wywołał stan zapalny albo ktoś go uderzył. Wielu ludzi na placu miało tego dnia czerwone oczy.

– To haram! – powiedział szajch. „Zakazane!” – Moglibyśmy wezwać policję, żeby cię aresztowali.

W rzeczywistości żaden glina nie miał zamiaru się zbliżyć w takim dniu do meczetu Omara Makrama, sprawiedliwość musiała więc wymierzyć grupa mężczyzn. Kiedy student przeszukiwał kieszenie chłopaka, ciało złodzieja zwiotczało, wyrzucił ręce w górę jak marionetka. Znaleziono zapalniczkę i opakowanie ventolinu, lekarstwa na astmę, które lekarze ochotnicy rozdawali ofiarom gazu łzawiącego. Student podał te rzeczy szajchowi, który nachylił się do złodzieja i pouczał go przez bardzo długą minutę. Mówił spokojnie, zresztą nikt z grupy podczas całego zajścia nie podniósł głosu. Kiedy do mężczyzny dotarło, że puszczają go wolno, na chwilę zastygł w miejscu, jakby uczucie ulgi go przytłoczyło. Potem szybko, ze spuszczoną głową podszedł do drzwi meczetu. Nie oglądając się za siebie, zniknął we wrzawie panującej na placu.

Trudno ustalić, dlaczego właściwie zaczęły się rozruchy. Trzy dni wcześniej Bractwo Muzułmańskie zorganizowało protest przeciw tymczasowym władzom wojskowym, tak zwanej Najwyższej Radzie Sił Zbrojnych. Zanosiło się na to, że wojskowi mogą dłużej rządzić. Niektórzy się obawiali, że generałowie planują odroczenie pierwszych w Egipcie wolnych wyborów do parlamentu, zapowiadanych na koniec listopada.

Protest Bractwa był w gruncie rzeczy ostrzeżeniem. Pokojowe zgromadzenie na placu At-Tahrir miało przypomnieć Najwyższej Radzie, że każda próba zakłócenia procesu przejścia do demokracji napotka opór. Po jednym dniu bracia muzułmanie odeszli z placu, zadowoleni, że ich przesłanie dotarło, gdzie należy. Część liberalnych aktywistów została tam jednak przez noc, a następnego dnia weszli w konflikt z policją. Utrzymywali, że gliniarze, choć niesprowokowani, ich zaatakowali. Inni twierdzili, że to młodzi ludzie zantagonizowali siły porządkowe. Tak czy inaczej, atmosfera była napięta, nawet niewielka sprzeczka szybko przeradzała się w poważniejsze starcie. Kiedy wieść rozeszła się w mediach społecznościowych, młodzi ludzie reprezentujący wszystkie nurty polityczne tłumnie pospieszyli na plac, zaniepokojeni, że wojskowi mogą zawłaszczyć ich ciężko wywalczone zwycięstwo nad Mubarakiem.

Do trzeciego dnia protestów zginęło ponad dwadzieścia osób[5]. Większość poniosła śmierć na ulicy Muhammada Mahmuda odchodzącej od południowo-zachodniego skraju placu i prowadzącej do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Ministerstwo było oficjalnym centrum policji i stało się celem rozgniewanych demonstrantów. Młodzi mężczyźni uzbrojeni w kije i kamienie co rusz szturmowali jego mury, a policjanci w rynsztunku do tłumienia demonstracji odpierali ich gazem łzawiącym, gumowymi kulami i śrutem. Tamtego ranka, kiedy poszedłem na At-Tahrir, tłum liczył dziesiątki tysięcy, a na samym placu panował jeszcze względny spokój. Ludzie byli jednak podminowani. Co jakiś czas ta czy inna grupa bez widocznego powodu wpadała w panikę i zaczynała uciekać z ulicy Muhammada Mahmuda, jakby zbliżali się policjanci. Z początku mogło to być tylko czterech czy pięciu mężczyzn, ale panika była zaraźliwa i zaraz przez plac biegły już pędem setki – po czym wszystko zatrzymywało się tak nagle, jak się zaczęło. W tym rytmie, podobnie jak we wrzawie na placu, było coś, co przypominało falowanie wody, a widok ludzi zaczynających nagle biec i równie nagle stających w miejscu sprawiał niesamowite wrażenie.

Podczas jednego z takich przypływów zauważyłem młodego człowieka o łagodnym wyrazie twarzy, który stał z boku, przypatrując się spod przymkniętych powiek temu, co się działo na placu. Rzadko widywało się w tym tłumie kogoś tak spokojnego. Odezwałem się do niego swoją kiepską arabszczyzną, po czym przeszliśmy na angielski. Był studentem ostatniego roku farmakologii na Uniwersytecie Ajn Szams. Powiedział mi, że uczestniczył w styczniowych i lutowych demonstracjach, a teraz wrócił na plac, aby się upewnić, że nie porzucono marzeń o demokracji.

Gdy tak rozmawialiśmy, z meczetu Omara Makrama rozległo się wołanie na południową modlitwę. Student zapytał, czy chciałbym tam z nim pójść. Odparłem, że nie jestem muzułmaninem.

– Nie szkodzi. Każdy może tam wejść.

Ze wszystkich budynków i instytucji otaczających plac tylko meczet Omara Makrama pozostał otwarty na rewolucję. W sali modlitewnej lekarze ochotnicy zorganizowali punkt medyczny, gdzie opatrywano rannych, a z łazienek i toalet korzystać mogli wszyscy. Kiedy wszedłem ze studentem do meczetu, zobaczyłem dziesiątki ludzi ładujących telefony komórkowe. Niektórzy spali pod ścianami.

 

Od tej pory po codziennej wędrówce przez most Kasr an-Nil zatrzymywałem się w meczecie. Wkrótce spędzałem tu już większość czasu podczas pobytu na At-Tahrir. Sam plac robił przytłaczające wrażenie. Sceny walk były tak chaotyczne, że nie byłem w stanie zrozumieć, co się właściwie dzieje. Wewnątrz meczetu czuło się jednak, że panuje tu porządek. Szajchowie prowadzili modlitwy, a młodzi aktywiści ochotniczo pełnili funkcje lekarzy, aptekarzy i ochrony. Zorganizowali biuro rzeczy znalezionych, gdzie przynoszono różne przedmioty pogubione przez demonstrantów na placu. W normalnych warunkach główna sala modlitewna była zastrzeżona dla mężczyzn, ale teraz w wejściu dla kobiet urządzono szpital, tak więc pozwolono im przechodzić przez męską część do wydzielonej dla nich części meczetu.

Przybysz z zewnątrz czuł się tu swobodnie. Zawsze przedstawiałem się jako amerykański dziennikarz, a ludzie chętnie ze mną rozmawiali. Czasami filmowałem to, co się działo w meczecie, żeby później obejrzeć materiał w asyście tłumacza. Moi rozmówcy często podkreślali, że meczety są otwarte dla innowierców, ponieważ islam uznaje wszystkie religie. Byli uprzejmi – przynajmniej w pierwszych dniach demonstracji – nawet dla tych, którzy łamali zasady. Grupa mężczyzn łagodnie obeszła się ze złodziejem telefonu, ponieważ znajdowali się w świętym miejscu, ale również dlatego, że wierzyli w rewolucję rozgrywającą się na zewnątrz.

Piątego dnia protestów byłem świadkiem, jak do meczetu Omara Makrama przyniesiono zwłoki jednego z demonstrantów. Pogrzeb zaczął się jak kolejna fala dźwięku: najpierw słychać było stłumiony gwar na zewnątrz świątyni, który potem przerodził się w głośną wrzawę16. Siedziałem w kącie sali modlitewnej, kiedy przez frontowe drzwi wdarł się tłum. Na jego czele sześciu mężczyzn niosło na ramionach otwartą trumnę.

Położyli ją przed mihrabem, niszą na przodzie meczetu wskazującą kierunek na Mekkę. Mężczyznom towarzyszyła grupka ubranych na czarno kobiet. Była wśród nich matka zabitego, która trzymała paszportowe zdjęcie syna. Kilka osób próbowało ją zatrzymać, krzycząc, że to haram, kobiety bowiem nie powinny znajdować się tutaj podczas pogrzebu, ale matka potrząsała fotografią – w jej rękach ten maleńki wizerunek miał moc pałki. Mężczyźni szybko odstąpili i kobiety pozostały w sali modlitewnej przez cały krótki obrządek.

Jeden z tych, którzy szli przy trumnie, powiedział mi, że zmarły miał zaledwie dwadzieścia pięć lat i że uzyskał dyplom z turystyki. Zginął ubiegłej nocy. Kiedy zapytałem, jak to się stało, mężczyzna bez słowa sięgnął do kieszeni i wyjął dwie łuski po nabojach. Ludzie biorący udział w starciach pod Ministerstwem Spraw Wewnętrznych zbierali czasem takie rzeczy na dowód, że władze zaczęły używać ostrej amunicji.

Młody demonstrant był jednym z ponad trzydziestu, którzy do tej pory zginęli. Szajch, stojąc obok zwłok, opowiedział historię Hamzy, stryja proroka, który w VII wieku, kiedy rodził się islam, poległ w bitwie z mekkańczykami. Potem przeszedł do protestów.

– Wiedzcie, że uznajemy tego człowieka za męczennika, który trafił do boskiego raju! – mówił, podnosząc głos. – Przysięgamy Bogu, że to nie pójdzie na marne! To szlachetna krew! Została przelana za sprawiedliwy świat! Słuchajcie mnie, ludzie Boga! Będziemy demonstrować, zostaniemy tutaj, aż pomścimy męczenników!

Ktoś z tłumu dołączył:

– Boże, daj nam umrzeć za naszą sprawę! Boże, daj nam umrzeć za naszą sprawę!

Allahu akbar! Allahu akbar!

Krzycząc, naciągali na twarze kominiarki i przepychali się do wyjścia, żeby znów przyłączyć się do walki. Kilku z nich wyniosło trumnę. Matka zabitego zawodziła, a stojąca obok niej kobieta głośno potępiała okrucieństwo policji:

Haram! Haram! To lekcje zbrodni!

– To rządy wojskowych, kobieto – wtrącił się jeden z mężczyzn. – To nam daje wojskowy reżim.

Kiedy trumna znalazła się na zewnątrz, a fala hałasu ustąpiła, w sali modlitewnej zrobiło się bardzo cicho. Część ludzi w jej tylnej części przespała cały obrządek. Młody farmaceuta ochotnik, Ahmed Salim, pracował w tymczasowym punkcie medycznym koło mihrabu. Dobrze mówił po angielsku. Kiedy wspomniałem o pogrzebie, mrugnął i stwierdził, że był zbyt zajęty, żeby zwrócić na to uwagę. Pracował od dwóch dni, prawie nie śpiąc. Powiedział, że większość leków, które wydaje, to ventolin i farcolin, łagodzące skutki użycia gazu łzawiącego, a także mnóstwo kropli do oczu z alkoholem poliwinylowym. Podłoga była zasypana opakowaniami po lekach, fiolkami, butelkami i innymi rzeczami. Podczas naszej rozmowy farmaceuta nadepnął na strzykawkę i rozciął sobie stopę. Schylił się i opatrzył ranę z obojętnym wyrazem twarzy, jakby podrapał swędzące miejsce. Był boso. W meczecie Omara Makrama podchodzono elastycznie do wielu zasad, ale jednej nigdy nie naruszano: nikt w środku nie nosił butów.

Szóstego dnia demonstracji Salimowi Abd as-Salimowi skradziono sandały firmy Nike, kiedy modlił się w meczecie. Al-hamdulillah! – przywitał się ciepło, gdy się spotkaliśmy w tylnej części sali modlitewnej. „Chwała Bogu!” Wspomniał o kradzieży dopiero po kilkuminutowej pogawędce. Nie potrafiłem sobie wyobrazić, jak wyjdzie boso na plac, ale Abd as-Salim nie tracił humoru. Dozorca ochotnik znalazł dla niego w końcu parę zapasowych kapci.

Kilkunastu młodych rewolucjonistów obecnych w meczecie zaproponowało, że pomogą mi przy relacjonowaniu demonstracji. Większość nie mówiła po angielsku, po tygodniu zatrudniłem więc tłumacza, żeby mi towarzyszył w wyprawach na At-Tahrir. Często siadaliśmy razem z jednym z ochotników, Walidem, chudym mężczyzną o bystrym spojrzeniu. Przybył z dalekiego przedmieścia Kairu i jak wielu aktywistów nie wziął ze sobą nic oprócz tego, co miał na sobie. Codziennie nosił ten sam biały sweter, z każdym dniem coraz brudniejszy. Nocą spał w meczecie. Kiedy zrobiło się tłoczno, krążył po sali, rozdając koce, jedzenie i inne rzeczy z darów.

Samoorganizacja była znakiem szczególnym tej rewolucji. Nawet podczas pierwszej fali protestów, kiedy Mubaraka zmuszono do ustąpienia, nie wyłoniło się jasno określone przywództwo ruchu. Większość uczestników stanowiła młodzież – ponad połowa ludności Egiptu liczy najwyżej dwadzieścia pięć lat. Aktywiści często z dumą wspominali, że nie mają liderów ani partii; według nich świadczyło to o tym, że są bardziej demokratycznym pokoleniem. Powodem do dumy była też energia, jaką inwestowali właśnie w nieformalną samoorganizację. Podczas starć nastolatki na motocyklach ewakuowały rannych lub oszołomionych gazem łzawiącym, a studenci medycyny i farmacji obsadzili szpitale polowe. Znalazły się nawet grupy młodych ludzi z dłutami i ciężkimi młotami, którzy rozbijali płyty chodnikowe wzdłuż ulicy Muhammada Mahmuda, żeby demonstranci mieli czym rzucać w policjantów.

Meczet Omara Makrama pełnił jeszcze jedną funkcję: stał się mianowicie głównym ośrodkiem wymiaru sprawiedliwości na placu At-Tahrir. Atmosfera względnej pobłażliwości, jaką zaobserwowałem podczas mojej pierwszej wizyty w tym miejscu, z czasem ulegała zmianie. Teraz każdego przyłapanego na przestępstwie prowadzono od razu do sali modlitewnej. Jeśli przewinienie było poważne, wiązano mu ręce i zamykano go w jednym z bocznych pomieszczeń. Ochotnicy decydowali o tym, czy zostanie uwolniony, czy doprowadzony na posterunek policji poza placem. Zapytałem Walida, jak podejmują decyzje.

– To zależy od wagi przestępstwa.

Pytałem przez tłumacza o szczegóły, ale Walid odmówił wyjaśnień. W końcu wstał i zza stołu, przy którym siedzieli ochotnicy, wyjął dwie duże plastikowe torby. Wysypał na blat ich zawartość – kilkadziesiąt portfeli, kluczy i dowodów osobistych.

– To są zgubione i znalezione rzeczy – powiedział. – Wiele skonfiskowano złodziejom. Sam widzisz, że to poważny problem. Musimy surowo traktować tych, których przyłapiemy.

Po tygodniu protestów grupa prominentnych szajchów z Al-Azharu, najszacowniejszej muzułmańskiej instytucji w Egipcie, wynegocjowała tymczasowe zawieszenie broni pod Ministerstwem Spraw Wewnętrznych. Podczas rozejmu wojsko przysłało żołnierzy, którzy zagrodzili główne wejścia do ministerstwa betonowym murem zwieńczonym drutem kolczastym[6]. W tym czasie aktywiści wciąż nie mieli przywództwa, które mogłoby wysunąć sprecyzowane żądania. Bractwo Muzułmańskie odmówiło powrotu na plac. Część młodszych braci błagała swoich zwierzchników, żeby się włączyli do protestów, choćby po to, by wprowadzić jakąś dyscyplinę, która mogłaby ograniczyć przemoc. Ale przywódcy byli nieugięci – nie uważali, żeby zaangażowanie się w tak chaotyczne wydarzenia przyniosło jakąś korzyść. Na początku demonstracji egipski rząd tymczasowy zaproponował, że poda się do dymisji, co jednak nie osłabiło gniewu protestujących.

Mury się sprawdziły. Zanim je wzniesiono, fale demonstrantów były nieustępliwe: szturmowały ministerstwo, wycofywały się pod naporem policji, przegrupowywały się i znów szarżowały. Kiedy jednak mury wytrąciły atakujących z rytmu, stało się tak, jakby hipnotyzer pstryknął palcami: młodzi ludzie, nie mając wyraźnego celu, stracili orientację, ich energia rozproszyła się w różnych kierunkach. Nastąpiło nagłe wzmożenie ochotniczych stróżów bezpieczeństwa, a wokoło placu namnożyło się punktów kontrolnych. Ilekroć szedłem z tłumaczem od mostu Kasr an-Nil, siedem lub osiem razy zatrzymywali nas i legitymowali jacyś młodzi ludzie.

Tłumacz miał na imię Muhammad, ale znano go pod przydomkiem Manu. Przed arabską wiosną pracował w jednym z kairskich call center, wykorzystując znajomość angielskiego do odpowiadania na pytania użytkowników telefonów komórkowych z Dubaju. Potem zatrudnił się w holenderskiej firmie budującej nowy ośrodek turystyczny na wybrzeżu Morza Śródziemnego. Kiedy zaczęła się rewolucja, firma zarzuciła projekt, a pracowników zwolniono. Manu podłapywał różne prace, jakie się tylko nadarzyły w okolicach placu At-Tahrir, gdzie zawsze byli zagraniczni dziennikarze i fotoreporterzy potrzebujący tłumaczy. Przyjmował wszystko ze spokojem – w ciągu jednego roku przeszedł od dubajskich komórek do holenderskiej turystyki, by skończyć na pomaganiu cudzoziemcom w zrozumieniu wydarzeń politycznych w Egipcie.

Manu, przystojny trzydziestolatek, miał ogoloną głowę i oczy przysłonięte opadającymi powiekami. Jedno z moich pierwszych spostrzeżeń dotyczących Egipcjan było takie, że mają wyraziste twarze, ale Manu trudno było rozgryźć. Nie uśmiechał się zbyt często i z początku niewiele mówił o swoim życiu. Zachowywał spokój, nawet kiedy ochotnicy na punktach kontrolnych w pobliżu At-Tahrir zrobili się agresywni. Po takich konfrontacjach często się zatrzymywał, zanim weszliśmy do meczetu, i zapalał viceroya blue. To samo robił, kiedy wychodziliśmy. Zawsze głęboko się zaciągał, jak gdyby w sali modlitewnej wstrzymywał oddech. Pewnego razu poprosiłem, żeby powiedział mi szczerze, co myśli o tym miejscu.

– Nie lubię meczetów – odparł.

– Nie jesteś religijny?

– Nie.

Wyjaśnił, że jako chłopiec często brał udział w piątkowych modłach, ale z biegiem lat przestał. Kiedy odbywał służbę wojskową, chodził do meczetu w bazie, żeby się zdrzemnąć.

– To było jedyne miejsce, gdzie mogłem być sam.

– Nie lubiłeś wojska?

– Nie.

– Ale bardziej niż meczetu?

Uśmiechnął się.

– To prawda. W meczecie przynajmniej można było pospać.

Zapytałem, czy się nie obawiał, że drzemka w meczecie w mundurze może zostać uznana za brak szacunku dla tego miejsca. Zakładałem, że to, co widziałem w meczecie Omara Makrama, gdzie ludzie co chwilę wyciągali się na podłodze, było anomalią związaną z rewolucją.

– Nie – powiedział Manu. – Idź do jakiegokolwiek meczetu w upalny dzień. Prawie zawsze zobaczysz kogoś śpiącego. Ale ta cała reszta nie jest normalna.

Zatoczył ręką szerokie koło – chodziło mu o meczet, plac, starcia, punkty kontrolne.

Manu brał udział w niektórych demonstracjach na samym początku rewolucji i bardzo się ucieszył z upadku Mubaraka. Teraz jednak, jak mówił, panowała inna atmosfera. Wielu ludzi z meczetu miało takie same spostrzeżenia. Nauczyciel Koranu szajch Sami wyjaśnił mi:

– W styczniu klasa wyższa i średnia domagały się sprawiedliwości społecznej i równości. Ale teraz jest to rewolucja dla biednych ludzi. To są tacy, którzy niczego nie posiadają.

Szajch pochodził z delty Nilu, gdzie pracował w szkole religijnej. Kiedy zaczęły się listopadowe demonstracje, zamieszkał w meczecie i często prowadził modlitwy. Stwierdził, że wielu młodych ludzi walczących na ulicy Muhammada Mahmuda ma mętlik w głowie, ale zasługują na sympatię.

 

– Nie przyszli tu, żeby rozrabiać. Ciężko im się żyje i przepełnia ich gniew.

Wszystkie większe meczety w Egipcie są zarządzane bezpośrednio przez władze państwowe, które mianują imamów i wypłacają im pensje. Imamem meczetu Omara Makrama był szajch Mazhar Szahin, dobrze wypadający przed kamerą trzydziestolatek, który w talk-show i popularnych programach religijnych często przedstawiał stosunkowo liberalną interpretację zasad islamu. Na samym początku rewolucji stał się celebrytą, poparł bowiem ruch z placu At-Tahrir. Pierwszego dnia listopadowych demonstracji wygłosił w meczecie płomienne kazanie. „Chcemy obywatelskiego, demokratycznego państwa z islamską wizją, w którym ludzie będą mogli korzystać ze swoich praw i demokracji”17, mówił, zwracając się do tłumnie zgromadzonych aktywistów.

Ale po tym kazaniu nie widziałem już szajcha Mazhara w meczecie. Według prawa imam mianowany przez państwo powinien przebywać w meczecie między modlitwą o zachodzie słońca a modlitwą wieczorną. Ja i Manu często się tu zjawialiśmy właśnie o tej porze.

– Chciałbym, żeby tu był – powiedział szajch Sami. – Ktoś powinien kierować.

Imam nadal pokazywał się w telewizji, gdzie zaproponował publicznie, że może się podjąć mediacji między demonstrantami a policją. Ale poza tym nigdzie go nie widziano[7].

Dziesiątego dnia protestów do meczetu Omara Makrama przyprowadzono mężczyznę, przy którym znaleziono nożyczki. Był to przedmiot zakazany, ponieważ złodzieje używali ich do przecinania kieszeni. Niewielki tłum zaciągnął złapanego przez salę modlitewną do pomieszczenia służącego do ablucji i tam zaczął go bić. Manu i ja siedzieliśmy jakieś pięć metrów dalej, rozmawiając z Walidem. Mężczyzna tak krzyczał, że co jakiś czas musieliśmy przerywać rozmowę. Nieopodal klęczała grupa ludzi próbujących się modlić. Sweter Walida był już teraz całkiem szary. Wszyscy ochotnicy wyglądali podobnie: z każdym dniem ich ubrania były coraz brudniejsze, a twarze coraz bardziej napięte.

Zapytałem Walida, co mają zamiar zrobić z domniemanym złodziejem. Powiedział, że na jakiś czas go zwiążą. W meczecie, tak jak w innych miejscach na placu, pojawiło się nagle mnóstwo samozwańczych stróżów bezpieczeństwa. Przepytywali każdego, kto wydał im się podejrzany, często bili zatrzymanych, żeby wymusić zeznania. Niektórzy z nowo przybyłych zaopatrzyli się w watowane kamizelki używane przez adeptów sztuk walki, ozdobione motywem wschodzącego słońca. Przechadzali się boso po meczecie, który przypominał teraz szkołę taekwondo.

Kilku strażników zaczęło naciskać Manu, chcąc zebrać informacje na mój temat. W meczecie nie było już nikogo starszego wiekiem. Szajch Sami, który odniósł obrażenia, kiedy próbował rozdzielić walczących, wrócił do domu w delcie Nilu. Złodzieje i inni przestępcy stali się codziennym widokiem. Złapano młodego mężczyznę, który udawał lekarza w punkcie medycznym. Kilku ochotników zameldowało, że wyniesiono bez pozwolenia duże ilości lekarstw otrzymanych z darów, prawdopodobnie po to, żeby je sprzedać na czarnym rynku.

Kiedy dziesiątego dnia protestów wyszliśmy z meczetu, Manu, który jak zwykle zaciągnął się swoim viceroyem blue, stwierdził, że może będzie lepiej przez jakiś czas trzymać się z daleka od tego miejsca.

Następnego ranka zaczęły się wybory do parlamentu. W całym Egipcie przebiegały spokojnie, wzięła w nich udział ponad połowa uprawnionych do głosowania18. Spędziłem dzień, jeżdżąc po Kairze i odwiedzając lokale wyborcze. Wszędzie stały długie, ale zdyscyplinowane kolejki – jedna dla kobiet, druga dla mężczyzn. Pod pewnym lokalem na przedmieściu o nazwie Al-Ma’adi naliczyłem ponad tysiąc dwieście kobiet czekających cierpliwie na swoją kolej. To były pierwsze naprawdę wolne wybory w historii Egiptu.

Bractwo Muzułmańskie zdobyło ponad czterdzieści siedem procent miejsc19. Partia Nur, reprezentująca salafitów, czyli najbardziej konserwatywnych islamistów, zajęła, ku ogólnemu zaskoczeniu, drugie miejsce. Razem oba islamistyczne ugrupowania miały zdominować nowy parlament. Żadna lewicująca partia nie uzyskała dziesięciu procent mandatów[8].

Przywódcy Bractwa podjęli najwyraźniej sprytną decyzję polityczną. Nie przyłączając się do protestów na placu At-Tahrir, mogli się skoncentrować na ostatniej fazie kampanii wyborczej. Działacze, z którymi rozmawiałem, twierdzili, że władze umyślnie podburzyły demonstrantów, licząc na to, że przeszkodzą przejściu do demokracji. Kilku ważnych liderów Bractwa było jednak innego zdania. Muhammad Baltagi, który dostał się do parlamentu, kandydując z ubogiego okręgu we wschodnim Kairze, twierdził, że udał się na At-Tahrir i przeraziła go rozpowszechniona tam agresja.

– Zgadzam się z innymi działaczami Bractwa, że to była sztuczna sytuacja – powiedział mi podczas rozmowy w swoim biurze20. – Została stworzona, żeby odciągnąć ludzi od drogi wiodącej ku wyborom. Bractwo uznało, że jeśli jest to sztuczna sytuacja, powinniśmy trzymać się z dala. Ja uważam jednak, że należało tam być, ponieważ doszło do poważnego rozlewu krwi. Ktoś powinien tam, na miejscu, pokierować tymi młodymi ludźmi.

Przez jakiś czas usilnie próbowałem pogodzić ze sobą dwa zaobserwowane zjawiska. Z jednej strony widziałem w meczecie, jak się tworzy niewielka wspólnota i jak rozpada z powodu nieudolnego przywództwa. Widziałem też jednak przebiegające bez zakłóceń, pokojowe wybory – spełnienie marzenia o demokracji. Czasami wydawało mi się, że meczet był zbyt mały, żeby reprezentować zjawisko o większej skali, innym razem miałem poczucie, że rytuał wyborów był powierzchowny. Tak się jednak dzieje w miastach takich jak Kair: jest wiele stron w sporze i wiele punktów widzenia. Nawet pamiętne daty, od których nazwano mosty – 6 października, 15 maja – mogą dla różnych ludzi oznaczać coś zupełnie innego.

Tamtego roku często pracowaliśmy razem z Manu, relacjonując wydarzenia polityczne, czasami spotykaliśmy się też na gruncie towarzyskim. Lubił podrzędne lokale, w weekendy często bywał w śródmieściu, przesiadując w małych, podejrzanie wyglądających knajpach bez szyldów. Koło mojego domu znajdowało się miejsce, które nazywaliśmy „barem cieciów”. Była to przerwa między dwoma budynkami, w której facet w tradycyjnej galabii ustawił kilka krzeseł i lodówkę pełną taniego egipskiego piwa Stella. Niektórzy z miejscowych dozorców popijali tutaj potajemnie, niewidoczni z ulicy.

Pewnego wieczora Manu zadzwonił z wiadomością, że chciałby mi coś powiedzieć w cztery oczy. Zaproponował, żebyśmy się spotkali w innym nieformalnym miejscu, na spokojnym północno-wschodnim skraju Zamalku. W tej części wyspy nie było sklepów ani restauracji; często zbierały się tam grupy młodych ludzi, którzy w zaparkowanych samochodach pili piwo i palili haszysz. Na ogrodzeniu nad Nilem siedziały pary trzymające się za ręce. Niektórzy z mieszkańców wysmarowali tę część ogrodzenia smołą, żeby przepłoszyć zakochanych, ale na ogół miejsce spotkań było tolerowane. Przypominało mi moje młodzieńcze lata na amerykańskim Środkowym Zachodzie, gdzie w małych miasteczkach zawsze był jakiś plac, na który młodzież zjeżdżała samochodami, żeby uciec od rodzinnej kontroli.

Znaleźliśmy z Manu puste miejsce pod płotem i otworzyliśmy przyniesione przeze mnie piwa. Niedaleko, w cieniu drzewa, stała przytulona do siebie para, rozmawiając po cichu. Kobieta miała na sobie hidżab i długą sukienkę do kostek. Wiele dziewczyn przychodzących tutaj ze swoimi chłopakami ubierało się w konserwatywnym stylu. Domyślałem się, że należą do grupy pośredniej: są na tyle liberalne, że chcą być z chłopcami sam na sam, ale nie na tyle, żeby się pokazać z nimi w restauracji lub innym miejscu publicznym. Nigdy nie widziałem, żeby piły alkohol.