PogrzebanaTekst

Z serii: Reportaż
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Na znacznej części tych terenów profesjonalne wykopaliska prowadzono już ponad sto lat temu, w początkach archeologii. Uczeni działali wtedy szybko, skupiając się na pozyskiwaniu eksponatów do muzeów i prywatnych kolekcji. Spisy prowadzono pobieżnie albo wcale. Dzisiaj archeolodzy skrupulatnie wszystko fotografują i mierzą, a miejsca wykopalisk zasypują z powrotem, ponieważ konstrukcje z czasów starożytnych są najbezpieczniejsze, kiedy znajdują się pod ziemią. Wiedzą, że kiedyś, w przyszłości, zjawi się inny badacz, wyposażony w lepsze możliwości techniczne, by odkryć to, czego nam się nie udało pojąć.

Na wielkiej scenie Al-Madfuny pierwszymi aktorami byli królowie, ale później niezliczeni inni ludzie także odgrywali swoje role. Jedno miejsce mogło zostać rozkopane kolejno przez starożytnych rabusiów, dziewiętnastowiecznych archeologów, współczesnych rabusiów i archeologów pracujących tu po wydarzeniach na placu At-Tahrir. Ludzie przychodzą i odchodzą, tak jak dynastie i reżimy. Piasek zostaje wydobyty, znów nasypany i ponownie usunięty.

Kiedy policja na nowo podjęła pracę, Ahmed rozebrał fałszywy transporter. Uznał, że nie będzie go już potrzebował, ale coś w tym przedsięwzięciu sprawiło, że znów zainteresował się stolarką. Matthew Adams, przybywszy pewnego roku do stacji archeologicznej, był przyjemnie zaskoczony widokiem dwóch nowych łóżek i szaf – piękna ręczna robota.

Pierwsze doświadczenia z rewolucją zmieniły tryb życia Ahmeda także pod innymi względami. W spokojniejszym okresie arabskiej wiosny ponownie pojechał do Al-Baljany, udał się do odpowiednich urzędów, wypełnił niezbędne formularze i dostał pozwolenie na zakup i posiadanie pistoletu.

Rozdział 2

Przeprowadziłem się z rodziną do Kairu pierwszej jesieni po arabskiej wiośnie. Przyjechaliśmy w październiku 2011 roku, o tej porze, kiedy światło w mieście zaczyna się zmieniać. Dni były nadal upalne i zamglone, ale nocą często wiał przyjemny wiaterek z północy, stamtąd gdzie rzeka wpada do Morza Śródziemnego. W ciągu kilku tygodni powoli zmył z nieba jaskrawy blask lata i szczegóły miasta zarysowały się ostrzej. Cienie pod mostami na Nilu nabrały głębi, a jego kolor zmienił się z ciemnej, płynnej szarości w chłodniejsze odcienie błękitu i brązu. O zachodzie słońca nawet rozwalające się budynki połyskiwały złocisto. Im bardziej zbliżała się zima, tym lepsza stawała się widoczność. Były momenty, kiedy z wyżej położonych miejsc – z mieszkania na górnym piętrze albo z estakady – wyraźnie dostrzegałem piramidy na płaskowyżu w Gizie.

Zamieszkaliśmy przy ulicy Ahmeda Hiszmata na Zamalku, dzielnicy położonej na długiej, wąskiej wyspie na Nilu. Tradycyjnie osiedlały się tutaj kairskie rodziny z klasy wyższej i średniej. Wynajęliśmy rozległe mieszkanie na parterze budynku, który jak wiele innych przy naszej ulicy był piękny, ale zaniedbany. Domyślałem się, że musiał powstać w latach dwudziestych albo trzydziestych XX wieku, bo charakterystyczną cechą jego fasady były pionowe linie w stylu art déco. Od frontu kraty ogrodzenia z kutego żelaza przypominały pajęczynę.

Powtarzało się to w całym budynku. Czarne pajęczynki zdobiły nasze drzwi frontowe, taki kształt miały też balustrady balkonów i ganków. Przy mieszkaniu był ogródek, częściowo ogrodzony żelaznymi pajęczynami. Kiedy zapytałem właścicielkę, co znaczy ten motyw, wzruszyła ramionami i powiedziała, że nie ma pojęcia. Taką samą odpowiedź usłyszałem na pytanie o wiek budynku. Była Koptyjką, jak wielu właścicieli nieruchomości na Zamalku. Ich rodziny często nabyły domy w chaotycznym okresie po ostatniej egipskiej rewolucji w 1952 roku. Gamal Abdel Naser wprowadził wtedy elementy socjalistycznej polityki gospodarczej, a jego rząd wygnał z kraju znaczną liczbę przedsiębiorców. Właścicielka przekazała mi, że kamienica należy do jej rodziny od ponad pół wieku, ale nic nie wiedziała o jej pierwszych posiadaczach.

Na dolnych piętrach przeprowadzono trochę istotnych renowacji lub usprawnień. Winda miała chyba tyle samo lat, co dom. Wchodziło się do niej przez żelazną kratę z motywem pajęczyn. W ciemnym otwartym szybie jeździła w górę i w dół staromodna kabina z ciężkiego rzeźbionego drewna, przypominająca bizantyjski sarkofag. Otwory w kracie zamykającej wejście były tak wielkie, że przeszłaby przez nie ludzka głowa. Gdyby ktoś chciał, bez trudu dotknąłby przejeżdżającej windy. Niedługo po tym, jak się wprowadziliśmy, dziecku z górnego piętra utknęła w kracie noga. Chłopiec doznał tak poważnego złamania, że wysłano go na leczenie do Europy.

W starych kairskich dzielnicach troska o bezpieczeństwo nigdy nie zaliczała się do priorytetów, ale podczas arabskiej wiosny normy szczególnie się rozchwiały. Często wyłączano prąd, a co pewien czas przez cały dzień nie było wody. Przeważnie wszystko jednak jakoś funkcjonowało, choć nowo przybyłemu trudno było pojąć, jak ten system działa. Raz na miesiąc pukał do drzwi mężczyzna, uprzejmie prosił, żeby go wpuścić, spisywał stan gazomierza w kuchni i wystawiał rachunek do zapłacenia na miejscu. Inny mężczyzna zjawiał się okresowo po opłatę za elektryczność. Żaden z nich nie nosił uniformu ani nie pokazywał identyfikatora. Mogli się zmaterializować o dowolnej porze, od wczesnego ranka do późnego wieczora.

Jeszcze bardziej tajemniczy był proces odbierania śmieci. Właścicielka poinstruowała mnie, żeby wszystkie odpadki składać poza kuchnią, tam gdzie małe drzwiczki wychodziły na metalowe schody pożarowe. Nie było harmonogramu odbioru ani kontenera. Mogłem używać worków lub pudeł albo po prostu wysypywać wszystko luzem pod wspomniane drzwi. Śmieciami zajmował się mężczyzna o imieniu Sajjid, którego nie zatrudniało ani państwo, ani żadna prywatna firma. Kiedy zapytałem właścicielkę o wysokość miesięcznej opłaty, wyjaśniła, że sam powinienem to uzgodnić z Sajjidem.

Najpierw wcale go nie widywałem. Co dzień lub dwa wystawiałem na schody pożarowe worek, który szybko znikał. Mniej więcej po miesiącu świadczenia tej niewidzialnej usługi w kuchni rozległo się pukanie.

Salamu alejkum – powiedział Sajjid, kiedy otworzyłem drzwi. Zamiast uścisnąć mi dłoń, podniósł łokieć, żebym mógł złapać go za koszulę. – Misz nazif – wyjaśnił z uśmiechem. „Nie jest czysta”. Pokazał mi dłonie, całe w plamach, przypominające stary rzemień. Palce były tak grube, że wyglądały, jakby nosił rękawice.

Miał niewiele więcej niż metr pięćdziesiąt wzrostu, krótkie kręcone włosy i starannie przycięte wąsy. Był szeroki w barach, a kiedy wyciągnął ręce, zauważyłem nabrzmiałe żyły, jak u ciężarowca. Ubrany był w luźną niebieską koszulę, obszerne pobrudzone spodnie przewiązane pasem i wielkie skórzane buty, które kłapały jak u klowna. Później się dowiedziałem, że większość ubrań była na niego za duża, ponieważ wybierał je ze śmieci wyrzucanych przez wyższych i tęższych mężczyzn.

Mówiąc powoli, żebym mógł zrozumieć, wyjaśnił po arabsku, że przyszedł po comiesięczną opłatę. Zapytałem, ile się należy.

– Ile pan zechce zapłacić.

– A ile płacą inni?

– Jedni dziesięć funtów, inni sto.

– A ile ja powinienem zapłacić?

– Może pan dać dziesięć funtów. A może pan dać sto.

Nie targował się w pełnym tego słowa znaczeniu. Liczby się nie zmieniały. Wytyczył je jak linie bramkowe boiska, po czym zostawił mnie z całą tą pustą przestrzenią. Ostatecznie dałem mu czterdzieści funtów egipskich, równowartość sześciu i pół dolara. Wydawał się zadowolony. Z następnych rozmów z Sajjidem wyniknęło, że mieszkający nad nami korespondent Reutersa płaci tylko trzydzieści funtów miesięcznie, co poprawiło mi samopoczucie. To chyba logiczne, że dziennikarz pisujący długie artykuły do magazynu będzie wytwarzał więcej śmieci niż ktoś pracujący dla agencji prasowej.

Gdy już poznałem Sajjida, zacząłem go widywać w całej dzielnicy. Był na nogach już od pierwszych godzin rannych, targał wielkie brezentowe worki ze śmieciami, a około południa robił sobie przerwę i posilał się w kiosku o nazwie „Wolność” po drugiej stronie muru otaczającego mój ogród. Właściciel kiosku, poważny mężczyzna, miał na czole czarnofioletowe znamię, które powstaje czasami u pobożnych muzułmanów, uderzających czołem o podłogę podczas modlitwy. Kiosk stał tutaj od lat, ale po upadku Mubaraka właściciel nadał mu nową nazwę na cześć rewolucji. Zbierali się w nim mężczyźni z sąsiedztwa, a kiedy Sajjid się tam rozsiadał, często zaczepiał przechodniów. Wyglądało na to, że zna wszystkich mieszkańców ulicy.

Pewnego popołudnia zaczepił i mnie.

– Mówi pan po chińsku, prawda?

Przytaknąłem, choć nie miałem pojęcia, jak się o tym dowiedział.

– Chciałem panu coś pokazać.

– Co to takiego?

– Nie teraz – ściszył głos. – Lepiej pomówić o tym wieczorem. To coś w rodzaju lekarstwa.

Powiedziałem, że będę miał czas około ósmej.

Początek arabskiej wiosny zaskoczył mnie, jak wszystkich bez wyjątku. Przed przybyciem do Egiptu mieszkałem ponad dziesięć lat w Chinach, gdzie poznałem swoją żonę Leslie Chang, także dziennikarkę. Wywodziliśmy się z bardzo odmiennych środowisk: ona urodziła się w Nowym Jorku w rodzinie chińskich imigrantów, ja dorastałem w środkowym Missouri. Jednakże podobna niemożność usiedzenia na miejscu skłoniła nas do wyjazdu za granicę, najpierw do Europy, a później do Azji. Do 2007 roku, kiedy opuściliśmy Chiny, prawie całe dorosłe życie spędziliśmy w obcych krajach.

Ułożyliśmy sobie plan: aby się oderwać od miasta, przeniesiemy się w rolnicze okolice na południowym zachodzie Kolorado i pomyślimy o dziecku. Później zamieszkamy na Bliskim Wschodzie. Podobał nam się pomysł przeprowadzki w miejsce zupełnie nam nieznane. Oboje chcieliśmy się nauczyć nowego, bogatego języka. Miałem zamiar pojeździć po bliskowschodnich stanowiskach archeologicznych, ponieważ w Chinach zawsze fascynowała mnie głębia czasu, jaką się czuło w takich miejscach.

 

Wszystko to było w sferze abstrakcji: dziecko, nowy kraj. Może pojedziemy do Egiptu, a może do Syrii. Może urodzi się nam chłopczyk, a może dziewczynka. Co za różnica? Kiedy wspomniałem o przeprowadzce do Egiptu, nowojorski redaktor ostrzegł mnie, że po Chinach kraj ten może się wydać zbyt ospały.

– W Kairze nic się nie zmienia – powiedział.

Ale to mi się spodobało. Cieszyłem się na naukę arabskiego na pełnym luzie, w miejscu, gdzie nic się nie dzieje.

Nasz plan uległ pierwszemu zakłóceniu, kiedy jedno dziecko okazało się dwojgiem. W maju 2010 roku Leslie urodziła bliźniaczki, Ariel i Natashę. Były wcześniakami, więc chcieliśmy, żeby przez rok podrosły, zanim się przeprowadzimy. Wyobrażaliśmy sobie, że czas nie ma większego znaczenia: rok w życiu nowo narodzonego dziecka to okamgnienie w porównaniu z niezmieniającym się Kairem. Kiedy na placu At-Tahrir zaczęły się demonstracje, nasze dziewczynki miały osiem miesięcy, a w chwili obalenia Mubaraka dokładnie osiemnaście dni więcej.

Zwlekaliśmy i rozważaliśmy wszystko. W końcu postanowiliśmy sfinalizować plan przeprowadzki, ale sytuacja się zmieniła: teraz miałem pisać o rewolucji. Przed wyjazdem ukończyliśmy w Stanach intensywny dwumiesięczny kurs arabskiego. Wystąpiliśmy o polisy na życie, ale ich nie dostaliśmy. Towarzystwo ubezpieczeniowe przysłało krótki list z odmową z powodu „częstych podróży”. Poszliśmy do prawnika i spisaliśmy testamenty. Opuściliśmy wynajmowany dom, rzeczy oddaliśmy do przechowalni, pozbyliśmy się samochodu. Niczego nie wysłaliśmy statkiem – to, co zabraliśmy do samolotu, miało być całym naszym dobytkiem.

W przeddzień wyjazdu wzięliśmy z Leslie ślub. Nigdy nie zawracaliśmy sobie głowy formalnościami i nie chcieliśmy urządzać wesela, ale dowiedzieliśmy się, że jeśli para cudzoziemców nie ma tego samego nazwiska, egipskie władze mogą czasami robić problemy z wydaniem wiz dopuszczających wspólne zamieszkanie. Pojechaliśmy więc do sądu okręgowego hrabstwa Ouray, gdzie dostaliśmy dokument wykaligrafowany staromodnym pismem, który potwierdzał, że „zostaliśmy połączeni świętym węzłem małżeńskim”. Wepchnąłem go do bagażu. Następnego dnia razem z siedemnastomiesięcznymi bliźniaczkami wsiedliśmy do samolotu. Ani Leslie, ani ja nie byliśmy nigdy w Egipcie.

Punktualnie o ósmej rozległ się dzwonek u drzwi. Kiedy otworzyłem, Sajjid sięgnął do kieszeni i wyjął złote pudełeczko z czerwonymi, ozdobnymi literami.

Chiński tekst sformułowany był elegancko, ale wymijająco. Zawartość pudełeczka określono jako „produkt służący ochronie zdrowia”, który „zapewnia rozwój i siłę”. W środku znajdowały się blister tabletek i ulotka z instrukcją po angielsku. Na jej widok przypomniałem sobie, że Chińczycy bywają najbardziej wyraziści, kiedy posługują się kiepską angielszczyzną:

Dwie pigułki na jeden raz kiedy tylko konie konieczne

Przed ruchaniem uprawiać miłość 20 minut

– Skąd to masz? – zapytałem.

– Znalazłem w śmieciach. Po jednym panu, co umarł – odparł Sajjid.

Wyjaśnił, że pan był w podeszłym wieku, a jego synowie wyrzucili wszystko, czego nie chcieli zachować, w tym tabletki.

– Dużo tam było rzeczy misz kuejsa – dodał. „Niedobrych”.

Zapytałem, co ma na myśli.

– Coś takiego. – Tu Sajjid nakreślił grubym palcem kształt w powietrzu, następnie wskazał poniżej pasa. – Elektryczne. Na baterie. Dla kobiet. To niedobra rzecz.

Ale rozprawiał o tym z wyraźnym upodobaniem. Szczerząc zęby, powiedział mi, że w śmieciach po starszym panu był też pokaźny zbiór pisemek pornograficznych. Nie zwierzył się, co z nimi zrobił. Zapytałem, gdzie pracował zmarły.

– Był ambasadorem.

Sajjid stwierdził to rzeczowym tonem, jakby z tym zajęciem wiązało się gromadzenie pornografii i chińskich tabletek na potencję. Nie byłem pewny, czy dobrze go zrozumiałem, więc poprosiłem o powtórzenie: safir.

– Był w ambasadach za granicą – wyjaśnił. – Bardzo bogaty, miał miliony dolarów. Miał na koncie cztery miliony czterdzieści cztery dolary.

Zwróciło moją uwagę, że podał tę sumę z taką dokładnością.

– Skąd wiesz?

– To było na listach z banku.

Zapisałem sobie w pamięci, żeby uprzedzić Leslie, by zachowała ostrożność przy wyrzucaniu różnych rzeczy. Sajjid chciał wiedzieć, jak stosować chińskie lekarstwo, a ja przetłumaczyłem mu łamaną arabszczyzną, jak tylko najlepiej potrafiłem, fragment o odczekaniu dwudziestu minut i uprawianiu miłości przed ruchaniem. Napomknął o sprzedaniu tabletek, ale ze sposobu, w jaki zadawał pytania, domyśliłem się, że raczej sam ich użyje. Popatrzyłem na skład: „biały żeń-szeń, wyciąg z poroża jelenia, epimedium wielkokwiatowe itd.”. To „itd.” było trochę niepokojące – jaki z logicznego punktu widzenia mógł być następny składnik? Ale takie leki powszechnie się w Chinach stosuje, uznałem więc, że prawdopodobnie niczym to nie grozi. Miałem wrażenie, że Sajjid nie po raz pierwszy zażywa coś, co znalazł w śmieciach.

Od tej pory zaczął regularnie wpadać do nas wieczorami. Następnym razem przyniósł aparat fotograficzny marki Kiev na filmy trzydziestopięciomilimetrowe. Został wyprodukowany na Ukrainie w czasach Związku Radzieckiego i był ciężki jak młot. Nigdy sobie nie wyobrażałem, że można użyć tyle żelastwa, żeby zrobić zdjęcie. Sajjid chciał się dowiedzieć, czy aparat działa i czy można za niego dostać pieniądze. Zostawił go przy wyprowadzce starszy wiekiem lokator.

Wiele najcenniejszych znalezisk Sajjida pochodziło z przedmiotów pozostałych po ludziach, którzy się wyprowadzili lub umarli. Cały czas coś odkrywał, bo sortował śmieci ręcznie, odkładając rzeczy nadające się do recyklingu i mające jakąkolwiek wartość. Działał na niemałym terenie – obsługiwał czterysta mieszkań w kilkunastu budynkach – ale pracował tak uważnie, że zawsze potrafił zidentyfikować lokatora po wyrzucanych odpadkach. Pewnego popołudnia nakarmiłem córeczki, pozmywałem i zostawiłem na schodach pożarowych worek pełen śmieci. Nie minęła godzina, jak ktoś zapukał do drzwi. Otworzyłem. Sajjid trzymał metalowy dziecięcy widelczyk.

– Był w ryżu – powiedział.

Mieszkańcy byli dla niego raczej hojni – z jednego przynajmniej powodu: Sajjid funkcjonował jako lokalne biuro rzeczy znalezionych. Kiedy ktoś się wyprowadzał albo umierał, było oczywiste, że rzeczy zostawione w śmieciach należą do Sajjida, ale w innych przypadkach dokładnie sprawdzał i pytał lokatorów, jeśli natrafił na coś podejrzanie cennego. Alarmował, kiedy w dzielnicy na coś się zanosiło, i był rzetelnym źródłem lokalnych informacji. Z czasem zapoznał mnie z różnymi ważnymi tutaj postaciami: jednookim dozorcą, siwym mężczyzną prowadzącym stoisko z dotowanym przez państwo pieczywem, przyjacielskim sprzedawcą herbaty, który chodził po ulicy z błyszczącą tacą.

Niektóre z tych osób były dla Sajjida nieformalnymi konsultantami. Jak ponad jedna czwarta Egipcjan był analfabetą i jeśli chciał poznać treść jakiegoś dokumentu, przychodził z nim do kiosku Wolność, którego właściciel umiał czytać. Kiedy wdał się w jakiś lokalny konflikt, zwracał się przeważnie do siwowłosego mężczyzny, który ze wszystkimi był w dobrych stosunkach, bo prowadził stragan z tanim chlebem.

Jako cudzoziemiec ja z kolei zostałem ekspertem od importowanych towarów, wyrobów farmaceutycznych, gadżetów erotycznych i alkoholu. Gdy Sajjid znalazł jakieś lekarstwo, czytałem ulotkę i mówiłem mu, na co to jest i ile tabletek powinno się zażywać. W przypadku takich przedmiotów jak aparat marki Kiev sprawdzałem w internecie, za ile mniej więcej można je sprzedać w Stanach Zjednoczonych. Na eBayu takie aparaty chodziły po czterdzieści dolarów, ale w Kairze Sajjid nie mógłby zażądać takiej sumy. Zawsze jednak chciał poznać amerykańską cenę. Najwyraźniej sprawiało mu przyjemność, kiedy się dowiadywał, że w innym miejscu, innym życiu mógłby dostać za dany przedmiot niezłe pieniądze.

Od czasu do czasu jakiś niestroniący od alkoholu muzułmanin dręczony poczuciem winy pozbywał się zawartości swojego barku. Sajjid zjawiał się wtedy u mnie, niosąc butelki zapakowane dyskretnie w czarny plastikowy worek. Miałem ocenić, za ile da się je odsprzedać. Można było przehandlować nawet ćwierć flaszki whisky, ponieważ Egipcjanie krępowali się wchodzić do nielicznych sklepów z alkoholem w różnych częściach miasta.

Sajjid był muzułmaninem. Kiedy się tylko poznaliśmy, powiedział mi, że w różnych wyborach, jakie się miały odbyć po wydarzeniach na At-Tahrir, zamierza głosować na kandydatów Bractwa Muzułmańskiego. Nie miał jednak formalnych związków z tym ugrupowaniem, a obowiązującego w islamie zakazu spożywania alkoholu nie traktował tak poważnie jak większość współwyznawców. Gdy zachodził do mnie po całym dniu ciężkiej pracy, często prosił o zimne piwo. Był jedynym z moich gości, który wynosił po sobie puste butelki, bo wiedział, że i tak będzie je musiał zabrać ze śmieciami.

Dom z pajęczynami był oddalony o prawie dwa i pół kilometra od placu At-Tahrir, ale wydawało się, że odległość jest większa. Opływająca Zamalek rzeka daje silne wrażenie, że jest się oddzielonym od reszty miasta, z którym dzielnicę łączy tylko kilka mostów. W czasie, kiedy tu mieszkaliśmy, w naszej części wyspy nie było stacji metra ani siedzib żadnych ministerstw. Żadnych ważnych placów, większych meczetów ani miejsc publicznych, które mogłyby przyciągnąć demonstrantów. Rewolucja była czymś, co rozgrywało się gdzie indziej.

Tak się złożyło, że przyjechaliśmy do Egiptu, kiedy sytuacja się na pewien czas uspokoiła. Minęło osiem miesięcy od zdymisjonowania Mubaraka, nie wyznaczono jeszcze terminu wyborów nowego prezydenta. Nie było jasne, kto kieruje arabską wiosną w Egipcie. Kraj nie miał stałej konstytucji ani władz ustawodawczych, choć planowano, że w zimie odbędą się wybory do parlamentu. W takiej chwili łatwo było przejść do porządku dziennego nad aktualnymi wydarzeniami. Minęło kilka tygodni, zanim wybrałem się po raz pierwszy na plac At-Tahrir.

Większość moich sąsiadów omijała to miejsce z daleka. Kiedy na scenie politycznej znów się zaczęło coś dziać, w kawiarniach na Zamalku często widywałem ludzi wyglądających na zamożnych, którzy oglądali rewolucję w telewizji, tak jakby jej obrazy transmitowano z jakiegoś dalekiego kraju. Sąsiedzi mówili mi w zaufaniu, żebym nie szedł na At-Tahrir. To nie miejsce dla cudzoziemca mającego w domu małe dzieci.

Sajjid też był sceptykiem, jeśli chodzi o politykę. Wywodził się z klasy społecznej, która teoretycznie mogła zyskać na rewolucji, ale najwyraźniej nie myślał w takich kategoriach. Opowiadał ku przestrodze historie o miejscowych postaciach, takich jak jednooki dozorca. Podczas jednej z demonstracji poszedł on z ciekawości na ulicę w pobliżu placu At-Tahrir i wszedł na wiadukt, żeby mieć lepszy punkt obserwacyjny. Był to błąd, bo kiedy egipska policja rozprasza tłumy, strzela przeważnie wysoko w powietrze. Trafiony śrutem, stracił oko.

– Nawet nie protestował. Mafisz fa’ida – stwierdził Sajjid. „Na nic by się to nie zdało”. – Dlatego powinien się pan trzymać od tego z daleka.

Uświadomiłem mu, że moja praca polega między innymi na rozmowach z demonstrantami, ale obiecałem, że będę uważał.

Ba’ollak e – odparł Sajjid. „Coś ci powiem”.

Ten egipski zwrot stanowi przeważnie wstęp do udzielenia dobrej rady. W pierwszych miesiącach mojego pobytu bywała to często ostatnia rzecz, jaką rozumiałem, zanim rozmówca wdał się w długie, skomplikowane wyjaśnienia. Z uśmiechem przytakiwałem, słowa płynęły i płynęły, a ja się zastanawiałem, czy omija mnie jakaś zagmatwana tajemnica dotycząca przetrwania w Kairze. Ale radę Sajjida nietrudno było zrozumieć.

– Nie stawaj na żadnych podwyższeniach – powiedział.