Dzieci królowej elfów 6 - Umierająca dolinaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Dzieci królowej elfów 6 - Umierająca dolina
Dzieci królowej elfów 6 - Umierająca dolina
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 10,98  8,78 
Dzieci królowej elfów 6 - Umierająca dolina
Dzieci królowej elfów 6 - Umierająca dolina
Audiobook
Czyta Aleksandra Radwan
5,99  4,73 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Peter Gotthardt

Dzieci królowej elfów 6 - Umierająca dolina

Księga szósta

Saga

Dzieci królowej elfów 6 - Umierająca dolinaPrzełożyła Agata Lubowicka Tytuł originału Elverdronningens børn 6 - Den døende dalCopyright © 2012, 2019 Peter Gotthardt i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788711870167

1. Wydanie w formie e-booka, 2019

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

1.

Rycerz Zawilec przetarł oczy, żeby nie zasnąć. Noc zmierzała ku końcowi, a on stał na straży, podczas gdy reszta jego przyjaciół leżała pogrążona we śnie.

Oprócz niego było ich czworo. Córka królowej elfów Stokrotka, jej przyjaciółka Borówka i młodzieniec o imieniu Smardz, którego spotkali w czasie drogi. Czwartym z nich był Mniszek, młodszy brat Stokrotki. Grupa skłonnych do figli alfów przemieniła go w wilka.

Miejscem odpoczynku uczynili opuszczoną świątynię. W budynku brakowało drzwi, a posadzka pokryta była kamieniami i ziemią przywianą tam przez wiatr. Ognisko prawie się wypaliło. Dogasający ogień oświetlał pomieszczenie matowym światłem.

Na jednej ze ścian widniał namalowany wizerunek wielkiego smoka. W migoczącym świetle stwór sprawiał wrażenie żywego.

Zawilec nasłuchiwał wszelkich odgłosów. Na zewnątrz panowała cisza, ale kilka razy doszedł do niego głuchy rumor. Dochodził z otworu w ścianie w najodleglejszym końcu świątyni.

„To na pewno wiatr wdarł się przez szczelinę między skałami” – pomyślał. „Świątynia jest przecież wbudowana w zbocze góry”.

Stłumił ziewnięcie i zmienił pozycję.

Nagle do środka przemknęła na czworakach jakaś niepozorna postać. Był to chłopiec w wieku siedmiu albo ośmiu lat. Dziecko zaczęło szperać w ekwipunku złożonym tuż przy ścianie. Później wymknęło się ze świątyni.

Zawilec tego jednak nie zauważył, natomiast obecność obcego natychmiast zarejestrował Mniszek. Jak wszystkie wilki zachowywał czujność nawet podczas snu. Ocknął się na dźwięk skradających się kroków, a potem zerwał z posłania i wybiegł na dwór za chłopcem.

– Zatrzymaj się! – krzyknął. – Co tu robisz? Dlaczego grzebiesz w naszych rzeczach?

Chłopiec próbował dać drapaka, ale wtedy Mniszek capnął go zębami za spodnie.

Krzyki malca zbudziły pozostałych, którzy wyszli na zewnątrz, żeby sprawdzić, co się dzieje.

– Co nam ukradłeś? – zapytał Zawilec, chwytając chłopca za ramię. – Niech no zobaczę, co tam trzymasz w rękach!

Był to chleb i kilka jabłek.

– To… dla mojej mamy – szepnął winowajca. – Od trzech dni nic nie miała w ustach.

– Puśćcie go obydwaj – poleciła stanowczo Stokrotka Zawilcowi i Mniszkowi. Przykucnęła naprzeciwko chłopca i zapytała:

– Jak ci na imię?

– Zadziorek.

– Posłuchaj no, Zadziorku – zwróciła się do niego Stokrotka. – Będziesz mógł zatrzymać to, co wziąłeś. Jeśli twoja mama jest w trudnej sytuacji, to mamy więcej jedzenia. Ale pod warunkiem że nam pokażesz, gdzie przebywacie. Zgoda?

Chłopiec pokiwał energicznie głową.

Zawilec odciągnął Stokrotkę na bok:

– Nie pomyślałaś o tym, że sami będziemy potrzebować tego jedzenia?

– Oczywiście, że tak – odpowiedziała. – Ale potrzebujemy także informacji. Jesteśmy w zupełnie nieznanym kraju, który musimy przemierzyć. Być może jego matka będzie w stanie nam powiedzieć, co nas tu czeka.

2.

Zaczynało świtać. Przed świątynią stały uwiązane cztery konie. Jeden z nich próbował skubać kępkę trawy, która nie była jeszcze tak bardzo wyschnięta. Inne prychały i zarzucały łbami.

„Trzeba jak najszybciej znaleźć jakiś wodopój” – martwił się Smardz. „I łąkę porośniętą świeżą trawą”.

Wraz z pozostałymi podążył za Zadziorkiem. Chłopiec pokonał spory kawałek drogi w głąb doliny i zatrzymał się przy szczelinie między skałami. Rozciągnięto nad nią koc, który miał stanowić rodzaj dachu. Pod nim z zamkniętymi oczami leżała kobieta.

– Tutaj mieszkamy – oznajmił Zadziorek. – To moja mama. Nazywa się Dzielna.

Kobieta podniosła powieki i spojrzała zdziwiona na nowo przybyłych.

– Kim jesteście? – zapytała. – I co tutaj robicie?

Podczas gdy Zadziorek i jego matka rzucili się na jedzenie, Stokrotka opowiedziała o odbytej przez nich długiej podróży. Potem poprosiła:

– Czy zechcielibyście opowiedzieć nam o waszym kraju?

– I wskazać miejsce, gdzie napoilibyśmy konie? – dodał Smardz.

– To niemożliwe – odpowiedziała Dzielna.

– Dlaczego? – zdziwił się.

Ona wstała i pokazała na miejsce tuż pod ścianą skalną. Spomiędzy kamieni sączyła się cienka strużka wody, która zbierała się na ziemi w postaci mokrej plamy.

– Widzicie tę małą kałużę? – zapytała. – To jedyne źródło wody w tej dolinie. Kiedy wyschnie, wtedy nastanie koniec.

– Koniec? Co masz na myśli? – nie zrozumiała Stokrotka.

– Nasza dolina umiera – wyjaśniła Dzielna. – Podejdźcie tutaj, to sami zobaczycie.

Poprowadziła ich do urwiska, skąd mieli doskonały widok na niemalże całą krainę. Daleko przed nimi dolina rozszerzała się, przechodząc w rozległą równinę, która ciągnęła się tak daleko, jak sięgał wzrok.

Gdziekolwiek spojrzeli, krajobraz był szary i wysuszony – zwiędła trawa miała brązowawą barwę, drzewa straszyły martwymi, bezlistnymi gałęziami. Ziemia na polach zwietrzała w pył. Gospodarstwa i domy wyglądały na zupełnie opuszczone.

Przez równinę ciągnął się dużymi zakolami szeroki pas żwiru i nagich kamieni. Kiedyś tym korytem płynęła rwąca rzeka, ale obecnie było tak samo pozbawione wszelkiego życia jak wszystko inne.

W tym suchym jak pustynia krajobrazie nic się nie ruszało. Nie słychać było żadnych śpiewających ptaków czy bzyczących pszczół. Panowała tu niczym niezmącona, śmiertelna cisza.

– Nigdy nie widziałam równie posępnego miejsca – stwierdziła Borówka.

Dzielna westchnęła ciężko. Po policzkach spłynęło jej kilka łez.

– Kiedyś ziemie naszego królestwa były zielone i żyzne – zaczęła opowiadać. – Pełne kwitnących łąk, na których wypasano bydło. Na polach rosło zboże. Ziemię nawadniały szemrzące źródła i rzeki, które nigdy nie wysychały. Ach, tak było kiedyś… Ale obecnie…

– Co się stało? Spotkało was jakieś nieszczęście? – zapytała Borówka.

Dzielna zaśmiała się gorzko.

– Nieszczęście, za które sobie samym możemy podziękować – odpowiedziała. – Wtedy mieliśmy wody, ile dusza zapragnie. Rzekłabym, że wręcz w nadmiarze. Często podczas deszczu zdarzały się prawdziwe oberwania chmury. Strumienie i rzeki wylewały z koryt, zalewając pola i domy.

Musieliśmy się z tym pogodzić. Aż do momentu, gdy do doliny przybyło dwóch magików. Przechwalali się, że są w stanie zapanować nad pogodą i kontrolować deszcz. Obiecali nam, że dzięki ich pomocy unikniemy nawracających powodzi.

– I uwierzyliście im? – przejęła się Stokrotka.

– Ślepo i bezmyślnie – potwierdziła Dzielna. – Błagaliśmy wręcz, żeby nam pomogli. Miało się to odbyć w tej starej świątyni, która stała pusta od lat. Nikt z nas nie mógł być przy ceremonii. Twierdzili, że ich magia jest tajemna.

Czekaliśmy w napięciu na zewnątrz. Magicy nigdy nie powrócili. Później dowiedzieliśmy się, że stracili tam życie. Ich czary natomiast zaczęły działać, i to dużo silniej, niżbyśmy sobie tego życzyli.

Od tego dnia nie spadła tutaj ani jedna kropla deszczu. Poziom wody w rzece stale się obniżał. Na końcu wyschła całkowicie. Podobnie jak źródła, które zaczęły znikać jedno za drugim.

Na łąkach usychała trawa. W lasach i ogrodach zostały drzewa bez liści. Z naszej doliny zniknęły wszystkie alfy, chociaż żyły tutaj w ukryciu od wieków. Ale pewnego dnia po prostu wyparowały.

Na koniec ludzie zmuszeni byli stąd wyjechać. My dwoje jesteśmy jedynymi osobami, które zostały. Nie mogę opuścić miejsca, gdzie zawsze był mój dom. Mimo że nie da się tutaj żyć. Nasza piękna dolina umiera.

3.

Elfy przyglądały się w milczeniu wyschniętej równinie. Opowieść Dzielnej poruszyła ich do głębi.

– Nie próbowaliście jakoś zneutralizować tej magii? – zapytała w końcu Stokrotka.

– Nasz władca poczynił kiedyś takie próby – odpowiedziała Dzielna. – Ale bardzo szybko opuścił świątynię. Powiedział, że ujrzał tam ciała tych dwóch magików, i przestraszył się, że sam podzieli ich los.

Następnego dnia opuścił dolinę wraz z większością naszego ludu. Zaniechali prób przywrócenia tu deszczu.

– Gdybyśmy tylko mogli coś zrobić – westchnęła Borówka.

– Możemy przynajmniej zadbać o nasze konie – wtrącił się Smardz. – Umierają z pragnienia.

Cała piątka powróciła do świątyni, która stała skąpana w pełnym słońcu. Uwiązane obok konie stały ze zwieszonymi łbami.

– Nie wytrzymają zbyt długo bez wody – martwiła się Stokrotka. – Może lepiej puśćmy je luzem.

Chwilę później koniom zdjęto siodła i uprząż. Od razu pobiegły z powrotem w stronę rozległej, zielonej równiny, którą przybyły tutaj dzień wcześniej.

– To mądre zwierzęta – stwierdził Smardz. – Wiedzą, gdzie znajdą coś do picia.

– Ale co z nami? Co robić? – zapytała Borówka.

– Idziemy na wschód – odparła Stokrotka. – Najszybsza droga prowadzi prosto przez dolinę i dalej przez tę równinę, którą widać było na horyzoncie. Zatem ruszamy w dalszą podróż.

– Czy to aby rozsądne? – zaprotestował Zawilec. – Nasze bukłaki są prawie puste. A tam, gdzie zmierzamy, nie ma nawet śladu wody.

 

– Nie, chyba że uda nam się przełamać tę magię, która zatrzymała deszcz – zauważyła Stokrotka. – Chciałabym przynajmniej spróbować.

– Czy to nie jest zbyt niebezpieczne? – Zawilec wciąż miał wątpliwości. – Przecież ci magicy stracili życie.

– Nie dam się zastraszyć niebezpieczeństwom, którym sama nie stawiłam czoła – oświadczyła Stokrotka ze spokojem. – Spróbuję złamać ten czar. Jeśli nie macie ochoty mi towarzyszyć, podejmę się tego sama.

Bez chwili wahania pozostała czwórka weszła za nią do świątyni. W świetle dziennym w środku wydawało się jeszcze bardziej pusto. Zawilec poprowadził ich do otworu w ścianie.

– To musi być wejście do samego wnętrza świątyni – stwierdził. – Nie ma tu innych drzwi.

Smardz zapalił pochodnię. Zawilec wyciągnął miecz i poszedł jako pierwszy.

Wąskie przejście zaprowadziło ich do wnętrza góry. Idąc, nie słyszeli nic oprócz odgłosu własnych kroków na kamiennej posadzce.

Na korytarzu poczuli lekki powiew. Mniszek zaczął wietrzyć. Jego wilczy węch zarejestrował dziwną woń, której nie potrafił rozpoznać.

Zawilec zatrzymał się nagle. Tuż przed nim leżały zwłoki. Suche powietrze w przejściu sprawiło, że ciało zostało zmumifikowane.

Nieboszczyk był bez wątpienia magikiem, odzianym w długą pelerynę. Jego jedna ręka została prawie odgryziona, a w plecach widniała głęboka dziura.

Za ciałem na podłodze widać było długi ślad zaschniętej krwi, który pokazywał drogę, jaką magik pokonał, czołgając się, zanim opuściło go życie.

Kilka kroków dalej natrafili na jeszcze jedno ciało. Drugiego magika. Było tak samo okaleczone jak pierwsze.

– Obydwu zabito – stwierdził Zawilec.

– Trudno się dziwić, że władca tej doliny zawrócił na ich widok – zauważył Smardz. – Może najrozsądniej będzie, jeśli postąpimy tak samo.

Mniszek uniósł pysk i znów zaczął węszyć.

– Coś wyczuwam – oznajmił.

– Co takiego? – zainteresowała się Stokrotka.

– Nie wiem – odpowiedział z irytacją. – Nie znam tej woni. Ale jej źródło znajduje się trochę dalej przed nami.

– Nie poddam się tak wcześnie – oświadczyła Stokrotka. – Tych dwóch zabito dawno temu. Na pewno możemy…

Przerwał jej potężny ryk, który odbił się echem po całym korytarzu i sprawił, że góra zadrżała.

Wszystkich pięcioro ogarnął strach. Nawet Stokrotka pobladła.

– Wracamy – postanowiła. – Nie jesteśmy w stanie walczyć z tym czymś, bez względu na to, co to jest.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?