Głos wnętrzaTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  Okładka

2  Strona tytułowa

3  Strona redakcyjna

4  Przed­mowa

5  Źró­dła: pod­stawa, na któ­rej trwa taniec życia Siła nie­wer­bal­nej mowy ciała Smak odkry­cia Trauma – zmiany kon­cep­cji W sidłach lęku: nauka pły­nąca z obser­wo­wa­nia zwie­rząt Od stanu para­liżu do trans­for­ma­cji: pod­sta­wowe kroki Mapa tera­pii Ska­no­wa­nie ciała, uzdra­wia­nie umy­słu: SIBAM

6  Poza świa­do­mo­ścią: opo­wieść zawarta w ciele W gabi­ne­cie tera­peuty: opisy przy­pad­ków Komen­tarz do wypadku Petera Jeste­śmy po pro­stu grupą zwie­rząt Pod­stawa: trzy mózgi, jeden umysł

7  Ciało, emo­cje i ducho­wość: odzy­ski­wa­nie dobro­stanu Ja połą­czone z cia­łem Emo­cje, ciało i zmiana Trauma a ducho­wość

8  Epi­log

9  Podzię­ko­wa­nia

10  O AUTO­RZE

11  Przy­pisy koń­cowe

Tytuł ory­gi­nału: In an Unspo­ken Voice: How the Body Rele­ases Trauma and Resto­res Good­ness

Redak­cja języ­kowa: Kry­styna Pod­haj­ska

Pro­jekt okładki: Kata­rzyna Sła­nia Stu­dio Pro­jektowe PLA­KAT

Zdję­cie na okładce: © Targn Ple­ia­des / Shut­ter­stock

Korekta: Beata Wój­cik

Redak­tor pro­wa­dzący: Mał­go­rzata Gło­dow­ska

Copy­ri­ght © 2010 by Peter A. Levine.

All rights rese­rved.

Copy­ri­ght for the Polish edi­tion © by Wydaw­nic­two Czarna Owca, War­szawa 2020

Wszel­kie prawa zastrze­żone. Niniej­szy plik jest objęty ochroną prawa autor­skiego i zabez­pie­czony zna­kiem wod­nym (water­mark).

Uzy­skany dostęp upo­waż­nia wyłącz­nie do pry­wat­nego użytku.

Roz­po­wszech­nia­nie cało­ści lub frag­mentu niniej­szej publi­ka­cji w jakiej­kol­wiek postaci bez zgody wła­ści­ciela praw jest zabro­nione.

Wyda­nie II

ISBN: 978-83-8143-259-7


Kon­wer­sję do wer­sji elek­tro­nicz­nej wyko­nano w sys­te­mie Zecer.

Każda rzecz ist­nie­jąca w natu­rze

ma w sobie coś cudow­nego.

Ary­sto­te­les

Przed­mowa
Przed­mowa

Książka Petera Levine’a Głos wnę­trza jest swo­istym opus magnum, autor pod­su­mo­wał w niej bowiem bada­nia nad stre­sem i traumą, któ­rym poświę­cił całe swoje życie zawo­dowe. Podzie­lił się także doświad­cze­niami ze swo­jej pracy tera­peu­tycz­nej – lecze­nia traumy opra­co­waną przez sie­bie metodą. Ta książka jest rów­nież naj­bar­dziej oso­bi­sta i poetycka ze wszyst­kich, które napi­sał. Jed­no­cze­śnie to dzieło naj­le­piej udo­ku­men­to­wane naukowo i nie­zwy­kle eru­dy­cyjne.

Peter Levine roz­po­czął od opi­sa­nia esen­cji swo­jej metody: mocy miłu­ją­cej dobroci. Wspo­mina, jak został potrą­cony przez samo­chód i doświad­czył odblo­ko­wa­nia poten­cjału uzdra­wia­nia. Świa­do­mie prze­żył wów­czas wszystko, co się z nim działo, w sfe­rze fizycz­nej i emo­cjo­nal­nej. Nie zakłó­cił natu­ral­nego prze­biegu pro­cesu uru­cho­mio­nego przez wypa­dek. Dzięki temu oraz dzięki współ­czu­ją­cej obec­no­ści dru­giej istoty ludz­kiej unik­nął traumy. Jego orga­nizm szybko powró­cił do stanu rów­no­wagi.

Dobroć i postawa akcep­tu­jąca są zda­niem Levine’a nie­zbędne pod­czas pracy tera­peu­tycz­nej z oso­bami strau­ma­ty­zo­wa­nymi. Pod­kre­śla on, że tera­peuta musi pomóc w stwo­rze­niu atmos­fery, w któ­rej klient będzie miał poczu­cie bez­pie­czeń­stwa, a także nadzieję na odzy­ska­nie zdro­wia. Jed­nak stwo­rze­nie peł­nej empa­tii rela­cji tera­peu­tycz­nej nie wystar­cza, gdyż osoby po trau­ma­tycz­nych przej­ściach czę­sto nie są w sta­nie odczuć ani przy­jąć współ­czu­cia. Ich emo­cje zostały bowiem wyparte, a do głosu doszły pier­wotne mecha­ni­zmy obronne ist­nie­jące już u naszych ewo­lu­cyj­nych przod­ków – pła­zów i gadów.

Co wów­czas może uczy­nić tera­peuta? Może pomóc pacjen­towi przede wszyst­kim poprzez kie­ro­wa­nie jego uwagi na nie­wer­balne komu­ni­katy wysy­łane przez ciało. Poza tym poprzez danie mu szansy na odczu­cie emo­cji poja­wia­ją­cych się w sytu­acji zagro­że­nia życia: wście­kło­ści, prze­ra­że­nia, panicz­nego stra­chu. Jed­no­cze­śnie tera­peuta winien być tak sta­bilny, by te potężne ener­gie go nie obez­wład­niły.

Już jakiś czas temu Peter Levine zaob­ser­wo­wał, że trauma nie jest bez­po­śred­nio powią­zana z wyda­rze­niami zewnętrz­nymi, które wywo­łały ból fizyczny lub psy­chiczny. Nie wiąże się ona rów­nież bez­po­śred­nio z samym bólem. Traumę kon­sty­tu­uje zamknię­cie się w prze­strzeni pier­wot­nych reak­cji na bole­sne doświad­cze­nia. Trauma powstaje w momen­cie, gdy czło­wiek nie jest zdolny do uwol­nie­nia zablo­ko­wa­nej ener­gii ani do podą­ża­nia za reak­cjami fizycz­nymi oraz emo­cjo­nal­nymi, które są natu­ralną odpo­wie­dzią na zra­nie­nie. Powo­duje ją zatem nie zda­rze­nie zewnętrzne, lecz pro­ces wewnętrzny. Ten pro­ces nabiera tempa, gdy bra­kuje obec­no­ści współ­czu­ją­cego świadka.

Według Levine’a więk­szość osób postrzega traumę jako pro­blem psy­chiczny, a nawet jako zabu­rze­nie umy­słowe. Jed­nak trauma jest zabu­rze­niem na pozio­mie fizycz­nym. Udo­wad­nia on, że trauma prze­ja­wia się przede wszyst­kim w ciele. Stany psy­chiczne, które jej towa­rzy­szą, są zna­czące, lecz wtórne. Ciało ini­cjuje pro­ces, umysł za nim podąża. Dla­tego tera­pie wer­balne anga­żu­jące tylko inte­lekt i emo­cje nie są w pełni sku­teczne.

Tera­peuta powi­nien dys­po­no­wać umie­jęt­no­ścią roz­po­zna­wa­nia obja­wów psy­chicz­nych, emo­cjo­nal­nych i fizycz­nych świad­czą­cych o tym, że w klien­cie tkwi uwię­ziona trauma. Powi­nien się nauczyć słu­cha­nia języka ciała. Dzięki temu jego klienci będą mogli w bez­pieczny spo­sób uczyć się wła­ści­wego słu­cha­nia i wła­ści­wego postrze­ga­nia samych sie­bie.

Ta książka dowo­dzi, że jej autor osią­gnął mistrzo­stwo w odczy­ty­wa­niu języka ciała. Znaj­dziemy w niej opis metody, dzięki któ­rej klient staje się świa­domy swo­ich uczuć i sygna­łów wysy­ła­nych przez swoje ciało. Klu­czem do ule­cze­nia traumy jest umie­jęt­ność odczy­ta­nia tych nie­wer­bal­nych prze­ka­zów. By robić to jak naj­le­piej, Levine doko­nał syn­tezy wie­dzy z róż­nych dys­cy­plin i wsparł ją doświad­cze­niem zdo­by­tym pod­czas kil­ku­dzie­się­ciu lat pracy z klien­tami.

Sytu­acje poten­cjal­nie trau­ma­ty­zu­jące wywo­łują wysoki poziom pobu­dze­nia fizjo­lo­gicz­nego. Ist­nieje zagro­że­nie, ale czło­wiek nie ma moż­li­wo­ści ucieczki ani pod­ję­cia walki. Nie ma też moż­li­wo­ści roz­ła­do­wa­nia nara­sta­ją­cego napię­cia, wywo­ła­nego przez to pobu­dze­nie. Taką moż­li­wość zwy­kle mają dzi­kie zwie­rzęta, gdy spo­tkają się ze swoim natu­ral­nym wro­giem – dra­pież­ni­kiem.

W obli­czu śmier­tel­nego zagro­że­nia u zwie­rząt wystę­puje swo­isty para­liż fizyczny i emo­cjo­nalny. Eto­lo­go­wie nazy­wają ten stan znie­ru­cho­mie­niem mię­śnio­wym (tonic immo­bi­lity, TI). Podob­nie w sytu­acjach zagro­że­nia reaguje czło­wiek: zamiera. Zwie­rzę, jeżeli mimo wszystko prze­żyje, potrafi jed­nak samo wyjść z tego stanu. Czło­wiek tego nie potrafi. Zamar­cie staje się jego trwałą cechą, wpływa na cało­kształt funk­cjo­no­wa­nia.

Osoba strau­ma­ty­zo­wana jest jak uwię­ziona w otchłani, nie potrafi ponow­nie włą­czyć się w nurt życia. W sytu­acjach, w któ­rych więk­szość ludzi zazwy­czaj czuje się tylko tro­chę zagro­żona lub które trak­tuje jak rodzaj wyzwa­nia, taka osoba czuje się poważ­nie zagro­żona, boi się, doznaje cze­goś w rodzaju para­liżu ciała i woli. Reaguje na to wsty­dem, pogardą wobec sie­bie i popada w nastrój depre­syjny.

 

Jak twier­dzi psy­chia­tra i badacz Daniel Sie­gel, opra­co­wy­wane przez Ame­ry­kań­skie Towa­rzy­stwo Psy­chia­tryczne Kate­go­rie dia­gno­styczne zabu­rzeń psy­chicz­nych (Dia­gno­stic and Sta­ti­sti­cal Manual of Men­tal Disor­ders, DSM), są pomocą w dia­gno­zo­wa­niu tych zabu­rzeń. Peter Levine uważa nato­miast, że na traumę składa się o wiele wię­cej ele­men­tów niż objawy, któ­rych wystą­pie­nie pozwala według DSM zdia­gno­zo­wać zespół stresu poura­zo­wego (ang. post­trau­ma­tic stress disor­der, PTSD). Levine pod­kre­śla, że trauma to nie zabu­rze­nie ani cho­roba, lecz raczej doświad­cze­nie czło­wieka zwią­zane z bio­lo­gicz­nym wymia­rem jego ist­nie­nia. Jeśli pozwo­limy czło­wie­kowi na stop­niowe wyra­że­nie instynk­tow­nej odpo­wie­dzi na poten­cjal­nie trau­ma­ty­zu­jące zda­rze­nie, doj­dzie do uwol­nie­nia z pułapki bólu, do przy­wró­ce­nia dobro­stanu, wital­no­ści i dobrego samo­po­czu­cia. Jest to pro­ces wewnętrzny, nie­za­leżny od woli. „Trauma jest czę­ścią życia – napi­sał Levine – nie ozna­cza jed­nak doży­wot­niego wyroku”. Cier­pie­nie pro­wa­dzi do wyzwo­le­nia. Autor udo­wad­nia, że te same reak­cje psy­chiczne i fizjo­lo­giczne, które odpo­wia­dają za poja­wie­nie się traumy, odpo­wia­dają rów­nież za poja­wie­nie się dobro­stanu i poczu­cia przy­na­leż­no­ści.

Peter Levine ma zadzi­wia­jącą świa­do­mość szcze­gó­łów skła­da­ją­cych się na pro­ces uzdra­wia­nia strau­ma­ty­zo­wa­nych klien­tów. Pre­zen­tuje rów­nież tech­niki, które sto­suje, by wzmoc­nić ten pro­ces i nim kie­ro­wać. Pod­czas czy­ta­nia manu­skryptu książki dozna­łem wielu wglą­dów i porów­ny­wa­łem rela­cje Petera Levine’a ze swo­imi doświad­cze­niami uzy­ska­nymi w pracy tera­peu­tycz­nej.

Po tej lek­tu­rze mogę rozu­mieć i inter­pre­to­wać wła­sne spo­strze­że­nia doty­czące spraw zawo­do­wych i oso­bi­stych w nowy spo­sób. Levine pod­kre­śla wagę dostro­je­nia tera­peuty do doświad­czeń klienta. Dostro­je­nie wyzna­cza pod­sta­wowy kie­ru­nek dzia­ła­nia i powo­duje, że ule­cze­nie z traumy prze­biega we wła­ściwy spo­sób.

Autor koń­czy książkę roz­wa­ża­niami doty­czą­cymi związku mię­dzy trau­ma­ty­zu­ją­cymi doświad­cze­niami a ducho­wo­ścią. „Choć jeste­śmy zako­rze­nieni w cie­le­sno­ści, pozo­sta­jemy isto­tami ducho­wymi”. Psy­chia­tra Tho­mas Hora ujął to tak: „Wszyst­kie pro­blemy czło­wieka mają naturę psy­chiczną, lecz ich roz­wią­za­nie tkwi w sfe­rze ducho­wej”.

Dzięki tej książce Peter Levine staje w sze­regu czo­ło­wych tera­peu­tów zaj­mu­ją­cych się uzdra­wia­niem z traumy. Jego praca ma wymiar teo­re­tyczny, prak­tyczny i edu­ka­cyjny. Tera­peuci – leka­rze, psy­cho­lo­go­wie, psy­cho­te­ra­peuci, osoby zaj­mu­jące się uzdra­wia­niem – oraz laicy zain­te­re­so­wani tą pro­ble­ma­tyką zostali wzbo­ga­ceni jego doświad­cze­niami i prze­my­śle­niami.

Dr Gabor Maté,

autor książki In the Realm of Hun­gry Gho­sts: Close Enco­un­ters with Addic­tion

Część I

Źró­dła: pod­stawa, na któ­rej trwa taniec życia

Musimy się połą­czyć z praw­dzi­wym źró­dłem życia. Sztuczne upo­rząd­ko­wa­nie życia, które nie zaspo­kaja naj­głęb­szych ludz­kich potrzeb, nie przy­nosi ż adnych korzy­ści. To tak, jak­by­śmy nie zro­bili naj­mniej­szego kroku w kie­runku zapro­wa­dze­nia ładu…

Księga Prze­mian, hek­sa­gram 34

Roz­dział 1

Siła nie­wer­bal­nej mowy ciała

Kiedy czło­wiek pozna głę­boko w swoim sercu,

czym są lęk i drże­nie,

nie będzie bał się tego,

co nie­sie świat zewnętrzny.

Księga Prze­mian, hek­sa­gram 51

Nieza­leż­nie od tego, jak pewni sie­bie jeste­śmy, w ciągu kilku sekund możemy stra­cić życie. Trauma może nas pochło­nąć niczym wie­lo­ryb Jona­sza i znaj­dziemy się w jej mrocz­nym, zim­nym uści­sku. Poczu­jemy się uwię­zieni, zamro­żeni, prze­ra­żeni i bez­radni.

Pew­nego luto­wego poranka 2005 roku wysze­dłem ze swo­jego domu w połu­dnio­wej Kali­for­nii. Cie­płe powie­trze i lekki powiew wia­tru znad morza doda­wały ener­gii moim kro­kom. Z pew­no­ścią był to jeden z tych poran­ków, kiedy każdy miesz­ka­niec rejo­nów mojego kraju opa­no­wa­nych przez zimę ma ochotę rzu­cić łopatę do odgar­nia­nia śniegu i prze­nieść się na kali­for­nij­skie sło­neczne plaże. W taki piękny pora­nek trudno podej­rze­wać, że może wyda­rzyć się coś złego. A jed­nak się wyda­rzyło.

Chwila prawdy

Sze­dłem ulicą i czu­łem się szczę­śliwy. Wyobra­ża­łem sobie, jak będę cele­bro­wać z moim przy­ja­cie­lem But­chem jego sześć­dzie­siąte uro­dziny.

Zro­bi­łem kilka kro­ków na przej­ściu dla pie­szych i… za chwilę leża­łem na jezdni spa­ra­li­żo­wany, sztywny, nie­zdolny do poru­sze­nia się ani do wzię­cia odde­chu. Nie poj­mo­wa­łem, co się stało. W jaki spo­sób zna­la­złem się w tym miej­scu? Jak przez mgłę dostrze­głem, że w moją stronę ruszył tłum ludzi. Nagle oto­czyli mnie cia­snym krę­giem, a ich prze­ra­żone spoj­rze­nia kon­cen­tro­wały się na moim sła­bym, nie­na­tu­ral­nie skrę­co­nym ciele. Z mojej per­spek­tywy bez­rad­nego czło­wieka wyglą­dali niczym stado kru­ków czy­ha­ją­cych na padlinę. Powoli odzy­ski­wa­łem orien­ta­cję i ziden­ty­fi­ko­wa­łem rze­czy­wi­stego sprawcę ataku – beżowy samo­chód. Meta­lowa osłona jego chłod­nicy przy­po­mi­nała mi wyszcze­rzone kły, przed­nią szybę miał stłu­czoną. Drzwi samo­chodu gwał­tow­nie się otwo­rzyły i wysko­czyła z niego nasto­latka o sze­roko otwar­tych oczach. Wpa­try­wała się we mnie oszo­ło­miona. W jakiś dziwny spo­sób wie­dzia­łem, a jed­no­cze­śnie nie wie­dzia­łem, co się wyda­rzyło. Stop­niowo zaczy­na­łem koja­rzyć fakty: „Ten samo­chód mnie potrą­cił na przej­ściu dla pie­szych”. Nie mogłem w to uwie­rzyć i znowu zapa­dłem w stan pół­przy­tom­no­ści. Wydało mi się, że nie potra­fię jasno myśleć lub że mam maka­bryczny sen.

Po chwili dostrze­głem kątem oka męż­czy­znę, który uklęk­nął obok mnie. Powie­dział, że jest sani­ta­riu­szem i wła­śnie wraca po pracy do domu. Chcia­łem zmie­nić pozy­cję ciała, by lepiej mu się przyj­rzeć, ale on surowo roz­ka­zał: „Nie ruszaj głową”. Sprzecz­ność mię­dzy jego ostrym tonem a moją natu­ralną potrzebą zwró­ce­nia się ku temu, kto do mnie mówi, prze­stra­szyła mnie i spa­ra­li­żo­wała. Moja świa­do­mość oddzie­liła się od ciała i dozna­łem zadzi­wia­ją­cego prze­miesz­cze­nia się: mia­łem wra­że­nie, że uno­szę się nad swoim cia­łem i patrzę z góry na to, co się dzieje.

Wró­ci­łem na zie­mię, kiedy męż­czy­zna nie­zbyt deli­kat­nie chwy­cił mój nad­gar­stek, by zba­dać puls. Potem prze­su­nął się, pochy­lił nade mną i nie­zgrab­nie ujął moją głowę w obie dło­nie, aby zapo­biec jej poru­sza­niu się. Jego gwał­towne gesty i ostro brzmiące roz­kazy wywo­łały u mnie panikę. Prze­ra­ża­jące myśli przedarły się do mojej świa­do­mo­ści: „Być może mam zła­many kark”. Poczu­łem nie­od­partą potrzebę, by sku­pić uwagę na kimś innym. Potrze­bo­wa­łem osoby, któ­rej życz­liwe spoj­rze­nie połą­czy­łoby mnie z życiem. Byłem jed­nak zbyt prze­ra­żony, by się poru­szyć. Czu­łem się zupeł­nie zamro­żony.

Ów dobry sama­ry­ta­nin zada­wał mi obce­sowo kolejne pyta­nia: „Jak się nazy­wasz? Gdzie jesteś? Dokąd sze­dłeś? Jaki dziś jest dzień?”. Nie mogłem wymó­wić ani słowa. Nie mia­łem siły, by mu odpo­wie­dzieć. Jego zacho­wa­nie powo­do­wało, że czu­łem się jesz­cze bar­dziej zdez­o­rien­to­wany i przy­tło­czony. Zdu­szo­nym gło­sem powie­dzia­łem: „Pro­szę, cof­nij się”. Popar­łem to gestem dłoni. Męż­czy­zna zasto­so­wał się do mojej prośby. Zapew­ni­łem go, że nie będę poru­szał głową i odpo­wiem na jego pyta­nia nieco póź­niej.

Ener­gia dobroci

Po kilku minu­tach jakaś kobieta powoli wysu­nęła się z tłumu gapiów i usia­dła na jezdni tak, bym mógł ją dobrze widzieć.

– Jestem leka­rzem pedia­trą – wyja­śniła. – Czy mogę ci pomóc?

– Pro­szę, po pro­stu bądź ze mną – odpo­wie­dzia­łem.

Na jej życz­li­wej twa­rzy malo­wało się sku­pie­nie. Kobieta wzięła mnie za rękę. Uści­sną­łem jej dłoń. Ona deli­kat­nie odwza­jem­niła uścisk. Nasze spoj­rze­nia się spo­tkały i poczu­łem, że do oczu napły­wają mi łzy. Sub­telny i dziw­nie zna­jomy zapach per­fum infor­mo­wał mnie, że nie jestem sam. Obec­ność tej kobiety dała mi wspar­cie. Fala ulgi prze­pły­nęła przez moje ciało i wzią­łem pierw­szy głę­boki oddech.

Następ­nie poczu­łem dresz­cze prze­ra­że­nia. Potoki łez popły­nęły mi z oczu. W umy­śle roz­brzmie­wały słowa: „Nie mogę uwie­rzyć, że to mi się przy­da­rzyło. To nie­moż­liwe. Mia­łem inne plany na dzi­siej­szy wie­czór, chcia­łem go spę­dzić z But­chem”. Ogar­nął mnie wielki żal. Wciąż mia­łem silne dresz­cze.

Po chwili dresz­cze osła­bły. Czu­łem na prze­mian lęk i smu­tek. Poja­wiło się prze­ko­na­nie, że zosta­łem poważ­nie zra­niony i może będę ska­zany na wózek inwa­lidzki. Stanę się osobą trwale oka­le­czoną i zależną. Żal się nie zmniej­szał. Nie chcia­łem mu się pod­dać i zaczą­łem patrzeć w oczy towa­rzy­szą­cej mi lekarce. Jej obec­ność pod­trzy­my­wała mnie na duchu. Kiedy zro­bi­łem wdech, moje noz­drza ponow­nie wypeł­nił zapach per­fum. Lęk zaczął maleć. Poja­wiły się naj­pierw iskry nadziei, a następ­nie wście­kłość. Dresz­cze, choć deli­katne, nie ustę­po­wały. Były na prze­mian lodo­wato zimne i gorące. W głębi mojego brzu­cha naro­dziła się furia: „Jak to się stało, że ta głu­pia dzie­wu­cha potrą­ciła mnie na przej­ściu dla pie­szych? Nie mogła, do cho­lery, uwa­żać?”.

Prze­raź­liwy dźwięk syren i roz­bły­ski czer­wo­nych świa­teł wypeł­niły prze­strzeń. To cał­ko­wi­cie mnie zablo­ko­wało. Mię­śnie mojego brzu­cha natych­miast się napięły, oczy powę­dro­wały w poszu­ki­wa­niu spoj­rze­nia lekarki. Uścisk naszych dłoni stał się moc­niej­szy, dzięki czemu mój brzuch się roz­luź­nił.

Poczu­łem szarp­nię­cie i usły­sza­łem chrzęst roz­dzie­ra­nej koszuli. Prze­stra­szy­łem się. Ponow­nie mia­łem wra­że­nie, że unio­słem się nad swoim bez­rad­nie leżą­cym cia­łem. Widzia­łem jakichś nie­zna­jo­mych w uni­for­mach przy­kła­da­ją­cych elek­trody do mojej piersi. Dobry sama­ry­ta­nin infor­mo­wał kogoś, że mój puls bije z szyb­ko­ścią stu sie­dem­dzie­się­ciu ude­rzeń na minutę. Ponowne szarp­nię­cie – koszula została jesz­cze bar­dziej roz­darta. Człon­ko­wie ekipy medycz­nej wło­żyli koł­nierz usztyw­nia­jący na mój kark i ostroż­nie poło­żyli mnie na desce. Usły­sza­łem strzępy roz­mowy pro­wa­dzo­nej przez radio. Wzy­wano spe­cjalną ekipę ratun­kową.

Wycie karetki prze­wier­ciło mnie na wskroś. Popro­si­łem jej załogę o prze­wie­zie­nie mnie do naj­bliż­szego szpi­tala. Usły­sza­łem, że obra­że­nia, które odnio­słem, wyma­gają prze­wie­zie­nia mnie do cen­trum ura­zo­wego w La Jolla, jakieś pięć­dzie­siąt kilo­me­trów od miej­sca wypadku. Moje serce się uspo­ka­jało, żal nie­ocze­ki­wa­nie zaczął ustę­po­wać. Kiedy wnie­siono mnie do karetki, po raz pierw­szy przy­mkną­łem powieki. Wciąż ota­czał mnie sub­telny zapach per­fum lekarki i pamię­ta­łem o jej wspie­ra­ją­cej obec­no­ści.

Po nie­dłu­gim cza­sie unio­słem powieki. Dozna­łem sil­nego pobu­dze­nia, jak­bym był nała­do­wany adre­na­liną. Nie obez­wład­niło mnie ono jed­nak. Cho­ciaż moje oczy chciały badać nie­znane oto­cze­nie, świa­do­mie skie­ro­wa­łem uwagę do wewnątrz. Zaczą­łem odbie­rać róż­no­rodne sygnały z ciała. Moją uwagę przy­cią­gnął inten­sywny buczący dźwięk, który obej­mo­wał mnie całego.

Oprócz tego odczu­łem dziwne napię­cie w lewym ramie­niu. Pozwo­li­łem, by to napię­cie wypły­nęło na pierw­szy plan. Podą­ża­łem za nim świa­do­mo­ścią, a ono się nasi­lało. Stop­niowo docie­rało do mnie, że ramię chce się zgiąć i unieść. Ten wewnętrzny impuls wzmac­niał się, tył mojego ramie­nia także chciał wyko­nać ruch rota­cyjny. Odczu­łem, że dłoń nieco zbli­żyła się do twa­rzy, jakby chciała ją osło­nić. Nagle przed moimi oczami prze­mknął obraz przed­niej szyby beżo­wego samo­chodu. W prze­bły­sku świa­do­mo­ści ponow­nie dostrze­głem oczy bez­myśl­nie gapiące się na mnie. Usły­sza­łem głu­che ude­rze­nie i mój lewy bark roz­trza­skał tę szybę. Wów­czas nie­spo­dzie­wa­nie poja­wiła się ulga. Wró­ci­łem do swo­jego ciała. Bucze­nie ustało. Obraz gapią­cych się oczu i potłu­czo­nej szyby cof­nął się, roz­pły­nął. Zamiast niego poja­wiło się wspo­mnie­nie chwili, kiedy wycho­dzi­łem z domu, przy­jem­nego cie­pła słońca na twa­rzy i zado­wo­le­nia z tego, że wie­czór spę­dzę na uro­dzi­nach But­cha.

 

Rozej­rza­łem się. Wnę­trze karetki wydało mi się teraz mniej obce i mniej zagra­ża­jące. Patrzy­łem swo­bod­nie, widzia­łem jasno. Wyda­wało mi się, że nie jestem już zamro­żony, że wynu­rzam się z sen­nego kosz­maru. Spoj­rza­łem na sani­ta­riuszkę sie­dzącą obok mnie. Jej spo­kój dodał mi otu­chy.

Prze­je­cha­li­śmy kilka kilo­me­trów wybo­istą drogą. Nagle poja­wiło się inne silne napię­cie: w gór­nej czę­ści ple­ców, w krę­go­słu­pie. Moje prawe ramię chciało się wycią­gnąć. W prze­bły­sku świa­do­mo­ści zoba­czy­łem zbli­ża­jącą się ku mnie czarną powierzch­nię asfaltu. Usły­sza­łem, jak moja ręka ude­rza o jezd­nię, i poczu­łem, jakby moja prawa dłoń sta­nęła w pło­mie­niach. Sko­ja­rzy­łem, że wycią­gną­łem prawą rękę, by ochro­nić głowę. Następ­nie poja­wiły się poczu­cie ulgi oraz głę­boka wdzięcz­ność, że moje ciało mnie nie zawio­dło: wie­działo, co robić, by chro­nić mózg przed poten­cjal­nie śmier­tel­nym ura­zem. Deli­katne dresz­cze nie zni­kły cał­ko­wi­cie, jed­no­cze­śnie gdzieś w głębi mnie poja­wiło się cie­płe mro­wie­nie.

Sani­ta­riuszka zmie­rzyła mi ciśnie­nie krwi i zro­biła EKG. Popro­si­łem ją, by podała mi wyniki. Deli­kat­nie, ale sta­now­czo odmó­wiła. Poczu­łem chęć, by nawią­zać z nią oso­bi­sty kon­takt. Spo­koj­nie wyja­śni­łem, że jestem dok­to­rem (co sta­no­wiło pół­prawdę, gdyż byłem dok­to­rem psy­cho­lo­gii, nie medy­cyny). Maj­stru­jąc przy jed­nym z urzą­dzeń, stwier­dziła, że pomiar mógł być nie­rze­telny. Po upły­wie kilku minut dodała, że moje tętno wynosi teraz sie­dem­dzie­siąt cztery ude­rze­nia, ciśnie­nie zaś sto dwa­dzie­ścia pięć na sie­dem­dzie­siąt.

– Jakie były wyniki, gdy po raz pierw­szy mnie zba­da­li­ście?

– Puls sto pięć­dzie­siąt. A czło­wiek, który cię zba­dał, zanim przy­je­cha­li­śmy, powie­dział, że mia­łeś sto sie­dem­dzie­siąt ude­rzeń na minutę.

Z ulgą głę­boko ode­tchną­łem.

– Jestem wdzięczny, że pani mi to powie­działa. Dzięki Bogu, nie będę miał PTSD.

– Co pan ma na myśli? – zapy­tała z żywym zain­te­re­so­wa­niem.

– Mam na myśli to, że praw­do­po­dob­nie nie doświad­czę zespołu stresu poura­zo­wego.

Wyglą­dała na zdez­o­rien­to­waną, więc wyja­śni­łem jej, w jaki spo­sób drże­nie i poja­wia­jące się inne fizyczne reak­cje samo­obrony pomo­gły w zre­se­to­wa­niu układu ner­wo­wego i spo­wo­do­wały, że wró­ci­łem do ciała.

– Dzięki temu – kon­ty­nu­owa­łem – nie dzia­łam w try­bie walcz lub ucie­kaj.

– Hmm – zamy­śliła się sani­ta­riuszka – czy to z tego powodu ofiary wypad­ków cza­sem nas ata­kują? Na­dal dzia­łają w try­bie walcz lub ucie­kaj?

– Zga­dza się.

– Wie pan, zauwa­ży­łam, że kiedy przy­wo­zimy do szpi­tala ranną osobę, per­so­nel czę­sto siłą powstrzy­muje ją od trzę­sie­nia się. Zda­rza się, że unie­ru­cha­miają taką osobę pasami lub podają jej valium. Może to nie jest dobre?

– Nie, nie jest – potwier­dził nauczy­ciel znaj­du­jący się we mnie. – Na pewien czas może to ran­nemu przy­nieść ulgę, lecz pozo­staje on zamro­żony i zablo­ko­wany.

Sani­ta­riuszka powie­działa, że nie­dawno brała udział w kur­sie udzie­la­nia pierw­szej pomocy ofia­rom poważ­nych wypad­ków.

– Kurs pro­wa­dzono w szpi­talu. Musie­li­śmy opo­wia­dać o tym, jak czu­li­śmy się w sytu­acji, gdy sami ule­gli­śmy jakie­muś wypad­kowi. To opo­wia­da­nie spra­wiło, że ja i inne sani­ta­riuszki poczu­ły­śmy się gorzej. Po takiej opo­wie­ści nie mogłam zasnąć. Pan nie opo­wia­dał o tym, co się wyda­rzyło. Wydaje mi się, że pan po pro­stu trząsł się i drżał. Czy dla­tego pań­ski puls zwol­nił, a ciśnie­nie krwi się obni­żyło?

– Tak. Pomo­gły mi także nie­znaczne spon­ta­niczne ruchy, które wyko­ny­wały moje ramiona.

– Mogła­bym się zało­żyć – powie­działa zamy­ślona sani­ta­riuszka – że gdyby leka­rze nie powstrzy­my­wali drże­nia, które poja­wia się u pacjenta po zabiegu chi­rur­gicz­nym, powrót do zdro­wia nastę­po­wałby szyb­ciej. Być może zmniej­szyłby się także ból poope­ra­cyjny.

– Zga­dza się – uśmiech­ną­łem się akcep­tu­jąco.

Wypa­dek, któ­remu ule­głem, wywo­łał prze­ra­że­nie i szok. Pozwo­lił mi jed­nak na prze­ćwi­cze­nie metody radze­nia sobie z traumą. Tę metodę roz­wi­ną­łem i opi­sa­łem pod­czas czter­dzie­stu lat pracy zawo­do­wej. Słu­cha­łem nie­wer­bal­nej mowy ciała i pozwo­li­łem, by dzia­łało ono zgod­nie z wła­snymi potrze­bami. Nie tłu­mi­łem drże­nia, podą­ża­łem za impul­sami wewnętrz­nymi – jed­nym sło­wem pozwo­li­łem na pełne zama­ni­fe­sto­wa­nie się reak­cji orien­ta­cyj­nych oraz obron­nych orga­ni­zmu. Byłem świa­domy, że poja­wiły się reak­cje obronne wście­kło­ści i prze­ra­że­nia, a jed­no­cze­śnie nie dałem się im przy­tło­czyć. Dzięki temu wysze­dłem z tej poważ­nej opre­sji prak­tycz­nie bez szwanku – pod wzglę­dem zarówno fizycz­nym, jak i emo­cjo­nal­nym. Z wdzięcz­no­ścią i pokorą stwier­dzi­łem, że mogłem użyć swo­jej metody w celu ura­to­wa­nia sie­bie.

Nie­które osoby potra­fią wyjść z trau­ma­ty­zu­ją­cych doświad­czeń o wła­snych siłach. Jed­nak wiele nie jest w sta­nie tego uczy­nić. Tysiące żoł­nie­rzy doświad­czyło eks­tre­mal­nego stresu pod­czas wojny. Podob­nie nisz­czące skutki mają napaść, gwałt, nad­uży­cie sek­su­alne. Wielu z nas przy­tła­czają na pozór zwy­czajne wyda­rze­nia, choćby zabieg chi­rur­giczny lub inwa­zyjna pro­ce­dura medyczna1. Na przy­kład u 52 proc. pacjen­tów pod­da­nych ope­ra­cji orto­pe­dycz­nej zdia­gno­zo­wano peł­no­obja­wowy PTSD.

Inne poten­cjal­nie trau­ma­ty­zu­jące doświad­cze­nia to: upadki, cho­roby, otrzy­ma­nie szo­ku­ją­cej wia­do­mo­ści, bycie porzu­co­nym, bycie świad­kiem prze­mocy, bycie ofiarą wypadku samo­cho­do­wego. Nie­zdol­ność do pora­dze­nia sobie z tymi zda­rze­niami czy też brak facho­wej pomocy umoż­li­wia­ją­cej wyj­ście z traumy ska­zuje czło­wieka na PTSD wraz z jego typo­wymi obja­wami fizycz­nymi i psy­chicz­nymi. Strach pomy­śleć, jak zakoń­czyłby się wypa­dek, któ­remu ule­głem, gdy­bym nie miał wie­dzy o trau­mie i gdyby nie tamta lekarka pedia­tra. Jej empa­tyczna obec­ność była dla mnie nie­oce­nioną pomocą.