Mag bitewny. Księga 2Tekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Siedem Królestw Furii

Część III. Wściekłość

53. W drogę

54. Tajemniczy los Jürgena Fockego

55. Brzemię dowódcy

56. Dowódca Czwartej Armii

57. Pogromca

58. Niedostatki zwykłych ludzi

59. Daston

60. Przeciwnik

61. Ucieczka

62. Stare, dobre czasy

63. Wezwanie do broni

64. Pan Danté

65. W ciemność nocy

66. Pośpiech

67. Czwarta Armia

68. Najważniejsza jest wiara

69. Połowiczne zwycięstwo

70. Pewnego późnowiosennego wieczoru

71. Serthiański Wilk

72. Dyplomacja

73. Grzesznik

74. Miecz maga bitewnego

75. Rytuał Assay

76. Kim się staniesz

77. Łowca i zwierzyna

78. Odpowiedzi

79. Zmierzch

Część IV. Odkupienie

80. Wielki wódz

81. Pojednanie

82. Sydian

83. Le Cœur Noir

84. Niebezpieczeństwo

85. Ból, ból i wieczny ból

86. Złe przeczucia

87. Ciemność odrodzona

88. Trudna rada

89. Mina

90. Hoffen

91. Cena oporu

92. Pycha kroczy przed upadkiem

93. Bitwa o Navarię

94. Dowód miłości i śmierci

95. Złączeni, rozdzieleni

96. Syn Aquili Dantégo

97. Ciemność, głębia i grób

98. Chevalier

99. Tal Der Drei Brüder

100. W ogniu walki

101. Łaska Patricka Fecklera

102. Uratować tych, których kochamy

103. Ciemność

104. Leczenie, żałoba i nadzieja

105. Wszystkie hordy piekielne

106. Kopiec Upadłych Dusz

Epilog

SteelHog

Karta redakcyjna

Okładka




Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

53
W drogę

Pomimo wytrwałości Aureliana i cierpliwości Mereditha Falko nie poczynił najmniejszych postępów w magii ofensywnej. Ale był coraz lepszy w defensywie. Gdy kampania treningowa była już blisko, zaczęli koncentrować wysiłki na magii leczniczej, do której Falko miał nadzwyczajną smykałkę. Nicolas, szczególnie uzdolniony w tej materii, często towarzyszył pozostałym podczas ich wizyt w szpitalu akademii.

– W większości zajmujemy się drobnymi obrażeniami – poinformował ich główny lekarz, gdy dłonie Falka spoczęły na złamanej nodze stajennego, który oberwał końskim kopytem. – Zwichnięcia, naderwania, czasem złamane kości, jak tutaj.

Doktor wiedział o leczniczych mocach magów bitewnych. Zawsze z chęcią obserwował Dusaule’a przy pracy, gdy ten miał dyżur w jego placówce.

– Umiejętność uśmierzania bólu to wielki dar – ciągnął. – Ale to nie ból jest przyczyną śmierci pacjentów. Niedrożność dróg oddechowych, krwawienie, wstrząs, zakażenie... To one zabijają.

Falko zamknął oczy i skupił się na strzaskanej kości, którą czuł pod skórą stajennego. Nie potrafił dostrzec szczegółów złamania, ale był w stanie odtworzyć w umyśle jego ogólny obraz.

– Nie koncentruj się na tym, by uleczyć takie czy inne obrażenie – poinstruował go stojący nad nim Meredith – tylko skłoń ciało, by samo się uleczyło.

Obok niego Dusaule potwierdził skinieniem, a mężczyzna na łóżku syknął, kiedy niespodziewanie poczuł gorące wibracje w miejscu złamania. A potem westchnął, bo ból ustąpił. Popatrzył w zdumieniu na Falka.

– Merci, jeune maître – powiedział w języku Clemoncé. – Dziękuję, młody panie.

Falko uśmiechnął się i cofnął o krok, a dwaj pielęgniarze zbliżyli się, by opatrzyć pacjentowi nogę i założyć szynę. Kość nie była jeszcze całkiem zrośnięta, ale dzięki interwencji Falka zaleczy się znacznie szybciej.

– W ten sam sposób można zatamować krwawienie, ustabilizować funkcjonowanie narządów wewnętrznych i zapobiec zakażeniu – pouczył go Meredith. – Ale taka przyspieszona regeneracja ma swoją cenę. Leczenie poważnych ran może wyssać z maga bitewnego wszystkie siły.

Falko pokiwał głową na znak, że rozumie, a potem rozejrzał się po szpitalu, by zobaczyć, czy może pomóc komuś jeszcze. Oddział Królewskiego Korpusu Ratowniczego miał dołączyć do kadetów na czas kampanii treningowej. Jego członkowie odetchną z ulgą, wiedząc, że będą mogli liczyć na wsparcie maga bitewnego, nawet jeśli to tylko nowicjusz, wciąż odkrywający pełnię swoich mocy.

 

W dniu, w którym kadeci mieli wyruszyć w drogę, Aurelian wręczył Falkowi zbroję, miecz i tarczę.

– Porządny kawał stali, sprawi się znakomicie – powiedział stary mag bitewny, nakładając uczniowi naramienniki. – Oczywiście blednie w zestawieniu z tym, co zwykle wychodzi spod młota Antonia, ale nie jest źle.

Falko nałożył hełm, wziął do ręki okrągłą tarczę, a potem złapał za miecz.

– Ta głownia nie wytrzymałaby wypełnienia magiczną energią maga bitewnego – tłumaczył Aurelian. – Ale póki co nie podgrzałbyś nawet miski zupy, więc to nie problem. A poza tym to przecież tylko kampania treningowa. Nie wiem, po co w ogóle zabierasz miecz.

– Dziękuję – rzekł Falko, sprawdzając, czy pancerz nie krępuje mu ruchów. Hełm – barbuta wyposażona w duży otwór w kształcie litery T – prawie nie ograniczał widoczności. Aurelian znalazł też parę kawaleryjskich butów w rozmiarze Falka. Zbroja rzeczywiście była porządna, ale po przymiarce wykutego na miarę pancerza Missagliasa wydawała się nieporęczna i niewygodna.

– Pamiętaj – przestrzegł ucznia Aurelian, gdy Falko zbierał się do wymarszu. – Żołnierze mogą nie czuć się komfortowo w twojej obecności. Nie bierz tego do siebie. Ludzie od zawsze boją się tego, czego nie rozumieją. Będą szeptać za twoimi plecami. Śmiechy i pieśni będą cichnąć, gdy znajdziesz się obok. Ale bądź pewien, że gdy zetkniecie się z Opętanymi, każdy mężczyzna i każda kobieta w armii będą szukać wsparcia u ciebie. Rozumiesz?

Przez chwilę Falko wpatrywał się ponurym wzrokiem w starego maga bitewnego. Pancerz na jego ramionach nagle zrobił się ciężki, lecz Falko pokiwał głową na znak, że pojmuje.

– No, to powodzenia – rzucił Aurelian. – Postaraj się nie zrobić z siebie głupka.


Armia kadetów wyruszyła w drogę zimnego wiosennego poranka, gdy cienka warstwa mgły wciąż zalegała na mokrej od rosy trawie. Nie towarzyszyły im fanfary, tak jak Czwartej Armii. Gdy kadeci sprowadzali swoje jednostki z płaskowyżu, tradycyjny salut odtrąbił tylko jeden róg. Nie przeszli przez miasto. Wybrali szeroką drogę, która spływała łagodnie ze wzniesienia, a potem zwracała się w głąb lądu do brodu Garr.

Opuściwszy miasto, dostrzegli odległą postać stojącą na wschodnim tarasie pałacu. Odległość była zbyt duża, by mogli mieć pewność, ale byli przekonani, że to królowa. Wielu kadetów pozdrowiło ją uniesieniem broni, ale Falko tylko na nią patrzył. Pamiętał dobrze, jak zdenerwowana była podczas ich ostatniego spotkania. Wiedział, że dręczą ją niepewność i pytania, na które nie miała odpowiedzi.

Czy Beltane przetrwa bój z armiami Marchia Dolora?

Czy Valencja obroni Navarię, czy może zostawi ją na pastwę losu?

Czy rzeczywiście przeoczyli coś w Illicji? A jeśli tak, to czy posłała swojego emisariusza na śmierć?

Falko zmusił się, by oderwać wzrok od niknącej w oddali postaci. Armia kadetów miała odbyć serię ćwiczeń na obszarze oddalonym od stolicy o kilka mil w głąb lądu. Nie zanosiło się na to, by napotkali wroga na swojej drodze, ale Falko poczynił solenne postanowienie, by jeśli tylko nadarzy się sposobność, przysłużyć się jakoś królowej. Jeśli istniał sposób na to, by wyczytać z umysłu wroga jakąś cenną informację, zrobi to.

Falko nie dowodził żadnym oddziałem, jechał więc z Malakim i pozostałymi kandydatami na rycerzy. Wszyscy mieli na sobie kolczugi, a mieczom wiszącym przy ich pasach towarzyszyły lance przytroczone do siodeł, gdzie znajdowała się też reszta pancerza. W armii treningowej stanowili elitarną jednostkę, którą dowodził teraz niejaki Malaki de Vane.

Można by przypuszczać, że inni kadeci będą mu zazdrościć tej zaszczytnej rangi, lecz wyglądało na to, że młodzieńcy są ponad taką małostkowość. Akademia nie tylko nauczyła ich wojennego rzemiosła, ale też pomogła im dorosnąć. Nie po raz pierwszy Falko pomyślał, że młodzieńcza brawura i pozerstwo wyrastają ze strachu i niepewności. Im młodzi wojownicy więcej potrafili, tym mniej byli skłonni do przechwałek i rozpychania się łokciami. Nawet Jareg przestał być taki nieznośny. Wciąż nie lubił Falka, to było jasne jak słońce, ale nie starał się już za wszelką cenę okazywać mu antypatii.

Danté powiódł wzrokiem po kolumnie żołnierzy. Dostrzegł młodego szlachcica na czele przydzielonych mu husarzy. Za szeregami jego kawalerii wlókł się odziany w szare barwy oddział Wygnańców. Zdyscyplinowana jednostka maszerowała równym krokiem, tylko młody dowódca co rusz zmieniał nogę, wybijając żołnierzy z rytmu. Starał się robić wrażenie, że to przez przypadek, ale Falko wiedział, że tak nie jest.

– To pewnie przez nerwy tak mu się nogi plączą – powiedział Falko, śmiejąc się na widok usiłujących odzyskać rytm żołnierzy za plecami Alexa.

– To bym rozumiał... – skrzywił się z dezaprobatą Quirren.

Alex powtarzał swój sporadyczny żart, aż któryś weteran zmroził go spojrzeniem. Młody dowódca skłonił mu się i odtąd już szedł normalnie.

– To zachowanie niegodne oficera, ot co – zeźlił się poważny Quirren, ale Falkowi nie umknęło spojrzenie z ukosa, które weteran posłał jednemu ze swoich kamratów. Ci ludzie byli wyjałowieni trudami życia i ponurzy. Podobnie jak Quirren rozpaczali nad frywolnością dowódcy, lecz Falko widział, jak wymieniają ukradkiem uśmiechy. A kiedy kilkaset jardów dalej Wygnańcy znów zaczęli się potykać, gdy Alex po raz kolejny z rozmysłem zgubił rytm, po oddziale Die Verbannten przemknęła fala wstrzymywanego nieudolnie śmiechu.

– Beznadzieja! – obruszył się Quirren, ale rozbawiony Malaki tylko trącił Falka ramieniem.

Zza ich pleców dobyła się salwa bynajmniej nie tłumionego rechotu. Obróciwszy się, ujrzeli oberwane szeregi Urwipołciów.

– Przynajmniej nie maszerujemy za nimi! – powiedział Malaki.

Falko zachichotał, podobnie jak kilku jadących nieopodal rycerzy. Fetor ciągnący się za Urwipołciami obrósł legendą, a szczególnie zabójczy był ten po nocnej pijatyce. Falkowi mignęła ruda czupryna Bryny, która sunęła na czele jednostki. Strzelcy mieli na sobie lekkie zbroje, niebieskie watowane kubraki i turkusowe płaszcze podróżne. Gdyby ktoś zmrużył oczy, mógłby uznać, że w niczym nie odstają od reszty królewskiej armii, ale jak mawiał Dedric Sayer: z łajna bicza nie ukręcisz.

W skład armii kadetów wchodziła kolumna dwóch tysięcy żołnierzy i wozy z zapasami, które miały trafić do mieszkańców Le Matres. Armię eskortowali ubrani w srebrnoszare szaty asesorzy oraz dowódcy tymczasowi, który tworzyli łańcuch dowódczy. Z czasem będą oni powierzać kadetom coraz więcej odpowiedzialności, aż wreszcie cała bez wyjątku armia znajdzie się pod ich dowodzeniem.

Na tyłach kolumny jechały trzy postacie w purpurowych szatach magów. Falko w pewnym momencie wstrzymał konia i zrównał się z Meredithem, który przywitał go skinieniem. Towarzyszący mu dwaj czarodzieje nie dali po sobie poznać, czy go zauważyli. Jeden wyglądał, jakby drzemał w siodle. Drugi patrzył przed siebie, jakby był w transie.

– Koncentruje się – wyjaśnił Meredith, widząc, że Falko przygląda się mężczyźnie. – Jego umysł jest połączony z umysłem innego maga w Furii, jednego z tych, którzy pomagają mi w eksperymencie.

– Czy to znaczy, że mógłbym teraz porozmawiać z kimś w wieży?

– Niebezpośrednio – odparł Meredith. – Ale moglibyśmy przekazać mu twoje słowa.

Falko pokiwał z uznaniem głową.

– Jeśli się rozproszy, połączenie zostanie przerwane?

– Zgadza się. – Mina Mereditha wyrażała to, jak wysoki jest współczynnik trudności zadania, które mag sobie wytyczył.

– A co się stanie, jeśli zaśnie? – indagował Falko.

– Jeśli on się zmęczy, ktoś z nas go zastąpi. Po prostu przekaże nam połączenie.

Chłopak znowu musiał pokiwać głową. To niesamowite, że magowie potrafili tak długo utrzymać całkowite skupienie. Jechali chwilę w ciszy. Falko sam się zdumiał, jak komfortowo czuje się w obecności Mereditha. Zupełnie inaczej niż w obecności jego ojca, przy którym nie czuł nic poza strachem i niepewnością.

– Czy wykonałeś ćwiczenia, które ci zadałem? – zmienił temat przewodnik. Usiłował nauczyć Falka, jak tworzyć gorąco i wypełniać nim różne rzeczy, na przykład miecz.

– Czuję rosnącą energię, ale gdy próbuję ją skanalizować, rozprasza się – odpowiedział Falko. – Prawda jest taka, że po prostu się jej boję. Jakbym więził w swoim wnętrzu potwora, którego za nic nie wolno mi wypuścić.

Meredith uniósł wolno głowę, aż spotkały się ich spojrzenia.

– Jesteśmy synami naszych ojców, Falko. Ale nie nimi samymi.

Młody mag bitewny nie odwracał wzroku. Pierwszy raz pomyślał o tym, że Meredith może obawiać się tego, że zmieni się w kopię Morgana Sakera, tak jak Falko obawiał się, że sam może popaść w szaleństwo, podobnie jak jego własny ojciec. Skinął głową i jechali dalej razem w niekrępującej ciszy, aż nadeszła chwila, w której nowicjusz musiał przejąć połączenie z magiczną wieżą w Furii.

– Znajdę cię dzisiaj wieczorem – obiecał Meredith. – Poćwiczymy telekinezę.

Falko kiwnął głową. Potrafił już poruszać przedmiotami znajdującymi się niedaleko. Udało mu się nawet przysunąć do siebie miecz z odległości dwudziestu kroków, tak że mógł bez przeszkód schylić się i go podnieść, nie ruszając się z miejsca, czego nie potrafił nawet Aurelian. Mało tego, Meredith był przekonany, że ucznia stać na jeszcze więcej.

– A więc do zobaczenia – pożegnał się Falko.

Mag skłonił mu się, ale wyraz jego twarzy powiedział podopiecznemu, że Meredith już odpływa w magiczny trans.

Armia szła naprzód marszowym krokiem. Osmagane wiatrem nadbrzeżne wzgórza ustąpiły miejsca lasom. Falko cofnął się pamięcią do podróży, jaką odbył z przyjaciółmi do stolicy. Drzewa dopiero zaczynały puszczać pąki, a zachodzące słońce sprawiło, że zalśniły zielonym blaskiem, gdy wojsko zatrzymało się na noc w rozległej rzecznej dolinie. Rozbijanie obozu trwało o wiele dłużej, niż powinno, i asesorzy nie byli zadowoleni. Bardziej doświadczeni spośród żołnierzy szybko zabrali się do rutynowych czynności, ale ku zdziwieniu wszystkich to Urwipołcie pierwsi zasiedli do wieczerzy.

– Po prostu pozwalam im robić, co tam mają do zrobienia – wyjaśniła Bryna, gdy Alex zapytał ją, jaka dowódcza sztuczka pozwoliła jej ogarnąć tę zbieraninę łotrów.

Z każdym kolejnym dniem rozbijanie i zwijanie obozu przebiegało coraz sprawniej. Kadeci szybko oswoili się z nową rutyną i nie minęło wiele czasu, gdy ich wydajność znacznie wzrosła.

Meredith codziennie znajdował chwilę na szlifowanie magicznych umiejętności Falka, ale wciąż nie udało mu się doprowadzić do przełamania jego wewnętrznej blokady. Dziesiątego dnia kampanii Falko i jego przyjaciele siedzieli razem przy ognisku, gdy nagle przybiegł do nich jeden z obozowych chłopców na posyłki, ściskając w garści plik listów z Furii. Falko patrzył, jak posłaniec rozdaje je kadetom. I zdziwił się, gdy podszedł również do niego.

– To przyszło do akademii kilka dni po wymarszu – wyjaśnił, wręczając mu list.

Falko natychmiast rozpoznał charakter pisma.

– To od Fossetty – rzekł, podziękowawszy chłopcu.

– Co pisze? – zaciekawiła się Bryna.

Przysunęła się bliżej z Malakim, a Falko zaczął czytać. Listy z domu były rzeczą rzadką i cenną. Przypominały też kadetom, dlaczego w ogóle wstąpili do akademii, ci zaś czerpali siłę z tego przypomnienia.

Najdroższy Falko,

Jeśli mój ostatni list dotarł do ciebie, to mam nadzieję, że ten dotrze również. Chciałam ci napisać, że zmierzamy do prowincji Tourienne i zostaniemy tam przez kilka tygodni, nadarza się więc okazja, byś do mnie napisał (jeśli chcesz). Jest tam pewna liczba dzieci, które musimy odwiedzić. Nasz bazą wypadową będzie miasteczko Daston. Burmistrz, bardzo miły człowiek, powiedział, że chętnie przyjmie i przekaże nam wszelkie przysłane do nas listy, jeśli więc zechcesz napisać, podaję adres kontaktowy:

Fossetta Pieroni

Pod adresem: Maire Philippe Decazes

Daston

Tourienne

Przyszła wiosna, jedziemy więc raźno na wschód. Ale im bardziej zbliżamy się do granicy, tym bardziej musimy mieć się na baczności. Już dwukrotnie zetknęliśmy się nocą z Opętanymi. Któregoś wieczoru zabłąkany skiryta pojawił się znikąd na obrzeżu naszego obozowiska. Nic nie robił, gapił się tylko na nas takim wzrokiem, że włosy zjeżyły mi się na głowie, a gdy kapitan de Roche go zaatakował, rozmył się w ciemności i zniknął. Potem około tuzina skirytów i wielka bestia zaatakowały wioskę, w której akurat przebywaliśmy.

 

Mieszkańcy zdołali się jakoś obronić, ale trzeba było aż ośmiu chłopa z włóczniami na dziki, by powalić potwora (czy też bestiaruma, jak nazwali go miejscowi). Kilku mężczyzn odniosło rany, a jeden niechybnie by umarł, gdyby szybko nie pomogła mu Heçamedes.

Najwyraźniej nie była to pierwsza napaść Opętanych w tym rejonie. Ludzie żyją tu w ciągłym strachu. Ale pomimo nieustannego zagrożenia Tobias jest zdecydowany, by przeć dalej naprzód. Obawiam się jednak, że jeśli ataki będą się nasilać, może będziemy musieli ograniczyć się tylko do tych terenów, które wciąż są poza zasięgiem nieprzyjaciela.

Ale dość już o naszych zmartwieniach. Jak się miewasz? Bardzo chciałabym wiedzieć, że jesteś zdrów i cały. Proszę, odpisz, jeśli tylko zdołasz.

Twoja na zawsze

Fossetta

– Daston – powiedział Alex, nachylając się przez ramię Falka. – To zaledwie kilka mil od Le Matres, prawda?

– Może nadarzy się okazja, by zobaczyć się z Fossettą – powiedział Malaki, a serce Falka urosło na tę myśl.

– Lepiej nie obiecywać sobie zbyt wiele – powiedział przezornie. – Ale kto wie? Może się uda.

– Kim jest ta Fossetta? – spytał Huthgarl, wyrażając chyba ciekawość wszystkich pozostałych kadetów.

– To kobieta, która mnie wychowała – powiedział Falko, czując ściskanie w gardle.

– Skoro tak, to musisz ją odwiedzić, bez dwóch zdań – odparł wielki Beltańczyk.

Reszta potwierdziła skinieniami, rozumiejąc doskonale tęsknotę za czasami, gdy życie było prostsze, a świat nie taki wielki.

– Tak – zgodził się Falko. – Zrobię to.

Później tej nocy młodzieniec położył się na posłaniu i zapatrzył w ciemność, rozmyślając o tym dziwnym zrządzeniu losu, które posłało ich w drogę w tym samym kierunku. Ale zaraz uświadomił sobie, że to nie los i nie przypadek – tylko Opętani. Tobias i Fossetta, Nathalie i emisariusz, a teraz on sam wraz z innymi kadetami jechali do miejsca, które ucierpiało najmocniej ze strony wroga. Tam, gdzie byli najbardziej potrzebni.

Dalej na południu będą kolejne oddziały koncentrujące się w zagrożonych miastach Illicji i Beltane, obywateli królestwa Furii zdecydowanych zrobić, co w ich mocy, by zatamować napływ wrogów w jego granice. Nietrudno było poddać się beznadziei, lecz Falko zwarł szczęki i błysnął w ciemności zielonymi oczami. Jeśli wszyscy żołnierze byli tacy jak ci, którzy kierowali się teraz na Le Matres, to jeszcze nic straconego, jeszcze jest nadzieja.

Pokrzepiony tą myślą i perspektywą ujrzenia Fossetty, Tobiasa i Heçamedes, Falko zasnął.