Cyrulik SewilskiTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Ale świeżość Wesela Figara jako utworu scenicznego nie wyczerpuje bynajmniej bogatych i różnorodnych perspektyw tego dzieła. Napoleon mówił o Weselu Figara, że to „Rewolucja już w czynie”; Danton wołał głośno, że „Figaro zabił szlachtę”. W jakim stopniu tedy możemy uważać Beaumarchais’go za współtwórcę Rewolucji?

Nie ulega wątpliwości, że, podobnie jak większość pisarzy XVIII w. którzy Rewolucję przygotowali, Beaumarchais nie był rewolucjonistą. Dawny porządek rzeczy, zwłaszcza od czasu gdy wywalczył sobie w nim dość poczesne miejsce, znacznie lepiej odpowiadał temperamentowi pisarza, niż nadchodząca epoka republikańskiej „cnoty”. Ale, w ciągu swego niespokojnego życia, miał sposobność zajrzeć za wszystkie kulisy rządu, społeczeństwa i obyczajów; połknął niejedno upokorzenie; doznał niejednej krzywdy; na własnej skórze przekonał się, iż prawa i urządzenia dogorywającego świata nie odpowiadają potrzebom dojrzewających mas narodu. Nasiąknął — nie mogło być inaczej — wszystkiemi ideami, dyskusjami, całą filozofją swego wieku. I miał talent. Zrobił, w Weselu Figara (a po części w Cyruliku) na swój sposób to, co czynił Wolter w ulotnych pasemkach, któremi, przez pół wieku blisko, zasypywał Francję; wszystkie prawdy, po tysiąc razy dyskutowane, przyjęte, niemal utarte, przebił stemplem swego talentu na monetę obiegową; nadał im formę najzwięźlejszą, najlotniejszą, i tem samem, mocą potężnego wpływu słowa padającego ze sceny, wraził je tem głębiej w mózgi i serca współczesnych. Żadna z tych prawd nie była nowa; ale to właśnie — uwagę tę czyni Sarcey, znawca psychologji teatralnej — stanowiło ich siłę: prawda nowa, padająca ze sceny, oszałamia i nie znajduje współdźwięku; prawda znana, uznana, podana w scenicznej plastyce słowa, zyskuje potężny odgłos u zachwyconych słuchaczy. Od tych „prawd” roi się komedja Beaumarchais’go; niema chyba obyczaju, prawa, urządzenia jego epoki, któreby nie przeszły przez ognisty tusz tego fajerwerku.

Przedewszystkiem, sądownictwo. Z niem, jak to wiemy z życiorysu pisarza, osobliwie miał na pieńku. Miał też i dawne wzory, i sięgnął po nie swobodną ręką. Wziął, niemal żywcem, rabelesoską figurę sędziego (ledwie zdrobniwszy jego nazwisko: Brid’oie — na Brid’oison) i pokazał ją w ruchu, w działaniu. Scena procesu w akcie III-cim musiała do współczesnych przemawiać wymowniej, niż tomy całe spisane od paru wieków przeciw śmiesznej i przestarzałej procedurze i nadużyciom sądownictwa.

MARCELINA, do Gąski. Panie sędzio, niech pan wysłucha sprawy.

GĄSKA, w todze sędziowskiej, zająkuje się nieco. Do-o-brze więc! werba-alizujemy.

BARTOLO. Chodzi o przyrzeczenie małżeństwa.

MARCELINA. Połączone z pożyczką pieniężną.

GĄSKA. Ro-ozumiem, et caetera, jak na-astępuje.

MARCELINA. Nie, panie sędzio, bez et caetera.

GĄSKA. Ro-ozumiem; czy masz pani sumę?

MARCELINA. Nie, panie sędzio, to ja pożyczyłam.

GĄSKA. Ro-ozumiem, ro-ozumiem; żądasz pani zwrotu pieniędzy?

MARCELINA. Nie panie sędzio; żądam, aby mnie zaślubił.

GĄSKA. Ro-ozumiem do-oskonale. A on, czy chce panią za-aślubić?

MARCELINA. Nie panie sędzio; o to właśnie proces.

GĄSKA. Czy pa-ani mniemasz, że ja nie ro-ozumiem procesu?

MARCELINA. Nie, panie sędzio (do Bartola). W kogóżeśmy wpadli! (do Gąski). Jakto! to pan będziesz nas sądził?

GĄSKA. Czyż w innym celu nabyłem moją po-osadę?

MARCELINA, wzdychając. To wielkie nadużycie taki handel.

GĄSKA. Tak; le-epiejby było dawać je nam da-armo.

FIGARO. ...Panie radco, zdaję się na pańską sprawiedliwość, mimo że jesteś sędzią...

Drugi cel pocisków, to przywilej urodzenia, najbardziej znienawidzony ze wszystkich, bolączka „trzeciego Stanu”, przeciw której przedewszystkiem zwróciła się Rewolucja. Beaumarchais, jak wspomniałem w życiorysie, „nie mogąc zwalczyć przywileju, poddał się mu” i nabył szlachectwo za brzęczącą monetę; ale zbyt wiele ucierpiał w życiu od przewag „urodzenia”, aby nie miało się to odbić w całem jego dziele. Nie bierzmy zbyt dosłownie ustępu apoteozującego szlachectwo, który sam z własnych Memorjałów cytuje w przedmowie[2]. Te same saturnalja, które, w kilka lat potem, w sposób krwawy, święci Rewolucja, tu odbywają się na scenie, w formie której wesołość maskuje oblicze jadowitej satyry. Już samo założenie sztuki jest postawieniem na głowie dotychczasowego teatralnego porządku, w którym „panowie” bawili się na scenie kosztem prostaczków: tutaj, w rezultacie, rozum, uczciwość, wdzięk, słowem „piękna rola” jest po stronie pary służących; figurą zaś pocieszną sztuki, Grzegorzem Dyndałą niemal, raz po raz wystrychniętym na dudka, jest — Hrabia. A czyż trzeba przypominać nieuszanowanie, jakiem tchną wszystkie repliki Figara, i wszystkie zjadliwe groty, wypuszczone na fortecę przywileju!

HRABIA. ...Reputację masz fatalną!

FIGARO. A jeśli więcej wart jestem od niej? Czy dużo jest wielkich panów, którzyby mogli to samo powiedzieć?

HRABIA. ...Przy swoim talencie i zaletach, mógłbyś kiedyś dobić się awansu.

FIGARO. Talent drogą do awansu? Wasza Dostojność żartuje. Mierność i płaszczenie się: oto środki aby dojść do wszystkiego.

HRABIA. ...Lokaje ubierają się w tym domu dłużej niż panowie!

FIGARO. Bo nie mają służących, którzyby im pomagali.

HRABIA. ...W trybunale, sędzia zapomina o sobie i ma na oczach jedynie prawo...

FIGARO. Pobłażliwe dla wielkich, twarde dla małych.

A sławny monolog Figara w piątym akcie:

...Nie, panie hrabio... dlatego, że jesteś wielkim panem, uważasz się za genjusza!... Szlachectwo, majątek, stanowisko, urzędy, wszystko to czyni tak pysznym! Cóżeś uczynił dla zyskania tylu przywilejów? Zadałeś sobie trud, aby się urodzić, nic więcej...

Oto sztuka, o której wystawienie walczył przez trzy lata przeciw królowi sam kwiat „uprzywilejowanych”, aby, blisko przez setkę przedstawień z rzędu, oklaskiwać na scenie włóczenie w błocie wszystkiego, na czem wspierało się ich istnienie i stanowisko. Walka ta, i okoliczności w jakich uzyskano wystawienie Figara, potężnie wzmogły doniosłość jego wpływu.

Wesele Figara jest dziełem bardziej genjalnem niż doskonałem. Uderzające jest, ile wad i nieprawdopodobieństw wykazuje ta sztuka, wzięta pod skalpel krytycznej analizy. Zdaniem Sainte-Beuve’a akcja łamie się w akcie III, w dość niesmacznej sentymentalnej scenie, gdy Marcelina poznaje w Figarze własnego syna. Sarcey zwraca uwagę, jak logicznie słabo nakreślona jest rola samego Figara: ma on pozory niespożytej czynności, a właściwie nie robi nic, wszystkie jego intrygi okazują się zawodne lub bezużyteczne, nic z tego co przewiduje się nie sprawdza, a wszystko robią inni lub przypadek. Ale, naodwrót, możnaby to wziąć jako punkt wyjścia do podziwu dla prestidigitatorstwa scenicznego autora i jego poczucia optyki teatralnej, skoro te wszystkie braki występują jedynie przy zimnem rozważaniu, a nie w świetle rampy.

Zresztą, niesłuszne byłoby szukać w sztuce rzeczy, których autor nie miał zamiaru w niej pomieścić. Chciał dać swoim współczesnym wesołość; — i dał ją, i ileż jeszcze poza tem, i na jak długo! Ale, nawet w końcowym „wodewilu”, kiedy, w atmosferze ogólnego pojednania i pustoty, każdy z aktorów sztuki rzuca swój pożegnalny kuplet rozbawionemu parterowi, i wówczas, pod wesołą nutą, dźwięczy akcent brzemiennego przyszłością protestu:

Różnie los ludzi obdarza:

Królem ten, pastuchem ów;

Traf różnicę całą stwarza,

DUCH ją zatrzeć może znów;

Tysiące królów, z ołtarza,

Śmierci zmiótł wszechmocny gest:

Wolter nieśmiertelny jest.

Daremnie optymizm sędziego Gąski stara się uspokoić siebie i publiczność:

Ot, panowie, ko-omedyja

W bu-udzie prze-edstawiona tej,

Wiernie ży-ycie wam odbija,

Ludku, co dziś słu-ucha jej;

Krzywdzą go: gwałt, wrzaski, hryja;

Aż w końcu, z tych wszy-ystkich burz,

Kropnie pio-osenkę — i już!

Tym razem nie skończyło się na piosence!

* * *

Sądy krytyczne, jakie wywołały obie komedje Beaumarchais’go, były bardzo rozbieżne; echa ich znajdują odbicie w Przedmowach autora, które, przedewszystkiem dla ich historycznego znaczenia, zamieściłem tu, po raz pierwszy po polsku, w całości. To pewna, iż nawet ci, którzy najpochlebniej oceniali obie sztuki, dalecy byli od podejrzewania ich znaczenia dla rozwoju przyszłego teatru we Francji.

Jak wspomniałem, Figaro pojawia się jeszcze po raz trzeci na scenie, w sztuce p. t. Występna matka. Jestto utwór słaby, nie mający nic z prawdziwego Beaumarchais’go; wystygła werwa pisarza szuka ucieczki w modnej za czasów Beaumarchais’go sentymentalnej deklamacji.

Cyrulik Sewilski i Wesele Figara pojawiły się w polskim przekładzie niemal bezpośrednio po ich ogłoszeniu drukiem w języku francuskim[3]. Przekład obu sztuk (bez przedmów autora), ogłoszony bezimiennie, nie odpowiada, jak większość przekładów owej epoki, dzisiejszym wymaganiom; na swój czas, był wcale dobry i sumienny. Rękopiśmienny egzemplarz przekładu Wesela Figara (bezimiennego również), wedle którego grywało się tę sztukę, poza wydatnemi skróceniami (prawie cały monolog Figara w akcie V-tym!), często dość swobodną stopą przechodzi obok oryginalnego tekstu. Sądzę zatem, że niniejsze wydanie utworów Beaumarchais’go okaże się usprawiedliwione i potrzebne; dla większości polskich czytelników stanie się ono — nawet pomimo pojawienia się co kilkanaście lat Wesela Figara w teatrze — prawdziwą rewelacją tego bujnego, żywego, a tak mało do dziś dnia naruszonego przez czas talentu.

Kraków, w marcu 1917.

 

UMIARKOWANY LIST O UPADKU I KRYTYCE CYRULIKA SEWILSKIEGO

(Autor, skromnie ubrany i zgięty w pas, przedstawia swą sztukę czytelnikowi).

Dostojny Panie!

Mam zaszczyt przedłożyć nowe dziełko własnego chowu. Życzę sobie trafić u ciebie na jeden z tych szczęśliwych momentów, w którym, wolny od trosk, zadowolony ze zdrowia, interesów, kochanki, obiadu, żołądka, mógłbyś znaleźć chwilę przyjemności w lekturze Cyrulika; trzeba bowiem wszystkich tych okoliczności, aby czytelnik stał się pobłażliwy i podatny do zabawienia.

Ale, jeśli wypadek jaki zamącił ci zdrowie; jeśli stanowisko twoje jest zachwiane, luba sprzeniewierzyła się przysięgom, obiad był lichy lub trawienie uciążliwe, ach! zostaw Cyrulika; nie chwila potemu: zbadaj stan swoich rozchodów, przestudjuj memorjał adwersarza, odczytaj wiarołomny bilecik przychwycony u Różyczki, lub też przeczytaj arcydzieła Tissota o wstrzemięźliwości, i oddaj się politycznym, ekonomicznym, djetetycznym, filozoficznym lub moralnym refleksjom.

Albo, jeżeli stan twój jest tego rodzaju, iż trzeba ci koniecznie szukać zapomnienia, zanurz się w berżerkę, otwórz dziennik założony w Bouillon z encyklopedją, aprobatą i przywilejem, i zdrzemnij się smacznie godzinkę lub dwie.

Jakiż urok mógłby mieć utwór nawskroś lekki wśród najczarniejszych waporów? I co cię, w istocie, obchodzi, czy cyrulik Figaro zadrwił sobie na potęgę z lekarza Bartolo, ułatwiając rywalowi zdmuchnięcie mu kochanki? Nie łatwo bawimy się cudzą wesołością, kiedy sami mamy powód do zgryzoty.

I cóż cię również obchodzi, że ten hiszpański cyrulik, przybywszy do Paryża, spotkał się z różnemi utrapieniami, i że zapory stawiane jego talentom pobudziły imaginację autora do wybryków? Człowiek interesuje się sprawami drugich jedynie wówczas, kiedy jest spokojny o własne.

Ale może wszystko jest u ciebie w porządku? Masz, jak pragniesz, żołądek z żelaza, kucharza-artystę, wierną kochankę i niezmącony spokój? Ach, w takim razie, pomówmy z sobą, proszę: użycz audjencji memu Cyrulikowi.

Czuję aż nadto dobrze, drogi panie, że minął już czas, gdy, trzymając w pogotowiu rękopis, podobny zalotnisi, odmawiającej często tego, czem zawsze ma ochotę obdarzyć, uszczęśliwiałem zrzadka lekturą ludzi wybranych, którzy czuli się w obowiązku szczodrą pochwałą opłacić to wyróżnienie.

O szczęśliwe dni! Miejsce, czas, z góry dobrze uprzedzone audytorjum, czarodziejstwo zręcznej lektury, wszystko sprzyjało powodzeniu; ślizgałem się po słabszych ustępach, podkreślając udatne szczegóły; następnie, z pyszną skromnością, od niechcenia okiem zbierając opinje, syciłem się tryumfem, tembardziej lubym, iż gra jakiegoś ladaco aktora nie wydzierała mi go w trzech czwartych dla siebie.

Cóż mi zostało, niestety! z całego tego arsenału? W chwili, gdy trzebaby cudów aby cię podbić, kiedy zaledwie starczyłaby na to różdżka Mojżesza, nie mam do rozporządzenia nawet kija Jakóbowego; żadnego szalbierstwa, oszukaństwa, kokieterji, modulacji głosu, złudzenia sceny, nic. Masz sądzić moje talenty w ich najwłaśniejszej postaci, na goło.

Niech cię tedy nie dziwi, jeśli, dostrajając styl do sytuacji, nie czynię jak owi pisarze, którzy dodają sobie wagi tem, iż tytułują cię niedbale czytelnikiem, miłym czytelnikiem, łaskawym lub pobłażliwym czytelnikiem, lub innem poufałem, powiedziałbym nawet nieprzystojnem przezwiskiem, dzięki któremu ci zuchwalcy silą się postawić na równej stopie ze swym sędzią, a które często jedna im tylko jego nieżyczliwość. Przekonałem się zawsze, iż nadrabianie miną nie zaimponuje nikomu; jedynie skromność może tchnąć nieco pobłażliwości w wyniosłego czytelnika.

Ach! któryż pisarz potrzebował jej kiedy więcej odemnie? Daremnieby ukrywać: miałem, swego czasu, tę słabość, iż przedstawiłem ci, znakomity Panie, w rozmaitej porze, dwa smutne dramaty, poczwarne, jak wszystkim wiadomo, produkcje, nie jest bowiem nikomu tajne, iż między komedją a tragedją nie może istnieć nic; to punkt osądzony; mistrz tak powiedział, aż szkoła odegrzmiała. Co do mnie, jestem o tem tak święcie przekonany, iż, gdybym chciał dziś wprowadzić do teatru zrozpaczoną matkę, zdradzoną małżonkę, nieszczęśliwą siostrę, wydziedziczonego syna, wówczas, pragnąc ich przyzwoicie przedstawić publiczności, wymyśliłbym im najpierw jakie nadobne królestwo, gdzieby panowali sobie najrozkoszniej w świecie, gdzieś na archipelagu, lub też w innym kącie świata; poczem byłbym pewien, iż nieprawdopodobieństwo romansu, potworność wydarzeń, przesada charakterów, gigantyczność idej i koloru języka, nietylko nie ściągną nagany, ale staną się rękojmią sukcesu.

Przedstawiać ludzi średniego stanu doświadczonych przez los, i w nieszczęściu! pfe! cóż znowu! Należy ich zawsze pokazywać jedynie zohydzonych. Obywatele śmieszni, a królowie nieszczęśliwi, oto jedyny istniejący i możebny teatr; chylę z pokorą czoło, stało się, nie chcę już wszczynać o to zwady.

Miałem tedy niegdyś tę słabość, znakomity panie, aby płodzić dramaty, które nie były w dobrym rodzaju; boleję nad tem nieskończenie.

Później, przyciśnięty okolicznościami, puściłem w świat nieszczęśliwe Memorjały, o których nieprzyjaciele orzekli, iż nie są w dobrym stylu; co dotąd mnie przyprawia o srogie wyrzuty.

Dziś, podsuwam wam komedję nader wesołą, o której mistrze smaku twierdzą, iż nie jest w dobrym tonie; jestem wręcz niepocieszony.

Może, pewnego dnia, ośmielę się obrazić wasze ucho operą, o której młodzi ludzie wczorajszej doby powiedzą, iż muzyka nie jest pisana dobrą francuszczyzną; wstydzę się już z góry.

I tak, z błędów w przeprosiny, z omyłek w usprawiedliwienia, spędzę życie, zdobywając sobie twą pobłażliwość przez tę naiwną szczerość z jaką uznawać będę jedne, przedstawiając ci uniżenie drugie.

Co się tyczy Cyrulika Sewilskiego, to, jeśli tu przybieram ton pełen uszanowania, to nie dla omamienia twego, panie, sądu: ale upewniono mnie niechybnie, iż, skoro autor wyjdzie, mimo że pokiereszowany, z teatru jako zwycięzca, brak mu jedynie przyjęcia przez ciebie, znakomity panie, i zbazgrania w paru dziennikach, aby uzyskać wszystkie laury literackie. Sława ma jest tedy pewna, jeżeli raczysz mi udzielić lauru twej aprobaty; przekonany bowiem jestem, iż niejeden z pp. dziennikarzy nie odmówi mi łaski swego wymyślania.

Już jeden z nich, osiadły w Bouillon z aprobatą i przywilejem, uczynił mi encyklopedyczny zaszczyt, upewniając abonentów, iż sztuka moja jest pozbawiona planu, budowy, charakterów, wyzuta z intrygi i wyprana z komizmu.

Inny, jeszcze prostoduszniejszy, coprawda bez aprobaty, bez przywileju, i nawet bez encyklopedji, dodaje po niewinnem streszczeniu, do laurów swej krytyki tę pochwałę, jakże pochlebną dla mojej osoby: „Reputacja pana de Beaumarchais bardzo upadła; przyzwoici ludzie przekonali się wreszcie, iż, skoro mu się wydrze pawie pióra, zostanie jedynie brzydki czarny kruk, z kruczą bezczelnością i kruczem łakomstwem”.

Skoro, w istocie, miałem tę bezczelność, aby napisać Cyrulika Sewilskiego, pragnę wypełnić już cały horoskop. Posunę łakomstwo do tego stopnia, iż poproszę cię, znakomity panie, abyś mnie sądził sam, bez względu na przeszłe, obecne i przyszłe krytyki; wiesz bowiem, iż, z profesji, gazeciarze są często wrogami pisarzy. Będę miał nawet tę zachłanność, aby cię uprzedzić, iż, raz wziąwszy w ręce akta sprawy, czy chcesz czy nie, musisz bezwarunkowo być mym sędzią, jesteś bowiem moim czytelnikiem.

Czujesz wszak dobrze, znakomity panie, iż, gdybyś, dla uniknięcia kłopotu, lub udowodnienia mi błędu w rozumowaniu, gdybyś, powiadam, odmówił wręcz czytania, popełniłbyś tem samem błąd petitio principii, niegodny twego wysokiego oświecenia: nie będąc bowiem moim czytelnikiem, nie byłbyś tym do którego zwraca się ta apelacja.

Gdybyś zaś, podrażniony przymusem który rzekomo ci nakładam, ośmielił się rzucić książkę w tejże oto chwili; to byłoby tak, jakgdyby, wśród wszelkiej innej sądowej czynności, wydarła cię z łona trybunału śmierć lub jaki wypadek wymazujący cię z listy urzędników. Możesz uniknąć sądzenia mnie, jedynie stając się żadnym, negatywnym, unicestwionym; przestając istnieć w charakterze czytelnika.

Ech! i w czemże uczyniłem ci krzywdę, wynosząc cię powyżej siebie? Po szczęściu rozkazywania ludziom, żali najwyższym zaszczytem nie jest sądzić ich?

Zatem, sprawa ułożona. Nie uznaję już innego sędziego prócz ciebie; nie wyłączając panów widzów, którzy, sądząc w pierwszej instancji, często spotykają się z obaleniem ich wyroku przez twój trybunał.

Sprawa toczyła się najpierw przed nimi w teatrze; że zaś śmiali się do rozpuku, mogłem myśleć że wygrałem proces. Wcale nie; dziennikarz z Bouillon twierdzi, że to ze mnie się śmiano. Ale to są, wielkomożny panie, jedynie, jak to nazywają w trybunale, prokuratorskie sztuczki; celem moim było zabawić widzów, czy więc śmiali się z komedji czy ze mnie, o ile śmiali się ze szczerego serca, cel osiągnięty: stanowczo tedy twierdzę, iż na rozprawie wygrałem.

Ten sam dziennikarz upewnia, lub bodaj daje do zrozumienia, że starałem się pozyskać niektórych członków trybunału, czytając oddzielnie sztukę i kupując z góry głosy zapomocą tego wyróżnienia. Ale i to, znakomity panie, to jedynie szykana niemieckiego gryzipiórka. Jasne jest, iż zamiarem moim było jedynie obznajmić ich z przedmiotem; rodzaj konsultacji, w której wyświetlałem jasno istotę sprawy. To, iż konsultanci, po udzieleniu swego zdania, wmieszali się pomiędzy sędziów, na to, pojmujesz, znakomity panie, nie mogłem nic poradzić: ich-to rzeczą było uchylić się, przez delikatność, o ile się czuli stronniczo usposobieni na rzecz andaluzyjskiego cyrulika.

Ach! dałożby niebo, aby zachowali nieco życzliwości dla młodego przybłędy! mniej ciężkoby nam było udźwignąć nasze przelotne nieszczęście. Tacy są ludzie: powiodło ci się, przyjmują cię, obnoszą, pieszczą, szczycą się tobą; ale strzeż się potknąć: za najmniejszem złem stąpnięciem, „o, moi przyjaciele! pamiętajcie, że niema przyjaciół!”

I oto właśnie, co się nam zdarzyło, nazajutrz po najsmutniejszym z wieczorów. Mogliście oglądać, jak wątli przyjaciele Cyrulika rozproszyli się, skryli twarz, lub uciekli. Kobiety, zawsze tak śmiałe gdy chodzi o protegowanie kogoś, zawinęły się w kapturki po sam nosek i spuściły zawstydzone oczy; mężczyźni biegali od loży do loży, kajając się z pochlebnych sądów głoszonych wprzód o mej sztuce, i zganiając na przeklęty sposób czytania fałszywą przyjemność, którą w niej znaleźli. Słowem, zupełna dezercja, obraz wprost rozpaczliwy.

Jedni zerkali na lewo, czując że przechodzę po prawej i udawali że mnie nie widzą: och, bogowie! Drudzy, odważniejsi, ale bacząc dobrze czy ich nikt nie widzi, ciągnęli mnie do kąta, mówiąc: „Dalibóg, jakim cudem zdołałeś nas tak omamić? trzeba bowiem przyznać, kochasiu, sztuka jest płaska do ostateczności.

— Niestety, panowie, czytałem, doprawdy, mą płaskość równie płasko jak ją napisałem; ale, w imię dobroci z jaką odzywacie się do mnie jeszcze po mej katastrofie, i dla honoru waszego dzisiejszego sądu, nie pozwólcie, aby sztuka miała wrócić jeszcze kiedy na scenę: gdyby, nieszczęściem, zagrano ją tak jak ją czytałem, jeszcze raz może wyprowadzonoby was w pole. Mielibyście do mnie pretensje, że nie wiecie kiedy mieliście rację, a kiedy nie; od czego niech was Bóg broni!”

Nie uwierzono mi; pozwolono zagrać sztukę na nowo, i oto nagle stałem się prorokiem w ojczyźnie. Biedny Figaro, osmagany przez klikę i niemal pogrzebany w piątek, nie uczynił jak Kandyd; wziął się w kupę i oto mój bohater podniósł się w niedzielę z martwych, z siłą, której surowość Wielkiego Postu i znużenie siedemnastoma publicznemi występami nie zdołały jeszcze osłabić. Ale kto wie, jak długo to potrwa? Nie przysięgałbym wręcz, czy wspomni kto o mej sztuce za jakie pięć lub sześć wieków, tak nasz naród jest lekki i niestały!

Dzieła teatralne, drogi panie, są niby dzieci. Poczęte z rozkoszą, donoszone z wysiłkiem, rodzone z boleścią, rzadko żyją dość długo, aby opłacić rodzicom ich kłopoty: kosztują więcej zgryzot niż dają przyjemności. Przyjrzyjcie się ich losom: ledwie ujrzą światło, już, pod pozorem rozwlekłości, aplikuje się im nożyce; wiele z nich traci przy tej operacji swe męskie klejnoty. Miast igrać z niemi łagodnie, okrutny partner poszturchuje je i obala. Często, kołysząc je, autor je uszkodzi. Jeżeli stracicie je na chwilę z oczu, ujrzycie je później włóczące się wszędzie, ale oskubane, zniekształcone, zjedzone streszczeniami i oślinione krytyką. Uszedłszy tylu nieszczęść, jeśli błysną na chwilę, dosięga ich największa z niedoli: zabija je śmiertelne zapomnienie: umierają, i, pogrążone z powrotem w nicość, gubią się na zawsze w otchłani książek.

 

Pytałem kogoś, poco te walki, ta zajadła wojna między widownią a autorem w dzień pierwszego przedstawienia dzieł, nawet takich, które mają kiedyś zyskać uznanie. „Nie wiesz, odpowiedział, iż Sofokles i stary Djonizjusz umarli z radości, zdobywszy palmę poezji w teatrze? Nadto kochamy autorów, nie możemy ścierpieć aby nadmiar radości miał ich nam wydrzeć: toteż, dbamy pilnie aby tryumf nie był nigdy tak czysty, by mogli ducha wyzionąć z rozkoszy”.

Jakiekolwiek być mogą pobudki tej srogości, faktem jest, iż dziecię mych wywczasów, ów młody, niewinny Cyrulik, tak wzgardzony pierwszego dnia, daleki od tego aby nazajutrz nadużywać swego tryumfu lub okazywać humory krytykom, tem skwapliwiej starał się ich rozbroić wesołością.

Rzadki i uderzający przykład, drogi panie, w tym wieku ergotyzmu, gdzie oblicza się wszystko, aż do śmiechu; gdzie lada rozbieżność mniemań staje się zarodkiem śmiertelnych nienawiści; gdzie byle igraszka obraca się w wojnę; gdzie obelgę płaci się z powrotem obelgą, aż znowu inna, wymazując ostatnią, zrodzi z kolei dalszą, źródło kilku następnych i szerzy w ten sposób kwasy w nieskończoność, od śmiechu aż do sytości, aż do niesmaku, aż do oburzenia najbardziej nawet kostycznego czytelnika.

Co do mnie, panie, jeśli prawdą jest, jak powiedziano, że wszyscy ludzie są braćmi (piękna to myśl), chciałbym, aby można było skłonić braci-literatów, iżby poniechali w dyskusji ostrego i zarozumiałego tonu, zostawiając go braciom-publicystom, którzy władają nim tak dobrze! jak również obelgi braciom-adwokatom... którzy też niezgorzej wywiązują się z zadania! Chciałbym zwłaszcza nakłonić braci-dziennikarzy, aby odstąpili od tej bakałarsko-magistralnej powagi, z jaką strofują synów Apollina i bawią głupotę kosztem talentu.

Otwórzcie dziennik: nie macie uczucia, że widzicie surowego pedagoga, jak, z ferułą lub trzcinką podniesioną na opieszałych uczniów, traktuje ich gorzej niewolników za najlżejszym błędem w zadaniu? Ej, bracia, czyż tutaj chodzi o pensum! literatura jest wytchnieniem i słodką rekreacją!

Co się mnie tyczy, nie spodziewajcie się, aby, w igraszkach swoich, mój umysł poddał się kiedy pod jarzmo. Niepoprawny jest; skoro raz odłoży pensa i wydostanie się z klasy, staje się tak płochy i figlarny, iż mogę z nim tylko igrać. Jak upierzony wolant na rakiecie, wznosi się, spada, cieszy moje oczy, znów się wzbija, młynkuje i znowuż wraca. Jeśli zręczny gracz chce wkupić się do partji i podbijać, wraz ze mną, lekkiego wolanta moich myśli, wyśmienicie: jeśli oddaje mi go lekko i z wdziękiem, gra bawi mnie i gotów jestem stawić mu czoło. Ujrzelibyście wówczas rzuty podawane, parowane, przyjęte, oddane, przyspieszone, nagłe, chyże, zwinne, zdolne zarówno ubawić widzów jak podniecić aktorów.

Taką przynajmniej, drogi panie, winna być krytyka; w ten sposób zawsze pojmowałem dysputę między dobrze wychowanymi ludźmi, którzy pielęgnują sztukę.

Zobaczmyż, czy ów dziennikarz z Bouillon zachował w swej krytyce ów charakter uprzejmości, a zwłaszcza dobrej wiary.

Sztuka jest farsą, powiada.

Pomińmy terminy. Barbarzyńskie imiona, które cudzoziemski kucharz daje francuskim zaprawom, nie psują w niczem ich smaku; psują się dopiero, przechodząc przez jego ręce. Zanalizujmy farsę Bouillońską.

Sztuka, powiada, nie posiada planu.

Czy dlatego, że zbyt prosty, uchodzi przenikliwości młodocianego krytyka?

Zakochany starzec zamierza, w ciągu doby, zaślubić pupilkę; młody kochanek, zręczniejszy odeń, uprzedza go, i, tegoż dnia jeszcze, żeni się z nią pod samym nosem i w domu opiekuna. Oto treść, z której można było sporządzić, z równem powodzeniem, tragedję, komedję, dramat, operę, et caetera. Czy Skąpiec Moliera jest czem innem? Czy wielki Mitrydates jest czem innem? Rodzaj sztuki, jak wogóle wszelkiego dzieła, zależy nietyle od przedmiotu, co od charakterów które go wcielają.

Co do mnie, wobec tego, iż miałem zamiar zbudować z tego planu zabawną i lekką sztukę, rodzaj imbroglio, wystarczyło mi, iż maszynista, zamiast być czarnym zbrodniarzem, jest uciesznym chłopcem, niefrasobliwym człowiekiem, który śmieje się zarówno z powodzenia jak z upadku swoich przedsięwzięć; w ten sposób, dzieło, dalekie od poważnego dramatu, stało się wesołą komedją. Z samego faktu że opiekun jest nieco mniej głupi, niż tradycyjne dudki wyprowadzane w pole na deskach scenicznych, wynikło w sztuce wiele ruchu, a zwłaszcza przymus wzbogacenia pomysłowości dybiących nań intrygantów.

Gdybym, miast zostać w komicznej prostocie, zechciał wikłać, rozciągać i szrubować plan wedle tragicznej lub dramicznej maniery, czy wyobrażacie sobie, że zbrakłoby mi środków, w przygodzie, w której spożytkowałem na scenie jedynie cząstkę najmniej cudowną?

W istocie, nikomu dziś nie jest tajne, że, w historycznej epoce, w której sztuka kończy się wesoło w moich ręku, zaczyna się (możnaby rzec za kurtyną) poważna sprzeczka między doktorem a Figarem w przedmiocie stu talarów. Od obelg, przychodzi do razów. Doktór, dławiony przez Figara, strąca, szamocąc się, siatkę, która stroi głowę cyrulika; i oto, ukazuje się, nie bez zdumienia widzów, znamię w kształcie łopatki wyciśniętej na ogolonej głowie. Podążaj tylko dalej za mną, znamienity panie.

Na ten widok, lekarz, mimo że cały posiniaczony, krzyczy z uniesieniem: „Mój syn! o nieba! mój syn! drogi syn!...” Ale, nim Figaro go usłyszał, nie przestaje, ze zdwojoną energją, tłamsić swego ojca. W istocie, to jego ojciec!

Ów Figaro, który z całej rodziny, znał niegdyś jedynie matkę, jest naturalnym synem doktora Bartolo. W młodości, lekarz miał dziecko z osobą stanu służebnego, którą skutki nierozsądku pozbawiły służby i wtrąciły w najokropniejsze niedole.

W chwili rozstania, zrozpaczony Bartolo, wówczas frater, rozżarzył w ogniu łopatkę i napiętnował syna na potylicy, aby go poznać kiedyś, jeśli los pozwoli się im spotkać. Matka i dziecko spędzili sześć lat w uczciwej nędzy. Pewnego dnia, herszt cyganów, potomek Łukasza Gauric[4], przejeżdżając przez Andaluzję ze swą zgrają, gdy matka przyszła doń po wróżbę losów syna, wykradł potajemnie dziecko i zostawił, w jego miejsce, ten horoskop:

Wylewając krew, z której w łonie jest poczęty,

Syn twój ojca osoby nie oszczędzi świętej:

Wreszcie, ku sobie w szale cios zwracając krwawy,

Zrani się, i wraz będzie szczęśliwy i prawy.

Zmieniając bezwiednie stan, nieszczęśliwy młodzian zmienił mimowoli i imię: wychowano go pod mianem Figara; uchował się. Matką jego jest ta Marcelina, która, na starość, została gospodynią u doktora, pocieszona okropnym horoskopem po utracie synalka. Ale dziś wszystko się ziściło.

Puszczając Marcelinie krew z nogi, jak to widzimy lub raczej nie widzimy w sztuce, Figaro spełnił pierwszy wiersz:

Wylewając krew, z której w łonie jest poczęty...

Kiedy niewinnie tłamsi doktora po zapuszczeniu kurtyny, spełnia wiersz drugi:

Syn twój ojca osoby nie oszczędzi świętej.

W tejże chwili, następuje wielce wzruszająca konfrontacja między lekarzem, starą, a Figarem: To ty! to on! to wy! to ja! Cóż za efekt! Ale syn, w rozpaczy z powodu swej niewinnej porywczości, zalewa się łzami i zadaje sobie cięcie brzytwą, zgodnie z treścią trzeciego wiersza:

Wreszcie, ku sobie w szale zwracając cios krwawy,

Zrani się i...

Cóż za obraz: Nie wyjaśniając, czy tą brzytwą podcina sobie gardło, czy tylko szczeć na brodzie, widzicie, iż mogłem zakończyć sztukę w regjonach najwyższej patetyczności. Wreszcie, doktór zaślubia starą; Figaro zaś, wedle ostatniego wersetu,

...wraz będzie szczęśliwy i prawy.

Cóż za rozwiązanie! Kosztowałoby mnie jedynie szósty akt! I co za szósty akt! Nigdy żadna tragedja w Komedji Francuskiej... Wystarczy. Podejmijmy sztukę w stanie, w którym ją odegrano i skrytykowano. Kiedy mi wyrzucają cierpko to co zrobiłem, nie pora wychwalać to, co mogłem był zrobić.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?